Mam absurdalnie absolutnego writeblocka względem TSNB, za to mój mózg podsyła mi kupę idiotycznych pomysłów i nie daje mi z nimi spokoju -.- przepraszam


Próbował nadrobić sto lat zaległości i przynajmniej pobieżnie zobaczyć, co działo się z jego kompanią przez czas urzędowania Tousena. Przerzucał kolejne raporty, tylko od czasu do czasu pytając się, siedzącego po drugiej stronie pokoju, Shuuheia o jakieś szczegóły. Trochę dołujący był fakt, że tak naprawdę wrócił do zupełnie inne, niż ten zapamiętany, oddziałów. Wśród wyższych oficerów nie było żadnego znanego nazwiska, zmieniła się organizacja i podział obowiązków – związany przede wszystkim z wydawaniem gazety – nawet budynki zostały częściowo przebudowane. Trochę naiwne było przekonanie, że wróci jak do domu, może trochę zakurzonego, ale wciąż tego samego. Jednak przez krótką chwilę właśnie taką miał nadzieję.

Rzucił kolejny przeczytany raport i odchylił się na krześle. To wszystko było bardziej męczące niż to pamiętał.

- Kapitanie Muguruma – odezwał się głos zza drzwi. - Przybyła pewna wielmożna pani, która chciałaby się z tobą widzieć, a która przedstawiła się, jako "ta jędza, która nigdy nic nie robi tylko myśli."

W pierwszej chwili uniósł brew, nie za bardzo wiedząc, o co chodzi, ale po trzech sekundach w końcu do niego dotarło. Uśmiechnął się przelotnie.

- Przyjmę ją – rzucił i wstał od biurka.

W tym momencie również Shuuhei oderwał się od swojej pracy, zaciekawiony kim może być ta kobieta, że kapitan będzie witać ją na stojąco. Sam jednak zaraz wstał, gdy "jędza" weszła do gabinetu. W sumie po słowach "pewna wielmożna pani" mógł się domyślić, z kim będzie miał do czynienia. Kobieta wyglądała na jakieś pięćdziesiąt lat, siwe włosy z pojedynczymi czarnymi pasemkami były spięte w staranny kok, w którym tkwiła srebrna szpila z zielonym kamieniem. Podobne kamienie pyszniły się misternych łańcuszkach splecionych na wzór pajęczyny i zwisających przy uszach. To wystarczyło, by zidentyfikować gościa – niewątpliwie była z rodziny Hashimoto, jednej z czterech arystokratycznych rodzin Seireitei – ale jakby ktoś miał wątpliwości to już najwyższej jakości kimono w kolorze głębokiej zieleni ze wzorem srebrnych modliszek, polujących w trawie, i z monem ośmioramiennej gwiazdy w pajęczej sieci na długich rękawach, w których ukryte miała dłonie, aż krzyczało o jej przynależności. Szarozielone oczy, w których kącikach wyraźnie widoczne były kocie łapki, zlustrowały spokojnie, leniwie wręcz, pomieszczenie – po Shuuheiu prześlizgnęły się, jakby go w ogóle nie zauważyły – zatrzymała wzrok dopiero na kapitanie.

- Postarzałaś się – powiedział Kensei w ramach przywitania. - W sumie dziwne, że jeszcze w ogóle żyjesz.

- A ty się nic, a nic nie zmieniłeś – odpowiedziała powoli z łagodnym uśmiechem. - Jak zwykle bez taktu.

- Lepiej bez taktu, niż bez pośpiechu – odpalił.

- Mam nadzieję, że kiedyś upadniesz podczas tego biegu.

- Przynajmniej dotrę gdzieś wcześniej niż żółw.

- A będziesz wiedział, w ogóle dokąd idziesz, czy wylecisz zanim się zorientujesz?

Shuuhei czuł się nieco nieswojo, jakby w czymś przeszkadzał. Odchrząknął.

- Wyjdę może – powiedział z delikatnym ukłonem.

Chciał już wychodzić, ale zatrzymało go w miejscu spojrzenie kobiety. Patrzyła na niego, jakby dopiero teraz zorientowała się, że jest w pokoju. Podeszła bliżej. Już się nie uśmiechała.

- To ty jesteś porucznikiem Tousena – powiedziała i coś w jej tonie, wciąż spokojnym, sugerowało obrazę.

Shuuhei zacisnął szczęki.

- Jestem porucznikiem dziewiątej kompanii, Hisagi Shuuhei do usług, Hashimoto-sama – powiedział i miał nadzieję, że nie wychwyciła irytacji w jego głosie.

Zerknął jeszcze na kapitana, stojącego z założonymi ramionami i przyglądającego się obojętnie, zaraz jednak drgnął i zrobił pół kroku do tyłu, gdy w rękawie Hashimoto błysnęła stal. Kobieta zamarła w pół ruchu z dłonią uniesioną – na palcu wskazujących miała metalowy pazur – i jeszcze raz uważnie mu się przyjrzała.

- Boisz się – bardziej stwierdziła niż zapytała. - Nie wolno się bać.

- Kapitan Tousen miał inne zdanie na ten temat – wypalił zanim zdążył się powstrzymać i zaraz usłyszał ciche warknięcie od strony kapitana Mugurumy.

Hashimoto przekrzywiła głowę.

- A jakie? - zapytała.

- Mówił, że tylko ten, kto się boi jest godzien dzierżyć miecz – powiedział pewnie. Kapitan Muguruma mógł się wściekać, ale dla Shuuheia to wciąż były ważne słowa, ukształtowały go i pomogły poradzić z samym sobą.

- Nie ma nic złego w strachu – zgodziła się, jeszcze raz unosząc dłoń z pazurem do twarzy Shuuheia. Drgnął, gdy metal dotknął jego policzka. Wodziła pazurem po lini jego tatuażu. - To poddanie się strachowi jest niegodne, a każdy ma swój sposób by sobie z nim radzić. - Przy tych słowach zerknęła na kapitana. - Ciekawa jestem – mówiła zamyślona. - Czy coś by się zmieniło, gdybym miała siłę, by na powrót przejąć dowódctwo sto lat temu.

Shuuhei otworzył szeroko oczy, jeszcze raz przyglądając się arystokratce. Te słowa wyjaśniały pewne sprawy. Miał przed sobą Hashimoto Kimiko kapitana dziewiątej kompanii do 1811 roku, kobietę, która swego czasu była dowódczynią kapitana Mugurumy. Zupełnie wyleciało mu z głowy, że była kapitan odeszła ze stanowiska, a nie zginęła na służbie.

- Podejrzewam, że nic by się nie zmieniło – mruknął Kensei. - Aizen pewnie i na to miałby swój plan. A teraz powiesz mi czym sobie zawdzięczam ta wizytę?

- Chciałam omówić z tobą kilka spraw, na osobności – odpowiedziała, w końcu odsuwając się od Shuuheia. - Poświęcisz mi kilka chwil?

- Skoro muszę – mruknął ze wzruszeniem ramion.

- A musisz? - zapytała przechylając delikatnie głowę, łańcuszki przy uszach zadzwoniły lekko.

Spojrzał na nią poważnie, ale w końcu prychnął odrobinę gniewnie.

- Shuuhei, weź znajdź Mashiro i przyprowadź ją – polecił swojemu porucznikowi. - Pewnie ją też będziesz chciała zobaczyć.

- Z prawdziwą przyjemnością. A, Hisagi-san – ponownie zatrzymała porucznika przed wyjściem. - W rodzinie Hashimoto mamy pewną litanię, którą odmawiamy w chwilach strachu, by mu się nie poddać – mówiła, nie patrząc na niego. - Nie mogę się bać, strach zabija duszę – recytowała spokojnie, ze wzrokiem utkwionym gdzieś za oknem. - Strach to mała śmierć, a wielkie unicestwienie. Stawię mu czoła. Niech przejdzie po mnie i przeze mnie. A kiedy przejdzie, odwrócę oko swej jaźni na jego drogę. Którędy przeszedł strach, tam nie ma nic. Jestem tylko ja. - Dopiero teraz spojrzała na niego, uśmiechnęła się delikatnie. - Może i tobie pomoże.

Nie skomentował, ukłonił się tylko uprzejmie i wyszedł. Gdy drzwi zamknęły się porucznikiem zwróciła spojrzenie na kapitana, który patrzył na nią wyczekująco, jak zwykle zniecierpliwiony.

- Pokaż mi ją – powiedziała, patrząc na niego uważnie.

- Co niby? - zapytał, marszcząc brwi.

- Kensei – zganiła go łagodnie głosem, ale bez uśmiechu. - Nie rób z siebie głupszego niż jesteś. Pokaż mi ją – poleciła tylko odrobinę podniesionym głosem.

Zaklął w myślach. Od ilu już lat ta kobieta nie ma nad nim żadnej formalnej władzy, a jednak wystarczyło, że podniosła głos, że wplotła w swój ton jedną ostrzejszą nutę, a czuł się zrugany i podporządkowany. Zaklął jeszcze raz i podniósł dłoń do twarzy, zakładając maskę Pustego. Kimiko przyglądała mu się uważnie przez dłuższą chwilę, w końcu podniosła rękę.

- I Mashiro ma taką samą? - zapytała się, nie odrywając spojrzenia od jego twarzy.

- Zbliżoną – powiedział tylko. Widział jak kobieta zadrżała, słysząc jego zmieniony głos, pewnie teraz odmawia w myślach swoją litanię. - Boisz się? - zapytał się zaraz, uśmiechając się wrednie.

Odetchnęła głębiej i dokończyła ruch, metalowy pazur stuknął o białą maskę.

- Oczywiście, że się boję – powiedziała zamyślona. - Mam przed sobą wroga. - Spojrzała mu w oczy. - Moje ciało krzyczy bym uciekała, a moje wyszkolenie mówi mi bym cię zabiła. Byłabym głupia, gdybym się nie bała. A ty się nie boisz? - zapytała, zabierając dłoń.

Zdjął maskę i uśmiechnął się półgębkiem.

- Byłbym głupi, gdybym się nie bał – powtórzył jej słowa. - Obawiam się również o Mashiro – dodał po krótkiej chwili wahania. Nie do końca rozumiał, dlaczego mówi to tej kobiecie, to nie były jej zmartwienia. Może dlatego, że po prostu jej ufał? Bo nieco absurdalne było stwierdzenie, że była osobą najbardziej zbliżoną do matki. - Ja jestem w stanie utrzymywać tą maskę może przez piętnaście minut, tutaj w Seireitei. Ona potrafi ją nosić przez piętnaście godzin. Piętnaście godzin, podczas których granica pomiędzy mną, a Pustym jest naprawdę cienka. Nie jestem w stanie sobie tego wyobrazić. - Pokręcił głową. - Zmieniła się. Nie widać tego na pierwszy rzut oka, ale coś się w niej zmieniło. Swoją drogą – wyrwał się z zamyślenia - co sobie pomyślałaś te sto lat temu, gdy zostaliśmy skazani? - zapytał, patrząc na nią zaciekawiony.

Nie odpowiedziała od razu, podeszła powoli do biurka, przy którym Kensei pracował.

- Jesteś jednym z nielicznych mężczyzn, których szanuję, Kensei – powiedziała. - Wiesz za co? - zapytała się, nie patrząc na niego.

- Nie mam pojęcia – mruknął. Niemalże zapomniał, jak potrafiła być denerwująca w swoim zwyczaju krążenia dookoła tematu zamiast odpowiedzieć wprost.

- Za wierność – odpowiedziała. - Byłeś i, mam nadzieję, wciąż jesteś wierny dziewiątej kompanii. To był twój dom, inaczej nie wytatuowałbyś sobie tej liczby na swoim brzuchu. Nie można zdradzić domu, a tym właśnie byłaby dobrowolna przemiana w Pustego. W tamtym czasie, pociągnęłam za wszystkie sznurki, za które byłam w stanie. Jednak to było za mało. Nie mogłam osobiście za was ręczyć, bo musiałam myśleć o rodzinie. Chciałam wierzyć w swoje zdanie o tobie, ale ciężko było utrzymać tę wiarę, gdy wszyscy inni jej nie podzielali. Czy takiej odpowiedzi oczekiwałeś? - zapytała w końcu odwracając się w jego stronę.

Wzruszył tylko ramionami.

- Chyba niczego nie oczekiwałem.

W tym momencie drzwi do gabinetu rozsunęły się.

- Kimiko-taicho! - zawołała Mashiro i zaraz wbiegła w arystokratkę o mały włos jej nie przewracając.

Była kapitan uśmiechnęła się szczerze i przytuliła dziewczynę do siebie, chowając ją niemalże całą za długimi rękawami kimona.

- Stęskniłaś się, Kuna? - zapytała się, gładząc zielone włosy czułym gestem.

- Bardzo, bardzo! Musiałam się sama użerać z tym głupim Kenseiem przez tyle lat, zupełnie bez pomocy, to było straszne! Chciałam cię odwiedzić, ale Kensei powiedział, że ci tylko wstydu narobię, ale on się zupełnie nie zna – paplała wesoło wtulona twarzą w kimono na wysokości piersi Kimiko.

- Nie zna się – przyznała, czym spowodowała przewrócenie oczami i machnięcie na nie ręką u Kenseia. - I musisz koniecznie mnie odwiedzić, domyślam się, że masz mi wiele do opowiedzenia. Teraz nie starczy na to czasu, bo muszę już iść. Moja druga wnuczka będzie niebawem wychodziła za mąż.

- Za mąż? - Mashiro zaświeciły się oczy. - Będę mogła pójść na ślub? Proszę, proszę!

- Zobaczymy, co da się zrobić – powiedziała spokojnie, odsuwając dziewczynę od siebie. - Jeszcze w temacie moich wnuczek. - Sięgnęła do rękawa kimona i wyciągnęła kopertę, podała ją Kenseiowi. - Moja trzecia wnuczka została przydzielona do dziewiątej kompanii.

- Mam nadzieję, że nie odziedziczyła charakteru po tobie – mruknął, przeglądając pobieżnie dokumenty.

- Ma imię po mnie, więc charakter niewykluczone, że też – powiedziała z odrobinę złośliwym uśmiechem. - Jutro dziewiąta kompania będzie mogła przywitać drugą w jej historii Hashimoto Kimiko. A teraz muszę was przeprosić. - Uśmiechnęła się jeszcze i pogładziła Mashiro po włosach. - Obowiązki wzywają.

Jeszcze raz, może odrobinę tęsknie, spojrzała na gabinecie i wyszła.


Litania o strachu pochodzi z książki "Diuna" F. Herberta, w ogóle rodzina Hashimoto była wzorowana na występującej w tej książce organizacji Bene Gesserit.