A/N:
Lejdis end dżentelmen, przed Wami Szanowna Puchatość.
Mam wrażenie, że zaplątałam się w kwestiach około-prawnych...
Istniały miliardy milionów zasad dotyczących zatrudniania persocomów na stanowiskach pracy. W jednej placówce mogła pracować tylko określona liczba androidów, inaczej na głowy właścicieli tychże instytucji spadały niewiarygodne kary pieniężne. Nie mogły pracować jako nauczyciele, lekarze, prawnicy i etc, i od tej reguły nie przewidywano absolutnie żadnych wyjątków w bliższej, czy też dalszej przyszłości. Przepisów i zarządzeń było tak wiele, iż Flourite powątpiewał, czy przeciętny zjadacz ryżu mógłby wszystkie je przyswoić, czy w pełni zrozumieć.
Chyba najważniejszy statut traktował o tym, iż humanoidalny komputer dostawał wynagrodzenie przeszło trzykrotnie mniejsze od sumy, jaką płacono człowiekowi zatrudnionemu na tym samym stanowisku. Kurogane więc nie musiał martwić się o to, co zrobi z tym całym hipotetycznym majątkiem, który zarobi.
Problemem było co innego…
Do tej pory Kurogane wychodził sam tylko po zakupy i na pocztę. Miał własne klucze, a Flourite nie obawiał się z jego strony roztargnienia. Praktycznie umysły persocomów nie pozwalały na popełnianie typowo ludzkich gaf. Ale pójście spacerkiem na okoliczną pocztę to nie to samo, co wyprawa metrem na drugi koniec miasta, jeśli praca Kuro-pona będzie tego wymagać.
- Sam nie wiem, Kuro-sama… - marudził Fai, grzebiąc łyżką w swoim śniadaniu.
Po raz nie wiadomo który persocom zaczął objaśniać, iż dostosowałby grafik swojej ewentualnej pracy w taki sposób, aby nie kolidował z planem dnia Faia. Androidy nigdy nie były zatrudnione na stałe, ani na pełny etat. Wyjątek stanowiły te, które pracowały dla swoich właścicieli, którzy prowadzili jakiś rodzaj prywatnego biznesu.
- Ale nie o to mi chodzi, Kuro-myu. Nie w tym rzecz…
- To ci się opłaca pod względem ekonomicznym! – powiedział z mocą android –Odciążyłoby twój budżet!
Co takiego? „Twój" budżet?
Fai uniósł dłonie.
- Hej, w tej sprawie akurat nie mam żadnych wątpliwości - co zarobisz, zachowasz dla siebie – sprecyzował.
- Co miałbym niby zrobić z pieniędzmi…? – spytał powątpiewająco pecet.
- Co chcesz. Przecież masz własne potrzeby.
Persocom nie wyglądał na przekonanego. Flourite był pełen wątpliwości co do tego, czy powinien wysyłać go do pracy. Z drugiej strony miał nadzieję, że kiedy Kurogane zacznie zarabiać, to wreszcie poczuje się częścią ich wspólnego domu. Współmieszkali od pół roku i co? Kurogane wciąż mówił „twoje mieszkanie", „twój telewizor", „twoja kuchnia". Fai bardzo tego nie lubił, ale niewiele mógł na to zdziałać. Przypuszczał, że android uznaje za swoją własność tylko to, co dostał od Tomoyo. Choć to nie było do końca prawdą, bo… Um, co prawda spodnie i koszulki były za duże, lecz kiedy Flourite'owi niekiedy brakowało czystych skarpetek to, no … wiadomo. Ale oddawał je zawsze wyprane, pachnące świeżością! No, prawie zawsze oddawał.
- Ja się po prostu boję o ciebie! – wybuchł w końcu Flourite – Spędzałbyś kilka godzin zupełnie sam, że już nie wspomnę o samodzielnej drodze do pracy i z powrotem…
- Doprecyzuj o co ci chodzi, głupku – mruknął Kurogane, zakładając ręce na piersi.
- Co będzie, jeśli ktoś cię ukradnie?
Ledwo przebrzmiał pytajnik, a Fai został wywindowały do góry, wykręcono mu nadgarstek i brutalnie przyciśnięto nosem do ściany. Wszystko nie trwało więcej, niż trzy sekundy.
- Dobra, dobra, zrozumiałem! – wysapał w tynk – Puść mnie…
- Zabezpieczenia wewnętrzne mam równie dobre – wyjaśnił mu uprzejmie Kurogane.
Flourite przysiadł, zdezorientowany nieco tym nagłym rozwojem sytuacji. No, co jak co, ale Kurogane motywację miał wypisaną wielkimi literami na twarzy. Wielka to była motywacja, skoro Fai wciąż czuł ją w swoim pokruszonym nadgarstku. A gdyby Flourite właśnie teraz mu odmówił, to jak nic zaprzeczyłby swoim poglądom na temat rozwijania się androidów. Kurogane potrafił samodzielnie się poruszać, podejmował samodzielnie decyzje… więc dlaczego miałby nie pracować? W szczególności, że wyglądało na to, iż czuje się straszliwie nieszczęśliwy z tym swoim domniemanym bezrobociem. Nieszczęśliwy i do tego trochę niepoczytalny.
- Bardzo ci zależy na tej pracy, prawda? – spytał ostrożnie.
- Tak, bardzo – pecet podkreślił energicznym kiwnięciem głowy.
Jak walczyć z taką iście dziecięcą zapalczywością, no jak? Do obowiązków właścicieli persocomów należało, aby ich androidy czuły się dobrze - szczęśliwe i spełnione. Faiowi nie pozostawiano wyboru. Jeśli sumienie chce mieć czyste, musi wgłębić się w szukanie pracy dla Kuro-pono.
- Jutro poszukam ogłoszeń. A nuż ktoś z okolic potrzebuje persocoma do pracy? – rzekł z uśmiechem Fai.
Cholera wie, czego się Fai spodziewał. Może i nie wybuchu szalonej radości i wdzięczności, ale mimo wszystko czegoś nieco milszego, niż…
- Dzisiaj poszukasz – poprawił Faia android nie mrugnąwszy nawet okiem.
Ślepia, które jeszcze chwilę temu wgapiały się w niego z błagalną determinacją, teraz przewiercały Flourite'a na wylot w sposób niezwykle dokuczliwy.
- Ju-… no dobra, dzisiaj – skapitulował blondas.
- Tak, dziękuję. Na początek przejrzysz tę gazetę.
Gazeta wylądowała na kolanach Faia. Westchnął i chcąc nie chcąc zabrał się za przeglądanie działu z ogłoszeniami. Lepiej nie igrać ze zdesperowanymi komputerami.
- Kuro-rin, nie bierz tego do siebie, ale chyba ten garnitur nie jest potrzebny…
Persocom, który w nieskończoność poprawiał krawat przed jedynym dostępnym mu lustrem na słowa blondyna wyszedł z łazienki.
- Ale dlaczego nie? Wszystkich ochroniarzy obowiązuje… – tu zabrzmiał cichy szum, gdy pecet szukał w swoich zasobach pamięci wyrażeń egzotycznych – dress code.
- Um, jakby ci to powiedzieć… – Flourite odgarnął włosy z oczu, usiłując wytłumaczyć Kurogane tę delikatną kwestię tak, aby nie urazić jego cybernetycznej dumy –Będziesz się rzucał w oczy na tym swoim stanowisku… w supermarkecie.
- Poradzę sobie. Powinieneś martwić się o siebie.
- Uhm – mruknął Fai ze swego posłania.
Przedwczoraj podpisali umowę o pracę. Pracę dla Kurogane, ale podpis składał Fai. Dziwaczne przepisy… Żeby dorosły facet podpisywał się za innego dorosłego faceta? Co za bzdura. Flourite wolał się nie zastanawiać się głębiej nad tym, że zarówno wiek, jak i płeć Kurogane to kwestia zupełnie umowna. Wolał o tym nie myśleć, ponieważ rozbudzało to w nim jedynie przejmujący żal. Kuro-pon jako sztuczny zbiór umownych cech psychiczno-fizycznych… Brrr.
Fai wzdrygnął się zupełnie mimowolnie. Stan w jakim obecnie się znajdował nie sprzyjał snuciu depresyjnych myśli.
Wszystko zaczęło się dziś nad ranem, gdy obudził się z koszmaru z bolącym brzuchem. A potem było jeszcze gorzej. Wymioty doprawione gorączką i zimnymi dreszczami. Żyć, nie umierać. Nie poszedł na uczelnię, odwołał dzisiejsze korepetycje. Nie miał siły ruszać się z materaca, nie miał siły, by klarownie myśleć. Od bladego świtu egzystencja Faia opierała się na popadaniu w niespokojne drzemki, z których wybudzały go powracające mdłości.
Kuro-pon przeżył zmagania z cyber-wirusami, przyszła pora na Faia. Pech chciał, że Flourite zachorował w takim, a nie innym momencie.
- Na pewno mam iść? – pecet przystanął nad materacem niczym ogromny, wystrojony w krawat wyrzut sumienia.
Fai westchnął. Od rana poruszyli ten problem chyba z dziesięć razy. A niby Kuro-rinowi nie trzeba było powtarzać dwa razy tego samego.
- Taak, nie możesz opuścić pierwszego dnia pracy! – powiedział, usiłując zabrzmieć entuzjastycznie.
- Ale jeśli umrzesz, kiedy mnie-
- Daj już spokój, Kuro-sama, nie umrę – prychnął poirytowany. Snucie wizji o śmierci Faia Flourite'a stało się nowym ulubionym tematem persocoma. – Chodź no tu – zarządził.
Kurogane posłusznie postąpił o krok i przykucnął.
- Bliżej.
Przysunął się na tyle, by Flourite swobodnie, bez podnoszenia się z materaca mógł chwycić go za krawat, zmuszając do pochylenia się.
- Masz być grzeczny, dać z siebie wszystko i nie łazić z nieznajomymi po barach – powiedział blondyn niemal matczynym tonem, tarmosząc czarne włosy dłonią.
- I kto to mówi… – mruknął pecet, wyrywając krawat z łapy Faia i łypiąc na niego zza zsuniętych na nos ciemnych okularów.
- Zrozumiano?
- Yhy – Kurogane wyprostował się, odsunął stopą plątającą mu się wokół nóg Mokonę i jeszcze raz zerknął na Faia – Będę z powrotem po szesnastej.
Flourite odprowadził go wzrokiem na tyle, na ile pozwalała mu pozycja leżąca.
- Wracaj szybko – mruknął cicho.
Dochodziła dwunasta. Spróbuje przespać te cztery samotne godziny. No, nie takie do końca samotne, bo Mokona zaadoptowała dla siebie miejsce pod kocem, pomiędzy nogami Faia. Do rodziców Fai dzwonić nie będzie, bo tylko niepotrzebnie zmartwi ich tym swoim kiepskim samopoczuciem.
Zatrucie to nie koniec świata, poradzę sobie, uspokoił sam siebie i przymknął oczy.
Ku rozdrażnieniu Kurogane głupol okazał się mieć rację. Ledwie przekroczył prób swojej nowej pracy, a już inny ochroniarz nakazał Kurogane zdjąć ciemne okulary oraz marynarkę i zostawić je na czas pracy na zapleczu. „Ta twoja prezencja płoszyłaby klientów", tak powiedział. Phi, też coś. Dobra marynara wzbudziłaby szacunek i strach wśród delikwentów o złodziejskich skłonnościach. A nawet jeśli klienci czuliby się odrobinę niepewnie, to i tak w ogólnym rozrachunku posiadanie marynarki na grzebiecie wyszłoby Kurogane na dobre. Tak dawno nie miał okazji, aby pochodzić w garniturze…!
Lecz taka dyskusja i udowadnianie swoich racji nie leżały w „naturze" persocomów, dlatego też Kurogane bez słowa skargi dostosował się do polecenia. A potem dostał identyfikator, w kilku zdaniach wyjaśniono, co ma robić i pognano go do roboty.
Pierwszy dzień w pracy w maleńkim supermarkecie minął bez rewelacji. Kurogane przechadzał się pomiędzy półkami nie rozmawiając z nikim i nie pytany o nic. Przyłapał na próbie kradzieży chipsów dwóch małolatów, jeden z nich z zapałem skopał Kurogane, co rozeźliło persocoma bardziej, niż powinno. A jednak zachował się w pełni profesjonalnie i oddał gówniarzy w ręce swojego ludzkiego współpracownika nie waląc ich wcześniej po tych głupich, złodziejskich łbach. I dalej patrolował, przez cały nie mogąc pozbyć się tego dziwacznego niepokoju, który towarzyszył mu od rana. To był pierwszy raz, gdy Kurogane zetknął się z chorym człowiekiem. Tomoyo nie chorowała przez ten krótki czas, kiedy u niej pracował.
Fajrant.
Przed wyjściem, już w marynarce i w okularach zawrócił do sklepowych półek. Niepewnie ulokował się przed zamrażarką, zdezorientowany ilością jogurtów i wszelkich możliwych serków.
Zaczepiła go kasjerka, która również kończyła zmianę na dziś. Kurogane złamał się pod jej życzliwym zainteresowaniem i pokrótce wybąkał jej o tym, iż jego prywatny właściciel gorączkuje i rzyga jak kota. Kasjerka autentycznie się przejęła. Podejrzane. Porwała Kurogane spod jogurtów. Koniec końców Kurogane skończył z zakupioną paczką wafli ryżowych. Dobrze, że na wszelki wypadek przed wyjściem z domu zebrał do kieszeni spodni trochę drobniaków. W międzyczasie kasjerka przeprowadziła dla persocoma wykład o zajmowaniu się marudnym, chorym człowiekiem. Pecet podziękował kasjerce za ten wkład w jego edukację i pognał do domu. Dosłownie pognał - droga do pracy zajęła mu ponad kwadrans, z powrotem - kilka minut. Ludzie na ulicy oglądali się za nim, jak gdyby nigdy nie widzieli osamotnionego androida w garniturze, który pędził na złamanie karku w paczką wafli w garści.
- Jestem! Kupiłem wafle! – zawołał triumfująco wkraczając do pokoju, w którym zaległ blondas.
Fai nie wyglądał na ucieszonego. Tak właściwie to wyglądał źle. Gorzej, niż te kilka godzin temu, kiedy Kurogane go zostawił. Nawet nie otworzył oczu na przyjście androida. Ceglane rumieńce kontrastowały z trupio bladą skórą, włosy lepiły mu się do spoconego czoła.
Pecet zrzucił z siebie marynarkę, wafle ulokował przy głowie Faia (tak, żeby mógł swobodnie je popodziwiać, gdy otworzy ślepia), zaś sam przysiadł przy materacu.
- Słyszysz? Coś cię boli? Jak się czujesz? – spytał niespokojnie.
Flourite wreszcie otworzył oczy i obdarzył bruneta nieszczególnie przytomnym spojrzeniem.
- Tak, słyszę. Cześć, Kuro-pi, dobrze, że jesteś – powiedział słabym, zmęczonym głosem – Niezbyt fajnie się czuję.
- Gorączka wzrosła? Wziąłeś tabletkę?
Dotknął bladego czoła. Najprawdopodobniej było cieplejsze, niż normalnie… Najprawdopodobniej, bo jakoś nigdy nie miał okazji do dotykania Faiowego czoła.
- Tak, ale… jakoś nie chciała się utrzymać w środku – blondas powiódł wzrokiem do drzwi łazienki, które wciąż stały otworem.
- Dzwonię po pogotowie – zadecydował Kurogane, sięgając po komórkę mężczyzny.
Fai chwycił go protestująco za rękaw.
- Nie! Pogotowie przyjeżdża do ciężko chorych!
- Ale ty jesteś…
- Nic mi nie będzie – upierał się Fai.
- A co, jeśli umrzesz?
- Nie umrę. Daj mi już spokój… - jęknął Flourite, aż oczy dziwacznie mu zwilgotniały.
Kurogane przyglądał mu się w milczeniu. Wiedział, że nie powinien sprzeciwiać się Faiowi. Ale jeśli będzie słuchał i bezwolnie wykonywał prośby tego kretyna, to całkiem możliwe, że Fai wyzionie ducha. Nie od dziś wiadomo, że blond-głupol jest głupi i nijak o siebie zadbać nie potrafi.
- Wrócę za chwilę – powiadomił blondasa.
I znów został pochwycony przez roztrzęsioną łapę. Tym razem palce Faia zacisnęły się na nogawce jego spodni.
- Nie idź! Przepraszam, nie chciałem…! – chlipnął Flourite.
Kurogane był coraz bardziej zdezorientowany. Głupol jest już nie tylko chory, ale i rozstrojony psychicznie i jak nic za chwilę się rozryczy. Z beczącymi ludźmi Kurogane również sobie nie radził.
- Idę tylko na chwilę do kuchni – uspokoił blondyna, próbując delikatnie wyrwać swoje spodnie z pułapki długich paluchów. Udało się.
Pani kasjerka mówiła coś o jakichś lekach przeciwwymiotnych… Kurogane nie przypominał sobie, by rano coś podobnego znajdowało się w apteczce. Konkluzja nie była zbyt odkrywcza – nie było tego rano, nie ma i teraz. Fai nie uzupełniał apteczki systematycznie. No bo po co? O istnieniu środków przeciwko kaca przypominał sobie dopiero po wesołych imprezach, gdy czołgał się po kuchennej podłodze w poszukiwaniu kranu, zarzekając się przy tym, że już nigdy, ale to nigdy nie tknie alkoholu.
Czy powinien znów zostawiać go samego i iść do apteki?
Nie wiadomo co Kurogane może zastać po powrocie. W najlepszym razie spotka się z zaryczanym Flouritem, którego nie będzie potrafił uspokoić. Nie, lepiej pełnić straż na miejscu i nie zostawiać Faia samego, póki ten nie poczuje się trochę lepiej.
Podsumujmy fakty: przed powrotem Kurogane Fai próbował wziąć tabletkę przeciwgorączkową, lecz nic z tego nie wyszło. Ale chyba mógłby przyjąć lek w postaci płynnej… O tym też wspominała pani sprzedawczyni. Osoba, która wymiotuje musi dużo pić. Czy coś takiego.
Persocom zawrócił z kuchni do pokoju po tabletki. Znów był zmuszony zapewniać rozhisteryzowanego blondyna, że naprawdę nie zostawi go samego na pastwę losu. Koniecznie musi coś zrobić z tym stanem chorobowym Faia, bo inaczej, jak nic sam nabije mu guza i wtedy dopiero Flourite będzie miał prawdziwy powód do płaczu.
Tabletki są, chłodna zagotowana woda - jest. A może powinien rozmemłać to z sokiem…? Nieee. Przelał wodę do szklanki, dodał starannie poszatkowaną tabletkę przeciwgorączkową. Po krótkiej kalkulacji dodał jeszcze jedną rozdrobnioną pastylkę, całość dokładnie wymieszał. Przyjrzał się krytycznie swemu dziełu. Biała zawiesina nie wyglądała zbyt apetycznie. Taka też zapewne będzie w smaku. No trudno.
Przezornie wstawił wodę na herbatę i dopiero wtedy wyszedł do Faia ze szklanką w ręce.
Ze zdecydowaną miną kucnął przy Faiu i podetknął mu breję pod sam nos. Flourite po raz kolejny niezbyt grzecznie i bardzo płaczliwie poradził Kurogane, aby ten go nie dotykał.
Nie zrobiło to wrażenia na androidzie.
- Musisz to wypić – oświadczył, ostrożnie unosząc blond głowę.
- Co to jest?
- Zapewniam, że nic, co mogłoby ci posmakować – powiedział zbliżając szklankę do ust Flourite'a – Wypij tyle, ile możesz i spróbuj tego nie wyrzygać.
Fai niechętnie upił odrobinę.
- Niedobre… – poskarżył się.
- Wiem – zapewnił go Kurogane.
Nie wiedział, bo i skąd?
Zajęło to chyba z kwadrans, ale Faiowi udało się wypić jedną trzecią szklanki. To znacznie więcej, niż Kurogane się spodziewał. Ułożył blondyna z powrotem na poduszce i powiadomił:
- Zaraz dostaniesz herbaty. Wołaj, jeśli źle się poczujesz.
- Cały czas źle się czuję…
- No tak, racja – przyznał Kurogane, przystając w drzwiach kuchni – Wołaj, jeśli bardzo źle się poczujesz – sprecyzował.
Zalał torebkę herbaty wrzątkiem, dodał dwa listki mięty rosnącej w doniczce na kuchennym oknie. Mięta powinna ukoić mdłości - to też wiedział od swojej nowej sklepowej znajomej. Flourite dosypywał do wszystkiego zatrważające ilości cukru. Coś mówiło Kurogane, że w sytuacji o wysokim prawdopodobieństwie wymiotów cukier wskazany nie jest. Wsypał do szklanki niecałe pół łyżeczki cukru. Tyle musi kretynowi wystarczyć.
Napoił blondasa miętową herbatą, zastanawiając się, co jeszcze i w jakiej kolejności powinien dla niego zrobić.
O, wciąż miał na sobie krawat. Odwiesił go w szafie razem z marynarką, sięgnął do szuflady po swój osobisty koc. Ten, pod którym leżał Fai stał się zapewne atrakcyjną noclegownią dla wszystkich okolicznych zarazków. „Czysta pościel musi być", tak mówiła pani ekspedientka.
A, i jeszcze koszula. Pierwsza lepsza czysta koszulka powinna być dobra.
I jakieś puchate skarpety dla zapewnienia komfortu. Głupek bardzo lubił takie skarpety, a jak zdążył zauważyć Kurogane obecnie stopy blondasa były bardzo zimne i bardzo gołe.
Stanął nad Faiem z koszulą, skarpetkami i kocem w rękach, z tą samą zaciętą miną, której blondyn chyba zaczął się już obawiać.
Nie do wiary, ale Flourite bronił się przed zabraniem mu koca. Bronił się resztkami sił, ale jednak. Ze ściągnięciem z niego przepoconej koszulki było jeszcze gorzej. Cholera jasna, gorączka wypaliła kretynowi resztki komórek mózgowych skoro nie potrafi rozpoznać, że ktoś usiłuje mu pomóc!
Po całej serii przekleństw w wykonaniu androida Flourite skończył w końcu w świeżej koszuli, szczelnie zawinięty w koc Kurogane. No i w ciepłych skarpetach na nogach, nie można o tym zapomnieć. Wyglądał zupełnie jak zagubiony, zmęczony kokon. Gorzej, jeśli kokonowi zechce się rzygać, bo wówczas Kurogane będzie musiał targać go na rękach do łazienki.
Dla pewności android przykrył Faia jeszcze drugim kocem i dopiero wtedy uchylił okno. „Pomieszczenie z chorym należy wywietrzyć". Diabli wiedzą po co. Może bakterie tego nie lubią?
Kolejna rundka po szufladach i do łazienki.
Kurogane wrócił ze zmoczoną zimną wodą szmatką. Szmatka z plaskiem wylądowała na rozpalonym czole Flourite'a, po uprzednim odgarnięciu wilgotnej grzywki. Fai zadygotał słabo. Po chwili odprężył się nieco i westchnął głęboko.
- Mdli cię? – chciał wiedzieć persocom.
- Nie-e…
- To dobrze.
Zauważył, że strużki wody zalewają Faiowi ślepia. Niedostatecznie wykręcił szmatkę, ech. Kokon sam się nie wytrze, kokony bowiem mają to do siebie, że ich kończyny są w taki, czy inny sposób unieruchomione.
Kurogane otarł starannie dłonią wciąż niezdrowo rumiane policzki, a następnie wtarł wilgoć we własne spodnie.
Kokon promieniał teraz zadowoleniem.
- Już mi dużo lepiej – powiadomił bruneta.
- Taa? Ale lek nie zaczął jeszcze działać, chyba musi rozpuścić się we krwi. Albo coś…
- Już mi lepiej – powtórzył Fai, przymykając oczy – Trochę się prześpię, dobrze?
Kurogane kiwnął głową. Odpędził Mokonę, która obwąchiwała zapomniane wafle. Stworzonko kwiknęło i prędko wtuliło się w szyję Faia. Mężczyzna uśmiechnął się na to lekko.
To dobrze, że się uśmiechał. Źle, że z powodu obrzydliwego futrzaka. Kurogane nie cierpiał być gorszym od tego zezowatego królika.
Dlatego choć było to zupełnie zbędne, persocom kilkukrotnie poprawił Faiowy kokon, przyklepał mokrą szmatkę i starannie odgarnął mu włosy za uszy.
- Dziękuję, Kuro-sama – mruknął półprzytomnie Flourite.
No, tak lepiej. Gdyby jeszcze w ramach podziękowania kretyn wywalił królika tam, gdzie jego miejsce, czyli w kurz pod szafą, to byłoby idealnie.
Samodzielnie próbował wyeksmitować stworzonko, ale ono uparcie powracało do Faia. W końcu Kurogane dał mu łaskawie spokój. Dopóki ktoś nie nadepnie przez przypadek na Mokonę, zmonopolizowanie uwagi głupola będzie niemożliwe.
Jeszcze przez dłuższą chwilę siedział przy Faiu słuchając jego oddechu, wypatrując symptomów zbliżającej się śmierci i obserwując jak rumieńce wreszcie ustępują z policzków.
Nie bardzo wiedział, co dalej ze sobą począć.
Przebrał się w piżamę, bo to uznał za najsensowniejsze wyjście. Z ulgą przyjął fakt, że głupek nie umarł podczas tych kilkunastu sekund, kiedy Kurogane nie niego nie patrzył. Następnie odnalazł swoją poduchę w sarenki. Położył ją zwyczajowo na lewo od Flourite'a. To znaczy, trochę bliżej, niż zazwyczaj, żeby móc słyszeć, czy wciąż oddycha. Nie mógł wyzbyć się myśli o śmierci kretyna, mimo że zdawał sobie sprawę z tego, iż to założenie irracjonalne. A, no i dobrze być blisko, gdy głupola chwycą nieoczekiwane nudności.
Ułożył się na podłodze, nie troszcząc się o podłożenie sobie czegoś miękkiego. Poduszka wystarczy. Przysunął się jeszcze bliżej. Użyczył sobie róg koca, bardziej z przyzwyczajenia, niż z faktycznej potrzeby.
I zasnął.
