K/A: Przyszło zimno, przyszła wena. Czas powoli kończyć tego potwora.
Rozdział ósmy: Poznaj swojego wroga
Vegeta siedział na tej planecie już trzeci miesiąc, zastanawiając się co on do kurwy nędzy tutaj robi.
W starych dobrych czasach, gdy przybywali z Nappą i Raditzem na planetę tej klasy, podbicie jej zajmowało im pół dnia, maksymalnie dzień. Wpadali, niszczyli struktury obronne, wybijali wojsko, czasem też ludność cywilną jeśli taki był rozkaz i tyle. Dostawali swoją działkę i nie przejmowali się co działo się tam potem. A za Ziemię dostaliby naprawdę ładną sumkę. Ale teraz podbijanie tej planety nie miało sensu. Bo i co miałby z nią zrobić? Sprzedać? To pewne, bo robiło mu się niedobrze na myśl, że miałby tu zostać. Tylko komu? I jak? Mógł się założyć, że o śmierci Friezy już wiedzą rywalizujące siły we Wszechświecie, nie mówiąc już o jego krewnych, którzy teraz pewnie kłami i pazurami wyrywają sobie władzę nad Armią Friezy i jego Organizacją Handlu Planetami.
Nie, to nie wchodziło w grę. Już przecież postanowił zaczekać na Kakarota. Musiał znowu zobaczyć go na własne oczy i dowiedzieć się w czym tkwił jego sekret. Musiał to wiedzieć. Nieważne jak wiele go to kosztowało, jak dużo samokontroli musiał wykazać, żeby oprzeć się pokusie zniszczenia tej planety i wybicia jej mieszkańców. Wszystko mu mówiło, że powinien ich zniewolić, zastraszyć tak, że baliby się oddychać w jego obecności. Powinien zniszczyć to miejsce, ten cholerny wściekle żółty dom, nie, całe miasto, i sprawić, by Ziemianie byli mu wdzięczni za to, że jeszcze ich wszystkich nie zabił. Powinien rządzić tym miejscem, siedzieć na ruinach tej zaplutej, zacofanej cywilizacji i z uśmiechem na ustach czekać aż Kakarot wróci i zastanie swój dom w zgliszczach.
Zamiast tego siedział na wściekle fioletowej miękkiej kanapie naprzeciwko starszej z goszczących go kobiet i napychał się czymś, co Ziemianie nazywali babeczkami.
- Proszę, poczęstuj się jeszcze tymi. Jeszcze ich nie próbowałeś.
Przeżuwając nie pamiętał które już ciastko, spojrzał na podstawiony mu pod nos talerz wypełniony ciasteczkami i bez wahania wziął kolejne.
Doktor i jego ludzie znowu grzebali w kapsule. Tym razem Vegeta już nawet nie pytał po co to robią – ku własnemu zniesmaczeniu już zdążył się przyzwyczaić do niekończących się wymówek i zapewnień doktora, więc gdy rano wyszedł na dwór i zobaczył zmierzających w stronę kapsuły Briefsa i jego zespół naukowców, obrócił się na pięcie i wrócił do domu. Nie miał siły ani ochoty znowu targować się ze starym. Prawdę mówiąc, nie miał siły nawet ćwiczyć. Ta planeta wysysała z niego chęć do życia. Zostając tu, z każdym dniem pogrążał się bardziej w marazmie, i nawet jego gniew, ta niekończąca się siła napędowa jego życia, jakby trochę się wygasł, zadeptywany przez obezwładniającą go na Ziemi nudę.
Jedynym elementem podsycającym jeszcze jego wolę walki z ogarniającą go niemocą była ta mała niebieskowłosa suka żywiąca się jego nieszczęściem. Ale od tamtego pamiętnego dnia kiedy rozwalił dach szklarni nie zamieniła z nim ani słowa, z czego to był naprawdę szczęśliwy. Jeśli dojdzie to tego, że nie znajdzie w sobie wystarczająco siły żeby ich wszystkich nie pozabijać, ona będzie pierwsza w kolejce.
Jego apatia doszła do takich rozmiarów, że gdy tego popołudnia zagadnęła go żona doktora, zamiast ją zignorować, przystanął chwilę w drodze do swojego pokoju i wysłuchał co ma mu do powiedzenia - a to już świadczyło o tym jak bardzo jest z nim źle.
- Och, Vegeta, dobrze że cię widzę! – rozpromieniła się na jego widok - Jesteś bardzo zajęty?
- Skończyłem jeść. – odparł wymijająco. Miał zamiar położyć się na łóżku i pogapić w sufit, czekając aż doktor łaskawie da mu znać, że on i jego ludzie skończyli z kapsułą. Czyli pewnie tak do końca tygodnia.
- Oj, najadłeś się już? Czyli się spóźniłam! Ale na pewno znajdziesz jeszcze trochę miejsca na deser. – kobieta pchnęła go leciutko w głąb salonu. – Będziesz tak miły i pomożesz? Bo już sama nie wiem które wybrać.
Usadziła go przed stolikiem wypełnionym talerzykami z małymi, kolorowymi ciasteczkami. Był po sytym obiedzie, ale na ich widok poczuł jak ślina napływa mu do ust.. Ziemianie byli nie warci splunięcia, ale to co wyczyniali z jedzeniem budziło podziw.
- Siadaj, częstuj się!
Początkowo się powstrzymywał, bo żadne jedzenie nie było w stanie zwyciężyć jego niechęci do przebywania z Ziemianami w jednym pomieszczeniu, ale zniewalająco słodki zapach ciasta go pokonał. Z resztą, jak uznał nadgryzając pierwsze ciastko, tym razem to było warte słuchania paplaniny Ziemianki.
- I co? Które najbardziej ci smakują? – zapytała, gdy pochłonął większość z stojących na stole babeczek.
- Te białe. – rzucił, przełykając kęs.
- Oj… Nie możemy ich wybrać. Bulma nie cierpi kokosowych.
Zmrużył uczy.
- A co to ma za znaczenie?
- Bo wybieramy je dla niej! – zaświergotała. – Chcę jej zrobić niespodziankę na urodziny.
Ciastka nagle przestały mu aż tak smakować.
- No dobrze, a następne? Które jeszcze ci smakowały?
Wzruszył ramionami. To jej najwyraźniej nie usatysfakcjonowało, bo przyglądała mu się nadal z irytującą uwagą. Westchnął zrezygnowany.
- Te ciemne, z czerwonymi... – zaczął, ale uciekła mu nazwa. Ziemianie mieli tyle rodzajów jedzenia, że nawet gdyby go to obchodziło, nie zapamiętałby połowy.
- Truskawkami? - podpowiedziała mu. – Widzisz, wiedziałam, że masz dobry gust! Truskawki uwielbia.
Vegeta przyrzekł sobie, że już nigdy więcej nie tknie truskawek.
- No i jesteśmy w domu! Dziękuję ci, bardzo mi pomogłeś. – uśmiechnęła się ciepło. - Chciałam zrobić coś miłego dla Bulmy na urodziny. Jest ostatnio taka zestresowana! To wszystko przez pracę. Wiem, że nie dogadujecie się najlepiej, ale ona nie zawsze taka jest. Po prostu trafiłeś na zły moment w jej życiu. Te wszystkie problemy z przetargiem, i ta podróż w kosmos i to, że Yamcha… - kobieta zawahała się i uśmiechnęła się przepraszająco. – Przez to wszystko jest wiecznie rozdrażniona. Ale tak naprawdę ma wielkie serce. I jest taka śliczna, prawda?
Znowu wzruszył ramionami. To było irytujące, że ilekroć Briefsowie zaczynali mówić o swojej córce, bronili jej i wychwalali przed nim jakby próbowali mu ją sprzedać. Może też mieli jej dość i chcieli żeby ktoś ich od niej uwolnił? W swoim czasie znał kilku handlarzy niewolników którzy zapłaciliby za nią niezłą cenę. Oczywiście do momentu kiedy otworzyłaby usta.
- Ty chyba też nie jesteś w najlepszym nastroju. – powiedziała kobieta i nachyliła się w fotelu ku niemu. - Nudzisz się tutaj, prawda? Powinnam powiedzieć Bulmie, żeby kiedyś zabrała cię ze sobą na miasto.
- Nie ma takiej potrzeby. – odparł chłodno.
- Ale, mój drogi, powinieneś korzystać z życia! Spędzasz całe dnie pomiędzy swoim pokojem, kuchnią a kapsułą.
- Czasami wychodzę z domu! – odparował i natychmiast poczuł się głupio. Nie musiał się przed nikim usprawiedliwiać jak rozporządza swoim czasem, a już na pewno nie tej kobiecie. Więc czemu, u diabła, to robił?
- Ale zdecydowanie zbyt rzadko. Może to kwestia finansów? – zapytała niewinnie i skubnęła kawałek własnej babeczki. – Bulma mówiła, że zatrzymałeś się u nas, bo masz… - zastanowiła się chwilę. – problemy z byłymi pracodawcami. I nie masz się gdzie podziać. A młody mężczyzna przecież powinien mieć jakieś pieniądze.
Vegeta z wściekłością poczuł, jak jego twarz zaczyna płonąć.
- Nie potrzebuję waszych pieniędzy.
- Och, przestań. To żaden kłopot. Jesteśmy wystarczająco bogaci żeby dzielić się z tymi którym los troszeczkę mniej sprzyja.
- Wystarczy, że dostanę kapsułę. – wycedził przez zęby. - Niczego więcej od was nie chcę.
- No tak, mąż mówił, że śpieszy ci się żeby wracać do siebie. Pewnie twoi przyjaciele się o ciebie martwią.
Przyjaciele? Vegeta prawie się roześmiał. Jedyni ludzie, którzy mogliby zastanawiać się co się z nim działo, Nappa i Raditz, dwaj z trzech ostatnich prawdziwych Saiyan już zdążyli się pewnie rozłożyć pod ziemią. A trzeci z nich w tej chwili poważnie rozważał dołączenie do nich.
Vegeta podniósł się gwałtownie z kanapy. Jego limit wysłuchiwania ziemskich idiotyzmów na dziś się wyczerpał.
Kobieta uśmiechnęła się do niego słodko.
- Obiecaj mi, że powiesz mi jeśli tylko będziesz czegoś potrzebował.
- Oprócz świętego spokoju?
Kobieta zachichotała.
- Dowcipniś z ciebie. Weź resztę babeczek ze sobą. Musimy się ich pozbyć zanim Bulma wróci. Gdyby je zobaczyła, zepsułaby sobie niespodziankę.
Zamiast odwrócić się i wzgardzić jej ofertą, tak jak to powinien zrobić, westchnął tylko i zgarnął ze stolika ostatni pełny talerz. W drodze na górę obiecał sobie, że popracuje nad odbudową swojej stanowczości. Jak tylko skończy jeść.
Jeśli było coś, co powstrzymywało go jeszcze przed zrównaniem z ziemią tego domu i posypania wszystkiego solą, to było to znajdowanie codziennie wieczorem w kuchni zastawionego jedzeniem stołu. Była to marna pociecha, ale w obecnej sytuacji nawet tak banalna rzecz jak jedzenie pomagała mu znaleźć sens w beznadziejnej sytuacji w jakiej się znalazł. Uwięziony na zacofanej planecie, czuł jak życie ucieka mu przez palce. Ostatnio nie robił nic poza kręceniem się bez celu po terenie Korporacji i jedzeniem.
Zastanawiał się, jak to się mogło stać?
No tak. Sam się w to wpakował.
Gdyby tylko zignorował gadanie Raditza o jego być może wciąż żyjącym gdzieś tam na odległej planecie bracie! Gdyby nie posłał go na Ziemię i gdyby nie postanowił, że przyleci tu sam w poszukiwaniu tych magicznych smoczych kul, nie musiałby teraz tu tkwić...
Kiedy był mały, ktoś mu powiedział, że żadna rana nie boli tak jak okaleczona duma. Przypominał sobie te słowa przy każdym upokorzeniu na jakie skazywał ich Frieza. Gdy wspomniał o tym kiedyś swoim kompanom, Raditz powiedział, zadziwiająco proroczo biorąc pod uwagę co go potem spotkało, że z chęcią zobaczy czy będzie tak mówił jak ktoś zafunduje mu dziurę w brzuchu. Z jaką satysfakcją Vegeta mógłby mu teraz powiedzieć, że się pomylił – przebicie na wylot bolało mniej niż te upokorzenia, które musiał znosić teraz.
Vegeta wiedział co zastanie w kuchni jeszcze zanim zapalił światło. Intensywny zapach duszonego mięsa wypełniający pomieszczenie przywiódł go tutaj z dworu, gdzie z niechęcią patrzył na rozświetlone wnętrze kapsuły. Co oni tam znowu robili? Ile można dłubać w głupim statku kosmicznym?
Usiadł za stołem i wbił widelec w ociekający sosem kawałek mięsa. Przynajmniej na to nie mógł narzekać. Ilekroć patrzył na siebie w lustrze, widział, że regularne posiłki i dużo snu mu sprzyjały. Jeszcze nigdy tyle nie ważył – czuł to pod palcami biorąc prysznic i wciągając na siebie ziemskie ubrania, które wydawały się być się ciaśniejsze niż kiedy wkładał je na siebie zaraz po przybyciu tutaj. Papka proteinowa jaką serwowano w bazach Imperium Koldów nie sprzyjała przybieraniu na wadze - służyła tylko zapełnieniu żołądków i dostarczeniu wymaganego minimum odżywczego, nie mówiąc już o tym, że smakowała jak błoto. A okazje by zjeść coś smacznego podczas misji nie zdarzały się aż tak często - nie wita się przecież ucztą ludzi, którzy przybyli na twoją planetę by zrównać ją z ziemią.
Ziemianie zaś, wprost przeciwnie, napychali go jedzeniem, co chwilę podsuwając coraz to nowe potrawy, w ilościach, które czasem przewyższały nawet jego apetyt. Tylko po co? Łudzili się, że zasypując go żarciem i niepotrzebnymi drobiazgami zmienią jego zdanie co należałoby zrobić z tym zacofanym światem? Co i rusz znajdował w swoim pokoju nowe ubrania, jak podejrzewał, od szurniętej córki Briefsów. Po co mu one? Myślała, że go przekupi szmatami? Że z wdzięczności oszczędzi ją i jej rodzinę gdy nadejdzie pora? Nie potrzebował tego – całe życie nosił jeden pancerz aż do następnej stacji kosmicznej, tam zmieniał go na nowy i tak dalej. Ubrania które zapewniała mu Armia Friezy trzymały ciepło ciała, nie przyjmowały brudu i dopasowywały się do rozmiaru je noszącego. Tutaj musiał ściągać rękawy żeby nie zasłaniały mu rąk, a materiał po dniu przesiąkał potem i nie nadawał do dalszego noszenia. Jedyne co ta planeta miała wartościowego do zaoferowania, to były to kieszenie. Ziemskie ubrania były niedorzeczne, ale akurat to im się udało.
Choć pobyt na Ziemi, co z trudnością przyznawał, doskonale wpływał na jego ciało, jego umysł nie znosił tych przymusowych wakacji najlepiej. Mógł przysiąc, że czuje jak jego szare komórki umierały. Ale nikt nie mógł czuć się elokwentny, jeśli połowa zdań jakie ostatnimi czasy wypowiadał składała się tylko z pytań „Co?" Nie rozumiał połowy rzeczy mówili do niego Ziemianie, a połowa tej połowy którą rozumiał go nie interesowała. Jeśli tylko mógł, unikał przebywania z nimi w jednym pomieszczeniu, co jak na tak wielki dom, było zaskakująco trudne. Grzecznościowe pogawędki, którymi go raczyli za każdym razem gdy tylko pojawił się z zasięgu wzroku grały mu na nerwach. Tak samo jak szczera troska w ich głosach, kiedy pytali czy czegoś mu potrzeba.
Ale skłamałby gdyby powiedział, że nie lubi czystej pościeli i mię kkich ręczników. Uziemiony tutaj, był więźniem luksusu. Jego pokój był kilkakrotnie większy niż standardowe kwatery w bazach, czysty, dobrze oświetlony i z przylegającą do niego łazienką tylko do jego dyspozycji. Najedzony i wypoczęty, z pogardą dla swojej słabości, z mniejszą niż powinien czuć ulgą odliczał dni jakie pozostały do końca jego przymusowego pobytu na Ziemi. A dzień ten był już tuż tuż.
Teraz, gdy czuł, że jego przez przeznaczenie jest w zasięgu jego ręki, kiedy nareszcie wiedział, że zostanie Legendarnym jest możliwe i tylko jeszcze chwila cierpliwości dzieliła do od dowiedzenia się, jak ktoś niewarty tego tytułu tego dokonał, mijające tak wolno dni doprowadzały go do szału.
Pozostawało mu teraz tylko przeczekać te kilka ostatnich tygodni do powrotu Kakarota, dowiedzieć się jak osiągnąć poziom Super Saiyanina, zostać Legendarnym, zabić tą kretyńska skazę na honorze rasy Saiyan, spopielić tą cholerną planetę i... I co dalej?
Do tej pory nie sięgał tak daleko w swoich planach. Szedł przez życie napędzany jednym celem: zostać najsilniejszą istotą we wszechświecie, i pokonać Friezę. To, nieważne w jak beznadziejnej sytuacji się znalazł, jak blisko był śmierci zawsze kazało mu brnąć dalej. Każde upokorzenie z rąk Friezy i jego ludzi tylko motywowało go bardziej. A teraz każdy z nich był martwy i nie pozostało po nich nic oprócz dryfującego w przestrzeni kosmicznej pyłu. Zginęli wszyscy którzy przepowiadali mu śmierć, mówiąc, że jeśli nie będzie bardziej pokorny, umrze. I umarł. I wrócił, silniejszy niż kiedykolwiek. I nie było takiej siły we wszechświecie która mogłaby go zatrzymać. Nie ma nikogo, kto mógłby...
- Powiedz mi, że nie zjadłeś tej resztki carbonary która została w lodówce!
Vegeta, wyrwany ze swoich rozmyślań, obrócił się. Tak, Frieza nie żył, Kakarot czekał na wskrzeszenie, więc los postanowił obdarować go nowym wrogiem. Głośnym, wścibskim, irytującym stworzeniem które było o tyle gorsze od jego pozostałych przeciwników , że kiedy ich nie mógłby pokonać w walce, tak pozbycie się jej nie wymagałoby od niego więcej niż zaciśnięcia dłoni na jej wątłej szyjce. Ale mimo to, jak na razie usłyszenie przepięknego odgłosu jej trzaskającej krtani było poza jego zasięgiem. Nie jeśli chciał we względnym spokoju przeczekać jeszcze ten jeden miesiąc aż będą mogli wezwać boskiego smoka.
- Nie. Jest obrzydliwa.
- Jest pyszna i się nie znasz. – powiedziała kobieta, otworzyła lodówkę i znajdując w niej talerz z makaronem, wydała z siebie głośny jęk zachwytu. - A próbowałeś ją podgrzać?
Nie odpowiedział.
- No właśnie. Trzeba było ją wrzucić do mikrofalówki. Chyba wiesz jak się jej używa?
- Wiem. – odburknął.
- Naprawdę, nie ma się czego wstydzić. Mogę ci pokazać jak…
- Wiem jak się włącza cholerną mikrofalówkę!
- Okay, okay, nie nakręcaj się tak. Chciałam tylko pomóc.
Otworzyła drzwiczki mikrofali i wstawiła talerz. Kiedy mikrofalówka zaczęła buczeć, oparła się o blat szafki i przyglądała mu się w milczeniu. Jej obecność i ta zuchwałość z jaką na niego patrzyła działała mu na nerwy.
Mikrofalówka dalej buczała, a on poczuł, jak jedzenie zaczyna mu rosnąć w ustach.
- Aż dziw, że umiesz posługiwać się sztućcami. – odezwała się z końcu.
- Za kogo ty nie masz? – zapytał oburzony. Jak ona śmiała?!
- Miałam na myśli to – odparła spokojnym tonem. - że jesteś z innego świata, a też używacie noży i widelców. To niesamowite jak mimo dzielących nas lat świetlnych wszystko wygląda tak samo.
Rzucił okiem na wyświetlacz mikrofalówki. Zostało jeszcze dwadzieścia sekund z dwóch minut na jakie nastawiła mikrofalę. Nie wierzył, że minęły ledwie dwie. Miał wrażenie, że ona stoi i gapi się na niego już od co najmniej kwadransa.
Mikrofalówka zapiszczała. Wyjęła talerz i postawiła go stole, po czym wcisnęła ręce w ciasne kieszenie spodni, wyciągnęła z nich zadziwiającą ilość przedmiotów i kładąc je obok talerza, usiadła dokładnie naprzeciw niego. Zacisnął zęby. Tylko tego mu jeszcze brakowało.
Nie zwracając uwagi na jego wprost namacalną wściekłość, nawinęła nitki makaronu na widelec i podsunęła go w jego stronę.
- Może jednak chcesz spróbować? Na ciepło jest przepyszny.
Spojrzał na nią z odrazą.
- Nie.
- To nie, twoja strata. Będzie więcej dla mnie.
Vegeta popatrzył na swój talerz. Nie był nawet w połowie posiłku. Najchętniej wstałby i wyszedł, ale nadal był głodny. I wyglądałoby na to, że przez nią ucieka. A on nigdy nie ucieka. A już w szczególności nie przed nią.
Z furią wbił widelec w kawałek mięsa.
- Nie powinnam jeść o tej porze, ale co tam, należy mi się. – zaczęła, wspierając brodę na dłoni i błądząc widelcem w talerzu. - Cały dzień…
- Nie interesuje mnie jak spędziłaś dzień.
- A może tak grzeczniej, co? – wyprostowała się na krześle. - Czego się tak wściekasz? Wracam do domu po ciężkim dniu, marząc o zjedzeniu kolacji w spokoju a zamiast tego muszę znosić ciebie.
- Mógłbym to samo powiedzieć.
- Och, naprawdę? A czym się niby dziś zmęczyłeś? Siedzeniem cały dzień na tyłku?
Wciągnął ostro powietrze.
Ciszę jaka między nimi zapadła przerywało tylko jej skrobanie sztućcami po talerzu. Vegeta nie tknął swojego jedzenia, wbijając wzrok we wciąż pełny talerz przed sobą.
- Nie chcesz rozmawiać, to nie. – odezwała się po dłuższej chwili. - I tak nie sądzę, żebyś miał coś ciekawego do powiedzenia.
Spojrzał na nią z niedowierzaniem. Jej impertynencja była wprost godna podziwu. Na początku wydawało mu się, że jest po prostu nieokrzesana i wścibska, ale szybko nabrał przekonania, że robiła to specjalnie. Dobrze się bawiła nabijając się z niego. Wielki teatr pojednania, jaki odstawiła tamtego dnia na małej, zniszczonej przez niego wysepce był tylko zagrywką. Była podła, podlejsza od wszystkich tych sukinsynów których znał w poprzednim życiu, bo wiedziała, że jest nietykalna i może sobie pozwolić na posuwanie się do rzeczy, za które normalnie już dawno zmiótłby ją z powierzchni ziemi. Wydawało się, że zrobiła sobie zabawę z uprzykrzania mu życia.
Wyprostował się i popatrzył na nią, powoli przeżuwającą swój makaron. Chciała się bawić? Proszę bardzo. On też potrafił grać w tą grę.
- Dlaczego miałbym marnować swój czas na pogawędki z kimś takim jak ty?
- Marnować czas? – zapytała, jej widelec zawisł w powietrzu. – A co lepszego masz do roboty?
- W porównaniu do słuchania ciebie, każda alternatywa wydaje się bardziej pociągająca. I ciężko mi uwierzyć, że cokolwiek z twojej paplaniny mogło mnie zainteresować.
- Och, zdziwiłbyś się. – uśmiechnęła się kwaśno.
- Wątpię.
Poprawiła się niespokojnie na krześle.
- Dla twojej wiadomości, większość ludzi dałoby się pokroić za możliwość zjedzenia obiadu w moim towarzystwie.
- Nie przeceniasz się?
- Och, proszę, jestem jednym z najwybitniejszych umysłów swojego pokolenia i prezesem technologicznego imperium wartego miliardy. – uśmiechnęła się z wyższością. - I mam lustro.
Prychnął.
Dziewczyna wyrazem samozadowolenia na twarzy odłożyła sztućce na talerz.
- Jesteśmy chyba w podobnym wieku. A ty co osiągnąłeś?
Zignorował pytanie.
- Może i chwilowo jesteś najsilniejszą żyjącą istotą na tej planecie, ale tu, na Ziemi liczą się władza i pieniądze. Których ja mam pod dostatkiem. Powinieneś być raczej wdzięczny, że to ja marnuję swój bardzo cenny czas na próby zabawienia cię rozmową.
- Jeśli to są twoje sposoby na zabawienie kogoś, to powinnaś przemyśleć swoją strategię. – odparł drwiącym tonem. - Myślałaś kiedyś, na przykład, o zamknięciu się?
Z satysfakcję zobaczył, jak jej usta zaciskają się wąską linię.
- Możesz sobie darować te złośliwości, Vegeta. – odparowała, siląc się na spokojny ton. - Nie robi to na mnie wrażenia. Od kiedy pamiętam musiałam się zmagać z takimi przyjemniaczkami jak ty, wściekłymi, że dziewczyna w szpilkach jest bogatsza i bystrzejsza od nich.
- Myślisz, że tym przez co ludzie nie mogą cię znieść jest zazdrość?
- Tak. To i seksizm.
- Co? – zapytał i skarcił się w duchu.
Uśmiechnęła się z politowaniem i spojrzała na zegarek na nadgarstku. Westchnęła i wstała od stołu, upychając z powrotem do kieszeni rzeczy, które tam wcześniej zostawiła.
- Byłoby szalenie interesująco zapoznać cię z ziemskimi koncepcjami społecznymi, ale jest już trochę późno na takie rozmowy. Przyjdź do mnie jutro, może wtedy wytłumaczę ci wady patriarchatu.
Poklepała się po kieszeniach i pewna że wszystko ze sobą zabrała, bez słowa pożegnania wyszła z kuchni.
Vegeta zamiast poczuć ulgę, że dała mu w końcu spokój, poczuł dziwny niedosyt. Tak po prostu wyszła, nie dając mu powiedzieć ostatniego słowa? To było nawet bardziej obraźliwe niż jej złośliwości. Prawie miał ochotę wstać i za nią iść, żeby dać tej głupiej rozmowie satysfakcjonujące dla siebie zakończenie, ale nie ruszył się z miejsca. To było by poniżej jego godności.
Dokończył swój posiłek i wstawił talerz do zlewu. Z rozpędu sięgnął i po jej talerz, ale po chwili namysłu odstawił go na miejsce. Talerz zachybotał się na stole i stanął krzywo. Vegeta podniósł go i zobaczył pod spodem mały czerwony klocek – musiała zapomnieć go kiedy zabierała swój bałagan ze stołu. Wziął go do ręki i obrócił w palcach, przez chwilę rozważając wrzucenie go do kosza na śmieci, Ostatecznie zacisnął go w pięści i schował do kieszeni. Coś podpowiadało mu, że może mu się jeszcze przydać.
Następnego dnia rano obudziły go krzyki.
Otworzył oczy i skrzywił się. To była jego zwykła pora na wstawanie, ale o tej godzinie dom był zawsze cichy – żaden z pracowników Briefsów jeszcze nie kręcił się na zewnątrz, a żona doktora jeszcze nie zdążyła zająć kuchni i włączyć męcząco głośnego telewizora, który zawsze jej towarzyszył podczas gotowania.
Tego poranka jednak zza drzwi doszły go zduszone wrzaski. Nie mógł rozpoznać słów, wytłumionych przez ściany, ale bez wątpienia wściekłe okrzyki należały do córki Briefsów. Co było dziwne, zważając na to, że jak zdążył zauważyć, jej dzień zaczynał się gdy on już dawno zapomniał, że jadł śniadanie.
Vegeta obrócił się na łóżku i naciągając kołdrę na głowę, spróbował zignorować hałas. Bezskutecznie.
Wytrzymał jeszcze kilka minut, nie mogąc uwierzyć jak długo była w stanie wrzeszczeć. W końcu, gdy nawet zakrycie głowy poduszką nie pomagało, podniósł się z łóżka i wyjrzał z pokoju.
Wystarczyło tylko uchylić drzwi, a krzyki, już wyraźne, rozniosły się po pokoju. Vegeta przetarł oczy i wyszedł na korytarz, kierując się ku źródłu wrzasków. Stanął na szczycie schodów i zlustrował sytuację w salonie. Córka Briefsów miotała się po pokoju, gorączkowo przewalając poduszki kanapy w poszukiwaniu czegoś. Jej rodzice stali obok, z zmartwionymi minami niezdarnie próbując ją uspokoić.
- Jesteś pewna, że zostawiłaś go tutaj?
- Nie! Nie wiem! – burknęła, sprawdzając przestrzeń między kanapą a oparciem. - Ale już wszędzie indziej sprawdzałam!
- Może jednak jest u ciebie? – zapytała ostrożnie jej matka. - Może miałaś ofertę na innym...
- Nie! Wiem jak wyglądał! – wybuchnęła, rzucając poduszki z powrotem na kanapę. - Mały czerwony pendrive. Miałam go wczoraj ze sobą cały wieczór.
Vegeta odruchowo poklepał się po kieszeni. Czerwony klocek nadal tam był.
- Może zostawiłaś go w kieszeni…
- NIE! Sprawdzałam ubrania piętnaście razy! Nie ma go!
- To może w kuch…
- TAM TEŻ SPRAWDZAŁAM!
Stary Briefs przysiadł na kanapie.
- Nie masz kopii oferty na mailu?
- Nie! Greene z przetargów powiedział, że nie możemy jej trzymać na mailach!
- To może ktoś z przetargów ma u siebie…
- Nie! To była ostateczna wersja! Wieczorem robiliśmy na niej ostatnie poprawki!
- I nie zrobiłaś jej kopii?
- NIE!
- Bulma, powinnaś wiedzieć, że…
- WIEM!
- To czemu…
- NIE WIEM!
- Koteńku, usiądź na chwilkę i pomyśl gdzie go ostatnio ze sobą miałaś.
Dziewczyna rzuciła się na kanapę obok ojca i ukryła twarz w dłoniach.
- Już nie pamiętam. Wydawało mi się, że wieczorem miałam go ze sobą w kuchni, ale tam go nie ma!
Wyciągnęłam go z kieszeni, ale potem go zabrałam. Na pewno go zabierałam!
- No trudno. – Briefs poklepał córkę po ramieniu. - Ktoś w biurze z pewnością ma wersję na której wczoraj pracowaliście.
- Oczywiście, że mają! Ale to nie jest ta ostatnia. Obiecałam, że sczytam ją wieczorem i rano ostatecznie zatwierdzę ofertę.
- Więc czemu tego nie zrobiłaś wczoraj?
- Nie wiem! Bo mi się nie chciało! Bo miałam to zrobić dziś rano, żeby ze świeżą głową jeszcze raz na to spojrzeć.
- To zrób to dziś w pracy.
- Nie mogę! Za pół godziny mam spotkać się z przetargami. I co im powiem? Że zgubiłam ofertę dla rządu? Przecież wyjdę na kompletną idiotkę.
- Bo nią jesteś.
Wszyscy Briefsowie odwrócili się i popatrzyli na stojącego w połowie schodów Vegetę.
- Tego szukasz? – Vegeta zszedł powoli po schodach i wyciągnął dłoń z leżącym na nim czerwonym klockiem. Jakkolwiek zabawne było oglądanie się męczyła, miał dość tego hałasu.
Bulma wstała z kanapy i podbiegła do niego robiąc wielkie oczy.
- Skąd go masz?
- Był w kuchni.
- Gdzie?
- Na stole. Zostawiłaś go tam wczoraj pod talerzem.
Przez chwilę wpatrywała się w niego wybałuszonymi oczami, po czym bezceremonialnie wyrwała mu pendrive z ręki i mijając go na schodach, popędziła na górę.
Jakieś pół minuty później z powrotem zbiegła na dół, zaskakująco zwinnie poruszając się na niedorzecznie wysokich obcasach. Ściskając w rękach torebkę obciągnęła na sobie obcisłą granatową sukienkę i poprawiła włosy.
- Chyba wszystko już mam.
- Jesteś pewna? – zapytał ją ojciec.
- Nie, ale nie mam już czasu znowu sprawdzać. Najważniejsze, że mam ofertę.
- Poczekaj, potargałaś się troszeczkę. – powiedziała jej matka, odganiając jej włosy za ucho.
- Nie ważne. Jadę na złożenie oferty, nie konkurs piękności.
- Ale wyglądasz ślicznie.
- Dzięki. Może w czymś to pomoże.
- Przecież wiesz, że wygrasz.
- Wiem, ale trochę przewagi nie zaszkodzi. No, to życzcie mi powodzenia.
Ucałowała rodziców i wybiegła z domu.
Doktor włożył ręce w kieszenie i odchrząknął.
- Można powiedzieć, że uratowałeś jej życie, synu.
- Jak zwykle jesteś taki pomocny, kochany. Jesteśmy ci tacy wdzięczni! – kobieta obdarzyła go ciepłym uśmiechem. - Szkoda tylko, że Bulma nie zdążyła ci podziękować. Co by było gdybyś go nie znalazł?
- Nic, ale rzeczywiście nie wyglądałoby to najlepiej. – powiedział doktor. - Powinna lepiej pilnować takich rzeczy.
- Nie miej do niej pretensji. To tylko zwykłe roztargnienie
- Mam nadzieję. Nie podoba mi się co się z nią ostatnio dzieje. – doktor zdjął okulary z nosa i przetarł je o rąbek fartucha. - Może jednak za wcześnie oddałem jej stery firmy? Czy to nie za dużo dla niej? W końcu nie codziennie zostaje się najbogatszą kobietą w kraju.
Vegeta nadstawił ucha. Do tej pory myślał, ze jej przechwałki to był tylko wymysł jej rozbuchanego ego. Wiedział, ze Briefsowie byli dobrze sytuowani, ale aż tak?
- Nonsens! Oczywiście, że sobie poradzi! Jest urodzonym przywódcą! Tylko musi popracować jeszcze nad docenianiem ludzi, którzy jej w tym pomagają. A tym czasem to my w jej imieniu ci podziękujemy. Powiedz, co chciałbyś na śniadanie? Cokolwiek tylko chcesz. Chociaż tyle mogę teraz dla Ciebie zrobić!
Zanim zdążył odpowiedzieć, Doktor znowu chrząknął.
- A jak już skończycie, mógłbyś podejść do mojego laboratorium. Moglibyśmy porozmawiać chwilę o kapsule. Nadal cię to interesuje, oczywiście.
Vegeta spojrzał na niego z ukosa. Co za głupie pytanie! Czemy miałoby go to przestać interesować?
- Przyjdę.
- Ale to później, później! Teraz zabieram go ze sobą. – kobieta chwyciła go za ramię i pociągnęła za sobą do kuchni. Vegeta, słoneczko, co powiesz na gofry? Pamiętam, że ostatnio bardzo ci smakowały!
Vegeta stężał, spojrzał z niesmakiem na jej rękę na swoim ramieniu i... westchnął tylko zrezygnowany.
- Tak, mogą być.
Jak się okazało, znalezienie Briefsa nie było takie łatwe. Vegeta był po kolei w trzech różnych budynkach zanim nawet uzyskał informację od pracowników Briefsów gdzie znajdzie ich szefa. Kiedy wkroczył do czwartego, mimo zapewnień obwieszonej żelastwem dziewczyny która jako jedyna na jego widok zrobiła coś więcej niż zruszenie ramionami i wrócenie do popijania kawy, tutaj też nie zauważył doktora. Znalazł za to coś o wiele bardziej interesującego.
Zadarł głowę do góry i osłaniając oczy przed rażącym światłem jarzeniówek popatrzył na wznoszący się przed nim szkielet kapsuły. Stalowa konstrukcja była większa niż kapsuła stojąca na zewnątrz, i nawet mimo swoje niekompletności, o wiele bardziej imponująca.
Vegeta całe życie spędził na statkach kosmicznych ale nigdy nie widział jak są budowane. Ogromne statki–miasta na pokładzie których dorastał w jego wyobrażeniu zawsze istniały już skończone i doskonałe. Nigdy przedtem nie zastanawiało go skąd się brały, jaki rząd dusz poświęcał swoje dni na budowanie ku chwale Imperium Koldów stalowych potworów na pokładzie których żądni krwi żołnierze przybywali na niczemu nie winne planety i wybijali ich mieszkańców, by nasycić nieskończony głód władzy Friezy.
Popatrzył na przewody owijające metal i plastik, na błyszczące śruby spajające metalowe żerdzie. Czy Ziemianie, ze swoimi miękkimi sercami i dobrymi chęciami nie wykorzystaliby swojej technologii w tym samym celu? Jeśli dobrze rozumiał, nie opanowali jeszcze technologii podróży galaktycznych, nie zanim Briefsowie nie przyłożyli do tego swojej ręki. Nie wytknęli nosa poza swoją galaktykę, cudownie nieświadomi terroru panującego we wszechświecie, wiodąc spokojne życia w swoich wygodnych domach, z dala od twardej ręki Friezy i jego Armii. Spojrzał na pracujących przy konstrukcji inżynierów. Gdyby tylko wiedzieli, że ich pracodawca w swojej dobroci gości pod swoim dachem kogoś, kto kilka miesięcy temu przybył tu żeby przemocą i terrorem dołączyć ich cenną planetę do kolekcji Friezy... Czy z równym zapałem pracowali by dalej, wiedząc, że przykładają rękę do pomocy komuś, kto zjawił się ich wszystkich zabić? I nadal miał to w swoich planach?
- Przepiękna, prawda?
Vegeta wyczuł starego zanim go usłyszał – intensywna woń papierosów i kawy ciągnęła się za Doktorem jak mgła. Kątek oka dostrzegł, jak Briefs stanął obok niego, z kubkiem w ręku przyłączając się do podziwiania konstrukcji.
- Idealne połączenie dwóch światów. – stary pociągnął łyk. – A nawet trzech, tak gwoli ścisłości. Korzystaliśmy jeszcze w niewielkim stopniu z rozwiązań z nameczańskiego statku, ale nie umywają się one do technologii twojego świata. Ile ja bym dał, żeby zobaczyć resztę tego, czego tam używaliście…
Vegeta oderwał wzrok od kapsuły spojrzał na Doktora.
- Co to jest?
- Kapsuła. – odparł Doktor ze zdziwioną miną.
Vegeta ze złością głośno wypościł powietrze.
- Wiem co to jest, ale co tu robi? Dlaczego budujecie następną jeżeli tamta jest jeszcze niegotowa?
- Ależ jest już gotowa, od kilku tygodni.
Jeżeli Vegeta miałby serce, w tej chwili przestałoby bić.
- To dlaczego ja nic o tym nie wiem?!
- Żona mówiła, ze już się u nas tak ładnie zaaklimatyzowałeś, więc o tym nie wspominałem żebyś nie pomyślał, że cię wyganiamy.
Dawny Vegeta chwyciłby starego za szyje i uniósłby go, z radością patrząc jak czerwienieje a potem sinieje w jego uścisku. Dawny Vegeta skoncentrowałby się i bez wysiłku wysadziłby to miejsce w powietrze. Dawny Vegeta wskoczyłby do stojącej na zewnątrz kapsuły, wystartował i już nigdy więcej nie oglądał się za siebie.
Ale Nowy Vegeta, Vegeta którego przeznaczeniem było zostać Super Saiyaninem i który gotów był przełknąć każde upokorzenie żeby to osiągnąć, zapytał tylko:
- Całkowicie gotowa do odlotu?
- No, tak, całkowicie. – przytaknął stary. – Chociaż... Od jakiegoś czasu zastanawiam się nad zmianą jej systemu lądowania. Bo widzisz, Bulma parę tygodni temu opracowała nową, przewyższającą wszystkie z jakimi do tej pory mieliśmy do czynienia. W pierwszej kapsule posłużyliśmy się nameczańską metodę, ale nie jestem z niej zadowolony. Ta z saiyańskich statków jest, bez obrazy, nawet mniej imponująca. We wszystkich waszych statkach lądowanie jest tak... brutalne?
- W kapsułach tak. W innych nie.
- O. To szkoda, że nie zjawiliście się tu czymś większym. Chętnie zbadałbym tamte. Oczywiście pomysł Bulmy jest bezbłędny, ale miło byłoby było porównać go z czymś może nawet lepszym.
Rozmawiając z Briefsem, Vegeta czuł się nieswojo. Stary mimowolnie obnażał jego ignorancję względem techniki jaką posługiwał się całe życie. Nigdy nie interesowała go technologia. Miało działać i tyle. A jeśli nie działało, zostawiał kapsułę na najbliższej stacji i brał następną.
- No to jak? Zaczekasz jeszcze na te poprawki? – zapytał Briefs dopijając resztki kawy. - Uwierz mi, byłoby naprawdę warto. I oczywiście byłbym wdzięczny, gdybyś, jak już wrócisz, podzielił się z nami swoimi uwagami na temat kapsuły. Bo masz zamiar do nas wrócić?
- Tak. Jak wskrzesicie Kakarota.
- Kak...? A, Goku. No tak. Ale to już niedługo! Nie wiem, czy w ogóle płaca ci się nas puszczać. Jeśli byłbyś tak miły i zaczekał na poprawki, to zostałyby do tego już tylko dni. Poza tym, nie jest ci u nas chyba aż tak źle?
Vegeta łaskawie powstrzymał się od odpowiedzi.
Słowa starego nic nie zmieniły w jego postanowieniu. Nie miał zamiaru zostać tu ani chwili dłużej. Nie potrzebował żadnych ulepszeń. Jedyne czego chciał, to kapsuła na tyle solidna, żeby nie rozleciała się w przestrzeni kosmicznej.
- Nie będę czekał. – powiedział, patrząc na Doktora spode łba. - Niech zostanie tak jak jest.
- Jesteś pewny? Mógłbyś... – zaczął Stary i przerwał, patrząc Vegecie ponad ramieniem. - Już jesteś?
Vegeta obrócił się. Córka Briefsów podeszła do nich stukocząc obcasami po białej terakocie.
- Tak, już po wszystkim. – odsapnęła i przyjrzała im się, zaciekawiona. - Co robicie?
- Mówiłem Vegecie o twoich rewolucyjnych pomysłach na poprawę kapsuły.
- O. - wyraźnie zaciekawiona – I co w związku z tym?
- Nic. – uciął Vegeta. Stary niestety był rozmowniejszy.
- Zaproponowałem, żeby zainstalować w niej nowy system lądowania, ale Vegeta go nie chce.
Dziewczyna uśmiechnęła się kwaśno.
- A co, boisz się, że będzie za dla ciebie trudny?
Vegeta zacisnął zęby.
- I jak tam oferta? – zapytał Doktor.
- Złożona. Teraz zostaje tylko czekać.
- Cieszę się. Zobaczysz, wygrasz ten przetarg.
Podeszła do stojącego w pobliżu krzesła i usiadła na nim ciężko.
- No ja myślę. Na tyle czasu i energii ile w niego włożyłam, nie ma szans żeby Yagato mnie pokonał. A, i dzwonili do mnie z Forbesa. – powiedziała, ściągając buty. - Chcą zrobić ze ma wywiad. A dokładnie, mam być tematem numeru. I być na okładce.
- Naprawdę?
- Tak. „Kobiety u sterów". Wysłali mi już propozycję na maila. Chcesz zobaczyć?
- Jasne! – doktor poklepał się po kieszeniach. - Poczekaj, gdzieś podziałem okulary do czytania...
- Są w kuchni. Przyniosę ci je jeśli chcesz.
- Nie, zostań, sam po nie pójdę. Okładka, mówisz? Byłem prezesem przez ćwierć wieku i nawet raz nie chcieli zrobić o mnie artykułu. No, ale moja gęba strasząca z pierwszej strony nie zwiększyłaby im sprzedaży… Vegeta, zostań tutaj, proszę. Zaraz wracam.
- A tak w ogóle to co ty tutaj robisz?
Vegeta splótł ręce na piersi i spojrzał na dziewczynę, ze znudzeniem bujającą się na krześle.
- Kapsuła jest już gotowa.
- Naprawdę? – zapytała znużonym głosem. – To udanej podróży.
Nie takiej reakcji się spodziewał. Przysiadł na stojącym obok krzesła stole i przekrzywił głowę.
- Nie będziesz też, jak twój ojciec, próbowała mnie zatrzymać?
- A po co? Nie jesteś mi do niczego potrzebny. Moi rodzice może i chcą cię tu zatrzymać na dłużej, ale oni mają miękkie serca dla wszystkich swoich znajd.
- Znajd? – powtórzył przez zęby.
- Mama i tata zawsze mają problem z rozstaniem się ze swoimi przybłędami. – kontynuowała niewzruszona. - A już w ogóle są zachwyceni tym, że do ich kolekcji dołączyli kosmici.
- Nie jestem ich cholernym zwierzakiem.
- Ale jesteś ich ulubieńcem. Nie wiedzieć czemu.- wymamrotała. – Dobrze, ze nie jesteś młodszy, adoptowaliby cię od razu po tym jak przekroczyłeś próg naszego domu.
- To było by zrozumiałe. – zaszydził. – Mając takie potomstwo też poszukałbym czegoś lepszego.
- I ty niby byłbyś tą lepszą opcją?
- Nie martw się, nie upadłem jeszcze tak nisko żeby nawet rozważać zostanie tutaj.
- Ale przyznaj, nie jesteś też specjalnie daleko od dna, co? Biedny Vegeta, skazany na życie na łasce zacofanej rasy. Musi ci być strasznie przykro, widząc, że przedstawiciele tak pośledniego gatunku mają się lepiej od ciebie.
- Myślisz, że imponuje mi twoja pozycja na waszej małej, zacofanej planecie? – zaśmiał się. – Jeśli ty jesteś wyznacznikiem sukcesu na Ziemi, to nie dla was już żadnego ratunku.
- Czyżby? –– wyszczerzyła się. - Nie wiem czy wiesz, ale patrzysz na kobietę, która własnoręcznie wprowadziła Ziemię w erę podróży międzygalaktycznych.
- To nie jest twoja zasługa.
- Co proszę?
- To nie twoja zasługa Nie wymyśliłaś tego sama. Wykorzystałaś resztki nameczańskiego statku i saiyańskiej kapsuły.
- Skąd o tym wiesz?
- Od twojego ojca.
Zmieszana, uniosła się na krześle i wciągnęła na stopy buty..
- Ale kapsuły są mojego projektu. Beze mnie…
- Ukradłaś cudzą technologię i to daje ci prawo nazywania się jej twórcą?
- Niczego nie ukradłam! Przestudiowałam obydwa statki i zrobiłam z nich coś zupełnie nowego.
- Zmodyfikowałaś je pod swoją marną ziemską technologię i masz się za wielkiego wynalazcę.
Zobaczył, ze trafił w czułe miejsce bo twarz dziewczyny zrobiła się czerwona ze złości.
- A co ci do tego? – syknęła. - Przecież to nie jest saiyańska technologia. Już widzę jak twoja rasa byłaby zdolna do stworzenia czegoś takiego.
- Nie, nie jest nasza. Należała do rasy którą podbiliśmy.
- I ty wytykasz mi przywłaszczenia sobie czegokolwiek jeśli twoi ludzie żerowali na czyichś technologiach? – podniosła się z fotela, wzburzona. - I nawet gdybym rzeczywiście przywłaszczyła sobie wasze statki, to ktokolwiek ma do nich prawo, powinien być mi jeszcze wdzięczny. Ulepszyłam je, bo od razu widać, że były zbudowane pod takich prymitywów jak ty.
W wściekłością dosunęła krzesło do stojącego przy nim biurka.
- Chcesz zabrać nasza kapsułę, Vegeta? Proszę bardzo, jeśli tata ci ją daje, droga wolna. – warknęła, odwracając się i zmierzając do wyjścia. - Nie mamy po co instalować tam naszych marnych ziemskich technologii. Twój małpi rozum i tak nie byłby w stanie ich opanować.
Pięści Vegety zacisnęły się konwulsyjnie. Tego już było za wiele.
Zerwał się z miejsca i ruszył za dziewczyną. Już on pokaże tej głupiej suce co dzieje się z tymi którzy ośmielają się tak mówić do księcia Saiyan!
Zatrzymał się w pół kroku. Nie, to by było zbyt łatwe. Użycie siły tylko potwierdziło by jej przekonanie o tym, że jest barbarzyńcą. Musiał wymyślić coś innego, coś zetrze ten wyraz samozadowolenia z jej twarzy i raz na zawsze pokaże jej gdzie jej miejsce… Uśmiechnął się do siebie. Już on się jej zrewanżuje.
