Podziękowania dla Dracorian!

IX

– Co jest, Joker? – John wszedł szybko do kokpitu. Jane siedząca w fotelu drugiego pilota wykrzywiła się i wyciągnęła w jego stronę torebkę chipsów.

Konsoleta rozświetliła się, w kokpicie dało się słyszeć nieprzyjemny, syntetyczny komunikat:

– Wykryto nieautoryzowane zbliżenie się do przestrzeni Noverii. Proszę o zawrócenie, w przeciwnym razie będziemy zmuszeni otworzyć ogień.

– Chyba nas nie lubią – stwierdziła Jane, marszcząc nos.

Joker wzruszył ramionami.

– Nie odpowiadają na zapytanie o pozwolenie na dokowanie, tylko ciągle puszczają tę głupią śpiewkę. Jak nie odpowiedzą, będziemy kręcić się po orbicie jako ich cholerny satelita. – Pilot wychylił się i wyciągnął kilka chipsów z paczki. Wpakował je wszystkie naraz do ust. – Będę próbować dalej, komandorze, chyba nie mogą nas ignorować w nieskończoność – powiedział trochę niewyraźnie, strzepując okruszki z munduru.

– Skąd wiesz, korporacje lubią testować cierpliwość innych. – Jane poklepała się po kieszeniach, szukając czegoś do picia. – To ich pokaz siły. Zmuszają cię do czekania, żebyś się wściekł, potraktował ich niemiło, a wtedy oni mogą ci legalnie wpierdzielić.

– To nowa taktyka finansowa? – zainteresował się Joker. – Działa? Może sam spróbuję…

– Nie jesteś wielką korporacją, więc chyba nie – powiedziała z niekłamanym żalem w głosie. – Są tacy tylko dla Przymierza. Wiesz, udowodnienie, że prywatna korporacja jest lepsza niż oficjalny rząd.

W tym momencie konsola komunikatora rozświetliła się.

– Fregata 02207, tu Noveria Podejście, wchodzisz w strefę powietrzną Republiki Noverii. – Głos w komunikatorze był chłodny i oschły, ale zdecydowanie ludzki. – Nie figurujesz w liście przylotów, zidentyfikuj się. Zwolnij i utrzymuj wysokość, inaczej otworzymy ogień.

Jane prychnęła, John skrzywił się. Joker pochylił się nad konsolą.

– Noveria Podejście, tu fregata 02207, SSV Normandia, marynarka Przymierza Systemów. Lot do Portu Hanshan, proszę o pozwolenie na lądowanie.

Cisza. Rodzeństwo spojrzało na siebie, na mostku pojawiła się Ash.

– Problemy?

– Znów nie odpowiadają, złośliwi służbiści. Założę się, że siedzą teraz, żrą steki i rechoczą złośliwe, jak zielone gremliny – mruknął Joker.

– Odmawiam, Normandia. Opuść sferę powietrzną Republiki Noverii.

Joker westchnął.

– Noveria Podejście, mamy na pokładzie… Zamknęli kanał. – Wyprostował się zirytowany. – Urzędnicy. Najbardziej irytująca rasa galaktyki. Wywoływać jeszcze raz?

– Próbuj do skutku – westchnął John. – Jesteśmy w oficjalnej sprawie Rady, a ja podobno jestem Widmem. Żaden urzędas nie będzie mi bronił lądować.

– Noveria Podejście, tu fregata 02207… – Glos Jokera brzmiał przesadnie monotonnie, jakby próbował naśladować odkurzacz. – Prosimy o zezwolenie na dokowanie. Tu fregata…

– Fregata 02207, tu Noveria Podejście. Dostaliście jedno ostrzeżenie. Jeśli nie zmienicie kursu, otworzymy ogień.

– Noveria Podejście, mamy na pokładzie Widmo i jesteśmy w oficjalnych interesach Rady.

Interkom milczał. Joker spojrzał na komandora, wzruszył ramionami.

– Chyba lubią nas teraz jeszcze mniej.

– Cholerni biurokraci – mruknęła Ash.

– Szkoda, że nie jesteśmy na pancerniku – powiedziała tęsknie Jane.– Wlecielibyśmy tam na pełnej kurwie i byłby spokój.

John uśmiechnął się złośliwie, spojrzał kątem oka na siostrę. Odpowiedziała mu wydęciem warg i identycznym błyskiem w oku. W takich chwilach oboje wyglądali wyjątkowo podobnie, jakby wspólnie planowali naprawdę nieprzyjemny dowcip.

– Nie zamknęli kanału?– odezwała się Ash, unosząc brwi.

– Może tym razem nam odpowiedzą.

– Fregata 02207, tu Noveria Podejście. Czekaj na autoryzację. – W interkomie zabrzmiał inny, tym razem kobiecy głos. – Utrzymaj kurs.

– Przyjąłem. – Joker odchylił się w fotelu. – Czynimy postępy, komandorze.

Czekali w ciszy, przerywanej tylko przez szelest paczki z chipsami i okazjonalne chrupanie.

– Fregata 02207, macie zezwolenie na dokowanie. Po wylądowaniu zostaniecie przejęci przez ochronę doku, która dokona skanu i rewizji osobistej. Dopiero po tym dowództwo Noverii zdecyduje, czy zezwoli wam na swobodne poruszanie się po mieście.

– Przyjąłem. – Joker wyprostował się, wytrzepał okruszki z niechlujnej brody i położył dłonie na konsolecie. – Zamknęli kanał na dobre, chyba szykują nam coś paskudnego.

– Kiedy tam będziemy? – John zerknął szybko na zegar.

– Za osiem minut, jeśli nie będą robić kolejnych problemów. – Wzruszył ramionami.– Czy jeśli będą robić problemy, mogę otworzyć do nich ogień? Zawsze chciałem to zrobić.

Jane zachichotała, Ash uśmiechnęła się dziwnie.

– Jako Widmo, komandorze, mógłbyś zastrzelić tych, co cię opóźniają – rzuciła wesoło.

John nie odpowiedział, zmrużył tylko oczy.

– Jane?

– Mmm? – Uniosła brwi.

– Powiedziałaś „pokaz siły"?

– Aha. – Odgarnęła kosmyk ciemnych włosów za ucho. – To klasyczne zagranie. Pewno wyślą oddział swojej ochrony, zażądają rewizji i będą się wykłócać. Niby jesteś Widmem, ale mogą chcieć na przykład żądać wejścia na pokład, bo jesteśmy poza Przestrzenią Rady.

Uśmiechnął się paskudnie, sięgnął do przycisku interkomu.

– Załoga, tutaj komandor Shepard. Zbliżamy się do strefy powietrznej Noverii, czas do lądowania – osiem minut. Wszyscy na stanowiska. Oddział naziemny – spotkanie za dziesięć minut w ładowni. Shepard, bez odbioru.

Oczy Jane błysnęły radośnie.

– Chcą pokazu siły, to go, kurwa, będą mieli.


Pierwsze, co ich uderzyło po opuszczeniu pokładu Normandii, było przejmujące zimno i przyćmione, senne światło sączące się przez przeszklone ściany doku. Zwały śniegu rozciągały się aż po horyzont, przerywane tylko wieżami, będącymi pozostałościami po metropolii Protean. Jane zadrżała, potarła dłońmi o siebie. Ash obok niej kichnęła nagle potężnie.

– Tylko nie wyrzuć z siebie mózgu, człowieku – mruknął za nimi Wrex, górujący nad resztą i rozglądający się ciekawie jak turysta. Blizna wykrzywiła się, kiedy posłał im szeroki, z założenia przyjazny uśmiech.

John ruszył przed siebie, wyprostowany, niedbale kładąc dłoń na pistolecie. Podszedł do wyprostowanej, ciemnowłosej kobiety stojącej na końcu korytarza na czele niedużego oddziału straży Noverii.

– Kapitan Matsuo, ochrona Noverii – przedstawiła się.

– Komandor Shepard, marynarka Przymierza.

– Wasze przybycie było niezaplanowane, komandorze. Pan i pańscy… towarzysze – obrzuciła szybkim spojrzeniem resztę zespołu za plecami Johna – pójdą z nami. Poddamy was rewizji i potwierdzimy waszą tożsamość. Proszę zdać całą broń, zostanie wam ona zwrócona przy wylocie.

Jane musiała przyznać, że kapitan miała nerwy ze stali. W przeciwieństwie do swoich podwładnych stalą wyprostowana, spoglądając spokojnie w twarz Johna i nie dając po sobie poznać, że czuje się zaniepokojona.

John rozejrzał się z namysłem, odwrócił się nagle i spojrzał na swój oddział naziemny: trójkę ludzi, asari, quariankę, turianina i zamykającego formację kroganina w pełnym pancerzu.

– To bardzo dużo broni do zabrania – zauważył, uśmiechając się jak zakapior.

Jane poczuła nagły przypływ ciepłych uczuć do brata.

– Okaż trochę szacunku dla prawa – warknęła jakaś blondynka, stojąca za Matsuo. Wpatrywała się z furią to w Johna, to we Wrexa. – Mówi zresztą jasno, że każdy lot powinien być zapowiedziany przynajmniej standardowy dzień wcześniej i…

– Wystarczy, sierżancie – rzuciła chłodno kapitan.

– Prawo mówi, że jako Widmo mogę zatrzymać swoją broń i użyć dowolnych środków, aby osiągnąć cel.– Nie uśmiechał się już, a szczęk broni za jego plecami spowodował nerwowe poruszenie u ochrony. Jasnowłosa sierżant uniosła swój karabin, gotowy do strzału.

W oczach Matsuo pojawiła się rozpacz.

– Musimy najpierw potwierdzić waszą tożsamość. Dopóki tego nie zrobimy, będziemy was traktować jak każdego przybysza i poddamy rutynowej kontroli. Proszę zdać broń.

– Nie sądzę – powiedział spokojnie John. – Może nam być potrzebna.

– Komandorze, nie wpuścimy bandy istot pod bronią do portu! – Kapitan powoli traciła cierpliwość.

– Protestuję. Nie jestem członkiem żadnej bandy! – zagrzmiał Wrex, powodując konsternację u ochrony.

– No, on nie jest żadnym członkiem bandy, ja też nie. – Garrus wyszczerzył się dziwnie. – Ale broni nie zamierzam oddawać.

– Patrzcie, turianin mówiący z sensem!

– Dość tego! Sierżant Stirling, zabezpieczyć ich broń!

John pokręcili głową z irytacją, Jane zacisnęła dłoń w pięść, błyskając biotyką.

– Naprawdę nie radzę.

– Wycelować.

– Och, na Boginię… – jęknęła Liara gdzieś zza pleców Wrexa.

– Mam przeczucie, że trzeba się do tego przyzwyczaić – odpowiedziała jej pocieszająco Tali.

Wrex przesunął się do przodu, powodując małe zamieszanie.

– Nie bójcie się, miękkie kosmitki, ja was obronię!

Ktoś z ochrony Noverii parsknął nerwowym śmiechem.

– To jest bardziej przerażające, niż ta cala broń! – jęknęła asari, kręcąc głową.

– Kapitan Matsuo, spocznij!

Drzwi rozsunęły się i przeszła przez nie wysoka, elegancka kobieta w ciemnoróżowej, obcisłej sukni, oplatającej jej szczupłe ciało do samej ziemi. Miała ciemne, wysoko upięte włosy i pociągłą twarz o neutralnych, niczym nie wyróżniających się rysach. Jedyną rzeczą zapadającą w pamięć były jej usta – ciemne, czerwone i pięknie wykrojone.

– Parasini. – Matsuo pochyliła głowę.

– Potwierdziliśmy ich tożsamość. To faktycznie komandor Shepard, pierwsze ludzkie Widmo i może nosić bron gdziekolwiek mu się podoba. Podobni jak jego towarzysze – dodała, widząc skrzywienie się jasnowłosej sierżant.

Liara z tyłu wydała z siebie ciche westchnienie ulgi, Wrex w odpowiedzi wypchnął ją przed siebie, najwyraźniej zaczynając się irytować jej drżącą obecnością za jego plecami.

John podszedł do Parasini z uprzejmym uśmiechem.

– Dziękuję za szybkie potwierdzenie mojej tożsamości – odezwał się, maniakalnie szczerząc zęby. – Nie wywołało to żadnych opóźnień.

Zmrużyła oczy, strzepując jakiś pyłek z rękawa sukni.

– Z całym szacunkiem, komandorze, gdyby nie wasza chęć pochwalenia się zwierzyńcem, całość zostałaby załatwiona o wiele szybciej.

Mierzyli się wzrokiem, doskonale świadomi swoich kłamstw, czekając na to, kto odwróci pierwszy wzrok.

Jane podeszła do nich, odchrząknęła.

– Mamy podobno sprawę do załatwienia – odezwała się z przekąsem, ignorując zirytowane pomruki Garrusa i Wrexa za plecami. Bardzo przypominały one słowo „zwierzyniec".

John spojrzał na siostrę, kiwnął głową.

– Ach, tak. Chciałbym…

– Nie tutaj, komandorze. – Usta Parasini rozciągnęły się nagle w uśmiechu, nadając jej twarzy niesamowitego blasku. – Chętnie udzielę panu wszelkiej pomocy, ale w moim biurze. Proszę jednak, aby reszta pańskiej załogi nie sprawiała problemów w mieście, bo ich nie chroni autorytet Widma.


Gabinet Parasini był przestronny, czysty, i oczywiście okropnie biały. Przeszklony dach i jedna ściana ukazywały niebo, zasłonięte ciemnymi chmurami i białą zasłonę padającego śniegu. Pola efektu masy odpychały go od budynków, uniemożliwiając mu osadzenie się i powodując, że w pobliżu ścian wirował jeszcze bardziej szaleńczo.

Wskazała im krzesła, sama usiadła za kremowym biurkiem, wpatrując się wesoło w komandora. Jane bezceremonialnie przysunęła sobie krzesło z hurgotem, Liara usiadła na skraju, składając ręce na kolanach. Kaidan stanął przy drzwiach, obserwując uważnie pomieszczenie.

– Chciałbym się dowiedzieć, gdzie jest matka Benezja – zaczął John. – Podobno przyleciała na Noverię niecały tydzień temu.

Parasini zmarszczyła brwi.

– Istotnie, matka Benezja zaszczyciła nas swoją obecnością – zaczęła ostrożnie. – Nie zatrzymała się jednak w porcie Hanshan. Porozmawiała z naczelnikiem, zabrała kilka pojazdów i razem ze swoją świtą, i większością bagaży wyruszyła na Szczyt 15. Dotarła tam bez przeszkód, cała i zdrowa.

– Świetnie. – John kiwnął głową. – Jak się tam dostać?

Kobieta wyprostowała się, splotła dłonie na biurku.

– I tu pojawia się problem, komandorze.

– Och, uwierz, to norma – wtrąciła się Jane z żałosnym uśmiechem.

– Dwa dni temu na Szczycie 15 ogłoszono stan wyjątkowy. Nikt tam nie wejdzie, póki kwarantanna nie zostanie odwołana. Jeśli nie nastąpi to w ciągu dziewięćdziesięciu dni, zarząd wyznaczy ludzi, którzy zbadają sprawę. Do tego czasu Szczyt jest niedostępny. Poza tym… Widzicie to? – Machnęła dłonią w stronę przeszklonej ściany, za którą szaleńczo tańczyły płatki śniegu. – Ta burza zaczęła się dwadzieścia dziewięć godzin temu i według prognoz, ma trwać około trzech tygodni. Komunikacja została odcięta, a jazda niebostradą Protean jest bardziej niż niebezpieczna.

John siedział na krześle, zaciskając usta. Nozdrza drgały mu nerwowo.

– Jestem Widmem – wycedził w końcu przez zęby. – Mogę iść gdziekolwiek chcę, potrzebuję tylko wskazówek.

Parasini przekrzywiła głowę, przez jej twarz przemknął krzywy uśmieszek.

– Komandorze, systemy bezpieczeństwa mają w nosie wasze uprawnienia, bo gówno je obchodzi polityka. Nie dojedziecie na Szczyt 15 bez przepustek i sprzętu, a tego nie możecie dostać ode mnie. W tym momencie tylko nadzorca Anoleis może dać wam kody dostępu i transport, wątpię jednak, aby to zrobił. – W jej głosie zabrzmiał prawdziwy żal.

Jane spojrzała żałośnie na brata, Liara westchnęła z rezygnacją. John wyglądał, jakby właśnie dostał wyjątkowo uporczywego bólu zęba.

– Chcę z nim porozmawiać.

– Oczywiście. – Parasini skinęła głową. – Jest bardzo zajęty, ale przyjmie was na kilka minut. Dajcie mi chwilkę na zaanonsowanie was.


– Nie ma mowy. – Salarianin odwrócił się bezceremonialnie od Johna, spojrzał w komputer. – żadnego szczytu. Żadnych przepustek. Żegnam.

– Co? – Komandor odchylił się do tylu, spojrzał na Jane, która stała obok niego ze źle skrywaną irytacją na twarzy.

Anoleis nie zaproponował im nawet krzeseł.

– Ale… Proszę, tam jest moja matka! – jęknęła Liara, składając dłonie i w jakiś sposób sprawiając, że jej wielkie oczy stały się jeszcze większe. – Muszę się tam dostać!

Nadzorca nawet na nią nie spojrzał.

– Każdy może tak powiedzieć. Nie puszczę nikogo. Bez wyjątków. Jak puszczę jednego, to kolejni będą chcieli. Inni mają straty! – Zaszczycił ich wreszcie spojrzeniem. – Tracą tysiące kredytów! Tysiące! A ja nie mogę puścić! BHP!

– Ale…

– Żadne ale! Jeśli puszczę ciebie, reszta zwali mi się na głowy! Zarząd mnie zwolni! Nie będę ryzykował.

– Tu chodzi o ludzkie życia! – rozzłościła się w końcu Jane. – One są chyba bezcenne!

– Bezcenny oznacza bez wartości dla biznesmena – oświadczył całkiem spokojnie Anoleis. – Wyjdziecie wreszcie, czy mam zawołać ochronę?

John oparł zaciśnięte pięści na biurku, pochylił się do przodu, wbijając ciężkie spojrzenie w naczelnika.

– Jestem cholernym Widmem i jeśli będzie trzeba, użyję moich uprawnień i zdobędę te przepustkę siłą!

Salarianin zamrugał kilkukrotnie, potrząsnął głową, a potem roześmiał się nagle. Odsunął krzesło od biurka i również wstał, wciąż chichocząc.

– Komandorze, nie mam czasu na te bzdury. Może bym się przejął, gdybym był w Przestrzeni Rady i gdyby groziło mi salariańskie bądź turiańskie Widmo. Nie będę tracił czasu na rozemocjowanego człowieka. Nie zrobisz mi nic. Twoja rasa nie może pozwolić sobie na skandal, a twój tytuł to tylko ładny ozdobnik przy imieniu.

Mięśnie na karku Johna napięły się, obnażył zęby i przez chwile wyglądał, jakby chciał zadusić salarianina gołymi rękami. Naczelnik również musiał to poczuć, bo cofnął się o krok, spoglądając niespokojnie to na komandora, to na kamerę nad drzwiami.

– Idziemy. – John wyprostował się i wyszedł bez słowa, wciąż tylko zaciskając dłonie w pieści.


Butelki stuknęły o blat stołu, Jane odgarnęła włosy z czoła, podsunęła piwo Johnowi niemal pod nos. Nie zwrócił na to uwagi, wpatrywał się przed siebie ze zmarszczonymi brwiami, na zmianę zaciskając i rozluźniając pięści

– Będziesz tak tu siedział z miną mordercy? – mruknęła do niego. – Znajdziemy sposób.

– Zawaliłem. – Chwycił w końcu butelkę, nie napił się jednak. – Miałem proste zadanie – iść na Szczyt 15 i porozmawiać z Benezją. Tymczasem zwykły urzędas zatrzymał mnie tutaj jak jakiegoś… innego urzędasa – sapnął z wściekłości. – Teraz utkwiliśmy tu i… kurwa.

Jane poklepała go po ramieniu, bo sama nie była pewna, co powiedzieć.

– Salarianin wykradłby te kody. Turianin zabiłby gnoja i byłoby po sprawie. Asari… pewno by go uwiodła. Tu potrzeba polityki, a ja jestem cholernym komandosem! Umiem strzelać, kurwa. – Napił się wreszcie piwa, skrzywił się. – Co to za szczyny?

– Najtańsze, jakie tu mają – powiedziała melancholijnie Jane. – Dziesięć kredytów za butelkę.

Odłożył gwałtownie piwo.

– Może powinienem był faktycznie go od razu zabić. Może przynajmniej zacząłby traktować mnie poważnie.

Jane wpatrywała się w brata zaskoczona – nigdy wcześniej nie wydawał się tak przybity i tak bezradny. Nachyliła się ku niemu, uśmiechnęła się pocieszająco.

– Coś wymyślimy. Ludzkie Widmo będzie miało własny sposób.

Wzruszył ramionami, rozglądając się po barze. Liara rozmawiała żywo z jakim batarianinem. Podobno nazywał się Labarak Berako Joher i był starym profesorem Liary z jej studiów. John przyglądał się asari ze zmarszczonymi brwiami, w końcu wyprostował się, trącił siostrę.

– Co jest nie tak z Liarą?

– Nie tak? – rzuciła okiem w stronę asari. – Wydaje się w porządku.

– Coś z jej twarzą – wymamrotał. – Coś jest inaczej.

Ku jego zdumieniu wybuchnęła głośnym, nieco histerycznym śmiechem.

– Och, o to ci chodzi! Czemu źle, bardzo ładnie jej wyszły. Ciekawie wygląda.

– O czym ty mówisz?

Zmrużyła oczy, na ustach błąkał się jej kpiący uśmieszek.

– O jej brwiach. Faceci. Zauważył, że coś się zmieniło, ale nie umiał nazwać co?

Spojrzał na nią nieufnie, przekonany, że żartuje. Niezrażona tym, ciągnęła dalej.

– Wiesz, asari lubią czasem przybrać jakieś cechy wyglądu innych ras. Mama Louil mówiła, że kiedy na Cytadeli pojawili się turianie, sporo asari poddawało się operacjom, żeby wyrobić sobie talię jak oni. – Napiła się piwa, zacmokała z niesmakiem. – Dziesięć kredytów! W każdym razie wiem, że kiedy ludzie pojawili się na Cytadeli, no to brwi wywołały pewne zamieszanie. Wiesz, jako jedyni mamy włosy, nie? – Wyszczerzyła się. – No, i niektóre asari rysowały sobie brwi, taki odpowiednik golenia głowy na łyso u nas, bunt i takie tam. Powinieneś sobie zdjęcia obejrzeć, niektóre są piękne. Louil kiedy próbowała – dodała z roztargnieniem. – Ale poważnie, nie było jej do twarzy.

Spoglądał na nią z mieszaniną zaskoczenia i niesmaku. Uniósł piwo do ust, opanował się w ostatniej chwili.

– Przecież Liara nie miała żadnych znaków na twarzy.

– Ale teraz ma brwi – zaśmiała się, odrzucając włosy do tyłu. – Ciekawe, czemu akurat brwi, a nie tatuaże? Ludzkie brwi?

Patrzyła złośliwie na brata, póki ten nie odpowiedział jej chłodnym, ostrym spojrzeniem. Odwróciła w końcu głowę, uśmiechnęła się nagle delikatnie, nadając swojej ostrej twarzy wyraz dziwnej, niepasującej do niej łagodności.

– Ona nie jest żołnierzem, John – powiedziała miękko. – Nie jest też jakąś panną szukającą przygód. To pani archeolog, na dodatek bardzo młoda i żyjąca w stresie. Tydzień temu straciła cały zespół. Nic dziwnego, że szuka ochrony u tego, kogo uważa za silnego przywódcę.

John uniósł brwi, zaskoczony jej słowami.

– Po co mi to mówisz?

Wzruszyła ramionami.

– Bo chcę mieć pewność, że o tym wiesz. Ona naprawdę dobrze wygląda z tymi brwiami. – Poklepała brata po ramieniu, wstała z krzesła. – Ja wracam na Normandię. Jak coś wymyślę, to dam ci znać.


Worek treningowy zachwiał się, wydał z siebie głuchy dźwięk, gdy pięści Jane uderzyły o jego powierzchnię. Odskoczyła i kopnęła go, wkładając w to tyle siły, ile była w stanie.

– Co ci ten worek zrobił? – Kaidan, siedzący na ławce obok, przełożył hantle do drugiej ręki.

– Wyobrażam sobie, że stoi tu kto inny – mruknęła markotnie. – Salarianin ma rację, niewiele możemy zrobić, póki nie wyda nam pozwolenia. A nie da pozwolenia… bo nie.

Sapnęła z irytacją, odgarniając ciemne włosy ze spoconego czoła. Zwinęła dłonie w pięści i w siłowni znów dało się słyszeć szybkie i nieregularne odgłosy uderzeń. Kaidan przyglądał się jej kątem oka, z niejakim zadowoleniem obserwując, jak z zadziwiającą furią atakuje wyimaginowanego nadzorcę.

– I prosto w zwis! – fuknęła wraz z ostatnim kopniakiem. – O ile salarianie mają zwisy. Mają? – Spojrzała na niego pytająco.

– Nie wiem. Chyba nie. Ale tobie przydałyby się prawdziwy przeciwnik – rzucił w odpowiedzi.

Złapała rozkołysany worek, unieruchamiając go i odwróciła się do niego z krzywym uśmiechem.

– Przydałby mi się też prysznic. Śmierdzę.

– Chodź. – Odłożył gwałtownie hantle i wszedł na ring.

Pokręciła głową, zachichotała.

– Raczej nie.

– Co, boisz się? – Skrzyżował ręce na piersi. – Nigdy bym cię o to nie podejrzewał.

Zaczepka, choć stara jak świat, zadziałała doskonale. Jane rozpuściła na chwilę włosy, aby związać je ponownie, znacznie mocniej i stanęła naprzeciwko niego, unosząc pięści.

– Bać się mogę fiskusa, nie ciebie – wymruczała zaczepnie.

– O, a masz powód, aby bać się fiskusa?

Nie odpowiedziała, uderzyła nagle, pochylając się nisko i celując w jego prawe ramię. Odskoczył, a ciężkie uderzenie w bok wywołało u Jane jęk frustracji.

– Oj nie, tego ci nie daruję.

Podcięła mu nogi, wspomagając się nieco biotyką. Upadł na podłogę, odtoczył się i szybko podniósł na nogi, blokując kolejne uderzenie. Kopnęła go kolanem w brzuch, potem uderzyła w szczękę i odskoczyła do tyłu z ponurym, pełnym satysfakcji uśmiechem na twarzy.

Kaidan otarł krew z rozciętej wargi, krzywiąc się niemiłosiernie.

– Miało być na pięści, bez biotyki.

– Kto tak powiedział? – Zamrugała niewinnie, składając usta jak do pocałunku.

Pierwsze uderzenie zablokowała bez problemu, drugie, przyjęte na przedramię, zmusiło ją do cofnięcia. Kaidan, większy i silniejszy, wykorzystywał bez skrupułów przewagę, zmuszając Jane do cofania i blokowania ciosów. Odskoczyła w końcu poza jego zasięg, dysząc lekko.

– Sukinkot.

Tym razem ona rzuciła się na niego, próbując wykorzystać swoją szybkość. Zablokował pierwsze dwa uderzenia, trzecie trafiło go w bok. Chwycił ją w końcu w pół i przerzucił przez ramię na podłogę. Uderzenie wypchnęło jej powietrze z płuc. Rozpaczliwie machnęła nogą i usłyszała satysfakcjonujący jęk – najwyraźniej udało się jej kopnąć Kaidana prosto w klatkę piersiową. Uniosła się na łokciach, czując pulsujący ból w lewym boku. Kaidan obok zaśmiał się.

– Chyba za mało ćwiczyłaś – wyszczerzył się. Krew z rozciętej wargi rozmazała mu się po brodzie.

– Och, zamknij się – wyburczała gniewnie, stając na nogi. – Jeszcze się nie poddałam.

Rzuciła się na niego niespodziewanie, powaliła na ziemię, wykorzystując jego zaskoczenie. Zwarli się w uścisku, tarzając po podłodze. Kaidan szybko przewalił się na wierzch, przygniatając ją swoim ciałem.

W odpowiedzi, ugryzła go w ramię.

– Och… Przepraszam – mruknęła, mrugając gwałtownie i zezując na półokrągły, zaczerwieniony ślad na opalonej skórze. – Normalnie nie gryzę partnerów sparringowych.

– A innych? – Oczy błyszczały mu wesoło, a jego lewa dłoń, jeszcze sekundę temu zaciskająca się mocno na prawym nadgarstku Jane, przesunęła się teraz delikatnie po skórze.

– Innych? – Kobieta uniosła brwi.

– Innych partnerów. Masz w zwyczaju ich gryźć?

– A co, aż tak ci się spodobało? – szepnęła, przechylając leciutko głowę i spoglądając na niego spod półprzymkniętych powiek.

Nie zdążył odpowiedzieć, bo omni-klucz Jane rozdzwonił się nagle, błyskając jasnym światłem i wydając z siebie irytujące, wwiercające się pod czaszkę dzwonienie.

Zepchnęła z siebie Kaidana i dalej leżąc na plecach, odebrała połączenie.

– Na litość boską, Jane, kto cię tak urządził? – Na twarzy Johna pojawiła się wyraz prawdziwej zgrozy. – Wyglądasz jak trup.

– Zawsze wiesz, jak poprawić mi humor. – Skrzywiła się i podniosła się do pozycji siedzącej. – Co jest?

– Potrzebuję cię w biurze Parasini. Natychmiast – John spojrzał gdzieś poza kamerę. – I zabierz też Tali.

Poderwała się gwałtownie na nogi.

– Tak szybko znalazłeś sposób?

Skrzywił się.

– No patrz, jesteś zajebistym Widmem! – ucieszyła się. – Zgarnę Tali, przebiorę się i będziemy tak szybko, jak tylko się da. Ale co z Liarą?

– Jest ze mną. A ty nie gadaj, tylko się rusz.


– Myślę, ze powinnam na nowo się przedstawić. Gianna Parasini, Służby Wewnętrzne Noverii. – Uśmiechnęła się szeroko, stając tyłem do okna.

– Służby specjalne? – John przyjrzał się jej uważnie. – Od kiedy zatrudniane są tam sekretarki?

Roześmiała się rozbawiona.

– Potrzebujemy sekretarek tak samo jak agentów, komandorze. Jednak w moim przypadku bycie sekretarką to przykrywka, dość irytująca zresztą.

Tali kręciła się nerwowo po pomieszczeniu, jej białe oczy lustrowały otoczenie.

– Czy nie ma tu czasem podsłuchu? Tam jest kamera – odezwała się cicho, wskazując kąt, w którym stała jakaś karłowata, żółtawa roślina.

Parasini machnęła lekceważąco ręką.

– Ten pokój jest całkowicie bezpieczny. A tę kamerę sama umieściłam, byłoby podejrzane, gdyby żadnej tu nie było.

Jane zerknęła na krzaczek, ale nie zobaczyła tam niczego poza postrzępionymi liśćmi.

– Czemu agentka udaje sekretarkę? – John wbił spojrzenie w Parasini.

– Zarząd Noverii podejrzewa Anoleisa o korupcję – westchnęła, strzepując pyłek z rękawa sukni. – Korupcje tutaj to codzienność, póki nie zaburzają interesów, a Anoleis przekroczył granice.

– To czemu go po prosu nie przymknąć? – mruknęła Jane.

Parasini wzruszyła ramionami.

– Nie mamy dowodów. Ale mam nadzieję, komandorze, że z twoją pomocą uda mi się je uzyskać jeszcze tego wieczora.

Jane spojrzała niepewnie na brata.

– Naprawdę chcesz się w to mieszać? To sprawy korporacji, mogą się za nami ciągnąć strasznie długo.

Parasini spojrzała na nią ostro.

– Nie macie wyjścia, komandorze, jeśli chcecie ruszyć na Szczyt 15 przed najbliższym rokiem. Anoleis nie da wam zgody, a zanim ruszy tam oddział ratunkowy, minie kilka miesięcy. Kwarantanna…

– Może się skończyć nawet jutro. – Jane wzruszyła ramionami.

– To Szczyt 15 – odpowiedziała Parasini takim tonem, jakby to wszystko wyjaśniało. – Kiedy Anoleis zostanie aresztowany, ja zyskam tymczasowe dowództwo nad portem i jego systemami bezpieczeństwa. – Złożyła ręce na piersi. – Krótko mówiąc – jeśli pomożecie mi, ja pomogę wam.

John spojrzał na nią cierpko.

– Dalej nie wiem czego ode mnie chcesz.

Jane odchyliła się na krześle, spoglądając uważnie na Parasini i krzywiąc się z bólu.

– Aby aresztować Anoleisa, wystarczy cokolwiek, nawet najmniejszy dowód czy poszlaka. Ten salarianin narobił sobie zbyt wielu wrogów. – Przez jej wargi przemknął wesoły uśmiech. – Ale jest ostrożny. Nie trzyma niczego co mogłoby go zdradzić na terminalach z dostępem do extranetu. Sprawdzałam.

– To rozsądne – przyznała Tali. – Wszystko, co połączone z extranetem da się zhakować. Jeśli ma cokolwiek, trzyma to na dysku lub odłączonym terminalu.

Parasini obdarzyła quariankę przychylnym spojrzeniem.

– Ma dysk. Prywatny, który zawsze trzyma przy sobie w bezpiecznym miejscu. Pilnuje go lepiej niż volus swojego skarbca, a ja musze się do niego dostać!

Jane otworzyła szerzej oczy, zaczynając rozumieć sens rozmowy.

– Potrzebujesz mojej pomocy w kradzieży? – John skrzywił się dziwnie.

Liara jęknęła, kryjąc twarz w dłoniach.

– Kradzież? Mamy brać udział w kradzieży?

– W pozyskiwaniu dowodów, to nie to samo, co kradzież. – Parasini roześmiała się serdecznie, poprawiając kołnierz sukni. – Ciekawe osoby towarzyszą ci, komandorze.

– Żołnierze nie zajmują się kradzieżami.

– Ale Widma tak. Zwłaszcza w słusznej sprawie.

Zapanowało milczenie. Parasini wpatrywała się w Johna z zagadkowym uśmiechem, Liara siedziała wyprostowana i blada, zaciskając dłonie na kolanach.

– Zakładam, ze masz jakiś plan? – spytał cicho John. – Czy oczekujesz po prostu, ze zaczaję się na niego, trzasnę go po głowie i zabiorę dysk?

Jane roześmiała się, trochę wbrew sobie. Szybko umilkła pod wzrokiem brata.

– Tyle mogłabym sama zrobić. – Parasini potarła kark. – Tylko że tak zdobyte dowody w sądzie nie będą wiele warte.

– A ukradzione? – Jane uniosła brwi.

– To akceptowalna praktyka.

– No dobra, miejmy to za sobą – zirytował się John. – Jaki masz plan?

Parasini położyła dłonie na biurku, spoważniała.

– Anoleis zawsze nosi dysk ze sobą, praktycznie bez wyjątków. Wykazuje przy tym zadziwiający sentymentalizm jak na salarianina, ale tym lepiej dla nas. Nie spuszcza go nigdy z oczu, nie odkłada, nie oddaje, pracuje z nim i sypia.

– Tu chyba potrzeba kieszonkowca – zauważyła markotnie Jane. – Tali…?

– Nie jestem złodziejem! – Quarianka uniosła gwałtownie głowę, oczy rozbłysły pod maską. – Jestem uczciwym Pielgrzymem i nie mam pojęcia, jak się kradnie! Jak w ogóle możesz tak mówić!

Jane wytrzeszczyła oczy, zdając sobie sprawę z tego, co powiedziała. Wcisnęła się głębiej w krzesło i wymamrotała ciche „przepraszam", odwracając wzrok.

John spojrzał najpierw na Tali, potem na siostrę, w końcu na Parasini.

– Mów dalej.

– Jedyny moment, w którym Anoleis rozstaje się ze swoim dyskiem, są te trzy wieczory w roku, kiedy wydaje przyjęcie dla biznesmenów z Noverii i okolicznych układów. Duże, eleganckie i pełne snobizmu… – westchnęła smętnie. – Zostawia wtedy dysk w biurze, bo obawia się, że w tłumie będzie łatwiej go wykraść. Niestety sama nie mogę wykorzystać okazji, bo jako jego asystentka muszę być na przyjęciu w idiotycznie eleganckim ubraniu.

– Dlatego potrzebujesz pomocy?

Podparła dłońmi głowę.

– Oj, tak.


Oślepiające światła i głośna muzyka powitały Parasini i Johna zaraz jak tylko przekroczyli prób apartamentu Anoleisa. Drogę zastąpiło im dwóch turiańskich ochroniarzy.

– Nazwiska? – spytał jeden.

– Gianna Parasini, asystentka Nadzorcy. – Uśmiechnęła się uroczo. – Natomiast mój towarzysz to komandor Shepard, Widmo.

Turianin z czerwonym, pojedynczym pasem na twarzy spojrzał nieufnie na Johna, ale podsunął mu skaner siatkówki. Spojrzał na nich z cierpiętniczą miną, otworzył szerzej oczy. Skaner zapiszczał.

Turianie spojrzeli po sobie. Drugi, z zielono–białymi wzorami, odsunął się mu z drogi.

– Witamy, komandorze.

Parasini musiała przejść przez bramkę, a potem przez osobne skanowanie na obecność broni, materiałów wybuchowych i wszelkich urządzeń rejestrujących.

Weszli wreszcie do sali bankietowej. Parasini chwyciła Johna pod ramię.

– Uśmiechnij się – wyszeptała mu do ucha. – Jesteśmy na przyjęciu i musimy zachowywać się naturalnie.

– Nie rozumiem, po co ja mam tutaj być – wymamrotał, wykrzywiając usta w wyjątkowo paskudny sposób. – Ten garnitur ciśnie i mieści się pod nim tylko jeden pistolet.

– Pomyśl o tym jako o kolejnej misji. – Gianna uśmiechnęła się olśniewająco do jakiegoś mężczyzny. – Wymagającej specyficznej zbroi i broni.

Słuchawka zatrzeszczała.

– No tak, ty narzekasz, że siedzisz pod dachem i możesz popijać drinki, podczas gdy ja stoję na zimnie i kryję się jak kryminalista!– Głos Jane, jeszcze bardziej zgryźliwy niż zazwyczaj, rozległ się w komunikatorze. – Przypomnij mi, dlaczego to nie ja jestem na przyjęciu?

– Bo nie jesteś Widmem – mruknął.

Gianna spojrzała na niego ze zdziwieniem. Sama pozbawiona słuchawki, mogła tylko zgadywać z kim rozmawia i na jaki temat.

– Byłem na kilku takich – odezwał się Garrus. – Sama nuda, chyba że akurat kogoś zamordowano.

– Na takich też byłeś? – zainteresowała się Jane. – Takich z morderstwami?

– Czy muszę być na tej samej częstotliwości co ludzka samica i turianin? – warknął Wrex.

– Tak, bo to bezpieczny kanał dlatego właśnie to komandor jest na przyjęciu – odezwała się Tali. – Nie wiem, czemu ja to w ogóle mówię, przecież już wszystko ustaliliśmy. Komandorze, jesteśmy na pozycji i możemy ruszyć do akcji, gdy Parasini da znak.

John poczuł ulgę, słysząc jej poirytowany, ale rzeczowy głos.

– O na Boginię… – odezwała się zrozpaczona Liara.

Gianna złapała nagle Johna za ramie.

– Anoleis tu idzie, komandorze – wyszeptała z wciąż olśniewającym uśmiechem. – Odpręż się i zachowuj naturalnie.

– Czyli co, mam go postrzelić w stopę?

– Shepard! – Uderzyła go żartobliwie w ramię.. – Nadzorco?

– Ach, komandor Shepard! – Anoleis w brązowym garniturze, podszedł do niego z czymś na kształt uśmiechu. – Cieszę się, że skorzystał pan z mojego zaproszenia. Ufam, że ochrona nie była zbyt nachalna?

– Nie, nie była – odpowiedział sztywno, spoglądając gdzieś ponad jego ramieniem. W słuchawce dało się słyszeć jakieś krogańskie przekleństwa.

– Miło mi to słyszeć. Mam nadzieję, że nasza poranna rozmowa nie przeszkodzi panu w dobrej zabawie. Miłego dnia. – Ukłonił się lekko i odszedł.

John obserwował go przez kilka sekund zanim znów spojrzał na Parasini.

– Zwyzywał mnie kilka godzin temu, a teraz sam mnie tu zaprosił i życzył dobrej zabawy! Czy możesz mi to wyjaśnić?

Gianna westchnęła ciężko, pociągnęła go delikatnie w stronę jednego z przyciemnionych kątów.

– Anoleis dobrze wie, że nic mu tu nie zrobisz, ale nie jest na tyle głupi, aby robić sobie z ciebie wroga. – Usiedli na kanapie, Parasini położyła dłoń na kolanie Johna. – Twoja obecność tutaj to starannie przekalkulowany ruch, mający na celu wprawić z zakłopotanie wszystkich zebranych tu biznesmenów.

John milczał, próbując zignorować nieznośne gniecenie pod lewą pachą.

– To bez sensu – stwierdził w końcu.

– To ma bardzo dużo sensu i na dodatek pozwoliło na wcielenie mojego planu. Proszę się uśmiechnąć, komandorze. Anoleis prosił, abym cię odpowiednio zadowoliła, a nasz plan powiedzie się tylko wtedy, gdy nikt nie będzie nic podejrzewał.

Spojrzał na nią osłupiały.

– Zadowoliła?!

Wzruszyła ramionami.

– Anoleis jest przekonany, że większość kłopotów z ludźmi da się załatwić za pomocą seksu. Jak na salarianina ma dużą obsesję na tym punkcie. – Westchnęła i nachyliła się do jego ucha. – Proszę brać ze mnie przykład i traktować to jako konieczny do wykonania obowiązek.

John zaklął przez zęby, ale wykrzywił usta w czymś, co można było uznać za uśmiech.


– Zimno. – Jane chuchnęła w dłonie. – Ile to jeszcze zajmie?

– Mogłaś się cieplej ubrać – zauważył Kaidan.

– Mogłam – przyznała potulnie. – Ale myślałam, że będzie więcej biegania, a nie mam ochoty się spocić.

Spojrzał na nią rozbawiony.

– Jesteś najemnikiem i chodzisz w pancerzu!

– Nie na co dzień. – Zmarszczyła zabawnie nos. – Poza tym mój pancerz jest dobry, jak trzeba to grzeje, jak nie trzeba to nie. Poza tym nie lubię być grubo ubrana, to źle wpływa na seksapil.

Kaidan wyszczerzył zęby, jego dłoń musnęła jej ramię.

– Mam wrażenie, że byłabyś pełna seksapilu nawet w pięciu warstwach ubrania.

Przygryzła wargę i zmrużyła oczy, zanim odpowiedziała po kilku sekundach.

– Jest taka zasada – im mniej ubrań, tym więcej seksapilu.

– Doprawdy?

– Ekhm… – chrząknęła Tali, mało subtelnie. – Nie mam pojęcia, co to u waszej rasy oznacza, ale mam wrażenie, że jest to coś, co powinno się robić na osobności.

Jane odchyliła się gwałtownie do tyłu, próbując ukryć rumieńce na twarzy.

– Przecież nic nie robimy! – zaprotestowała odruchowo. – Ja nie mam żadnej gierki na omni-kluczu, żeby teraz zabić czas.

– Mogę ci zainstalować.

– Sama to zrobię, jak tylko kupię nowy – mruknęła. – Ten ma już kilka lat.

– Poważnie? – Kaidan spojrzał zaskoczony na jej rękę. Spod rękawa bluzy wystawała cienka opaska omni-klucza. – Ja kupuję nowy co dwa lata.

– Marnotrawstwo. – Gdyby Tali miała nos, zmarszczyłaby go z niesmakiem. – Wszystko zależy do oprogramowania i kilku własnych ulepszeń. I dbania o niego. Wydawanie kredytów co dwa lata to tracenie pieniędzy.

– To bardzo… quariańskie podejście – zauważył ostrożnie.

– Może. – Wzruszyła ramionami. – Ale się sprawdza. Wgram ci nowe oprogramowanie, jak wrócimy na Normandię.

– O ile wrócimy. – Jane wbiła ręce w kieszenie. – Co mój brat tam w ogóle robi?


– Słyszałem, że można kupić nowy rodzaj granatów – powiedział uprzejmie jakiś niski człowieczek którego nazwiska John nie zapamiętał. – Kardiologiczne, czy jakoś tak. Zamrażają. To prawda?

– Kriogeniczne – poprawił niemal automatycznie John. – Możliwe. Na pewno nie są legalne w przestrzeni Cytadeli.

– Och. – Mężczyzna zamyślił się na chwilę. – Ale chyba byłyby dobre dla komandosów? Komandosi ciągle korzystają z granatów.

John spojrzał na niego z uprzejmą rozpaczą w oczach.

– Nie. Komandosi rzadko używają granatów. W ogóle na polu bitwy rzadko się używa granatów.

Człowieczek pokręcił coś nosem, a potem odszedł, mrucząc niewyraźnie coś o amatorach. John spojrzał tęsknię w stronę baru, ale dzielnie odwrócił się do kolejnej asari, która zaczynała już coś mówić o naklejkach na pancerz. Westchnął.

Nie miał pojęcia, skąd jej przyszedł do głowy pomysł, że jakikolwiek żołnierz chciałby przykleić sobie na pancerz naklejkę z gołą babą.


Wrex miał ochotę zapalić.

Nie robił tego od dobrych dwustu lat i w zasadzie pomyślał o tym po raz pierwszy od ponad stu. Prawdopodobnie to przez te przeźroczyste ściany, za którymi widać było ciągnący się kilometrami, opalizujący w ciemnościach śnieg.

Na pewno po wszystkim pójdzie się napić.

Garrus, siedzący parę metrów dalej na murku, przytupywał nogą, najwyraźniej słuchając muzyki. Przechodzący obok nich turiański strażnik, obdarzył ich podejrzliwym spojrzeniem, ale nie zatrzymał się.

– Będzie ciekawie, turianinie – wymruczał Wrex.

Garrus spojrzał na niego ostro.

– Oj, będzie, kroganinie.

Przez chwilę mierzyli się spojrzeniami, ale każdy w końcu wrócił do czekania.

Słuchawka zatrzeszczała nagle i dało się słyszeć nieco niewyraźnie Parasini.

– Anoleis jest teraz w prywatnym pokoju z dwoma innymi biznesmenami. Powinien być zajęty przez kolejne dwie, trzy godziny.

– Czyli wchodzimy teraz. Gianna, czy to konieczne?

– Co robicie? – zainteresowała się Jane.

– Tańczymy – wycharczał. – Róbcie, co macie robić, do kurwy nędzy!


– No, nareszcie. – Kaidan uniósł gwałtownie głowę.

– Nie tak szybko, poruczniku – mruknęła Tali. – Najpierw dywersja.

– Och, tak, dywersja… – mruknęła Jane, nasłuchując.


Przez miasto przetoczył się ryk.


Wrex trzasnął Garrusa w brzuch, posyłając go na ścianę. Wydał przy tym z siebie ryk, po raz kolejny zwracając na nich uwagę wszystkich strażników w mieście. Garrus sapnął ciężko i rzucił się na kroganina, jakoś go podcinając.

– Mieliśmy tylko udawać, że walczymy! – wysapał mu do ucha, słysząc ciężkie kroki z prawej strony.

– Miej trochę bigla. – Kroganin chyba się uśmiechnął, a potem podniósł się zadziwiająco zwinnie jak na kogoś tak wielkiego. – Miała być bójka, to jest.

– Stać! – Salariański strażnik wybiegł zza rogu, unosząc broń. – Co tu się dzieje!

– Nie widzisz? – warknął Garrus. – Ten tutaj chce mnie zabić!

– Mordercy! Zabójcy dzieci! Dumny żeś jest z zabójstwa mojej rasy?!

Garrus spojrzał na drugiego strażnika, tym razem człowieka o niemal białych włosach, który pojawił się zaraz za salarianinem.

– Jak was sterylizowali, to mnie jeszcze na świecie nie było, ty kupo mięsa, więc mnie nie oskarżaj!

Wrex uderzył pięścią o pięść.

– Taa, każdy może tak powiedzieć! Żadnej odpowiedzialności za los całej rasy!

– Przepraszam… – wtrącił się salarianin. – Ale o…

– A ty się zamknij, morderco! – wrzasnął Wrex. – Ty nas sterylizowałeś! Mordujesz dzieci! Krew dzieci jest na twoich rękach!

– Patrząc na ciebie, to była to dobra decyzja!

– Oż ty…

Wrex i Garrus zwarli się w uścisku, przewracając na salarianina. Dwóch turiańskich ochroniarzy próbowało ich rozdzielić, ale z marnym skutkiem.

– Co tu się dzieje! – zagrzmiał nagle jakiś głos.

Krogański sierżant podszedł do nich ciężko i spojrzał z furią na Garrusa.

– O, no to pięknie – ucieszył się Wrex.


Zhakowanie zamka zajęło zaledwie kilkanaście sekund. Drzwi kliknęły i rozsunęły się z totalnie nie pasującym do sytuacji zgrzytem. Światło zaświeciło się, ukazując minimalistyczne i, oczywiście, białe biuro Nadzorcy.

– Gianna mówiła o burku – szepnął Kaidan, wyjmując pistolet. – Tali, do dzieła.

Jane i Tali ruszyły do biurka, zostawiając Kaidana na czatach. Quarianka dotknęła szuflady, pokiwała głową.

– Czytnik biometryczny… Chwileczkę, powinnam to obejść w kilka minut.

Jane obrzuciła niechętnym spojrzeniem półki po drugiej stronie pomieszczenia.

– Sprawdzę to, może chowa dysk wśród tych szpargałów. Kto by pomyślał, salarianin z kolekcją owadów… – mruknęła, obserwując podejrzliwie dziwne, powykręcane kształty zatopione w czymś w rodzaju formaliny.

Przez chwilę panowała cisza, przerywana tylko szybkim pikaniem programu hakującego ze strony Tali i jej okazjonalnymi pomrukami frustracji. Wśród much nie było niczego interesującego, podobnie jak w szafkach. Kaidan stał na czatach z wyciągniętą bronią, co jakiś czas rzucając tylko zaniepokojone spojrzenie na Jane.

– I jak? – odezwał się nagle w słuchawce John. Brzmiał naprawdę źle.

– Hakujemy biurko. Tali, ile jeszcze? – Jane obejrzała się z niepokojem na Tali.

– Nie poganiaj mnie, jestem technikiem, nie hakerem! – zirytowała się quarianka.

– Ciekawe, co z dywersją…


– Ten pyjak twierdzi, że sterylizacja nas była czymś słusznym! – ryknął Wrex, wskazując na Garrusa. – A ten tutaj się z nim zgadza! – W przypływie natchnienia wskazał na salariańskiego strażnika.

– No nic dziwnego, że się zgodził, ma mózg, w przeciwieństwie co do niektórych! – rzucił Garrus, przysuwając się do salarianin.

– Co? Ja nie… – Strażnik próbował zaprotestować, ale nikt go nie słuchał.

Z jednej strony pojawiło się dwóch kolejnych turian, za nimi górował jeszcze jeden kroganin. Kilka sekund później z pobliskiego budynku wyszedł człowiek. Nie wydawał się zaniepokojony, raczej zaintrygowany. Podszedł do zbiegowiska, ćmiąc śmierdziącego peta i zadał podstawowe pytanie.

– Co tu się, kurwa, dzieje?


– Więc, komandorze? Na pewno nie zainteresują was farmakologicznym stymulantem erotycznym? Doskonałe na rozładowanie napięcia w trakcie długich i samotnych lotów. Orgazm gwarantowany już po jednej tabletce!


– No, jest? – Tali wysunęła szufladę. – Tylko… Keelah…

– Co? – Jane bez żalu porzuciła kolekcję owadów i podeszła do biurka.

– Tu jest jedenaście dysków!

– No nie… – sapnął Kaidan z irytacją. – Czy choć raz nie mogłoby cokolwiek pójść bez problemów!?


– Genofagium? Myślałem, że to tylko zmniejsza płodność – mruknął człowiek, wyrzucając peta.

Kroganin spojrzał na niego ciężko.

– Dureń. Tylko? Żywe rodzi się tylko jedno dziecko na tysiąc! Wymieramy przez to!

– I tak pieprzycie się non stop, bez genofagium zalalibyście cała galaktykę! – Jeden z turian, z czarnymi wzorami na twarzy, wzruszył ramionami. – Jest was tak wiele, że żadna różnica, czy przeżyje jeden na tysiąc, czy jeden na sto tysięcy.

– Szefie, ja bym mu przypierdolił – odezwał się po raz pierwszy drugi z krogan.

– A tylko spróbuj…


– Komandorze, pierwsze ludzkie Widmo musi mieć własną linię ubrań! Stylowa czerń i szarość, przełamane czerwienią, klasyczny garnitur z naszytymi dystynkcjami, złotymi, oczywiście, może symbolem Widm…

– Dystynkcje naszywa się tylko na mundurach! – wycharczał John, ledwo powstrzymując furię. Jeszcze nigdy nie miał ochot przyłożyć asari w nos.

Nie słuchała go.

– I bielizna, oczywiście! Czarne bokserki, bo tylko bokserki dobrze wyglądają na ludziach, z czerwonym, oficjalnym kamuflażem Przymierza! To byłby hit!

John poddał się. Odwrócił się bezceremonialnie od asari i podszedł do barku, aby nalać sobie wódki.

– John? Spytaj się Gianny, jaki to dysk! Jest ich za dużo, żebyśmy mieli przeszukać wszystkie!

– Sugerujesz, że moja rasa to problem galaktyki? To zwykły rasizm!

– Nie, to zwykły rozsądek!

John podszedł do Parasini, próbując uśmiechać się naturalnie. Po alkoholu było mu nieco łatwiej. Nachylił się do niej i wyszeptał jej do ucha pytanie, które Jane wywrzaskiwała mu do ucha już od dwóch minut.

Usta Gianny wygięły się w olśniewającym uśmiechu, jakby właśnie usłyszała najcudowniejszy komplement na świecie.

– Nie mam pojęcia – oznajmiła niskim, zmysłowym głosem, łaskocząc Johna w ucho samym oddechem. – Pamiętam kolor, zielony. Jeśli są tam zielone, sprawdźcie je w pierwszej kolejności.

– Zielony, też mi rada! – prychnęła żałośnie Jane.

– Są dwa. – Tali chwyciła dyski w dłonie. – Mam dobry program hakujący, zobaczymy, ile to potrwa.

– Długo?

Zawahała się.

– Około dwóch godzin.


– Byliście zagrożeniem! – warknął turiański strażnik.

– Zagrożeniem były dzieci? – Sierżant napiął mięśnie.

– Genofagium tylko ograniczyło płodność, nie zabija dzieci – wtrącił drugi z salarian, ignorując rozpaczliwe znaki od swojego spokojniejszego kolegi.

– Taaak? – Kroganin zmrużył oczy. – Tego was uczą?

– Poważnie, to teraz o co wam chodzi? – zirytował się jeden z ludzi. – Cała ta…

– Zamknij się, człowieku, ty żarłeś ziemię, kiedy te małe gnojki zniszczyły moją rasę – warknął kroganin. – Przyznaj, to pyjaku, fajnie ci z tym.

– Hej! – Jeden z turian stanął pomiędzy kroganami, a resztą turian. – Jesteśmy na służbie, jasne? Nie jesteśmy tu po to, żeby się kłócić, ale żeby aresztować tamtych? – Wskazał Garrusa i Wrexa, którzy od kilku minut stali pod ścianą, przyglądając się tylko zaczątkom pandemonium.

Kroganin pochylił się nad turianinem.

– Nie będziesz mi rozkazywał, pyjaku.

– No tak, wiedziałem, że dawanie dowództwa któremukolwiek z was to kretynizm! – wybuchnął salarianin. – Nic, tylko przemoc i wyzwiska!

Potężna pięść pomknęła w jego stronę, nie dosięgła jednak celu, bo turianin krzyknął i uniósł broń.

– O, cholera – wymamrotał z niejakim podziwem Garrus.

– Widzisz? – Głos Wrexa był nieprawdopodobnie wprost radosny. – Mówiłem, że to zadziała.


– Zawsze podziwiałem muskulaturę ludzkich żołnierzy, komandorze, ale muszę przyznać, że twoja podoba mi się najbardziej.

Dwie pary całkowicie czarnych oczu otaksowały go uważnie z góry na dół, nieco dłużej zatrzymując się w okolicach pasa. John wymamrotał coś niewyraźnie, odwrócił się i niemal uciekł w stronę Parasini.

– Masz pecha – powiedziała do niego, chichocząc niekontrolowanie. – Ze wszystkich batarian w tym układzie musiałeś trafić na miłośnika ludzkich mężczyzn!


– Coś ciekawego? – Jane zajrzała quariance przez ramię.

– Póki co nie. – Tali nie odrywała wzroku od ciągu danych. – Prywatna korespondencja. Maile wymieniane z mnóstwem biznesmenów, ale nic podejrzanego.

– Nie szukaj po mailach, nikt nie pisze w mailu: no jasne, że damy ci te pieniądze, tylko weź przepuść nasz transport.

– Niektórzy są głupi i piszą – zaprotestowała Tali. – Ale… O, dane bankowe! Gianna mówiła, żeby zwrócić na nie uwagę.

– Prześlij je do niej. Może ona coś z tego wyciągnie.

Kaidan uniósł nagle dłoń.

– Ktoś idzie!

– Szlag by to! – Jane potarła kark. – Gaś to światło, może tylko sobie przechodzi.

– Nie sądzę – rozległ się chłodny, znajomy głos.

– Oj… – Tali uniosła świetliste oczy.

– Kontynuuj. – Jane spojrzała na nią krótko. – My się tym zajmiemy.

Jasnowłosa sierżant weszła do gabinet, uśmiechając się wyjątkowo nieprzyjemnie. Za nią kroczyło dwóch najemników – turianin i łysy, ale brodaty człowiek.

– No proszę, włamanie do biura naczelnika! I to w tak zacnym składzie: oficer Przymierza, najemnik Artefaktów i quariański śmieć.

– Jane! – W słuchawce dało się słyszeć zdenerwowaną Giannę. – Anoleis wyszedł gdzieś, kilka minut temu. Nie udało mi się go zatrzymać i chyba wykonał telefon to sierżant Stirling.

– Sierżant Stirling? – Jane przechyliła lekko głowę. – Ta blondyna, tak? Z miną wiecznie niezadowolonej suki?

– Uch… Tak. Zgaduję, że właśnie tam jest?

– Potrzebujecie wsparcia? – odezwał się Garrus. Gdzieś w tle dało się słyszeć odgłosy bójki.

– Chyba damy sobie radę – mruknął Kaidan, napinając mięśnie.

Jane uśmiechnęła się lekko na ten widok.

– Tylko proszę, nie strzelajcie mi nad głową – jęknęła Tali.

Stirling uniosła dłoń, biotyka zawirowała wkoło niej.

– Och, niech to diabli – warknęła Jane, po czym rzuciła się w bok, unikając wirującego uderzenia biotyki. Kule świsnęły jej nad głową, cześć odbiła się od bariery, ale upadła na kolana z głośnym przekleństwem przez ich impet. Kaidan strzelił do brodacza, kula odbiła się od tarcz, zrykoszetowała i uderzyła w przeszkloną ścianę. Tali szarpnęła komputer i zanurkowała pod biurko, nie przerywając hakowania i przesyłu danych.

Stirling nie bawiła się w strzelanie; wciąż otoczona energią, podeszła do Jane i z rozmachem kopnęła ją w twarz.

– No kurwa! – syknęła Jane, wypluwając krew z ust i zrywając się na nogi. Zablokowała kolejny cios, kopnęła Stirling pod kolano, wyzwoliła biotykę. Sierżant odsunęła się, najwyraźniej spodziewając się tego.

Turianin zacisnął pięści, zbliżając się do Kaidana. Biotyczne uderzenie wyrwało mu powietrze z płuc i posłało bez zmysłów na podłogę. Kaidan wyszczerzył się radośnie.

– No chodź – wycharczał do brodacza. – A urwę ci łeb siłą woli.

Brodacz cofnął się, unosząc dłonie w obronnym geście.

– Nie było mowy o drugim popaprańcu!

Twarz Stirling wykrzywiła się wściekle.

– Przymierze kocha niespodzianki. – Jane uśmiechnęła się upiornie i wyzwoliła falę biotyki. Krew buchnęła jej z nosa. Stirling cofnęła się pod naporem energii, klnąc i próbując wytworzyć wkoło siebie pole ochronne. Gdzieś z boku dało się słyszeć jęk i przekleństwo Tali.

Twarz Stirling przybrała kredowo biały kolor, a z jej ust buchnęła fontanna krwi.

– Niech cię piekło pochłonie! – wrzasnęła w końcu, sięgając po pistolet.

Jane strzeliła trzy razy, przestrzelając sierżant głowę. Ciało upadło z łoskotem i groteskowo rozrzuconymi rękami.

– Co tam się dzieje?! – ryczał w słuchawce John.

– Drobne kłopoty, komandorze – odpowiedział Kaidan. – Jeden trup, jeden nieprzytomny i jeden już grzeczny, ale zdążył się zesikać ze strachu.

– Ja pierdolę… Gianna, mamy trupa. Kto to jest w ogóle?

– Sierżant Suka – mruknęła Jane, wycierając krew z twarzy.

– Cholera. Teraz naprawdę musicie znaleźć te dowody – odezwała się w słuchawce Gianna. – Wtedy się nikt jej śmiercią nie przejmie, bo wiadomo, że od dawna brała już łapówki od Anoleisa i wykonywała dla niego różne nieczyste zadania. Shepard, no, pochyl się, muszę ci jakoś mówić do tego ucha! – Coś zaszurało. – Macie coś?

– Chyba coś znalazłam. – Tali wygrzebała się spod biurka, stawiając niezbyt delikatnie komputer na blacie. – Numer konta bankowego i hasło. Ten numer jest ciekawy, bo nie ma żadnych oficjalnych wpłat na niego. Zaraz zobaczę, ile tam jest.

Jane podeszła do ciała Stirling, kopniakiem przesunęła je nieco w bok. Kaidan związał ręce brodaczowi, starając się przy nim nie oddychać. Wyprowadził go w końcu z gabinetu, żeby nie psuł atmosfery.

– Keelah! – jęknęła gwałtownie Tali. – Komandorze! Na tym koncie jest prawie siedem milionów kredytów!

Jane uniosła brwi, Kaidan gwizdnął przez zęby.

– Od kogo są te sumy?

– Część to wpłaty z jego prywatnego konta, ale maksymalnie milion. Reszta pochodzi od różnych zleceniodawców. Brak tytułów przelewów, ale to są duże sumy, po kilkadziesiąt tysięcy. – Dłonie quarianki poruszały się nieprawdopodobnie szybko nad klawiaturą. – Nie jestem w stanie wyśledzić tych przelewów, tutaj potrzeba hakera, ale niektóre numery się powtarzają. Szukać dalej?

– Przydałoby się jakiekolwiek nazwisko – zauważyła Gianna.

– Jest jedno. Johna Millas. Kilka wpłat.

Gianna milczała przez chwilę, ale kiedy się odezwała brzmiała niesamowicie wprost radośnie.

– Możesz powtórzyć?

– Johna Millas. – Tali uniosła głowę znad komputera. – Mówi ci to coś?

– Nawet bardzo dużo. Mam co potrzebuję. Zabierzcie ten dysk na Normandię. Shepard, możesz już puścić moje ramię. Mam aresztowanie do dokonania.


Bójka pomiędzy strażnikami już przycichała. Któryś przechodzień zadzwonił po kolejnych, więc konflikt został zażegnany dzięki posiłkom i kapitan Matsuo, która nie przebierając w słowach, zmieszała każdego z błotem i zapowiedziała obcięcie pensji. To skutecznie ostudziło resztki zapału do bitki.

– No! – wrzasnęła w końcu, kiedy każdy stanął już przed nią względnie prosto. – A teraz mi powiecie, coście tu, do kurwy nędzy, odpierdolili! Ty! – Wskazała na salarianina. – Mów!

Stanął na baczność.

– Melduję, że przyszedłem tu zwabiony hałasami bójki, jakie wydawali kroganin i turianin, oskarżający się o morderstwo i ludobójstwo!

Kapitan rozejrzała się.

– Taa? – warknęła. – I gdzie oni teraz są?

– Są… Byli… tam… – Salarianin wpatrywał się tępo w pustą ławkę.

Matsuo wydała z siebie naprawdę ciężkie westchnienie. Miała pewne podejrzenia, ale na pewno nie zamierzała ich ujawniać przez tymi idiotami, którzy dali się w tak idiotyczny sposób sprowokować.


– I jak poszło? – Jane usiadła na łóżku brata, wpatrując się w niego z szerokim uśmiechem. – Gianna mówiła, że byłeś okropnym tancerzem.

Wzruszył ramionami.

– Dobrze tańczę tylko z bronią. – Zmierzwił wilgotne włosy. – I garnitur… Nie rozumiem, jak niektórzy mogą nosić to okropieństwo na co dzień.

Parsknęła śmiechem.

– Wiesz, większość nie rozumie, jak można nosić na co dzień pancerz.

– Ktoś musi! – Usiadł ciężko na krześle. – Czuję się zmęczony. Bardziej niż po Eden Prime.

– Jojczysz – oświadczyła Jane.

Spojrzał na nią nieprzychylnie.

– Zamknij się. Ciekawy jestem, jak ty byś się czuła na takim przyjęciu.

– Bywałam na podobnych – wzruszyła ramionami. – Jako ochrona, ale rozumiem, o co ci chodzi. Zjadłeś chociaż cos porządnego?

– Tak, tak, mamusiu…

Trzepnęła go w ramię, ale uśmiechnęła się, całkiem łagodnie.

– Widzisz, mówiłam, że ludzkie Widmo znajdzie własny sposób? Najwyraźniej ludzkim sposobem jest narobienie zamieszania i sięgnięcie po cel w środku pandemonium.

– Mam nadzieję, że nie będę musiał tego powtarzać. Wejść do budynku, wystrzelać jak kaczki i zabrać co trzeba – to mój styl.

Skrzywiła się.

– Poważnie, braciszku, więcej finezji ci nie zaszkodzi. Podobnie jak lekcji tańca – zachichotała.

– Och, zamknij się.

Siedzieli przez chwilę w milczeniu, póki Jane nie wstała z ciężkim westchnieniem i nie wyjęła z kieszeni wafelka.

– Dam ci spać. Jak rozumiem, Liara jedzie jutro z nami.

Potarł bliznę na policzku.

– Obiecałem jej to już.

– No tak, bo jak spojrzy na ciebie i zrobi te oczy, to zgodzisz się na wszystko.

– Nie rozumiem, o co ci chodzi – odpowiedział sucho.

Wyszczerzyła się dziko.

– Ehe. Oszukuj się, braciszku. Zawsze miałeś słabość do błękitu. Tylko znajdź jej jakąś pasującą zbroję, ostatecznie jedziemy cholera we gdzie.

– Idź już – zezłościł się. – I daj mi spać. Ja mam misję do dowodzenia.

– A ja drugą kolację do zjedzenia. – Wystawiła mu język. – Dobranoc. Tylko nie trzep kapucyna za długo, bo jutro nie będziesz miał siły już na nic!

Wybiegła z jego kajuty z radosnym rechotem, ignorując przekleństwa i lufę karabinu, przelatującą jej nad głową.


– No, na pewno macie coś jeszcze! – Kaidan uśmiechnął się uroczo do młodej kapral w kuchni.

Dziewczyna, ciemnooka, ruda i śliczna, spłoniła się uroczo, rozejrzała nerwowo.

– Nie mogę tak po prostu dawać jedzenia każdemu, nawet oficerowi!

– Możesz, możesz, ten tutaj jest biotykiem. – Jane uśmiechnęła się szeroko, gryząc nieco nadtopioną tabliczkę czekolady. – Potrzebujemy bardzo dużo kalorii.

Kapral westchnęła ciężko.

– Znajdę coś.

Wróciła po minucie z paczką biszkoptów w czekoladzie. Kaidan podziękował jej i razem z Jane usiedli w mesie.

– Nie powinnaś iść spać? – spytał, rozrywając opakowanie.

Wzruszyła ramionami, spojrzała tęsknie w stronę automatu z herbatą.

– A ty?

– Byłem głodny.

– Utyjesz. – Wyszczerzyła się. – Nie powinno się jeść przed spaniem.

– A ty nie boisz się utycia? – Spojrzał na nią kątem oka.

– Nie. – Poklepała się znacząco po biodrze. – Mam perfekcyjną figurę i żadna czekolada tego nie zmieni.

– O tak, w to wierzę. Herbaty?

Kiwnęła głową.

– Powiedz mi jedną rzecz – odezwała się w końcu z zadumą. – Dlaczego tu jesteś? W sensie – na Normandii?

Pstryknął przycisk na automacie, oparł się o ścianę, zanim odpowiedział.

– To dziwne pytanie.

Uśmiechnęła się, zakłopotana.

– Jestem ciekawa. Po wypadku na Mózgowcach nie wydawałeś się chętny wstępować do wojska. – Zjadła kolejną kostkę. Nieco czekolady zostało jej na wardze. – Naprawdę się zdziwiłam, widząc cię na Eden Prime.

Parsknął.

– Ja mógłbym powiedzieć to samo o tobie. Ty chciałaś wstąpić do wojska i sądziłem, że jak cię znowu spotkam, to będziesz co najmniej kapitanem.

Parsknęła, rozbawiona i zlizała czekoladę z kącika ust.

– Byłam okropnym żołnierzem. Gdybym sama nie odeszła, w końcu sami by mnie wyrzucili.

– Biotyka twojego pokroju? To coś zrobiła, zaatakowałaś generała?

Błysnęła zębami w nieco dzikim uśmiechu.

– Nie generała. Nie pytaj, to była idiotyczna sprawa. Wiedziałam, że czekają już tylko na okazję, żeby mnie wyrzucić, więc jak tylko dostałam stopień, to wysłałam prośbę o zwolnienie ze służby. – Poruszyła się niepewnie na krześle. – Gdyby nie to, że jestem biotykiem i dowództwo trzęsło się nad naszym oddziałem, mogłabym skończyć przed sądem wojskowym. Głupie, nie?

– Głupie – przyznał, biorąc kubek z automatu i podając go Jane. – Ja w końcu się zdecydowałem, bo dali dobre warunki. No i chciałem zobaczyć kosmos. – Uśmiechnął się lekko. – Nie żeby nie było innych możliwości, ale jakoś nie widziałem siebie jako farmer.

Roześmiała się.

– Czemu nie, na pewno byłbyś fajnym farmerem. Jak wszyscy ci samotni osadnicy, ponurzy, po przejściach, z muskułami, tacy milczący, silni i romantycznie zasiedlający skraje uniwersum.

– O, że niby ja jestem ponury? – Potrząsał głową.

– Wymieniłam jeszcze kilka innych cech, a tyś się uczepił tej jednej. Jesteś. – Pokiwała głową. – Ale tak, jesteś ponury. Nie w taki niefajny sposób! – Poprawiła się szybko. – Tylko w taki wiesz, milcząco ponury sposób bycia, który przyciąga kobiety.

Usiadł przy stole z figlarnym błyskiem w ciemnych oczach.

– Panno Shepard, czy właśnie pani określiła mój sposób bycia jako seksowny?

Zmarszczyła nos zabawny sposób i nie odpowiedziała, bo do mesy wszedł jeden z żołnierzy. Jane coś niejasno kojarzyła, że ma na imię James i każdy wolny czas spędza na siłowni.

Kaidan nie zmieszał się. Wpatrywał się w nią, popijając herbatę.

– Czyli co, te wszystkie mile rzeczy dotyczyły mnie konkretnie? – powiedział w końcu, ignorując Jamesa, walącego pięścią w zacinający się automat.

Jane wydęła wargi, zmrużyła oczy, po czym dopiła herbatę.

– Myślę, że powinnam iść, zanim powiem coś jeszcze durniejszego.

Pokręcił głową.

– Więc tak o mnie nie myślisz?

Zaczerwieniła się.

– Powinnam już iść. Dobranoc.


Moje poprzednie rozdziały można było podzielić na dwie grupy: takie, które nie miały wiele wspólnego z samą fabułą gry i służyły budowaniu relacji, oraz takie, które dość wiernie oddawały wydarzenia z misji. Natomiast misja na Noverii ma to do siebie, że nie nadaje się do przeniesienia na papier. Powaga, próbowałam, wiem jak to wygląda. Wobec tego zdecydowałam się na jej całkowitą zmianę i wyszło co wyszło. Dajcie znać, jak Wam się podobało i czy byłoby coś, co Wy byście zmienili :)