Rozdział dziewiąty – Under Pressure
Vernon to po prostu porządny facet. Być może trochę oschły, nieco szorstki, bardzo bezpośredni, a jego wąsy nigdy nigdy nie były do końca czyste, ale… ale w gruncie rzeczy to po prostu porządny facet. Porządny… facet. Z którym z ręką na sercu mogłaby spędzić resztę życia. Aha. Więc czemu wciąż nie mogła zasnąć?
Petunia przewróciła się na drugi bok i spojrzała na budzik. Było grubo po północy, a sen wciąż nie nadchodził. Powtarzała sobie, że to nerwy. Godzinę później przestała się oszukiwać. Odrzuciła ciężką, zimową kołdrę i wyjrzała przez okno. Uliczki osiedla spowijał mrok, rozproszony tylko nieznacznie przez mdłe, pomarańczowe światło latarni. Śnieg przestał padać już dawno, a mróz ściął wszystkie zaspy w zastygłe, równe kupki. Petunia westchnęła i podrapała paznokciem w oszroniony róg okna, próbując skierować myśli na coś przyjemnego. Zwykle w momentach stresu lubiła wizualizować sobie słoneczną łąkę, której trawy i polne kwiaty sięgały pasa i… Cóż, w momencie takim, jak ten… to znaczy, w noc taką, jak ta… Zdawało jej się, że powinna myśleć tylko o nim. Więc myślała. I myślała. I myślała, a im dłużej myślała, tym bardziej nie mogła spać i tak z pierwszej zrobiła się druga, potem druga trzydzieści, za kwadrans trzecia, a o trzeciej piętnaście Petunia wciąż spacerowała po pokoju. Światło latarni bladło, jej dłonie stawały się coraz bardziej spocone. Vernon był… Vernon był stabilny. Vernon…
Och, i cóż z tego, że oświadczył jej się ledwie po pół roku znajomości? Czy nie o to chodzi w prawdziwej miłości — by iść za ciosem? Ile książek traktujących o miłości zaczynało się od: „Ona była kobietą rozsądną, o umiarkowanej inteligencji, a on, po wyliczeniu wszystkich wspólnych rachunków, podjął racjonalną decyzję podpisania cywilnego kontraktu"? Petunia pokręciła głową. Chyba właśnie sama sobie zaprzeczyła, bo gdyby jakiś nieszczęsny pisarzyna kiedykolwiek postanowił udokumentować lovestory Petunii i Vernona… to zaczynałoby się to jakoś tak. Ale przecież Vernon… Przecież Vernon to nie tylko wąsy, brzuch i świdry, Vernon umiał być szarmancki… jeżeli spełniała jego oczekiwania i robiła dokładnie to, co jej kazał.
Zacisnęła usta w wąską linię i wzięła dwa głębokie wdechy, które nie uspokoiły jej ani trochę. Doprawdy! Mężczyzna nie musiał grzeszyć urodą, ta rola należała przecież do kobiety. Chociaż mógłby być… nieco wyższy. I może zrzucić ze trzy funty. Albo pięć. Ale oczywiście nie ma co snuć fantazji, Petunia nigdy nie należała do kobiet, które miały „swój typ". „Typ" kojarzył jej się z czymś mdłym, poetyckim, romantycznym, podobnym Lily; jednym słowem — czymś, na co w jej poukładanym świecie nie było miejsca. Przystanęła znów przed oknem i zrobiła gest, jakby chciała kogoś uciszyć.
Cóż, ale… No, oczywiście gdyby miała już nazywać rzeczy po imieniu, to stabilność finansowa liczyła się chyba najbardziej. Oraz inteligencja. Jej mężczyzna idealny musiał być inteligentny, inaczej o czym tu z takim rozmawiać? Przede wszystkim też przyjemny w obejściu, ale nie nazbyt przyjemny, bo takim też łatwo się znudzić. Przystojny…? Niekoniecznie. Bardziej liczył się charakter. I opanowanie. Po co jej eksplozje agresji pod własnym dachem. Ale z drugiej strony musiałby być charyzmatyczny. Mógłby też grać na pianinie, jak ojciec, a włosy mógłby mieć cza–… takie, na jakie zdecydowała się Matka Natura, wszystko jedno!
Petunia rzuciła pośpieszne spojrzenie swojemu odbiciu w lustrze i przewróciła oczami, opatulając się ciaśniej szalem. No tak. Kim też była, żeby sobie bezmyślnie przebierać w kandydatach? Z kompletnie zapuszczonymi włosami, z bladą, chudą twarzą i sińcami pod oczami… i z tą nadnaturalnie długą szyją… z niej z pewnością będzie wprost przepiękna panna młoda. Jak z okładki, pomyślała kwaśno. Petunia Evans jako Zimowa Panna Młoda!
Dursley.
Petunia Dursley, poprawiła się szybko w myślach. Kilka głębokich wdechów później zerknęła na budzik, by ze zgrozą stwierdzić, że powoli dochodziła piąta. Wspaniale. Wciąż nie zmrużyła oka. Pewnie zaśnie w środku ceremonii. Z drugiej jednak strony — dziś był przecież jej dzień. Mogła robić, co jej się żywnie podobało.
Na przykład wyjść za mąż. Za Vernona.
— Cholera jasna, niech to wszystko szlag! — syknęła, po czym zasłoniła dłonią usta, przypominając sobie, że Lily śpi za cienką ścianą w pokoju obok.
Zacisnęła dłonie, obracając się dookoła i podejmując marsz w tę i z powrotem po niewielkiej sypialni. Kilka minut później, w przypływie fantazji, pościeliła łóżko, wyrównała kapę, poukładała wszystkie poduszki w artystycznej symetrii, po czym położyła się na wznak na samym środku. Przymknęła oczy na kilka sekund, ale nic nie pomagało, więc poderwała się ponownie do siadu i wsunęła stopy w ciepłe, pluszowe bambosze.
No dobrze, to nie jest układ bez wad, ale czy nie tego właśnie chciała? Niezależności, wyprowadzki z rodzinnego domu?
Tyle tylko, że wychodzisz za mąż. To żadna wolność, tylko nowy zestaw obowiązków.
Ten nagły napad szczerości przed samą sobą sprawił, że zatrzymała się w pół kroku. Ostatnimi czasy Petunia bardzo rzadko bywała szczera, a jeszcze rzadziej wobec samej siebie. Ledwie kilka miesięcy temu skończyła osiemnaście lat i ta niesamowicie cienka granica łącząca ją z dzieciństwem i tym, co dopiero nadchodziło zdawała się pęknąć tak gwałtownie, że nawet tego nie zauważyła. Nowe otoczenie i nowe towarzystwo wymagało od niej bezwzględnej układności, a gdy już raz wpadła w schemat, bardzo trudno było się z niego wydostać.
Wybiła piąta dziesięć, gdy Petunia-Nadal-Evans usiadła przed lustrem i rozpoczęła czesanie swoich długich, jasnych włosów. Od jakiegoś czasu cięty język Petunii stał się na tyle ostry i bezwzględny, że zaczął odstraszać nawet jej własną matkę, a ta w odwecie wreszcie zostawiła swoją starszą córkę w świętym spokoju. Linda prawdopodobnie uznawała to za karę, ale młodsza panna Evans przyjęła rozluźnienie się ich stosunków z pełną wyrzutów sumienia ulgą. W ramach tego, co Petunia uznawała za prawdopodobnie ostatnią zemstę na przeszłości, przestała całkowicie zwracać uwagę na istnienie fryzjerów. Przypomniał jej o nich dopiero Vernon, który według siebie działał niesamowicie dyskretnie, a w rzeczywistości bardzo obcesowo podsuwał jej coraz to nowe żurnale modowe i magazyny, na okładkach których widniały dziewczęta z bufiastymi włosami ułożonymi na wzór Farrah Fawcett. Młoda narzeczona skrupulatnie to ignorowała, tłumacząc się nawałem pracy. Jako sekretarka nie miała jej w gruncie rzeczy wiele, ale przecież Vernon nigdy się tym nie interesował, więc nie musiał o niczym wiedzieć zbyt wiele. Prawda była taka, że po kilku latach suszenia na szczotkę, płukanek rozjaśniających, prostownic, lokówek i lakierów jej niegdyś błyszczące, całkiem urodziwe włosy stanowiły zaledwie odległe wspomnienie.
Nie była to pierwsza i na pewno nie ostatnia rzecz, jaką przed narzeczonym zatajała, choć powtarzała sobie w kółko, że Vernon jest dla niej idealny. Tylko on zdawał się nie reagować na jej zaczepki i docinki, a ona nie zauważała przy tym, że jest po prostu wybitnie gruboskórny — nadawała temu aurę tolerancji, ponieważ starała się desperacko uczepić chociaż jednej, jedynej osoby, która dawała radę z nią wytrzymać. Przecież matka powtarzała Petunii, że ma trudny charakter i powinna coś z nim zrobić. Powtarzała to zawsze, aż do znudzenia, aż do momentu, w którym najstarsza panna Evans szczerze zwątpiła, że na horyzoncie pojawi się ktoś, kto jej się zwyczajnie nie da, kto będzie równie uparty. Oprócz Vernona znała chyba tylko jednego–
W każdym razie.
Posiadanie tajemnic to przecież nic złego. Nie musieli wiedzieć o sobie wszystkiego. Vernon nadal nie miał pojęcia, czemu Petunia prawie w ogóle nie rozmawiała ze swoją siostrą — przecież nie musiał wiedzieć, nigdy nie będzie musiał wiedzieć. Lily nawet jeszcze nie skończyła szkoły, a Petunia wątpiła, że zobaczy ją na swoim ślubie. Nie, na pewno nie. Nie po tym, jak odmówiła jej roli głównej druhny. I to nawet nie dlatego, że była aż tak chorobliwie zazdrosna.
O Lily.
Lily, jej młodszą siostrzyczkę Lily, z którą kiedyś łączyła ją więź dalece mocniejsza od pokrewieństwa. To było metafizyczne porozumienie dusz, którego Petunia teraz nie pamiętała i nie sądziła, czy kiedykolwiek sobie jeszcze przypomni. Był przecież taki czas, gdy wiedziały o sobie wszystko, ale teraz… teraz nie wiedziała o swojej siostrze prawie nic. Jej zazdrość przytłumiła rozum i zrozumienie Petunii, które nie miało szansy wyjścia poza ramy urody, poza te jasnozielone oczy i ognistorude włosy. Zwyczajność Petunii nie pozwalała jej docenić szczególnego talentu Lily, którego nigdy nie chciała zrozumieć — tak jak tego, że Lily nie mogłaby się go wyrzec, ani oddać.
Lata mijały czy tego chciała, czy nie. Teraz Petunia nie miała pojęcia jakie książki lubiła jej siostra, nie wiedziała, co Lily zwykle jadła na śniadanie, ani też tego, że uwielbiała „pożyczać" swetry od swojego chłopaka. Nie wiedziała, że Lily i Marlena McKinnon wymieniają się kosmetykami, a Remus Lupin często ukradkiem podrzuca do biblioteki książki, których „zapomniała" oddać. Petunia zapomniała, jak dźwięczny jest jej śmiech i jak bardzo Lily przepadała za bitą śmietaną. Była zbyt zajęta swoim własnym dorastaniem, by zauważyć kim stała się jej własna siostra. I chociaż to starsza panna Evans była tą chorobliwie punktualną, w tym jednym aspekcie miała karygodny wręcz nakład spóźnienia.
W rzeczywistości zazdrość grała tu rolę drugorzędną. Petunia próbowała po prostu zaplanować swoją przyszłość, z właściwym dla siebie perfekcjonizmem w każdym najmniejszym detalu. Chciała mieć domek z ogródkiem, zwyczajnego męża, zwyczajne życie, zwyczajną rodzinę, normalnych sąsiadów, normalne–
Rzuciła sobie ostatnie, niechętne spojrzenie w lustrze i odłożyła szczotkę. Naprawdę? Tego chciała? Z szuflady biurka wyciągnęła paczkę papierosów, ostrożnie zapaliła jednego i podeszła do okna, by z rozmachem otworzyć je na oścież. Oparła łokcie na parapecie, ignorując zimno owinęła się ciaśniej szalem, po czym wypuściła z ust szary obłoczek dymu, który poszybował daleko, daleko ponad dachami i ciasnymi uliczkami osiedla. Latarnie powoli gasły, a Petunia miała wrażenie, że wraz z papierosowym dymem ucieka z niej cała wola życia.
Tobiasz Snape nie należał do ludzi emocjonalnych, sentymentalnych czy w ogóle do takich, którzy rozmawiają o swoich uczuciach. Tobiasz Snape prędzej działał, niż mówił i to między innymi właśnie dlatego Eileen Prince zakochała się w nim tak szybko i tak mocno. Severus nigdy nie mógł tego zrozumieć. Eileen nigdy nie umiała tego wytłumaczyć. Być może chodziło tu o jej analityczną naturę Krukonki — wszak Krukoni nigdy nie zważali na reguły, wręcz ich nienawidzili. Reguły stanowiły dla nich przeciwieństwo kreatywności. Wiadomo, że jeśli coś stanie na drodze Krukona, nie zawaha się on pluć, rwać i niszczyć. To Ślizgoni kochali zasady. Swoje własne, oczywiście. Nawet Voldemort nie był tu wyjątkiem. Voldemort, o którym Eileen usłyszała prawdopodobnie najwcześniej spośród swoich rówieśników, łamał wszelkie zasady obowiązujące w czarodziejskim świecie, choć prędzej zjadłby własną różdżkę, niż złamał swoje credo.
Matka Severusa nigdy nie miała zamiaru się dostosowywać, prawdopodobnie dlatego wybrała mugola. Kompletnie obłąkana wizja zaślepiła ją na wiele lat i tak w miejscu brutalności widziała zdecydowanie, a w imię „miłości" zdolna była poświęcić bardzo wiele. Nie przypuszczała tylko, że pewnego dnia przyjdzie jej za to zapłacić ostateczną cenę.
Tobiasz i Severus uważali Eileen za niewolnicę; każdy z innego powodu. Jej mąż myślał, że mógł z nią robić, co chciał, a odkąd skończył siedem lat, Severus pogardzał nią za bezwarunkowe przywiązanie do ojca. I chociaż na początku Tobiasz był swoją żoną zafascynowany, fascynacja szybko przerodziła się w pełen agresji strach. Z jego punktu widzenia to on musiał mieć przewagę. Nie pozwalał jej na niezależność, nie pozwalał jej na siłę, ani nawet na własne zdanie. Każdy przejaw „nieposłuszeństwa" był duszony w zarodku. Tobiasz Snape terroryzował swoją rodzinę latami i nie przypuszczał nawet, by szala mogła się przechylić na przeciwną stronę.
— Zamknij drzwi.
Gdyby Tobiasz miał choć trochę intuicji albo przestał przytłumiać zdrowy rozsądek alkoholem, tej nocy pewnie w ogóle nie wróciłby do domu. Problem leżał jednak gdzie indziej — przegrał wszystkie pieniądze na wyścigach i nie miał gdzie się podziać na zimę. Wykoncypował zatem, że Spinner's End to prawdopodobnie jedyne miejsce w Anglii, gdzie nie dopadną go wierzyciele i karki nasłane przez bukmacherów.
— Chłopcze — prychnął kpiąco, zapalając w ciemności zapałkę i zatrzaskując za sobą drzwi nogą. — Nie powinieneś być w szkole? — Podpalił papierosa i zamachał zapałką w powietrzu, by zgasła, ale nie zanim Severus dostrzegł jego drwiący uśmieszek.
Młodszy Snape rozpadł się wygodniej w wysiedzianym fotelu ojca, w którym jak dotąd nie miał prawa siedzieć nikt oprócz Tobiasza. Machnął od niechcenia różdżką, z której wystrzeliły zielonkawo-niebieskie, bezkształtne cienie. Rozświetliły pokój na tyle skutecznie, by mogli się widzieć, ale nie tak, by Tobiasz poczuł się komfortowo.
— Popisy — burknął starszy mężczyzna, nadal nic sobie nie robiąc z jego obecności.
Panował nad tym urwipołciem latami, nie widział w nim żadnego zagrożenia. Magia nic tu nie zmieniała. Jakoś nigdy dotąd nie udało się Severusowi użyć jej przeciwko niemu. Widocznie nawet nie potrafił. Dla Tobiasza pozostawał wciąż tym samym chudym i jęczącym maminsynkiem, któremu próbował wpoić, jak być mężczyzną. Uważał syna za swoją największą porażkę.
— Nie zapłaciłeś rachunków, stary — powiedział spokojnie Severus, gdy Tobiasz pociągnął parę razy za sznurek przy żarówce staroświeckiej lampy.
Ojciec odwrócił się do niego i bardzo powoli podszedł do fotela, stając nad nim i wyobrażając sobie, że robi na synu nie wiadomo jak wielkie wrażenie.
— Spieprzaj z mojego fotela, gnojku.
Na nieszczęście Tobiasza działał fakt, że na tym etapie jego syn nie miał właściwie już nic do stracenia. To czyniło go bardzo niebezpiecznym i jednocześnie bardzo niecierpliwym. Severus starał się jednak nad sobą panować i na razie szło mu całkiem nieźle.
— Powiedziałem coś!
Zanim Tobiasz zdołał podnieść rękę, Severus wbił w niego stanowcze spojrzenie, w które włożył całą moc Legilimencji. Nie bez obrzydzenia zakradł się do umysłu ojca i unieruchomił go na tyle, by Tobiasz mógł zobaczyć, jak szuflada w kuchni otwiera się bardzo, bardzo powoli. Nagle wyleciały z niej dwa ogromne noże do kurczaka, a on, choć zaskoczony, nie mógł ruszyć się nawet na tyle, by mrugnąć. Noże minęły jego twarz zaledwie o cal i wbiły się w przeciwległą ścianę. Severus nie przerywał kontaktu wzrokowego, dopóki nie uznał, że wiadomość dotarła. Wtedy wstał z fotela niespiesznie i machnął różdżką.
Zielonkawa poświata zniknęła ze ścian, a w pogrążonym w ciemności pokoju rozległy się odgłosy darcia materiału i dźgania w miękkie poduszki fotela. Tobiasz wrzasnął z przestrachu, teraz już samemu optując, by się nie ruszać, podczas gdy Severus stał na środku i pomimo ciemności nie spuszczał ojca z oka. Zacisnął palce na różdżce. Wszystkie lampy w pokoju na zmianę zapalały się i gasły, a ponure obrazki na ścianach zaczęły drżeć. W końcu oderwały się od gwoździ i zaczęły latać w powietrzu, niekontrolowanie odbijając się od staroświeckiego telewizora i wybijając szyby w oknach.
— Przestań! PRZESTAŃ! — Tobiasz krzyczał bezradnie, zakrywając głowę rękami.
Po raz pierwszy od trzydziestu lat był całkowicie sparaliżowany strachem. Severus czerpał z tego widoku niewymowną satysfakcję. Dał mu namiastkę tego, do czego był zdolny i gdy dopilnował, że zrozumieli się bez słów, aportował się ze Spinner's End z głuchym trzaskiem.
Gdy Petunia wysprzątała kuchnię, wypucowała zlew oraz naczynia, na których zjadła skąpe śniadanie, wybiła dokładnie szósta rano. Usiadła na swoim zwykłym miejscu przy kuchennym stole, postukała parę razy palcami w blat, aż w końcu uznała, że sterczenie w miejscu nic jej nie da. Złapała za telefon, zamówiła taksówkę i ubrała płaszcz oraz kapelusz na długo przed tym, zanim kierowca zatrąbił przed drzwiami. Krzyknęła w eter, że jedzie kupić kwiaty, chociaż nie przypuszczała, żeby ktokolwiek z domowników był o tej porze na nogach. Usadowiła się na tylnym siedzeniu czarnej taksówki i domknęła drzwi z wielką ostrożnością, by nie przygnieść sukienki.
