1975

Minerwa McGonagall w skupieniu analizowała szyfrowane raporty członków Zakonu Feniksa, siedząc w klasie transmutacji. Naprzeciw niej, w jednej z pierwszych ławek siedział Regulus Black i w ramach szlabanu wypisywał oficjalne życzenia świąteczne dla przyjaciół szkoły.

Był rok 1975, zbliżało się Boże Narodzenie. Minerwa pracowała praktycznie bez wytchnienia, odpoczywając jedynie podczas piątkowych partii szachów z Albusem. Sprawy Zakonu pochłaniały ją całkowicie. To ona zajmowała się typowaniem kandydatów na członków, to ona szkoliła ich we wszystkim, czego nauczyła się podczas aurorskiego szkolenia i w czasie wojny. Ona przygotowywała plany ataków na gniazda śmierciożerców. Ona przewidywała kolejne ruchy wroga, często spędzając godziny nad ogromną magiczną mapą Wielkiej Brytanii. Ona powoli przemieniała niewielki dom Albusa w Irlandii w kwaterę główną Zakonu. Ona była głównym strategiem Zakonu, prawą ręką Albusa.

Sprawy związane z Zakonem pochłaniały jej weekendy i popołudnia, ale musiała to wszystko godzić z pracą nauczycielki transmutacji, opiekunki Gryffindoru i zastępowaniem Albusa, który coraz częściej bywał nieobecny. Uczniowie byli najważniejsi, a Minerwa nie mogła pozwolić na to, by poziom nauczania w Hogwarcie ucierpiał z powodu toczącej się wojny. Nie spuściła z tonu, dalej jednogłośnie będąc określaną najbardziej surową nauczycielką Hogwartu, choć jednocześnie nawet Ślizgoni nie mogli zarzucić jej niesprawiedliwości.

Z tego powodu Regulus Black w milczeniu wypisywał całą stertę życzeń. Minerwa przyłapała go na znęcaniu się nad pierwszorocznymi Puchonami i natychmiast zarządziła szlaban. Ślizgon przyjął jej tyradę zaskakująco spokojnie. Minerwa niejednokrotnie zadawała sobie pytanie, jak to możliwe że Regulus i Syriusz są braćmi. Byli jak ogień i woda – Regulus, oczko w głowie rodziców, odznaczał się typową dla Ślizgonów dumą z powodu swojego pochodzenia, wyższością oraz sprytem. Syriusz, członek już legendarnego kwartetu Huncwotów, na każdym kroku podkreślał swoją niechęć do młodszego brata i reszty rodziny. Minerwa czasem zastanawiała się, czy którykolwiek z nich jest świadomy, że w jej żyłach również płynie krew Blacków.

- Accio życzenia! – mruknęła Minerwa, oderwawszy się do raportów i skupiając na Blacku. Jedna z pięknych kartek, dopiero co wypisana przez chłopca, wylądowała tuż przed nią.

Minerwa musiała przyznać, że Regulus miał przepiękne, wykaligrafowane pismo. Nie wiedziała, czy pisanie sprawia mu przyjemność, czy po prostu on wyniósł cokolwiek z lekcji, jakich udzielano czarodziejom w rodach czystej krwi : historii, genealogii, teoretycznych podstaw magii, polityki i właśnie kaligrafii.

,,Bathilda Bagshot" - głosił napis sporządzony fioletowym atramentem. Minerwa westchnęła, po czym zapisała w pamięci by porozmawiać z Albusem na temat Bathildy. Starsza czarownica, z powodu związków z Albusem i swojej znajomości historii magii mogła znaleźć się w niebezpieczeństwie – należało ją uprzedzić o tym i polecić ukrycie się.

- Dużo ci jeszcze zostało? – zapytała Minerwa młodego Blacka.

- Osiem, madam. – odpowiedział, podnosząc na nią spokojną twarz.

- Dobrze. Masz ładne pismo. – Minerwa odesłała życzenia dla Bathildy na ławkę Blacka. Minęło kilka sekund, zanim Ślizgon odpowiedział:

- Dziękuję, profesor.

Minerwa wróciła do swoich raportów. Od czasu do czasu mogła wysilić się na miły gest wobec nawet najbardziej zdeprawowanego Ślizgona – lubiła wtedy obserwować zdumienie na młodej twarzy.

Wtem w klasie rozbrzmiało delikatne pukanie i drzwi otworzyły się, ukazując zmieszaną twarz Remusa Lupina. Na widok Blacka wilkołak o mało się nie cofnął, ale Minerwa już spostrzegła, że przychodzi z jakąś istotną kwestią.

- Słucham, panie Lupin. – rzekła, gestem zapraszając go do środka. Gryfon ostrożnie podszedł do jej biurka i powiedział:

- Czy ma pani może chwilę, profesor?

Minerwa rozpoznała ten rumieniec na jego zwykle bladej twarzy – musiało chodzić o coś związanego z jego przypadłością.

- Black, dokończ proszę to wypisywanie. Gdyby ktoś pytał o mnie, niech poczeka tutaj. – poleciła Ślizgonowi, a sama gestem wskazała Lupinowi drzwi swojego gabinetu.

Gdy już usiedli, Minerwa uniosła brwi, oczekując trudnych pytań. Gryfon przez chwilę wiercił się na krześle, rozglądając wokół, aż w końcu wyrzucił z siebie:

- Chodzi o moją przypadłość, profesor.

- Domyślam się. Jeśli boisz się, że nie poradzisz sobie z tym i z SUMAMI albo z obowiązkami prefekta, to zapewniam cię, że wnikliwie to przemyślałam i wierzę, że zdołasz to wszystko pogodzić. – zaczęła Minerwa.

- Nie do końca o to chodzi, choć doceniam pokładane we mnie zaufanie, profesor. Chciałbym jednak pani powiedzieć, że uważam, że nie ma już potrzeby by towarzyszyła mi pani we Wrzeszczącej Chacie. – wypalił Lupin, a potem spuścił głowę.

Minerwa poczuła, że jej twarz zastyga. Od pięciu lat co miesiąc w swojej zwierzęcej postaci schodziła do Wrzeszczącej Chaty, gdzie jej obecność miała uspokajający efekt na instynkty Lupina. Zdążyła się już do tego przyzwyczaić i w pewien sposób czuła się dumna, że może pomagać temu chłopcu, który z czwórki Huncwotów najmniej ją zawodził. Miała wrażenie, że wytworzyła się między nimi swoista więź – wykuta w obliczu prób, jakie przechodzili. Lupin dorastał, a jego przemiany stawały się coraz bardziej burzliwe, ale ona zawsze potrafiła przywołać go do porządku jednym syknięciem. Nigdy jeszcze wilkołak nie poddał się instynktowi na tyle, by włos spadł jej z głowy. Dlaczego teraz nagle uznał, że nie jest mu potrzebna?

- Dlaczego? – zapytała obojętnym tonem, ukrywając odczuwaną urazę.

- Przez te ponad cztery lata ani razu nie próbowałem okaleczać samego siebie i zawdzięczam to pani. Udało mi się wypracować ten mechanizm i jestem prawie pewien, że nie zranię się nawet, gdy pani nie będzie ze mną. I wiem, że ma pani dużo więcej zmartwień na głowie w związku z wojną, dlatego chciałbym trochę panią odciążyć. – oświadczył Lupin. Minerwa musiała przyznać, że jego argumenty brzmiały bardzo logicznie. Intuicja podpowiadała jej jednak, że za tą prośbą kryje się coś jeszcze. A może po prostu jego słowa za bardzo przypominały jej argumenty Albusa?

- Jesteś absolutnie pewien? Nie chodzi jedynie o samookaleczanie. Musisz przyznać, że obecność animaga ma na ciebie uspokajający wpływ. – Minerwa zmrużyła oczy.

- Wiem. Lecz będę musiał nauczyć się żyć bez tego wpływu, prawda? I to jest dobry moment, by spróbować wprowadzić w to wszystko nieco samokontroli. – Lupin spojrzał na nią błagalnie.

Minerwa zastanowiła się. Odkąd rok temu Poppy zastąpiła panią Heale na stanowisku szkolnej pielęgniarki, przemiany Lupina były o wiele czujniej monitorowane. Pani Heale, choć poczciwa i mądra, często chrapała cicho, gdy Minerwa wymykała się z Wrzeszczącej Chaty . Poppy bardzo poważnie podeszła do swoich obowiązków i bez zmrużenia oka czuwała nad wilkołakiem. Lupin byłby w dobrych rękach.

- Rozmawiałeś może z panią Pomfrey? Ona ma o wiele większą wiedzę na temat twojej przypadłości niż ja. – zapytała Minerwa.

- Pani Pomfrey oświadczyła, że ufa mi na tyle, by jedynie zamykać mnie samego w Wrzeszczącej Chacie. – z uśmiechem oznajmił Gryfon. Minerwa zmarszczyła brwi – nie tego się spodziewała. Choć z drugiej strony, może Poppy chciała sprawdzić, czy Lupin ma szansę na normalne funkcjonowanie.

- Lupin, wiesz, że to nie jest kwestia zaufania. Dostałeś oznakę prefekta, powierzyłam ci moich Gryfonów. Nie powinieneś przejmować się mną, zdążyłam już się przyzwyczaić. Jeśli jednak naprawdę chcesz spróbować trochę samodzielności, to nie powinnam stawać ci na drodze. – ostatecznie poddała się Minerwa.

- Profesor, ja naprawdę jestem bardzo wdzięczny za wszystko, co pani dla mnie zrobiła. Ale zawsze najbardziej zależało mi na tym, by żyć normalnie. – wyjaśnił Lupin, tym razem patrząc jej w oczy.

- Rozumiem, panie Lupin. Proszę jednak pamiętać, że gdyby coś się działo, ja zrobię co w mojej mocy, by pomóc.

Zanim Remus odpowiedział, wrażliwe uszy Minerwy wychwyciły rumor w klasie. Ktoś musiał kłócić się z Blackiem:

- ,,Kazała czekać!"

- ,,To sprawa niecierpiąca zwłoki! Odejdź, albo połamię ci nos!"

Minerwa była już przy drzwiach, gdy rozpoznała głos Pottera. Gdy niewerbalnie otworzyła wrota, jej oczom ukazał się widok Pottera przyciskającego różdżkę do piersi młodego Blacka.

- Potter, co to ma znaczyć? Gryffindor traci pięć punktów za napaść na innego ucznia! – rzekła surowym tonem, czując obecność Remusa tuż za sobą.

- Profesor! – Potter błyskawicznie odwrócił się do niej, puszczając Ślizgona.

Minerwa natychmiast z jego twarzy wyczytała, że wydarzyło się coś poważnego. James Potter nie był chłopcem, którego łatwo było przerazić, ale teraz lęk był widoczny w jego oczach. Instynktownie zacisnęła dłoń na różdżce.

- Mój ojciec właśnie przysłał mi patronusa. Zamordowano wuja Charlusa! – wykrzyknął James, a jego oczy zalśniły.

Minerwa poczuła zimny dreszcz przebiegający przez całe ciało. Charlus Potter. Jej przyjaciel z Hogwartu. Zawsze wierzący w nią kapitan drużyny Gryfonów. Wsparcie w walce z ministerialnymi machinami w czasie wojny. Minerwa widziała go po raz ostatni na kolacji z okazji swoich urodzin pod koniec października. Długie godziny żartowali wtedy z Jamesa i jego talentu do pakowania się w tarapaty. A teraz on był martwy. Krew niemal całkowicie odpłynęła jej z twarzy.

- Jak? – zapytała, czując jak Remus delikatnie łapie ją za łokieć, jakby bał się, że zemdleje.

- Śmierciożercy. Polowali na moich rodziców, ale wujek zdołał ich ukryć i odwrócić uwagę czarnoksiężników. Musieli proponować mu dołączenie do Tego, Którego Imienia Nie Wolno Wymawiać, ale wujek nigdy by na to nie przystał, więc go zabili. Rodzice polecili, bym natychmiast powiedział o tym dyrektorowi, ale nie znam hasła do jego gabinetu… - James mówił roztrzęsionym głosem.

Minerwa zacisnęła pięści. Nie spodziewała się, że Sam Wiesz Kto weźmie na cel Potterów. Owszem, kiedyś wspominała o przyjęciu Charlusa do Zakonu, ale Albus przypomniał jej, że Charlus za bardzo jest związany z ministerstwem. Gdyby jednak pomyślała o tym, by zapewnić mu ochronę! A może zginął ze względu na nią? Może dowiedzieli się, że nadal się przyjaźnią? Może paranoje Albusa nie były tak absurdalne?

- Chodź. – Minerwa bezceremonialnie chwyciła Jamesa za skraj szaty i ruszyła biegiem do gabinetu Albusa. Wiedziała, że dyrektor miał mieć dziś spotkanie z członkami Zakonu, ale może udałoby się jej go ściągnąć do zamku…

Szybko podała hasło gargulcowi. Zdezorientowany Potter posłusznie szedł za nią. Dopiero gdy znaleźli się na klatce schodowej, odezwał się:

- Znała pani mojego wujka, prawda?

Minerwa, powstrzymując drżenie głosu, położyła dłoń na ramieniu piętnastolatka i odpowiedziała:

- Tak, James. Znałam go bardzo dobrze. Przyjaźniliśmy się w Hogwarcie.

Chłopak pokiwał głową. Minerwa powstrzymała chęć objęcia go i zapewnienia, że wszystko będzie dobrze. Nie mogła tego zagwarantować, a Potter na pewno czułby się zawstydzony takim gestem. Nie, musiała mu teraz pokazać siłę.

Wpadli do gabinetu Albusa dokładnie w momencie gdy dyrektor wyszedł z zielonych płomieni swojego kominka, blady i smutny. Na widok Minerwy z Potterem jeszcze bardziej posmutniał. Minerwa rozpoznała ten stan – poczucie winy. Albus coraz częściej obwiniał się za każdą śmierć zadaną przez śmierciożerców.

- A więc wiecie. – stwierdził, posyłając płaszcz podróżny na wieszak.

- Profesorze, rodzice kazali mi się natychmiast do pana zgłosić. – zaczął James, ale Albus uniósł dłoń.

- Już się z nimi widziałem. Przydzieliłem im ochronę. Ty będziesz musiał zostać w zamku na święta. – Albus mówił szybko, bezceremonialnie zasiadając za biurkiem i zabierając się do pisania czegoś. Minerwa, położyła dłoń na ramieniu Pottera.

- Ale co to wszystko znaczy? Dlaczego wzięli na cel moją rodzinę? Co z wujkiem Charlusem?

- Nie wiem, James. A twój wujek zostanie jak najszybciej pochowany. Nie możemy ryzykować publicznego pogrzebu. – Dumbledore nie przestawał skrobać piórem. Minerwa prawie wyczuwała irytację chłopca.

- Nie będę na jego pogrzebie? Czego oni od niego chcieli? Co z nim zrobili? Torturowali go? – krzyczał nastolatek.

- To zbyt niebezpieczne byś opuszczał teraz Hogwart. Twój wuj nie był torturowany, nie znaleźliśmy na to śladów. Śmierciożercy chcieli by się do nich przyłączył, ale nie wiem czy to był ich cel od początku. – dyrektor zdawał się nie zwracać uwagi na chłopca, co tylko go rozzłościło.

- I co teraz? Nie zobaczę się z rodzicami? Nie pożegnam się z wujem? Mam tu tkwić jak więzień ?!

- Hogwart to jedyne miejsce, gdzie jesteś bezpieczny. Twoi rodzice zgodzili się ze mną w tej kwestii. – Dumbledore szybko włożył jakieś pismo do koperty, wstał i przywołał sowę przez okno.

- Nie ! – wrzasnął James, rzucając się do przodu. Palce Minerwy zacisnęły się na jego ramieniu, nie pozwalając mu na żadne gwałtowne ruchy.

- Profesor McGonagall, proszę odprowadzić pana Pottera do wieży Gryffindoru. – rzekł Albus beznamiętnie.

Minerwa, ciągle ignorowana, przez chwilę nie reagowała na ten rozkaz. Albus odwrócił się do niej z pytaniem w oczach. Zmarszczyła brwi, on przeniósł wzrok na Fawkesa. Zrozumiała – sprawy Zakonu. Bez dalszej zwłoki wyprowadziła Jamesa z gabinetu dyrektora.

Wiedziała, że czeka ją trudna rozmowa z chłopakiem. Przeczuwała, że Albus ma dla niej jeszcze gorsze wiadomości. A nade wszystko wyczuwała, że tej nocy jej magia nie powstrzyma koszmarów.

Twarz Charlusa, pełna oskarżenia, patrząca na nią szeroko otwartymi, pustymi oczami ze sterty rozkładających się zwłok, już teraz nawiedzała jej umysł. Zawiodła go. Tak jak wszystkich.

xxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxx

Zmęczona Minerwa w swojej kociej postaci zmierzała powoli w stronę uśpionego zamku. Wracała z cotygodniowej herbatki u Hagrida, która niestety przedłużyła się do późnej nocy – Albus poprosił ją, by wtajemniczyła półolbrzyma w sprawy Zakonu Feniksa – powstałej rok temu tajnej organizacji opierającej się Voldemortowi. Większość czasu zajęło jej temperowanie entuzjazmu Rubeusa, ale przyjaciel wymógł na niej, by spróbowała jego domowego ciasta. Nowy przepis na ciasto korzenne, które jednak z jakiegoś powodu było twarde jak kamień, a Hagrid jak zwykle nałożył jej podwójną porcję. Zęby nadal ją bolały, nawet w kociej formie.

Główne wrota były już zamknięte, ale Minerwa wiedziała, że Filch zostawia otwarte jedno okienko w cieplarni nr 5 by umożliwić wychodzenie z zamku pani Norris. Nauczycielka transmutacji nie przepadała za zdecydowanie zbyt ciepłym klimatem cieplarni, dlatego szybko przemknęła przez pomieszczenie wypełnione roślinami o ciężkim, duszącym zapachu.

Cieplarnie otaczały prostokątny dziedziniec, nazywany ,,Różanym Ogrodem", bo kolejni nauczyciele zielarstwa hodowali na nim różne odmiany róż. Uczniowie nie mieli tu wstępu – mieli okazję tu być tylko gdy Pomona prowadziła ich tędy na lekcję do którejś cieplarni. Prawdą było też to, że przyjaciółka Minerwy z niechęcią patrzyła na każdego, kto kręcił się po ogrodzie – to nie była czarownica, która łatwo się denerwowała, a doniczki latały, gdy jeden z hipogryfów profesora Kettleburna zdewastował to miejsce.

A jednak, dzisiejszej nocy Minerwa nie była jedynym intruzem w ogrodzie.

Najpierw, ze swojej kociej perspektywy spostrzegła rąbek przykrótkich, czarnych, uczniowskich szat, zielono srebrne skarpetki i znoszone buty. Zaciekawiona, bezszelestnie podeszła bliżej.

Piętnastoletni Severus Snape pochylał się nad krzakiem białych róż, w lewej dłoni trzymając stary, zardzewiały sekator, a w drugiej bukiet świeżo ściętych kwiatów.

Nauczycielka bez wydawania żadnego dźwięku powróciła do swojej ludzkiej formy. Ślizgon nie widział jej, dlatego przestraszył się, gdy się odezwała:

- Profesor Sprout nie będzie zadowolona, gdy dowie się, że kradniesz jej róże.

Kwiaty rozsypały się na ziemię – Minerwa zdążyła zauważyć, że Snape musiał dokładnie je wybierać – były ledwo rozwinięte, długie i piękne. Na bladej zazwyczaj twarzy chłopaka pojawił delikatny rumieniec.

- Nie chciałem ich kraść, ale było mi głupio pytać profesor Sprout czy mogę je wziąć. – wymamrotał, wbijając wzrok w ziemię z wyraźnym poczuciem winy.

Minerwa machnęła różdżką i kwiaty, znów w zgrabnym bukiecie, poszybowały do jej rąk.

- Czy teraz, tłumacząc się przede mną, nie czujesz się jeszcze bardziej głupio? – Minerwa podeszła do chłopaka, który odruchowo się cofnął, a potem z rezygnacją oddał jej sekator. Ku jej zdumieniu, Severus potrząsnął głową.

- Nie? – spytała.

- Pani nie powie innym, profesor. Pani jest dyskretna. – powiedział cicho, wpatrując się w czubki swoich butów.

Minerwa uniosła brwi, chociaż w duchu miała ochotę zachichotać. Było oczywiste, że Snape szukał kwiatów dla jakiejś dziewczyny, która wpadła mu w oko,a nie chciał prosić Pomony, bo nauczycielka zielarstwa miała dość bezpośrednią i prostolinijną naturę – jutro o tym wiedzieliby już wszyscy.

- Próbowałem transmutować inne przedmioty w kwiaty, ale nawet te transmutowane z organicznych materiałów więdły po jednym dniu. – dodał Severus.

Minerwa pokiwała głową – to była trudna transmutacja, znacznie powyżej zdolności ucznia, który SUMY dopiero miał przed sobą, a poza tym…

- Trwałość zaklęcia zależy też od mocy rzucającego je czarodzieja. – wyjaśniła, przypominając sobie równocześnie ciemną różę, którą kiedyś musiano potraktować Szatańską Pożogą, bo kwiat ani nie wiądł, ani nie dał się zniszczyć w żaden inny sposób.

- Nie wiedziałem. – mruknął uczeń. Minerwie przemknęło przez myśl, że zakradnięcie się do ogrodu Pomony wymagało odwagi cechującej raczej Gryfonów niż Ślizgonów. Nie po raz pierwszy zastanawiała się, czemu Snape nie trafił do jej domu.

- Gdybyś przeszedł z tym od razu do mnie, pomogłabym ci z tym zaklęciem, panie Snape. Oszczędziłbyś sobie problemu przyłapania na kradzieży, a mnie problemu wymyślania kary dla ciebie. – rzekła z powagą. Severus podniósł głowę, na jego twarzy wyraźne zdumienie. Minerwa zrozumiała, że chłopak nie był przyzwyczajony do bezinteresownej oferty pomocy.

- Powie pani o tym profesor Sprout? – spytał, tym razem patrząc jej w oczy.

- Nie. Ale w ramach kary przygotujesz dla niej kociołek mikstury nawożącej – słyszałam, że masz talent do eliksirów, nie powinno to stanowić dla ciebie problemu. – powiedziała zupełnie surowym tonem.

- Dziękuję. – Severus pozwolił sobie na westchnienie ulgi.

- Żeby to mi się więcej nie powtórzyło, panie Snape, bo następnym razem nie będę tak wyrozumiała. A teraz marsz z powrotem do dormitorium. – Minerwa wskazała mu drzwi na korytarz. Dopiero gdy chłopak się odwrócił do wyjścia, przypomniała sobie o czymś.

- Snape! Weź te kwiaty, skoro już je ściąłeś. Mam nadzieję, że dziewczyna doceni ten gest. – czarownica oddała bukiet białych róż chłopcu. Na jego twarzy pojawił się głębszy rumieniec, ale zabrał róże i wyszedł.

Następnego dnia, na biurku profesor Sprout pojawiły się dwa kociołki mikstury nawożącej, zaś na biurku profesor McGonagall pojedyncza, biała róża, przewiązana zielono srebrną wstążką.

xxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxx

1976

Minerwa, trzymając mocno miotłę w jednej ręce, szła przez hol wejściowy Hogwartu. Ubrana w ciemną szatę, z wspaniałą, bardzo drogą miotłą budziła zaskoczenie na twarzach mijających ją uczniów, którzy właśnie wylewali się w Wielkiej Sali po SUMIE z obrony przed czarną magią. I choć większość z nich wiedziała o niesłabnącej pasji Minerwy do quidditcha, niewielu było w stanie wyobrazić ją sobie na miotle.

Była zmuszona użyć tego środka transportu – sieć Fiu była monitorowana, a szpiedzy zapewne kryli się tuż za bezpiecznymi bramami Hogwartu. Nie chciała też zwracać uwagi na swoje powiązania ze smokami. Musiała jednak być obecna na dzisiejszym spotkaniu Zakonu. Miotła dawała jej możliwość przelotu nad Zakazanym Lasem oraz jeziorem i opuszczenie Hogwartu niezauważoną.

- Profesor! – usłyszała za sobą znajomy głos. Odwróciła się, by stanąć twarzą w twarz z rozpromienioną Lily Evans.

- I jak poszedł ci egzamin, panno Evans? – zapytała Minerwa uprzejmie.

Po chwili Lily szczegółowo zdawała jej relację z poszczególnych pytań. Na podstawie jej wypowiedzi, Minerwa mogła stwierdzić, że z obroną przed czarną magią poradziła sobie nadzwyczaj dobrze, należało mieć nadzieję, że jutro pójdzie jej tak samo z transmutacją.

Minerwa już od pierwszego roku polubiła płomiennorudą dziewczynkę. Lily była uprzejma, bezpośrednia i dość utalentowana. Była też jedną z niewielu uczennic, która nie bała się przyjść do Minerwy z jakimkolwiek problemem. Bez względu na to, czy chodziło o brak akceptacji ze strony rodziny, czy o niezrozumienie jakiegoś transmutacyjnego zagadnienia, Lily nie wahała się prosić o pomoc. Minerwa z kolei szybko zaprzyjaźniła się z panną Evans, często po prostu zapraszając ją na herbatę i wypytując o wieści z wieży Gryffindoru. Poppy raz zauważyła, że Lily widzi w Minerwie matczyną postać. Minerwa wtedy roześmiała się – już od dawna miała reputację pół- maszyny, pozbawionej ludzkich odruchów. W głębi duszy jednak więź z panną Evans miała dla niej duże znaczenie.

- Wyjeżdża pani na dłużej, madam? – zapytała Lily, rzucając szybkie spojrzenie na miotłę Minerwy. Lily mogła zadać takie pytanie, lecz ich relacja nigdy nie wyszła poza ramy ,,profesor McGonagall – panna Evans" . Minerwa, która sama jako uczennica przekroczyła tę granicę poufałości z Albusem, nie była zdolna do tego samego jako nauczycielka.

- Muszę załatwić parę spraw, ale najpierw wybieram się jeszcze do pani Pomfrey. Tobie zalecam odpoczynek, panno Evans. Jutro jeszcze większe wyzwanie. – Minerwa mrugnęła do dziewczyny, która uśmiechnęła się w odpowiedzi.

- Do widzenia, profesor McGonagall. – Lily lekko dygnęła i pobiegła za swoimi koleżankami, które pewnie kierowały się nad jezioro – pogoda była wyśmienita.

Gdy Minerwa wyszła od Poppy z torbą pełną lekarstw, skrytą pod peleryną, słońce było wysoko na niebie. Zbliżał się koniec roku szkolnego – piątego roku Huncwotów w Hogwarcie. Minerwa sama często dziwiła się, jak udało jej się to przetrwać, choć z drugiej strony miała dużo większe zmartwienia niż niesubordynacje Gryfonów – Zakon Feniksa absorbował najwięcej z jej sił i uwagi.

Nikt nie odważył się mówić o tym głośno, ale trwał impas. Śmierciożercy atakowali znienacka, za cele obierając bezbronne rodziny, którym Zakon nie zdążył zapewnić ochrony. I choć żołnierze Zakonu natychmiast sprawdzali każdy alarm, zbyt często zjawiali się za późno, lub dopadając jedynie pojedynczych, mniej ważnych śmierciożerców. Minerwa czuła się bezsilna, szczególnie że Albus blokował jej pomysły zaatakowania czarnoksiężników w ich głównych gniazdach. Miał rację, mieli zbyt mało ludzi, niewielką siłę bojową, ale gdyby ona i on poprowadzili atak, razem, ramię w ramię, mieliby szansę pozbyć się głównych śmierciożerców. Dumbledore jednak nie chciał o tym słyszeć.

Minerwa spokojnie szła brzegiem jeziora, gdy jej oczom ukazał się widok, który obudził jej dawno nie demonstrowany, szkocki temperament. Miotła upadła na trawę, zupełnie zapomniana.

- Kto chce zobaczyć, jak ściągam majtki Smarkerusowi?- na błoniach niósł się pełen złości i wyższości głos Jamesa Pottera.

Młody Potter celował różyczką w miotającego się w powietrzu Severusa Snape'a, wiszącego do góry nogami. Stara, używana szata opadła na twarz Ślizgona, ukazując wszystkim jego bieliznę. Obok stała reszta Huncwotów – Black śmiejący się do rozpuku, Pettigrew gorączkowo bijący brawo i Lupin obserwujący całą scenę beznamiętnie.

- DOSYĆ! – wrzasnęła Minerwa z taką siłą, że ptaki zerwały się nad Zakazanym Lasem, wszyscy uczniowie na błoniach odwrócili się w jej stronę, a zaklęcie Pottera przestało działać, przez co Snape spadł ciężko na ziemię.

Minerwa ruszyła ku Potterowi w takim pędzie, że jej powiewające szaty dawały wrażenie unoszenia się nad ziemią. Kilka pasm włosów wymknęło się z surowego koka. Na jej twarzy wyraźne były rumieńce gniewu. Oczy błyszczały z czystą wściekłością. Usta były zupełnie zaciśnięte, zamienione w wąską kreskę. Jej klatka piersiowa unosiła się i opadała rytmicznie, a gdy wreszcie stanęła przed Potterem, wyprostowała się na pełną wysokość i skrzyżowała ręce, w jednej kurczowo ściskając różdżkę.

Wbiła wzrok w Pottera, czekając na wyjaśnienia. Przez myśl przemknęło jej, że na jego nieszczęście dawno nie przechodziła procesu oczyszczania.

Chłopak milczał, z wzrokiem wbitym w ziemię. Krew ściekała z płytkiej rany na jego policzku. Minerwa jednak znała go na tyle dobrze, by wiedzieć, że za plecami chowa zaciśnięte ze złości pięści. Nie wydawał się żałować, co tylko jeszcze bardziej ją rozjuszyło:

- Potter! Co to ma znaczyć? – wrzasnęła, tracąc panowanie nad swoim twardym, szkockim akcentem.

- Profesor…- Lupin zrobił krok w jej stronę, ale Minerwa posłała mu tak wściekłe spojrzenie, że zatrzymał się w pół kroku.

- Potter, zadałam ci pytanie! – Minerwa z powrotem skupiła się na Gryfonie o niesfornej czuprynie.

- On nazwał Lily szlamą. – wyszeptał James, tonem zupełnie zimnym i pełnym złości.

Minerwa poczuła jak krew znów odpływa jej z twarzy. Przeniosła swój wzrok na Ślizgona.

Snape, dziwnie czerwony, leżał na ziemi i patrzył nieobecnym wzrokiem w stronę jeziora. Minerwa zerknęła w tamtym kierunku – zobaczyła przerażoną twarz Lily.

- Potter, Black, Pettigrew, Lupin, Snape i Evans. Za mną. – warknęła i ruszyła w stronę zamku. Nie musiała się oglądać, by widzieć, że cała szósta idzie za nią, z głowami spuszczonymi, jakby szli na szafot. Bez użycia różdżki przywołała swoją porzuconą miotłę – poczuła się nieco lepiej, gdy mogła z całej siły zacisnąć dłoń na jej trzonku.

Zaprowadziła uczniów do gabinetu przylegającego do jej apartamentów w wieży Gryffindoru. Machnięciem różdżki odsunęła krzesło stojące przed biurkiem, ale nie wyczarowała nowych. Uznała, że przesłucha ich na stojąco. Sama zasiadła za swoim wielkim biurkiem, kładąc różdżkę na jego blacie.

- Panno Evans, proszę opisać co zaszło. – odezwała się już nieco bardziej opanowanym tonem. Lupin rzucił jej zdumione spojrzenie – nie spodziewał się, że najpierw przepyta dziewczynę. Minerwa jednak wiedziała, że relacja Lily będzie najbardziej zbliżona do prawdy. Sama Gryfonka po raz pierwszy spojrzała na nią z mieszaniną lęku i smutku, ale zaczęła mówić.

Cichym głosem Lily Evans zrelacjonowała jak James przez cały czas popisywał się zniczem nad jeziorem, a gdy zauważył Snape'a zaczął się z niego wyśmiewać. Następnie w ruch poszły różdżki – dziewczyna dokładnie odtworzyła każde rzucone zaklęcie. Gdy zareagowała, żądając zostawienia Ślizgona w spokoju, Potter zaczął się z nią droczyć, a w tym czasie Snape rzucił w niego zaklęciem tnącym, raniąc go w policzek. Gryfon natychmiast uniósł go w powietrze, ale Lily znów zaprotestowała. Potter zostawił Snape'a, sugerując, że Ślizgon zawdzięcza to wstawiennictwu Gryfonki. Snape w odpowiedzi nazwał ją szlamą. James kazał mu ją przeprosić, ale ona nakrzyczała na nich obu i odeszła. Potter znów uniósł Snape'a w powietrze…

- I wtedy pojawiła się pani, madam. – zakończyła Lily beznamiętnym tonem.

- Czy potwierdzacie wersje panny Evans, czy chcielibyście coś dodać? – zapytała Minerwa nastolatków. Żaden nie odpowiedział.

- Uznam to za potwierdzenie. Panno Evans, Gryffindor zyskuje dziesięć punktów za odważne stanięcie w obronie ucznia z innego domu. Proszę wracać do swoich zajęć. – zarządziła Minerwa.

- Do widzenia, profesor. – Lily kiwnęła głową i wyszła. Minerwa odprowadziła ją wzrokiem, zastanawiając się, czy dziewczyna przyjdzie potem porozmawiać z nią o tym incydencie. Teraz jednak musiała skupić swój gniew na Huncwotach i ich ofierze.

- Potter, twoje zachowanie było zupełnie niegodne ucznia mojego domu. Wyśmiewanie się, wyszydzanie i dręczenie jakiegokolwiek innego ucznia kłóci się z najważniejszymi wartościami Gryffindoru. Używanie magii do popisywania się i ataku na innego ucznia jest niedopuszczalne w Hogwarcie. Za twoje żałosne standardy zachowania Gryffindor straci dziś siedemdziesiąt punktów, udzielam ci także miesięcznego szlabanu i zostajesz zawieszony w drużynie Gryffindoru do końca roku szkolnego. – oświadczyła Minerwa.

- Nazwał Lily szlamą. – wyszeptał jedynie Potter, choć jego sylwetka wyraźnie drgnęła, gdy Minerwa wspomniała o quidditchu. Przed jej lwami był jeszcze jeden arcyważny mecz. Minerwa wiedziała, że bez Pottera mają dużo mniejsze szanse, ale musiała przemówić mu do rozsądku.

- To cię nie usprawiedliwia. Nie miałeś prawa na własną rękę wymierzać sprawiedliwości, poza tym to ty zacząłeś całe zajście. Jestem więcej niż wściekła, panie Potter i jeszcze dziś napiszę do twoich rodziców. Bardzo się zawiodłam na tobie. – Minerwa czuła, że ręce jej drżą z frustracji, by to ukryć, sięgnęła po różdżkę.

- Pettigrew, Gryffindor traci dziesięć punktów za twoje niegodne kibicowanie Potterowi w dręczeniu innego ucznia. Black, przez ciebie dom lwa traci piętnaście punktów – też brałeś udział w zaczepianiu Snape'a. – Minerwa z odrazą spojrzała każdemu z nich w oczy, a potem przeniosła wzrok na Lupina, jedynego wyraźnie zawstydzonego.

- Panie Lupin, spodziewałam się czegoś więcej niż biernego obserwowania po prefekcie mojego domu. Gryffindor traci przez ciebie dziesięć punktów. Jestem wysoce rozczarowana twoją postawą. – rzekła chłodno.

- Przepraszam, madam. – wyszeptał Lupin, z wzrokiem wbitym w ziemie. Minerwa kiwnęła głową – wilkołak jako jedyny przeprosił i miała o tym pamiętać.

- Wasza czwórka niech lepiej zejdzie mi z oczu i przemyśli swoje haniebne zachowanie. Jeśli jeszcze kiedykolwiek będę świadkiem takiego zajścia, konsekwencje będą o wiele poważniejsze. Zrozumiano? – zapytała tonem nieznoszącym sprzeciwu.

- Tak jest, pani profesor. – odpowiedzieli jednocześnie Lupin, Black i Pettigrew. Potter rzucił jedynie urażone spojrzenie na Ślizgona, który przez cały ten czas utkwił nieobecny wzrok w jej różdżce. Minerwę zalała kolejna fala gniewu, sprawiając, że potężny przeciąg otworzył drzwi jej gabinetu i zatrzasnął uchylone okno. Wszyscy chłopcy podskoczyli, wiedząc, że to fizyczny wyraz jej złości. Następnie czwórka Huncwotów opuściła jej gabinet, zostawiając ją samą z Severusem Snape'em.

Minerwa nie pozwoliła mu usiąść. Przez chwilę milczała, próbując znaleźć odpowiednie słowa.

- Hogwart celebruje takt, uprzejmość i dobre maniery. Każdy jego uczeń powinien posługiwać się najpiękniejszą formą języka, gdyż każde obraźliwe określenie jest skalaniem dobrego imienia szkoły i swego domu. Słowa, które skierowałeś dzisiaj pod adresem panny Evans, bez względu na okoliczności, są niegodne ucznia Hogwartu, panie Snape. Tym bardziej, że panna Evans wykazała się dobrą wolą i odwagą, stając w twojej obronie. Dlatego Slytherin traci przez ciebie trzydzieści punktów. Odbędziesz również tygodniowy szlaban. Już nigdy więcej nie chcę słyszeć, że tak okropne słowa wyszły z twoich ust, zrozumiano? – Minerwa wiedziała, że jej kara jest surowa, zważywszy na fakt, że to Snape był ofiarą całego zajścia, ale mieściła się w granicach jej legendarnej sprawiedliwości.

- To się więcej nie powtórzy, madam. – odpowiedział chłopiec, w końcu podnosząc głowę i patrząc jej w oczy. Minerwa zawsze uważała go za zdolnego, choć nieco wycofanego ucznia, potrzebującego ostrożnej i szczerej zachęty, ale gotowego do ciężkiej pracy. Nigdy jednak nie widziała go tak wyraźnie smutnego. Rozpacz w jego oczach była tak wyraźna, że prawie zrobiło się jej go żal. Prawie.

- Będę musiała poinformować profesora Slughorna o całym zajściu. Nie jestem opiekunką twojego domu, Snape, ale i tak pozostaję głęboko rozczarowana twoim brakiem szacunku do panny Evans. Zawsze miałam cię za uprzejmego i dobrze wychowanego ucznia. Przykro mi, że aż tak się pomyliłam. – mówiła Minerwa, niepomna na jego rozpaczliwy wzrok, na łzy błyszczące w jego oczach.

- Przepraszam. – wyszeptał chłopak, a pierwsza łza uciekła po jego długim nosie. Tym razem Minerwę coś chwyciło za serce – jego łzy, wyraźne zawstydzenie czy drżący głos? Westchnęła i wyciągnęła z kieszeni chustkę w tartanowy wzór. Snape zawahał się, jakby do końca próbował nie okazać słabości, jakby przyjęcie od niej chustki było jeszcze większym upokorzeniem. Minerwa potrząsnęła dłonią – chustka zmieniła barwę na zielono srebrną. Ślizgon wreszcie wziął ją i otarł oczy.

- To nie mnie powinieneś przepraszać. – rzekła Minerwa, przypominając sobie urazę na twarzy Lily. Snape uniósł głowę, a potem pokiwał głową ze zrozumieniem.

- Idź. Na szlaban zgłoś się po jutrzejszym egzaminie. – mruknęła, uznając rozmowę za zakończoną.

- Dziękuję. Do widzenia, profesor McGonagall. – odpowiedział chłopiec i wyszedł. Minerwa na chwilę ukryła twarz w dłoniach – magia i gniew nadal wrzały w jej żyłach, a serce biło szaleńczo. Niełatwo było być nauczycielem – najbardziej nie znosiła karać swoich uczniów. Wiedziała jednak, że sprawiedliwe kary są konieczne, by mogli wyrosnąć na dobrze wychowanych, wykształconych i kulturalnych młodych magów.