Rozdział 9


Severus siedział przy biurku i odpowiadał na stos listów, które nagromadziły mu się przez tydzień. Odpisał już nadopiekuńczym rodzicom oraz tym mającym wygórowane mniemanie o swoich pociechach, a teraz zabierał się za korespondencję Weasley'ów. Nigdy wcześniej do głowy by mu nie przyszło, że będzie regularnie wymieniać sowy z bliźniakami. Te dwa bachory miały niewiarygodnie wiele pomysłów na modyfikacje eliksirów, ba w swoim arsenale mieli też całkiem nowe mikstury, o których mistrzom się nawet nie śniło. Gdyby tylko chcieli wykorzystać swoją wiedzę do czegoś więcej niż dowcipy, mogliby zajść całkiem daleko na arenie naukowej. To, co go również zaskakiwało, to to, że Harry był zaangażowany w tak wiele projektów. Zwłaszcza tych wymagających połączenia eliksirów z zaklęciami. Żadne z tej trójki nigdy nie ujawniło swoich talentów podczas zajęć.

— Ile innych uzdolnionych dzieciaków przegapiłem? — zapytał sam siebie i potarł czoło. Nie mógł poluźnić dyscypliny, bo dzieciaki wysadziłyby same siebie. Nie mógł też pozwolić na eksperymenty na lekcji z tego samego powodu. Z roku na rok skłaniał się do myślenia, że jego uczniowie mają instynkt przetrwania szalonych lemingów. A im bliżej wiosny, tym częściej gubili gdzieś na błoniach zdrowy rozsądek.

Jego zadumę przerwało gwałtowne pukanie. Spoglądając na sufit i prosząc Morganę o cierpliwość krzyknął:

– Wejść!

Do jego gabinetu weszła, choć lepiej pasującym określeniem byłoby – wpadła, młodsza z sióstr Greengrass.

– Panie profesorze, pana obecność jest pilnie potrzebna w skrzydle szpitalnym.

– Co się znów stało? Mam nadzieję, że Harry nie wplątał się ponownie w jakieś kłopoty – powiedział wstając z miejsca i podchodząc do Astorii.

– Panie profesorze – dziewczyna zaczęła niepewnie. – Harry zapobiegł kłopotom w dużym stopniu.

Snape spojrzał na nią z powątpiewaniem. To byłoby coś nowego. Zwykle bachor był źródłem kłopotów, a nie im zapobiegał.

Z westchnieniem zamknął biuro i gestem nakazał dziewczynie iść za sobą. Podążali półoświetlonym korytarzem w lochu, mijając innych uczniów ze Slytherinu, którzy rzucali mu przestraszone spojrzenia. Coś było nie tak, bardzo nie tak. Przyspieszył, za sobą usłyszał jak młoda panna Greengrass truchta by za nim nadążyć.

Gdy gwałtownie otworzył drzwi do skrzydła szpitalnego, zastał widok, który zmroził go do szpiku kości. Na jednym z łóżek szpitalnych siedział jego Harry obwinięty dwumetrowym wężem. Chłopiec śmiał się i chichotał, co jakiś czas posykując do jadowitego gada. Severus ścisnął nasadę nosa, rozumiejąc powoli, co miała na myśli panna Greengrass mówiąc, że bachor zapobiegł kłopotom. Wielki, jadowity wąż pełzający luzem po zamku z pewnością siałby strach i terror. Westchnął i rozejrzał się po sali. Dostrzegł jednego ze swoich trzeciorocznych Ślizgonów siedzących na łóżku pod ścianą. Wydawało się, że chłopiec nie cierpi na żadne widoczne urazy, był tylko lekko naburmuszony i krzywił się od czasu do czasu patrząc na swoje buty. Po przeciwległej stronie ambulatorium nad pierwszorocznym, zasmarkanym i płaczącym Puchonem pochylała się Poppy Pomfrey z fiolką eliksiru uspokajającego.

— W imię Merlina, co się tu tak właściwie stało? — Severus zapytał powoli podchodząc do swego małego podopiecznego.

Harry, gdy usłyszał jego głos, poderwał głowę i uśmiechną się szeroko.

— Tatuś! Wonsz! Widzisz?

Snape pokiwał powoli głową i z bliska przyglądał się gadzinie. Co na Merlina wąż tygrysi robi w murach Hogwartu?

— Nazywa się Snejkuś. Możemy go zatrzymać? Plosze…

Od odpowiedzi na to niewygodne pytanie uratowała go Pomfrey, która w końcu dostrzegła jego obecność.

— Och, Severusie, dobrze że jesteś. Myślę, że pan Moonstone ma ci coś do powiedzenia.

Snape odwrócił się do trzeciorocznego chłopca, który teraz siedział blady jak prześcieradło i próbował wyglądać na mniejszego i niewidocznego.

— Panie Moonstone, proszę rzucić trochę światła na sytuację.

— Profesorze Snape, ja… Ja… To było głupie z mojej strony wiem, ale… to tradycja!

Severusowi drgnęła powieka. Na Salazara, o czym ten dzieciak mówi.

— To było wyzwanie odwagi, sir.

Profesor pokręcił głową. Miał nadzieję, że ta szczególna głupota umarła śmiercią naturalną, zwłaszcza że od 10 lat nikt jej nie praktykował. On bał się, że może Malfoy i Weasley mogą ją przywrócić, zwłaszcza, że oboje na pewno słyszeli opowieści o niej od swoich rodziców. Jednak jak się wydawało, mieli wystarczająco wiele przygód na własną rękę, że nie potrzebowali dodatkowej porcji adrenaliny. Severus pamiętał jak sam przez głupie słowa Blacka – czy się odważysz? o mało nie skończył jako karma dla wilkołaka.

— I módl się powiedzieć czemu myślałeś, że przyniesienie olbrzymiego węża do szkoły, jest dobrym pomysłem. Tak w ogóle, to gdzie go znalazłeś?

— Spał pod korzeniami tego wielkiego drzewa na skraju Zakazanego Lasu. Zach Patric — tu wskazał na łóżko Puchona — przechwalał się, że on nie boi się węży, bo jego brat ma jednego w domu. Więc ja i… — Nicholas przygryzł wargę widocznie nie chcąc zdradzić swoich wspólników zbrodni. — Więc przyniosłem węża do szkoły. On miał go pogłaskać, ale ta bestia się obudziła i wystrzeliła do przodu, a później wszystko potoczyło się tak szybko i…

— I… — Severus dziękował w duchu założycielom Hogwartu, że nic nikomu się nie stało. Choć będzie musiał dokładnie sprawdzić swoich Ślizgonów. Jeszcze jakiś kretyn został ugryziony, ale z obawy przed karą nie przyszedł do skrzydła szpitalnego. A jad tego węża nie działa od razu, dodając do tego, że jest on prawdopodobnie magiczny… Wolał nie myśleć o konsekwencjach, wystarczy że Harry ściska go jak pluszaka, o Merlinie.

— I zanim wiedzieliśmy co się dzieje, Harry siedział na ziemi z tym wężem w ramionach i syczał do niego, sir.

— Trzydzieści punktów od Slytherinu, miesięczny szlaban z Filchem, 15 stopowy esej o jadowitych wężach, ze szczególnym naciskiem na magicznego tygrysiego i zakaz wyjść do Hogsmeade aż do końca roku.

— Severusie, nie sądzisz że to trochę za surowa kara?

Poppy podeszła do mistrza eliksirów i spojrzała na niego z powątpiewaniem. Ten tylko odwrócił się i wskazał ręką na łóżko okupowane przez Harry'ego. Chłopiec jakby wiedząc, że wszyscy w pomieszczeniu się na nim skupiają zrobił błagalne, szczenięce oczy i powiedział:

— Snejkuś może zostać? Plosze! Pan wonsz bendzie miał przyjaciela.

Pan wonsz, ulubiona zabawka Harry'ego i nieoficjalna maskotka Slytherinu. Od ostatniego meczu Ślizgoni – Krukoni, wszystkie jego węże znają tego pluszaka. Cóż, Harry wpadł do ich pokoju wspólnego, przytulił Draco i z poważną miną ogłosił, że skoro wygrał mecz może dzisiaj pobawić się Panem wenszem w nagrodę. Mina młodego Malfoya była bezcenna, choć gdy dolna warga Harry'ego zaczęła niebezpiecznie drgać, przyjął wypchaną zabawkę i gorąco podziękował za taką nobilitację. Sekundę później, bachor odbijał się już na kolanach dziedzica Notta i grał w łapki z Parkinson.

— Chyba już rozumiem twój punkt widzenia — matrona pokiwała głową i z krzywym uśmiechem zwróciła się do bachora. — Myślę, że musisz najpierw zapytać o zgodę dyrektora, Harry…


Severus spojrzał na duże terrarium zajmujące teraz prawie całą ścianę jego gabinetu. Obecna maskotka Slytherinu wygrzewała się na ciepłych kamieniach, od czasu do czasu wysuwając leniwie język. Wylinka i jad zawsze przydadzą się do eliksirów, a kim on był, by odmawiać darmowym składnikom. Ostatecznie wszyscy byli zadowoleni.


Mistrz eliksirów przeglądał Proroka Codziennego podczas śniadania, nic ciekawego, same plotki. Bachor siedział na kolanach Albusa i opowiadał mu o Snejkusiu. Dyrektor tylko pobłażliwie się uśmiechał i między kolejnymi przerwami na zaczerpnięcie powietrza karmił Harry'ego. Dziś była sobota, dobry dzień gdyby nie zaplanowane odwiedziny dwóch pchlarzy. Szkoda, że Lupin nie wykorzystał jego rady i nie przywiązał Blacka do budy, tak by móc przyjść sam. Z tej dwójki, wilkołak był znośniejszym towarzystwem. Może powinien dać wężowi rozprostować łuski… Albo lepiej nie, jeszcze biedne zwierzę ugryzie kundla i umrze w męczarniach, a Harry się do niego dość mocno przywiązał. Węża nie kundla. Po porwaniu bachora, Black miał teraz kategoryczny zakaz zbliżania się do chłopca bez towarzystwa kogoś mądrzejszego od siebie. Nie wspominając, że bachor podchodził do niego bardzo ostrożnie i z wahaniem. Severus po dziś dzień nie wiedział, co się stało w starym domiszczu, choć podejrzewał spotkanie z boginem. Choć zanim będzie musiał znosić dwóch byłych Gryfonów, musi zająć się swoimi Ślizgonami. Dziś był również dzień „głowy domu". Spędzi przynajmniej dwie godziny wysłuchując skarg i żalów małych węży. Wiedział, że Pomona robi to samo z Puchonami. Uczniowie są bardziej otwarci ze swoimi problemami w przyjaznym środowisku pokoju wspólnego niż w gabinecie profesora. I choć niby wiedzą, że w razie kłopotów mogą przyjść do każdego z kadry o każdej porze dnia i nocy, praktyka pokazuje co innego. Z westchnieniem zamknął gazetę i dopił swoją kawę.

— Dyrektorze, gdy Harry skończy śniadanie proszę — spojrzał na stół Slytherinu — przekazać go pod opiekę panu Zabiniemu.

— Oczywiście Severusie, o nic się nie martw.

Z ostrym kiwnięciem Snape odszedł szybkim krokiem w kierunku lochów.


Drzwi od salonu otworzyły się z cichym skrzypnięciem i wychynęła zza nich głowa Harry'ego. Głowa z długimi, czarnymi włosami. Bachor rozejrzał się po gabinecie i z cichą determinacją pchnął drzwi na całą szerokość i wmaszerował do pomieszczenia. Lupin ukrył uśmiech za dłonią i przełknął śmiech, choć rozbawienie tańczyło w jego oczach. Black z drugiej strony siedział z opuszczoną szczęką, niezdolny do wykrzesania choć jednego spójnego zdania. Nie żeby to była jakaś nowość.

— Co… — wychrypiał w końcu. — Co ci się stało?

Syriusz zamrugał. Harry miał na sobie ciężkie, czarne szaty nauczycielskie Severusa Snape'a. Chłopiec tonął w nich i ciągnął je po ziemi, gdy wolno podchodził do nietoperza z lochów.

— Bachorze, co ci strzeliło do tego pustego łba teraz?

Harry roześmiał się i już z większym zapałem podbiegł do Snape'a.

— Tatuś — zaczął gramolić się na kolana mężczyzny — wszyscy mi mówią, że wyglondam jak ty, ale to kłamstwo — dziecięcy szept było słychać w całym gabinecie. — Chciałem być jak ty i jak baldzo, baldzo o tym myślałem, to moje włosy ulosły.

Severus wyglądał na szczerze zaskoczonego. Bachor chciał być do niego podobny. I pragnienie to było na tyle silne, by pobudzić przypadkową magię do pracy. Nigdy, jak długo żył, nie spotkał się z czymś takim.

— Ykhym… — odchrząknął nadal rozbawiony Lupin. — Harry, kiedy ludzie mówią, że wyglądasz jak tata, mają na myśli twojego tatę Jamesa.

— Oł — chłopiec przekrzywił głowę patrząc teraz na wilkołaka — ale ja chce wyglondać jak tatuś Sevlus.

— Se-ve-rus, Harry — mistrz eliksirów poprawił go odruchowo.

— Se-ve-lus — dzieciak się uśmiechnął.

— To teraz, gdy już wyglądasz jak ja, bachorze, możesz przestać już zamiatać kurze moimi szatami. Idź się przebrać. I to już!

Snape postawił dziecko na ziemi i delikatnie popchnął go w stronę drzwi. Lepiej by chłopiec nie widział zbliżającego się wybuchu Blacka. Gdy tylko Harry zniknął za drzwiami, pchlarz chwycił się za włosy i zaczął jęczeć.

— Dlaczego on to robi!

— Robi co, Black? Działa jak trzylatek, którym jest? Chce naśladować autorytety? W tym wieku postać rodzicielska jest dla niego najważniejszą osobą pod słońcem. Dorośnij wreszcie, Black. I na Merlina, pogódź się wreszcie z tym, że twój chrześniak nie jest miniaturowym Potterem seniorem.

Po tych słowach w gabinecie zapadła niewygodna cisza.

— Tak, Severusie — Lupin jak zawsze próbował złagodzić napięcie — widzę, że masz ciekawy dodatek w gabinecie.

Głowa kundla od razu odwróciła się, by zobaczyć co ma na myśli jego przyjaciel.

— Wierzę, że Harry nazywa go Snejkuś, to jego nowy zwierzak.

Black znowu jęknął, całkiem już załamany.


Mistrz eliksirów wpatrywał się w przedmiot przed sobą pełen sceptycyzmu. Logiczna jego część wiedziała, że ta rzecz nie jest wytworem szalonego czarnoksiężnika. Teoretycznie setki dzieci używały takich rzeczy już wcześniej i nic żadnemu nigdy się nie stało. Jednak tu mówimy o Harrym. On potrafi z niemożliwego uczynić możliwe. I co z tego, że producent daje gwarancję, że to cholerstwo nie wzniesie się wyżej niż pięć stóp. Severus był na 85% pewien, że mały chłopiec podskakujący jak kauczukowa piłka po jego prawej stronie, mógłby zrobić zwód Wrońskiego na tej przeklętej, dziecięcej miotełce. Och, to była zemsta tego pchlarza za to, że odmówił obcięcia włosów bachorowi. Nikt nie zmusi go, by przyznać się do tego głośno, ale schlebiało mu to przywiązanie dziecka do niego. Mógł być ojcem chrzestnym Draco, jednak to było nieporównywalne do codziennego, wesołego bełkotania Harry'ego, uścisków i pocałunków zmiękczających jego surowe serce. Bachor miał coś w sobie, co nie pozwalało go nie kochać i Severus czuł dumę, że to właśnie jego maluch nazywał ojcem. Bał się też chwili, kiedy ta szczęśliwa bańka mydlana pęknie i chłopak wróci do swego dawnego ja i bez patrzenia wstecz porzuci swego zgryźliwego i sarkastycznego mistrza eliksirów. Ale wracając do chwili obecnej, miał rozentuzjazmowanego trzylatka z dużą dawką energii do spalenia.

— Obym tego nie żałował, słyszysz bachorze?

— Choć jusz tato! — Harry prawie aportował się do drzwi i teraz podskakiwał przy nich.

Snape pokręcił głową i wziął miotełkę z biurka, by spotkać swoje przeznaczenie na błoniach.

— Dobrze, Harry. Musisz wyciągnąć prawą rękę, nie tą, tą drugą. Właśnie tą, nad miotłą i powiedzieć w górę.

- W Widziałem to!

Miotełka zatrzęsła się i lekko podskoczyła. Harry się skrzywił.

— Jeszcze raz. W górę.

- W Widziałem to!

Miotełka przewróciła się na trawie i znieruchomiała. Harry znów się skrzywił i mruknął coś pod nosem, co Severusowi brzmiało jak głupia miotła. Intencje jednak były wystarczające, by miotła się podniosła do ręki dziecka. Bachor chwycił za rączkę i wyszczerzył się głupio.

— Dobrze, teraz dosiądź miotły, o tak, właśnie tak i odbij się lekko od ziemi. Znakomicie.

Mistrz eliksirów rozejrzał się dookoła i kiedy nie dostrzegł żadnych pustogłowych uczniów, sam dosiadł szkolnej miotły i uniósł się nad ziemią. Spokojnie dryfując obserwował jak jego podopieczny ściga motyla, nawet nie zauważając jak uśmiech wkrada mu się na usta.

Wieczorem, siedząc w ciszy swojego salonu i myśląc o dzisiejszym dniu, czuł dumę, że nauczył swojego bachora latać.


Severus powinien wiedzieć lepiej. Jego duch opiekuńczy dawał mu znaki przez cały dzień, a on ich właściwie nie odczytał. Stanowczo było za spokojnie. Podczas jego zajęć żaden z kociołków nie wybuchł, ba nawet nie wykipiał. Całe to marnotrastwo składników, które uczniowie nazywali eliksirami mogło ubiegać się o ocenę zadawalającą. Poppy nie wymagała od niego nagłej, nieplanowanej dostawy do skrzydła szpitalnego. Nie było walk na korytarzach, nawet Ślizgoni i Gryfoni byli stonowani względem siebie. A Harry był grzeczny jak aniołek, mimo że nie czuł się najlepiej… teraz już wiedział, że była to cisza przed burzą. Owa burza stała właśnie w jego klasie eliksirów w postaci dwóch rudowłosych, identycznych młodzieńców.

— Panowie Weasley, w czym mogę pomóc?

— Panie profesorze…

— Mamy mały problem…

— Natury z pana dziedziny wiedzy.

— Domyśliłem się tyle sam. Czy moglibyśmy kontynuować rozmowę w mojej kwaterze? Harry powinien zaraz obudzić się ze swojej popołudniowej drzemki, a jest tylko pod opieką skrzata.

— Oczywiście, sir. Err… czy coś z nim nie tak?

— Drobne przeziębienie, nic czym trzeba by się martwić.

Fred i George wymienili spojrzenia, gdy wchodzili do gabinetu swego starego profesora. Harry nie chorował często, do skrzydła szpitalnego trafiał raczej z powodu różnych urazów, mniej lub bardziej poważnych, ale nie przez coś tak błahego jak przeziębienie.

— Wyduście to w końcu, widzę, że coś chodzi wam po tych pustych głowach.

— Harry nie ma zwyczaju chorować…

— A to się wydaje już trzecie przeziębienie…

— W tym roku? — zakończył Fred Weasley.

Snape odwrócił się do byłych Gryfonów i spojrzał na nich jak na dwa ciekawe okazy, które można wykorzystać do eliksirów.

— I tak, i nie. Dla nas wszystkich mijają miesiące, dla Harry'ego to lata. Dodajmy do tego wiek, kiedy nabiera się odporności na różne choroby. Dlatego też nie poję go nadmiernie eliksirami, pozwalając mu zwalczyć choróbsko na własną rękę. Z błogosławieństwem Poppy Pomfrey, oczywiście.

— Oczywiście, profesorze — zawtórował mu duet.

— A teraz, z czym jest problem?

George spojrzał na Freda i gdy ten kiwnął głową, chłopak wyciągnął sporą fiolkę z fioletowym płynem.

— To — potrząsnął kolbą — teoretycznie ma sprawić, że każdy materiał, który zostanie w nim zanurzony uczyni osobę niewidzialną na godzinę.

— A przynajmniej niewidzialną dla tych, którzy nie widzieli czyjejś śmierci.

Severus chwycił kolbę i przyglądał się eliksirowi pod światło, srebrne drobiny wirowały w nim, załamując promienie świec. Na jego uniesioną w pytaniu brew, któryś z bliźniaków zaczął szybko tłumaczyć.

— Oparliśmy się głównie na wylince i krwi testrali. Są dostępniejsze i tańsze niż włosy demimoza. Zmieszaliśmy je z destylowanym wyciągiem z paproci olbrzymiej i pyłkiem z gargulca białego.

Mistrz eliksirów zamyślił się i powoli pokiwał głową.

— Teoria jest słuszna, więc w czym problem?

— Problemem jest to, że nie działa.

— Czy macie ze sobą składniki? — zapytał sprawdzając czary monitorujące stan Harry'ego.

Chłopcy pokiwali głowami twierdząco.

— W takim razie przejdźmy do mojej pracowni i sprawdźmy co robicie źle.

Jako mistrz eliksirów lubił takie wyzwania. Było to coś orzeźwiającego w monotonnej pracy profesora i głównego szkolnego warzyciela. Jakieś pół godziny później, był już jednak zirytowany. Odtworzyli krok po kroku cały proces warzenia, który wydawał się prawidłowy. Zostawili wyniki pracy na wolnym ogniu, tak by w razie czego od razu móc dodać coś, co im umykało, a było tak na pewno. Pochylając się nad grubymi tomami, żaden z nich nie zauważył małego chłopca wkradającego się do pomieszczenia.

Plusk!

— Tatuś, patrz!

Severus podniósł gwałtownie głowę i patrzył przerażony na Harry'ego stojącego na stołku przy kociołku i mieszającego eliksir, który teraz przypominał swoją konsystencją kisiel.

— Bachorze, co zrobiłeś?

— Dodałem kamyczek — bachor wskazał na stolik, gdzie leżały rozdrobnione kamienie księżycowe.

Fred ostrożnie podszedł do bulgoczącej masy i uśmiechnął się do Harry'ego.

— Nie wygląda na to, żeby miało eksplodować — poczochrał włosy przyjaciela. — Zobaczmy co udało ci się stworzyć, Harry.

Sięgnął chochlą do kociołka i polał eliksirem szmatkę leżącą na stole. Ta stopniowo zaczęła niknąć w oczach. Bliźniaki zamrugały i odwróciły się do chłopca.

— Wiesz Harry, wyglądasz prawie jak profesor Snape, gdy stoisz tak przy tym kotle — odezwał się George przełamując ciszę.

Bachor bezczelnie się do niego uśmiechnął.


~ II ~


Nota autora: jestem, żyję, kontynuuję. Nie zamierzam porzucić tej historii i prędzej czy później (mam nadzieję, że prędzej) zakończę ją. Cieszę się, że tak wiele osób nadal jest nią zainteresowana.