Rozdział dziewiąty

Katniss

Obgryzłam wszystkie paznokcie do krwi i wiem, że Effie mnie, za to później skarci. Siedzę w salonie mieszkania z oczami wlepionymi w ogromny ekran. Haymitch siedzi po mojej prawej a Effie po mojej lewej stronie. Portia i Cinna nie wrócili jeszcze z areny, gdzie po raz ostatni pomagają Peecie i Hadley. Wiem, że zostaną w reżyserce z innymi stylistami aż do końca rzezi pod Rogiem Obfitości. Trwa powolne odliczanie, więc przyglądam się swoim try butom Hadley wyglą da na skupioną i mam nadzieję, że przynaj mniej bada teren kątem oka.

Z drugiej strony Peeta nie potrafi stać w bezruchu. Rozejrzał się na wszystkie strony i wi dzę jak ogląda wszystko rozsypane dookoła Rogu zastanawiając się co mu się najbar dziej przyda. W końcu za uważa leżący nie daleko niego plecak i w myślach kiwam gło wą. Wiem, że to najbezpieczniejsze wyjście.

-Katniss! Cóż to za obrzydliwy nawyk. Przestań natychmiast!- Pi skliwy głos Effie wy rywa mnie z zamyślenia i szybko odsuwam dłoń od ust. Obok mnie Haymitch przewra ca oczami.

-Poważnie? Jest tyle rzeczy, którymi powinnaś się martwić a ciebie najbardziej obcho dzi to, że Katniss obgryza swoje pieprzone paznok cie? - Effie rzuca mu mordercze spoj rzenie, ale potem milknie. Przez chwilę wymieniają się spojrzenia mi jakby rozmawiali bez słów, ale mnie to naprawdę nie obchodzi. Muszę się skupić na odliczaniu, które bar dzo szybko zbliża się do jedynki.

5...4...3...2...O Boże, biegnij Peeto.

1.

Przez chwilę nic się nie dzieje, a potem wszyscy trybuci jednocze śnie ruszają do akcji. Pe eta zeskakuje z podestu, ła pie w locie upatrzony wcześniej plecak i ucieka do lasu nie pa trząc w tył i na szczęście nikt inny go nie goni.

Obraz na ekranie dzieli się na cztery części ukazując rzeź pod Rogiem z różnych per spektyw. Chłopak z Trójki bije się z Chłopa kiem z Ósemki, dopóki nie podchodzi do nic dziew czyna z Trójki i wbija Chłopakowi z Ósemki nóż w plecy. Nie przystaje, żeby pozdrow ić swojego partnera z dystryktu. On nie dziękuje jej za po moc. Odchodzą jednak razem w ogó le nie zwracając uwagi na pozostawionego za sobą trybuta.

Obrazy w innych częściach ekranu są tak zamazane, że w zasadzie nie wiem, co się tam dzieje, poza tym, że wszędzie leje się krew. Mnóstwo krwi. Krew leje się strumienia mi a do mnie dociera, że być może będę musiała oglądać to, co roku do końca życia. Rok po roku będę musiała patrzeć na ten horror.

Nagle zauważam na ekranie Hadley. Udało się jej uciec spod Rogu i idzie tam, gdzie koń czy się las i zaczynają się skaliste wzgórza. Lekko kuleje, ale, poza tym wydaje się nienaru szona.

Ma w dłoni topór.

-Cholera jasna. Mówiłem jej, żeby tego nie robiła. - Wkurza się Haymitch. Odwraca się do mnie. - Czegoś ty jej rano nagadała? Mo gła zginąć starając się go zdobyć.

-Powiedziałam jej, że powinna zrobić to, co uważa za stosowne.- Od powiadam. - Jeżeli za uważyła gdzieś topór i mo gła go bezpiecznie złapać powinna tak zrobić. Nie prze trwałabym dwóch dni bez tych rzeczy, które znalazłam w ple caku w zeszłym roku, więc nie żałuję, że cię nie posłuchałam.

-Ciesz się, że jej się udało. - Warczy. - Inaczej prowadzilibyśmy teraz zupełnie inną rozmo wę.

Effie każe się nam uciszyć i wrócić do oglądania. Co oboje nie chętnie robimy.

Obraz na ekranie zmienia się między łąką a tymi trybutami, którym udało się z niej uciec. Przez chwilę patrzymy na Peetę brnącego przez las i Hadley starającą się zna leźć drogę przez skalisty grunt nie tracąc lasu z oka. Jest też kilkoro innych trybutów, żadnego zawodowca, którym także udało się uciec z rzezi. Kiedy Pe eta i Hadley znikają z ekranu na ponad pół godziny odwracam wzrok. Napotykam spojrzenie Haymitcha i wzdycham. Nie jestem już na niego zła.

-Jak sobie z tym radzisz?- Pytam przypominając sobie o czym my ślałam kilka dni temu. On wzrusza ramionami i pociąga z piersiówki, a potem rozpościera jedno ramię na oparciu kanapy.

-Jakoś muszę. Trzeba umieć przestać się tak mocno przejmować.

-Dlatego tyle pijesz? Żeby zapomnieć?-Znowu wzrusza ramionami.

-Coś w tym stylu. A co? Chcesz trochę? - Pyta wyciągając w moją stronę piersiówkę. Odpycham ją. Wiem, że tak po prostu nie odpowie na żadne moje pytanie.

-Jesteś dupkiem, Haymitch.- Mruczę zeskakując z kanapy i idąc w kierunku drzwi prowadzących na dach. Otwieram je i szybko wbiegam po schodach wdychając chłodne wieczorne powietrze.

Do tej pory nie zastanawiałam się nad tym jak bardzo jestem nie przygotowana do oglądania igrzysk. Przed Dożynkami starałam się unikać oglądania igrzysk najbardziej jak mogłam. Nawet, kiedy było to obowiązkowe nie przykładam do transmisji zbytniej uwagi. Zawsze odrzucała mnie bezsensowna przemoc. Ale teraz po tym wszystkim co sama przeżyłam się jakbym utknęła w niekończącym się koszmarze.

Przyglądam się krawędzi budynku odgrodzonej niewidzialnym polem siłowym i zastanawiam się dlaczego Haymitch nigdy nie próbował się zabić, żeby zakończyć ten koszmar.

Słyszę jak ktoś odkasłuje, odwracam się i napotykam Haymitcha. Stoi za mną drapiąc się w brodę i przyglądając mi się nieśmiało.

-Effie prosiła żebym sprowadził cię na dół. Kapitol musi wiedzieć, że to oglądasz.

-Dobrze już dobrze zaraz zejdę.- Odpowiadam, a potem milknę. W głębi duszy wiem, że powinnam mu powiedzieć o tym co powiedziałam Peecie zeszłej nocy. Ale, z drugiej strony nie chcę o tym nikomu mówić.

-Wczoraj w nocy powiedziałam Peecie, że coś do niego czuję.-Wyrzucam z siebie, zanim potrafię się powstrzymać. Haymitch wpycha ręce w kieszenie i kołysze się przez chwilę

-Jasne. Więc to dlatego do niego poszłaś. Wiesz, ja zawsze wiedziałem, że go lubisz.- To nie jest pytanie. Po prostu stwierdza fakt.

-Nadal nie rozumiem jak się dowiedziałeś.

-Znam cię lepiej niż znasz samą siebie. Ta historyjka o chlebie, którą mi opowiedziałaś? Już, wtedy coś podejrzewałem. Nie sądziłem, że jesteś gotowa przyznać się komuś do tego, nawet samej sobie.

-Nie chciałam się do tego przyznawać. - Wzdycham ze złością. - Nie chcę o tym mówić.

-Jak długo?- Pyta. Chcę się wymigać od odpowiedzi, ale wiem, że mi nie odpuści, więc nie ma sensu dłużej tego odwlekać.

-Obserwowałam jeszcze za, nim zostałam zwerbowana. Kiedy wróciłam do domu w ogóle o, nim nie myślałam. Po prostu o wszystkim zapomniałam. Aż został zwerbowany. Więc w zasadzie nie aż tak długo..., ale wystarczająco.- Zdecydowanie nie potrafię o tym mówić i potykam się o swoje własne słowa. Staram się przemyśleć dokładnie swoje następnie pytanie, ponieważ wiem, że może mi się nie spodobać odpowiedź. - Czy naprawdę aż tak widać, że coś do niego czuję?

Haymitch potrząsa głową i oddycham z ulgą.

-Wiem, że po twojej reakcji na Dożynkach ludzie zaczęli zwracać na ciebie większą uwagę. Ale, wtedy wmawiałem, im, że zareagowałaś tak, ponieważ wiedziałaś, że Peeta przyjaźnił się z Badenem i ludzie to kupili. Ale od tamtej pory nie okazujesz żadnych uczuć. Trzymasz wszystkich na dystans i to powoli zaczyna wszystkich irytować.

-Nie chcę tak robić. Ale oni...po prostu mnie nie obchodzą.

Haymitch wybucha niepohamowanym śmiechem.

-Nie trzeba być geniuszem, żeby to zauważyć. Przez ostatni rok przekonaliśmy się jaka jesteś.-Przewracam oczami. - Musimy się zastanowić jak chcesz to rozegrać.

-O co ci chodzi?- Patrzę na niego pytająco.

-Musisz podjąć decyzję czy nadal chcesz to ignorować i zachowywać się, jak zawsze...Czy może powinnaś wykorzystać to, żeby jeszcze bardziej przekonać sponsorów?- Czuję jak opada mi szczęka.

-Mówisz poważnie?-Syczę. On potwierdza skinieniem głowy. - Przecież, jeśli to zignoruję, to zepsuję wszystko, na co Peeta pracował w trakcie wywiadu.- Haymitch znowu kiwa głową i uśmiecha się jakbym powiedziała świetny żart.

-Wiesz, że to oznacza, że musisz wyjść z tym do ludzi. Rozmawiać z nimi. Być dla nich miła. Żeby nie zaczęli się zastanawiać co ten chłopak w ogóle w tobie widzi.

-Jezu Haymitch...ty to wiesz jak gadać z kobietami.- On znowu sięga po piersiówkę. Przysięgam, że ona jest ciągle pełna·

-To prawda skarbie. Musisz być teraz miła. Przyznać publicznie, że darzysz go uczuciem i udawać, że lubisz o tym rozmawiać.

Kurczę. O tym nie pomyślałam. Rozmawianie o tym z Haymitchem, czy nawet wyznanie wszystkiego Peecie było wystarczająco trudne. Teraz będę musiała rozmawiać o uczuciach, których nie rozumiałam i, z którymi się jeszcze do końca nie pogodziłam z ludźmi, którymi się absolutnie brzydziłam.

-Jasne. Więc musimy szybko znaleźć jakichś sponsorów. Kiedy nam się uda już nigdy nie opuszczę tego mieszkania.

-Sam nie wiem...nie śpieszmy się z tym zbytnio. Szczerze mówiąc sam chciałbym posłuchać jak niepokonana Katniss Everdeen opowiada wszystkim o swoim pierwszym poważnym zadurzeniu.-Mruga do mnie i wraca do mieszkania.

-Niech cię szlag, Haymitch!-Wołam za, nim. Gdybym nie wiedziała, że ma rację mogłabym go znienawidzić.


Zostało ich trzynaścioro. Patrzyłam jak Peeta słuchał armat i odliczał na palcach. To, że zawodowcy przeżyli nikogo nie dziwi. Najwyższym Dystryktem, który stracił dziś trybuta była Czwórka, ale to było z winy ich samych, a nie kogoś innego. Po uciecze spod Rogu Obfitości pobiegli w te same skały co Hadley, ale nie byli aż tacy ostrożni. Jeden poślizgnął się i upadając wybił oko. Potem było już po nim.

Cieszę się, że moi trybuci nie są aż tacy bezmyślni.

Cinna i Portia wrócili nie długo po tym jak Kapitol wyświetlił na niebie nad areną zdjęcia poległych i wszyscy zasiedliśmy do wieczornego oglądania. Haymitch i ja mieliśmy następnego dnia rozpocząć poszukiwania sponsorów, ale, póki co całą piątką siedzieliśmy przed ekranem, patrząc, mając nadzieję i modląc się o to, żeby nasi trybuci doczekali jutra.

-Przyjął broszkę?-Szepczę do Cinny w środku nocy. W zasadzie nic się nie dzieje, więk szość ocalałych trybutów albo śpi albo usiłuje zasnąć. Ale żadne z nas nawet nie myślało o położeniu się. Zastanawiałam się czy w zeszłym roku oni wszyscy również zarwali noc ze względu na mnie. Cinna kiwa głową w odpowiedzi.

-Tak. Był bardzo zaskoczony. Przypiąłem mu ją do kołnierza. Po wewnętrznej stronie kurtki. Nie wiedziałem...czy chciałaś, żeby była widoczna.

Opowiedziałam mu o wszystkim co zdarzyło się między mną a Peetą zeszłej nocy. Nie był zaskoczony moim wyznaniem i zgodził się zrobić to, o co go prosiłam.

-Dobry pomysł.-Odpowiadam i oboje milkniemy i znowu patrzymy w ekran.

W pewnym momencie chyba zasypiam, ponieważ, kiedy się budzę Portia śpi na drugiej stronie kanapy, Effie robi sobie manicure a Haymitcha i Cinny nigdzie nie ma. Patrzę w ekran, ale nic się nie zmieniło. Ujęcia pokazują na przemian różnych trybutów i zauważam, że Hadley wcisnęła się w szczelinę między dwoma głazami i nie jest jej tam chyba najwygodniej. Peeta wysłuchał mojej rady i znalazł schronienie na drzewie.

Myślę o poprzedniej nocy, minęły, zaledwie dwadzieścia cztery godziny i serce zaczyna mi bić szybciej, kiedy przypominam sobie co czułam, kiedy mnie całował i tulił mnie do siebie tak mocno, że prawie nie mogłam oddychać a mnie wcale to nie przeszkadzało. Byłam na siebie trochę zła, kiedy się odsunęłam, bo zdecydowanie chciałam więcej, ale wiedziałam, że nie byłam na to jeszcze gotowa. Nie byłam gotowa na sam pocałunek. Na pewno nie poszłam do niego z postanowieniem, że będę z nim aż tak szczera, ale było, to znaczy jest, wn im coś takiego co sprawia, że nie chcę niczego przed, nim ukrywać. Nawet, jeśli nie potrafię być szczera z samą sobą.

Zeszłej nocy sprawił, że czułam rzeczy, z których istnienia nawet nie zdawałam sobie sprawy. Pragnienie...potrzeba...pożądanie, walczyły ze sobą odsuwając na bok myśl, że naprawdę nie potrzebuję nikogo w życiu. Nadal nie jestem pewna czy dobrze się z tym czuję, ale wiem jedno. Zawsze trzymam się tego w co wierzę.

Wierzę w Peetę. I chyba...chyba zaczynam wierzyć w możliwość 'nas'.

Nie zauważam nawet, kiedy znowu zasypiam a następną rzeczą którą czuję jest potrząsający mną Haymitch.

-Wstawaj skarbie. Musimy wyjść znaleźć jakichś sponsorów.


Czuję się niezręcznie, niewygodnie i ogólnie źle. Przypominam sobie dlaczego na Ćwieku zawsze wybierałam handel wymienny zamiast targowania się z ludźmi o ceny.

Jestem kiepska w prowadzeniu rozmowy z innymi ludźmi i w sprzedawaniu czegokolwiek. A to właśnie muszę zrobić. Muszę sprzedać Peetę i Hadley najlepiej płacącemu klientowi za jedzenie i środki pierwszej pomocy. Haymitch jest o wiele lepszy w podlizywaniu się, im niż ja. Ale w końcu on ma dwudziestoczteroletnie doświadczenie.

Ale uśmiecham się, kiedy szturcha mnie Haymitch i grzecznie odpowiadam na pytania, chociaż naprawdę chcę przewrócić oczami, kiedy ktoś pyta mnie o coś w stylu 'czy nie czułaś się cudownie, kiedy Cato umarł a ty wygrałaś?'

Nie, nie czułam się wtedy cudownie. Czułam się, jak śmieć.

Ale nie mogę tego powiedzieć. Zamiast tego uśmiecham się i zachowuję się tak jakbym cieszyła się ze swojej obecności w Kapitolu. Ponieważ nie robię tego dla siebie. Robię to dla Peety i Hadley.

Wykazuję nieco więcej cierpliwości co do moich zeszłorocznych sponsorów. Wielu z nich chce wiedzieć co czułam po tym co Peeta powiedział w czasie wywiadu. Staram się zaspokoić ich ciekawość jednocześnie próbując nie umrzeć z zażenowania. 'Och, byłam zaskoczona, ale to było miłe.' 'Tak, to czarujący młody mężczyzna. Każda dziewczyna byłaby szczęściarą będąc na moim miejscu.' Z drugiej strony nie chcę o tym ciągle rozmawiać. Ale, ilekroć kogoś zbywam Haymitch mrozi mnie spojrzeniem.

To wszystko przypomina błędne koło.

W końcu zawieramy umowę, że, kiedy już znajdziemy jakiegoś sponsora będę mogła w spokoju zająć się wysyłaniem spadochronów a Haymitch zajmie się resztą. Opowie wszystkim, że tak naprawdę ucieszyłam się, kiedy Peeta powiedział wszystkim, że mnie kocha i, że nie pragnę niczego bardziej niż tego, żeby wrócił zdrów i cały do domu.

Inne historyjki są tak słodkie, że niemal żałosne. Mam nadzieję, że szybko kogoś znajdziemy i będę mogła się bezpiecznie schować. Inaczej musiałabym chyba zacząć pić z Haymitchem.


Wracamy do mieszkania po uzyskaniu pierwszego sponsora. Haymitch jest pełen podziwu, ponieważ nigdy wcześniej nie udało mu się zaczepić kogoś już pierwszego dnia negocjacji – nawet ja Dziewczyna Która Igrała z Ogniem zdobyłam pierwszego sponsora dopiero w drugim dniu negocjacji. Kiedy wysiadamy z windy podbiega do nas dziwnie podniecona Effie.

-Dzisiaj wieczorem jest jakieś przyjęcie w posiadłości Prezydenta i mamy się tam stawić.- Oznajmia. Wydaje się podniecona, ale jej oczy są dziwnie wielkie i jakby przestraszone. Zdecydowanie coś tutaj nie gra. I ja zamierzam dowiedzieć się, co to jest. Haymitch łapie mnie za nadgarstek.

-Tylko my czy inne drużyny też?-Pyta.

-Inne drużyny też.-Uspokaja go Effie. Czuję, że Haymitch się rozluźnia i wiem, że bał się z powodu mojej domniemanej nielojalności względem Kapitolu. - Mamy tam być za dwie godziny.

-W porządku. Wezwij Cinnę i Portię. Katniss idź się przebrać. Za pół godziny spotkamy się w salonie, żeby obejrzeć skrót najważniejszych wydarzeń, a potem pojedziemy do posiadłości. - instruuje nas Haymitch.

Zupełnie nie wiem, co mam robić bez mojej ekipy przygotowawczej. Postanawiam jednak założyć sukienkę, ponieważ w ten sposób nie muszę się martwić czy wszystkie moje ubrania do siebie pasują. Ubieram się w prostą (jak na Kapitol) zółtą sukienkę i jasne buty bez obcasów, które ktoś z mojej ekipy nazwał 'balerinami'. Nie wiem, co miał na myśli, ale wiem, że to najwygodniejsze buty jakie kiedykolwiek nosiłam, oczywiście poza butami, które zakładam na polowanie.

Zbieramy się w salonie i słuchamy Ceasara Flickermana i jego skrótu najważniejszych wydarzeń z areny. Denerwuję się. Wiem, że Peeta i Hadley żyją. Igrzyska są transmitowane na żywo do pomieszczenia, gdzie odbywają się negocjacje ze sponsrorami, ale nie ma się, wtedy czasu na oglądanie. Zwykle jest tam tak głośno, że słychać tylko armatni wystrzał. Mogli zostać śmiertelnie ranni.

Wszyscy jednogłośnie oddychamy z ulgą, kiedy okazuje się, że Peeta i Hadley są jeszcze cali i niezbyt pokiereszowani. Hadley poobijała się trochę, kiedy przewróciła się na skałach, ale, poza tym nic jej nie jest. Na szczęście znalazła wodę. Peeta także znalazł źródło wody i zdobył całkiem nieźle wyposażony plecak. Dwa razy prawie spotkał innych trybutów, ale w obu przypadkach pozostał w ukryciu.

Najwyraźniej nie szuka ani sojusznika ani okazji do bójki.

Zginął tylko jeden trybut i jestem przerażona tym, że Peeta tam był i to widział –, ale duża grupa trybutów jest wystarczająco blisko to tego, że jutro wszystko może się zmienić.

-Zawodowcy się rozdzielili.-Zauważa Haymitch a ja zauważam, że ma rację.

Wszyscy trzymają się swoich partnerów z dystryktu, ale nie połączyli sił tak jak Cato, Clover, Marvel i Glimmer zrobili to w zeszłym roku.

-Czy to normalne?- Pytam stwierdzając, że może powinnam była lepiej się przygotować.

-To działa trochę na zasadzie chybił-trafił. Nigdy nie wiadomo czy i, kiedy połączą siły. Czasami po prostu się nienawidzą. Pięć lat temu dziewczyna z Jedynki zabiła dziewczynę z Dwójki w ciągu pierwszych piętnastu minut pod Rogiem Obfito ści. Wygrała Igrzyska i, kiedy ją o to zapytano powiedziała, że nie podobało się co ta druga gadała w czasie szkolenia. - Patrzę na niego zaskoczona, chociaż wydaje się to całkiem możliwe.

Wielu trybutów ubliża innym.

Oglądamy resztę programu i jestem świadoma tego, że za każdym razem, kiedy widzę Peetę serce zaczyna mi bić mocniej. Nie robi nic ciekawego – żadne z nich nie robi nic ciekawego –, ale za każdym razem, kiedy go widzę przypominam sobie wczorajszą noc, to, co mu powiedziałam i to co on powiedział mi. Za każdym razem, kiedy go widzę przypominam sobie dlaczego tak ważne jest żebym znalazła dla niego sponsorów.

Kiedy program się kończy, wszyscy jedziemy eskortowaną limuzyną do posiadłości Prezydenta. Jestem przerażona, ponieważ Effie wyjaśniła mi, że drugie Zebranie Mentorów odbywa się dopiero piątego dnia Igrzysk a prezydent nigdy nie zaprasza stylistów. Zwykle mniej więcej w połowie trwania igrzysk odbywa się bankiet dla ekip trybutów, którzy zaszli tak daleko. Dzisiejsze przyjęcie jest niezwykłe.

Kiedy docieramy na miejsce, idziemy od razu do wielkiej sali balowej, gdzie zebrały się inne ekipy i gawędzą wesoło. Nikt nie wydaje się zdziwiony tym nagłym spotkaniem. Po całej sali porozstawiane są stoliki zastawione jedzeniem i napojami, w tle cicho gra muzyka. Cinna i Portia od razu dołączają do grupy stylistów, którzy zebrali się w jednym kącie sali. Effie przyłącza się do kobiety, która w zasadzie jest ubrana tak samo, jak ona, tylko że jej ubiorze przeważa cytrynowa żółć a w ubiór Effie jest ciemnoniebieski.

Zmuszam się do przespacerowania się po sali. Chodzę od stołu do stołu próbując różnych potraw. Nienawidzę Kapitolu, ale muszę przyznać, że jedzenie mają tutaj pierwszorzędne. Sięgam po truskawkę w tym samym momencie co czyjaś opalona dłoń. Odwracam się i patrzę prosto w roześmianą twarz Finnicka Odair.

-Proszę, proszę. Mój wieczór nagle zrobił się całkiem interesujący. Spotkanie z uroczą Katniss Everdeen.-Uśmiecha się ironicznie.

Jest dokładnie taki jak na zdjęciach. A nawet więcej. Jego brązowe włosy są ułożone tak, żeby wyglądały na roztrzepane wiatrem i pasują idealnie do jego złotej skóry. Niesamowicie zielone oczy i uroczy uśmiech, który jest zarazem pewny siebie i uwodzicielski. Nie dziwię się, że kobiety się o niego zabijają. Jednak to, jak bardzo dobrze czuje się we własnej skórze sprawia, że ja się denerwuję. Co oznacza, że wszystko, co powiem będzie albo za ostre albo kompletnie bez sensu.

-Pan Odair. Udało się panu znaleźć wolny wieczór?- A, więc będę ostra. Na szczęście on wybucha śmiechem.

-Och Katniss... ja zawsze jestem zajęty.-Odpowiada gładko. - Dzisiaj na przykład spędzam czas z przyjaciółmi, których poznałem przez lata.- Pokazuje mi ekipę tegorocznego trybuta z Czwórki. Żadne z nich nie wydaje się zbyt przejęte jego śmiercią. Wszyscy jednocześnie starają się zabić mnie wzrokiem co sprawia, że Finnick wybucha śmiechem.- Nie lubią, kiedy rozmawiam z Mentorami z innych dystryktów. Ale my Triumfatorzy musimy trzymać się razem.

Wzruszam ramionami i pociągam długi łyk z kieliszka, który zdjęłam z tacy niesionej przez przemykającego obok awoksa. Nie smakuje mi, ale koi moje gardło.

-Myślę, że ma pan rację. Nie jest pan Mentorem w tym roku, prawda?

-Na szczęście nie. Czwórka miała wystarczająco dużo zwycięzców, którzy mogli zająć się mentorowaniem. Jestem tutaj tylko jako gość Kapitolu i cieszę się całym tym pysznym jedzeniem i towarzystwem pięknych kobiet.

-Cóż nie wiem nic o tutejszych kobietach, ale jedzenie rzeczywiście jest przednie. - Odpowiadam sarkastycznie, sięgając po kolejną truskawkę. On uśmiecha się przebiegle.

-Ach tak. W tym momencie nie musisz szukać towarzystwa. Nie, kiedy istnieje możliwość, że pewien przystojny młodzieniec wróci do ciebie z igrzysk.

-Tak właśnie jest Panie Odair...

-Proszę, mów mi Finnick.

-To tylko możliwość.- Kontynuuję nie zwracając na niego większej uwagi. - Peeta musi jeszcze wiele przejść, zanim będziemy mogli w ogóle myśleć o jego triumfalnym powrocie do domu. - Finnick uśmiecha się do mnie szeroko przez cały czas, kiedy do niego mówię.

-To takie urocze. Historia miłosna rozgrywająca się w samym środku Głodowych Igrzysk...Kto, by pomyślał.

-Dzieci zabijające się nawzajem dla sportu. Kto, by pomyślał? - Odparowuję, zanim mogę się powstrzymać. Boże, Everdeen. Co ty wygadujesz? Moje oczy rozszerzają się ze strachu i patrzę na niego przerażona tym co powiedziałam. Jednak w jego oczach nie dostrzegam złości czy obrzydzenia.

Tylko uznanie.

-Jak widzę nadal igrasz z ogniem.- Mówi cicho.

-Przepraszam. Ja nie powinnam...

-Nie przepraszaj. To neguje sens tego co właśnie powiedziałaś.- Daje mi pstryczka w nos. - Potrafię dotrzymać tajemnicy, ślicznotko.- Widzę, że patrzy na kogoś lub coś ponad moim ramieniem i dostrzegam dziwny błysk w jego oczach. Coś w jego oczach sprawia, że muszę się odwrócić i właśnie, wtedy staję oko w oko z Nim.

Ze Snow'em.

W ogóle się nie zmienił, odkąd widziałam go po raz ostatni. Ta sama grzywa białych włosów, te same wężowe oczy, które starają się wypalić we mnie dziurę. Duszący zapach róż i krwi, który zawsze go otacza. To wszystko sprawia, że niemal krztuszę się własną żółcią. Zmuszam się, żeby być grzeczną, ponieważ wiem, że nie mogę pogorszyć sytuacji w jakiej znajdują się moi trybuci.

-Ach Panna Everdeen, Pan Odair. Jak miło zobaczyć razem dwójkę najbardziej lubianych Triumfatorów Panem.

-Spodziewał się pan czegoś innego?-Odpowiada Finnick kompletnie zrelaksowany. Kłania mi się teatralnie sięgając po moją dłoń i całując ją. - Przepraszam, że cię tak nagle opuszczam, ale muszę wracać do przyjaciół. Katniss Everdeen, cała przyjemość jest zdecydowanie po mojej stronie. - Mruga do mnie, potrząsa dłoń Prezydenta i odchodzi zostawiając mnie samą z moim najgroźniejszym przeciwnikiem.

-Prezydencie Snow, dziękuję za ten wieczór. - Odpowiadam. Co się ze mną dzieje? Jak to możliwe, że tak gładko mi poszło i nie urwałam mu głowy. Odmawiam podania mu ręki, ale chyba mu to nie przeszkadza.

-Och to żaden problem. Lubię czasami spotkać się z Triumfatorami i ich drużynami, kiedy mam chwilę czasu.- Szuka wzrokiem każdego z członków mojej ekipy. Wiem, że Haymitch nas zauważył, ale nadal udaje zajętego rozmową z innym Mentorem. Snow nie może się zorientować jak bardzo wszyscy się go boimy. - Trafili ci się ciekawi trybuci. Młodzieniec z waszego dystryktu odstawił nie złe przedstawienie w czasie swojego wywiadu.- Moja krew gotuje się na wspomnienie Peety, ale trzymam swój temperament i staram się nie okazywać wściekłości. Zamiast tego pozwałam sobie na chichot i mam nadzieję, że to nie brzmi zbyt niestosownie.

-Och tak. To było nieco niespodziewane, niemniej jednak także urocze.- Odpowiadam. Przygląda mi się ciekawie.

-Ty...Akceptujesz jego zaloty?- Pyta. W jego pytaniu jest dziwna głębia, której nie rozumiem, ale stwierdziłam, że muszę trzymać się planu Haymitcha.

-O tak. Widzi Pan, Panie Prezydencie, nigdy nie zaprzątałam sobie głowy chłopcami, ale Peeta Mellark zawsze był dla mnie uprzejmy i miły i uroczy, że trudno mi nie być mu przychylną. - Jak ja to robię. Effie będzie ze mnie taka dumna. - Kiedy obwieścił wszystkim co do mnie czuje nagle wszystko zrozumiałam. Nie mogę nawet opisać tego jak bardzo byłam zrozpaczona, kiedy wylosowano go w czasie Dożynek. Nigdy nie dowiemy się czy...- Przerywam mając nadzieję, że dobrze postąpiłam. Albo skłoniłam go, żeby pozwolił zajść trybutom z Dwunastki jak najdalej albo teraz zemści się na nich jeszcze bardziej.

-Rzeczywiście Panno Everdeen. Było to bardzo niefortunne zdarzenie. Każdy w Kapitolu uwielbia romans. Historię miłosną. Są wami oczarowani. Trudno jest nie marzyć o tym, by młody Peeta wyszedł z Areny jako triumfator. Ale czasami nie dostajemy tego czego najbardziej byśmy chcieli.- Jego wzrok poważnieje, a głos cichnie. - Stąpasz po cienkim lodzie, Panno Everdeen z czego chyba zdajesz już sobie sprawę, To jak bardzo organizatorzy skupią się na Panie Mellarku i Pannie Winter zależy tylko od ciebie. Mogą nie mieć większych trudności na arenie. Albo mogą szybko wpaść w kłopoty. Więc uważaj co robisz.- Jego twarz znowu łagodnieje. - Miło mi się z panią rozmawiało Panno Everdeen. Życzę pani szczęścia w związku z Panem Mellarkiem. Nie chciałbym aby była pani zmuszona nawiązać kontakty z innymi mężczyznami po Igrzyskach, prawda?- Odchodzi zostawiając mnie nieruchomą z szoku.

Nie mam pojęcia o czym on mówi. Ale to nie brzmi dobrze. Haymitch jak zwykle miał rację. To nie było jakieś tam przyjęcie dla drużyn trybutów. Tylko podstęp Snow'a, który zwabił mnie tutaj tylko po to, żeby mi przypomnieć, kto tutaj jest szefem.