.
ROZDZIAŁ SIÓDMY
TROPY
Lodowe wieże wyrastały ponad ośnieżony krajobraz jak lśniące palce olbrzymów, wyciągnięte, by wiecznie wskazywać bezbarwne niebo. Jej dłonie krwawiły, gdy chwytała oblodzone kawałki skał, po których próbowała się wspiąć. Ręce płonęły ostrym, nieustannym bólem, ale Hermiona nie przerwała wspinaczki nawet na chwilę. Wiedziała, że musi dostać się na szczyt. Tam czekała na nią nagroda. Zakazane miasta, spalone biblioteki, niewysnute historie, nierozdane pocałunki, umarli bohaterowie. Oddychała szybko i płytko, pewna, że na te wszystkie cuda nie starczyłoby jej oddechu. A potem, gdy już prawie widziała kres tej wędrówki, straciła oparcie w stopach i ześlizgnęła się w dół lśniącego srebrzystym lodem zbocza. Spadała jak niesiona na saniach, a łzy, które wylewała nad utraconą nagrodą, zamarzały jej na twarzy.
Wtem spadła w miękkość i ciepłość. W obejmujących ją ramionach nie było niczego znajomego.
— A więc ty też możesz upaść — powiedział i odwrócił ją przodem do siebie.
W tym śnieżnym, odartym z kolorów krajobrazie jego włosy lśniły jak złoto. Przez chwilę tylko na niego patrzyła. Na ostrą linię podbródka, na kształt kości policzkowych, na wykrzywione leciutko usta, na półprzymknięte leniwie oczy i długie cienie rzęs. A potem dalej: na zarysowane w półcieniu jabłko Adama, na krzywiznę ramion, na miejsce, gdzie brzeg kurtki lekko się odwinął i mogła zobaczyć skrawek nagiej, bladej skóry z paskiem brązowych włosków znikającym za spodniami. Była w tym jakaś rozpacz i pewna rozkosz, jaką daje tylko długotrwały płacz.
— Co robisz w mojej głowie? — spytała.
Uśmiechał się do niej tak, jak nigdy nie widziała, żeby to robił. Leniwie, drapieżnie. Jego oczy wpatrywały się w nią z taką intensywnością, że zupełnie zapomniała o mrozie.
— Ty mi powiedz — odparł. Wciąż biło od niego ciepło, ale w jego głosie było coś z tego zimowego krajobrazu; ostre, lodowe igiełki. — Twoja głowa to ostatnie miejsce, w którym chciałbym się znaleźć.
— Zostaw mnie. Muszę iść. Muszę się wspinać. Mam jeszcze czas, żeby dotrzeć na szczyt, zanim wieże stopnieją i wszystko przepadnie.
— Wiec idź. Przecież cię nie zatrzymuję. — I faktycznie jego ręce już jej nie obejmowały.
Pochyliła się nad nim.
— Może właśnie o to chodzi — wyznała cicho drżącym z zimna głosem. — Może ktoś powinien mnie zatrzymać.
Jego dłoń zawędrowała na jej odsłonięty kark. Bezceremonialne objął od tyłu jej szyję.
— Twój czas się skończył. Nie krzycz, Granger — poprosił niskim szeptem. — Obiecuję, że nie będzie bolało. — I pociągnął.
Nie zdołała zdusić w sobie wrzasku, gdy obraz się rozpłynął i w jednej chwili poczuła, jak zanurza się w lodowatej wodzie, tylko po to, by w następnej sekundzie się z niej wynurzyć z drugiej strony, rozpaczliwie walcząc o oddech.
Wciąż kaszląc i parskając, otworzyła oczy. W panującym dookoła półmroku pochylająca się nad nią bladolica wróżka wyglądała cokolwiek upiornie. Hermiona przymknęła powieki, powoli dochodząc do siebie. W ciemnym, zasnutym aromatyczną mgiełką pomieszczeniu pachniało kadzidłami i egzotycznymi perfumami.
— I co? — spytała drżącym tonem wróżka. — Co widziałaś? — dodała scenicznie wymodulowanym głosem.
— Nic — stwierdziła Hermiona. Jej oczy powoli na nowo przyzwyczajały się do ciemności i z tego półmroku zaczęła wyławiać coraz więcej kształtów. Fantazyjnie meble obite orientalnymi tkaninami, świecące magiczne kule stojące w równym rzędzie pod ścianą, delikatny, srebrzysty wachlarz rozpięty na suficie jak skrzydła ogromnego motyla, talia sztywnych, kolorowych kart rozłożona na stoliku i wreszcie marmurowa misa wypełniona kleistą, białawą cieczą, przy której siedziała Hermiona. — Zwykły, normalny sen. Te oniryczne kąpiele kompletnie na mnie nie działają.
— Po prostu nie wiesz, gdzie patrzeć, moja droga — zapewniła ją wróżka. Wyciągnęła rękę nad misą i przejechała palcem po migotliwej powierzchni. — Opowiedz mi swój sen, a ja go zinterpretuję i odczytam dla ciebie przyszłość. Karty mówią wyraźnie, że na twojej drodze istnieje wiele znaków zapytania.
Co za brednie, pomyślała Hermiona, ledwie się powstrzymując przed wywróceniem oczami.
— Śniły mi się lodowe wieże. Nic specjalnego — rzuciła od niechcenia.
— Oooch. — Wróżka cofnęła się, a po chwili wróciła do pochylania się nad misą. — Och! Mów dalej. — Jej palce zataczały okręgi na cieczy. Równe, długie, rytmiczne, aż trudno było oderwać od nich spojrzenie.
— Nic więcej nie było. Chciałam się do nich dostać, ale po drodze spadłam.
— Och, tak, teraz to widzę. Jeden ze znaków zapytania robi się mniej mglisty. Czy we śnie upadłaś?
— Nie.
Zacisnęła mocno usta, przypominając sobie, kto ją przed tym uratował. Czym ta kobieta ją naćpała, że śniła o Malfoyu? Chociaż to pewnie wcale nie było takie dziwne, biorąc pod uwagę, jak wiele czasu z nim ostatnio spędzała. W końcu oniryczne kąpiele właśnie takie były: tworzyły sztuczne sny, mające z tymi prawdziwymi niewiele wspólnego. Hermiona kiedyś czytała o tym artykuł. Techniki używane przy onejromancji miały za zadanie wyłapać najczęściej przewijające się ostatnio myśli, skojarzenia, obrazy i połączyć je we w miarę logiczną całość, łatwą do interpretacji. Tania sztuczka. Było oczywistym, że na przykład, gdy ktoś się w kimś podkochiwał, to często o nim myślał. Ta osoba pojawiała się we śnie i wróżka wiedziała, że powinna mówić rzeczy typu „Zwróć uwagę na mężczyznę, który ostatnio stoi blisko ciebie" albo „W najbliższym tygodniu rudowłosa kobieta da ci szansę". I potem wystarczyło, że ten ktoś się uśmiechnął i nagle słowa wróżki według biednego wykorzystanego klienta zaczynały się spełniać. Nawet jeśli ostatecznie dostawał kosza, szukał przyczyny nie w fałszywej przepowiedni, ale w swoim niewłaściwym zachowaniu — „zrobiłem coś nie tak i zmarnowałem tę szansę".
Tak że pojawienie się Malfoya w tym pseudośnie wcale nie powinno jej dziwić. Przez ostatnie trzy tygodnie, odkąd zdecydowała się z nim współpracować, spędzali ze sobą mnóstwo czasu i chcąc czy nie chcąc, myślała o nim. Przede wszystkim coraz częściej zastanawiała się nad tym, co stanowiło jego motor do działania. Szlachetne pobudki i altruizm z miejsca wykluczyła. Tylko osobista sprawa i osobiste korzyści mogły sprawić, by w ogóle chciał kiwnąć palcem. Gdyby nie ten głupi punkt w kontrakcie, na który Malfoy tak strasznie nalegał, po prostu by go o to spytała — jeśli to miało związek ze sprawą, umowa zobowiązywała ich do szczerości. Ale Malfoy przeforsował, by w kontrakcie znalazł się dopisek, według którego nie musieli odpowiadać na pytania, które byłyby zbyt intymne. Wtedy wydawało jej się to głupie i niepotrzebne. W końcu kontrakt wymagał od nich tylko szczerości odnośnie sprawy, w każdym innym aspekcie mogli kłamać do woli. A skoro Malfoy i tak znał wszystkie wstydliwe szczegóły z nocy zjazdu, nie miała żadnych innych wspomnień związanych ze sprawą, które chciałaby przed nim ukryć. Skupiła się wtedy przede wszystkim na obronie własnych interesów, nie myślała, że sama będzie kiedyś chciała poznać jego motyw. Zwłaszcza że coraz częściej nawiedzały ją myśli, że może pomaga Malfoyowi w załatwianiu jakichś szemranych, mafijnych interesów.
Wróżka rozpoczęła snuć bzdurną opowiastkę pełną ukrytych symboli i niejasnych interpretacji — rzekomo elementów pojawiających się w jej śnie. Hermiona wysłuchała tego, tłumiąc odruch, by odwrócić się na pięcie i wyjść. Zima zawsze sprawiała, że przypominała sobie „Królową śniegu", stąd lodowe wieże, nie było w tym żadnych ukrytych znaczeń, jak właśnie z zapamiętaniem próbowała jej udowodnić jasnowidzka od siedmiu boleści.
— No nie wiem — powiedziała Hermiona na sam koniec tych farmazonów. — Nie jestem przekonana. Może spróbujemy z czymś mocniejszym? Z czymś, co da mi prawdziwego kopa?
Wróżka po raz kolejny zaczęła jej przedstawiać szeroką ofertę swoich usług. Nie zaproponowała jednak niczego spoza listy wiszącej przed wejściem. Hermiona niemal wprost oznajmiła, że szuka narkotyków, ale wróżka pozostała nieugięta. Najwidoczniej i ten trop był fałszywy. Hermiona wiele się po tej wizycie nie spodziewała. W końcu to było zbyt oczywiste skojarzenie, żeby mogło okazać się istotne dla sprawy. Senna Wróżka normalnym czarodziejom kojarzyła się przede wszystkim z Freyą, najsłynniejszą w Wielkiej Brytanii wróżką zajmującą się czytaniem snów. Hermiona uznała, że przy najbliższej okazji powinni to sprawdzić. Malfoy z kolei powiedział, że nie będzie się bawił w taką dziecinadę, więc jeśli chce, niech działa na własną rękę. Kiedy Malfoy się dowie, że tu była i że wszystko skończyło się fiaskiem, będzie się puszył jak paw. Niemal widziała tę jego obrzydliwą gębę wykrzywioną w szyderczym grymasie i niemal słyszała, jak irytująco przeciąga sylaby, mówiąc „A nie mówiłem, Granger?". Wkurzał ją jak nikt inny. Sprawiał, że zaczynała myśleć, że w niektórych przypadkach przemoc wcale nie była takim pomylonym wyjściem.
Zawiedziona, machnęła ręką, nie chcąc słuchać dalszej bezsensownej paplaniny wróżki.
— Jasne, jasne — zgodziła się. — Bardzo ciekawe. Naprawdę. Moje życie jest o wiele bogatsze dzięki tym informacjom. — I podniosła się, żeby udać się na zewnątrz. Od unoszącego się w powietrzu ciężkiego zapachu rozbolała ją głowa.
— Moja droga — odezwała się wróżka, gdy Hermiona była już w połowie drogi do wyjścia. — Nie przyszłaś tutaj po wróżby. Twoja aura… wszystko w tobie mówi, że nie wierzysz w dywinację.
Hermiona odruchowo się zatrzymała. Zerknęła na wróżkę, która opadła ze zmęczeniem na jeden z miękkich foteli. Jej twarz schowała się w cieniu zwisającego z sufitu wachlarza. Sprawiało to dość groteskowe wrażenie: jakby na siedzeniu znajdował się sam tułów.
— Jednak pozwól mi… hm… udzielić ci dobrej rady. Przywiązanie do nazwiska to silna rzecz. Nie zapominaj o tym, a znajdziesz to, czego szukasz.
— Co…? — spytała Hermiona. Zamierzała powiedzieć „Co to za brednie?", ale zaschło jej w gardle i musiała przerwać, żeby zakaszleć. — Jasne — zgodziła się ostatecznie, uznając, że nie warto strzępić sobie języka. — Do widzenia.
Odgarnęła wiszącą w przejściu ciężką, połyskującą zasłonę i wyszła na zewnątrz. Natychmiast owionęło ją chłodne, grudniowe powietrze. Pokątna, spuchnięta od śniegu, wyglądała jak żywcem wyjęta z książki. Główna ulica błyszczała od światełek, a sklepowe witryny uginały się od pełnych życia świątecznych ozdób. W którąkolwiek stronę się nie spojrzało, coś się działo: wybuchały kapelusze z serpentyną, elfy w zielonych kubraczkach posypywały głowy przechodniów migotliwym, srebrnym pyłem, smukłe, kolczaste jodły tańczyły przed klaszczącymi z uciechy dziećmi. Prószący dookoła śnieg zamiast zacinać w twarze i zbierać się na kołnierzach, wirował w powietrzu i osiadał łagodnie na włosach i rzęsach.
— I jak? — Ginny najwidoczniej skończyła wcześniej wizytę w sklepie sportowym i teraz czekała na nią pod zadaszoną częścią sąsiedniego lokalu. Podeszła do niej, ściskając pod pachą średniej wielkości pakunek. Prezent dla Harry'ego albo Rona. — Dowiedziałaś się czegoś interesującego?
— E, nie. — Hermiona machnęła ręką, przyglądając się witrynie. Na wystawie kolorowe laleczki urządziły sobie herbaciane przyjęcie. W rogu okna ktoś zatknął starą, rozmokłą ulotkę. Woda rozmyła większość liter, ale wciąż można było przeczytać część nagłówka „Obudź się! Twoje… cie… snem". — To wciąż tylko stek bzdur. Nie wiem, co mnie naszło, żeby tu przychodzić — skłamała.
— Duch świąt. — Ginny do niej mrugnęła. — Przychodzą święta i nagle wszyscy stają się bardziej podatni na tego typu rzeczy. Jak na ciebie czekałam, to aż mnie samą zaczęło kusić, żeby zajrzeć. Według Luny ta babka zna się na rzeczy.
— Pewnie, że się zna — zgodziła się z uśmiechem Hermiona. — Na tym, jak zarabiać pieniądze. Nie ma w tym ani krzty wróżenia, tylko interesy. Naprawdę, ktoś powinien zająć się tymi oszustami.
Ginny ujęła ją pod rękę i pociągnęła na główną ulicę, mokrą i śliską od rozdeptanego śniegu.
— A ja uważam, że ludzie tego potrzebują.
— Naprawdę? — Hermiona uniosła brwi w sposób, który jasno sugerował, co myśli o takim pomyśle.
Ginny roześmiała się. Jej śmiech brzmiał jak dzwoneczki przy elfickich czapeczkach.
— Tak. Pomyśl sama, kto korzysta z usług wróżek? Ludzie, którzy się wahają, którzy nie są czegoś pewni, którzy szukają rozwiązania. Myślę, że takie przepowiednie pozwalają im ruszyć z miejsca, zrobić coś, czego normalnie by nie zrobili, bo za bardzo się bali, ale teraz mają odwagę po to sięgnąć, bo wydaje im się, że los ich wspiera. W końcu wróżki nigdy nie mówią, co ludzie mają zrobić. To ludzie interpretują ich słowa według tego, czego sami oczekują. Nie takie głupie, co?
— Nigdy tak o tym nie myślałam — przyznała Hermiona. Zmarszczyła brwi, próbując znaleźć logiczne kontrargumenty dla tej hipotezy. — Chyba faktycznie ma to sens, ale to wciąż niemoralne, że wróżki zarabiają pieniądze na ludzkich słabostkach.
— Och, przecież zarabianie właśnie na tym polega. Na wykorzystywaniu słabości innych. Gdybyśmy wszyscy byli mistrzami eliksirów, nikt by ich nie kupował. O, chodźmy do Zonka! — Ginny zmieniła kierunek i pociągnęła ją w jedną z bocznych, zwężających się do środka uliczek. — Flegma ostatnio nie daje mi spokoju. Kupię trochę Śmiertelnie Smacznych Mordoklejek i dorzucę jej do obiadu. Na jakiś czas powinna się zamknąć.
Draco pochylił się, czując jak wiatr rozwiewa mu włosy i chłoszcze rozpalone policzki. Przylgnął mocniej do smukłej rączki miotły i przewrócił się kilka razy w powietrzu. Miał wrażenie, że żołądek reagował na te akrobacje z opóźnieniem, ale sensacje, jakie temu towarzyszyły, były cudownie rozkoszne; słodka, niczym nieskrępowana przyjemność, którą dawał tylko pęd wiatru i szelest ubrań. Dlatego przyspieszył i nieustannie się obracając, ruszył w dół. Zatrzymał się dopiero wtedy, gdy pojedyncze wątłe gałązki zaczęły smagać go po ramionach i wrzucać za kołnierz śnieg. Wyrównał lot i leciał tak, czując pod stopami giętkie, ustępujące mu czubki drzew, aż dotarł do skraju lasu. Tam odetchnął głęboko mroźnym grudniowym powietrzem, cudownie odprężony i radosny, jak nie był od dawna. Wolny. W takich chwilach łatwo przychodziło mu uwierzyć, że jego życie należało tylko do niego.
A potem uniósł wzrok i na chwilę oślepiły go rozgrzane i jasne od słońca metalowe elementy w oknach Hogwartu. Uśmiechnął się, zadarł rączkę i nie minęła chwila, jak znalazł się nad wysuniętą najdalej na zachód pnącą się wysoko w górę wieżą o ostrym, spadzistym pokryciu. Zeskoczył z miotły i ledwie znalazł oparcie dla nóg, a już biegł po dachu, skakał od jednego końca do drugiego przez ogromne, zapierające dech w piersiach prześwity. Miotła przez cały ten czas krążyła blisko niego i wiedział, że gdyby coś poszło nie tak, potknąłby się albo nie doskoczył do następnego dachu, zdążyłby się jej chwycić — nie było w tym ryzyka graniczącego z głupotą. Ale adrenalina, jaką dostarczał szaleńczy bieg z kilkudziesięcioma stopami powietrza pod nim, była nieporównywalna do niczego innego. Wreszcie zatrzymał się na krańcu dachu i spojrzał w dół, w przyprawiającą o dreszcz emocji otwartą przestrzeń, otwartą na tyle głęboko, by go chwycić i nie puścić, gdyby tylko stracił na ułamek sekundy czujność. Coś pięknego, coś cudownego, coś, co kusiło go, by igrać z tym dalej: skoczyć i w ostatniej chwili chwycić gładką rączkę miotły, tak gładką, że przecież ręka mogłaby się po tej powierzchni ześlizgnąć i trzeba by było szybko wymyślić inne wyjście.
Zmrużył oczy, widząc pewne poruszenie przy szklarniach: ruchliwa, drżąca plama z jego perspektywy, nic więcej, ale jak podejrzewał, byli to uczniowie kończący zajęcia. Jeszcze tego brakowało, by ktoś go przyłapał na wałęsaniu się po dachu — nie dał się złapać jako uczeń i tym bardziej nie zamierzał dopuścić do tego teraz. Gdyby McGonagall się o tym dowiedziała, pewnie dostałaby ataku waporów.
— Do mnie! — zawołał, ochrypnięty, a miotła posłusznie pomknęła w jego kierunku i zatrzymała się na wysokości jego kolan, by mógł jej wygodnie dosiąść. Lekko drżała, jak zawsze, gdy jej dotykał. Wibrowała od magii wypełniającej ją od lśniącej rączki do czubka prostych witek. Piękna wyścigowa towarzyszka tak samo rwąca się do lotu, jak on.
Ścisnął jej boki udami i wystrzelił w górę. Leciał tak długo, aż zrobił się mokry od chłodu i mglistych, wilgotnych obłoków, których ze stopy na stopę robiło się coraz więcej. A potem przetoczył się na plecy, rozkoszując się tą ulotną chwilą nieważkości, i runął w dół. Nie zamykał oczu, chociaż łzawiły mu od wiatru, a pęd sprawił, że zaczynały mu drżeć powieki. Po kilku sekundach zamiast trząść się z zimna, był zlany potem. Poderwał miotłę kilka stóp nad ziemią, by złagodzić szybkość lotu, nim wyląduje. Z pewnością mógłby poczekać jeszcze kilka sekund, jednak nigdy nie słynął ze skłonności do efektownego ryzyka, jeśli nie miał publiczności, przed którą mógłby się popisywać.
Zeskoczył z miotły i odgarnął wilgotne włosy z czoła. Właśnie wtedy dostrzegł, że najwidoczniej miał jednak publiczność. Ta głupia Gryfonka z trzeciego roku o płowych włosach siedziała na skraju boiska i mu się przyglądała. Kiedy ją na tym przyłapał, skłoniła się parodyjnie i odwróciła wzrok.
— Chadwick — warknął, przypominając sobie w ostatniej chwili jej nazwisko. — Co tutaj robisz?
Nie poderwała się z ziemi, jedynie podniosła głowę, by na niego spojrzeć.
— Odrabiam lekcje, panie profesorze. — I wróciła do przeglądania notatek. W miejscu, gdzie siedziała, nie było nawet grama śniegu. Pewnie wcześniej oczyściła i rozgrzała je zaklęciem.
— Boisko nie służy do odrabiania na nim lekcji — powiedział tylko po to, żeby się do czegoś przyczepić. Czuł się zdenerwowany, że nakryła go w tak intymnej sytuacji, gdy był pewien, że jest sam.
— Czy to zabronione? — Uniosła brwi. — Odrabianie lekcji na boisku, gdy żadna drużyna z niego nie korzysta?
— Boisko służy do treningów fizycznych, nie intelektualnych. To, że nie ćwiczy na nim żadna drużyna, nie znaczy, że ktoś nie zrobi sobie indywidualnego treningu. Siedzenie w takim miejscu z głową w książkach jest nadzwyczaj nierozsądne, żeby nie powiedzieć skrajnie głupie.
Typowo gryfońskie.
— Nie sposób nie przyznać panu profesorowi słuszności — powiedziała bez wyrazu, podnosząc się z trawy. — Czy przyjemnie jest latać? — spytała niespodziewanie, wskazując brodą miotłę na jego ramionach. Książki przyciskała do siebie, jakby się bała, że ktoś jej je zabierze albo nachyli się, próbując przeczytać notatki.
— Co to za pytanie? — przyjrzał się jej podejrzliwie.
— Nie mogę latać. Panicznie boję się wysokości. Nigdy nie siedziałam na miotle. Zastanawiam się, czy to przyjemne. Tyle osób to lubi. Pan profesor także.
Gdyby by była kilka lat starsza, pomyślałby, że próbuje z nim flirtować. Zabawna myśl.
— Skoro masz lęk wysokości, to latanie pewnie nie sprawiałoby ci przyjemności — uciął oschle. — Na przyszłość kieruj takie pytania do profesor Hooch.
Wyglądała na obrażoną.
— Oczywiście, panie profesorze — odparła, celując nosem w niebo. — Tak właśnie zrobię. Przepraszam, że śmiałam spytać. — I odmaszerowała z głową uniesioną tak wysoko, że cudem było, że się po drodze o nic nie potknęła.
Liczyła, że przeprowadzi z nią wzruszającą rozmowę o życiu i dorosłości, czy co? Draco miał pełną świadomość tego, że zachował się nadzwyczaj niepedagogicznie, ale wcale nie czuł się z tym źle. Co więcej odczuwał nawet lekką satysfakcję na myśl, że być może utarł tej małej idiotce nosa. Za bardzo kojarzyła mu się z Granger, żeby nie czuł naturalnej potrzeby, by jej dokuczyć.
A skoro o Granger mowa, czy mu się wydawało, czy to ona właśnie podążała wydeptaną w śniegu ścieżką do zamku? Mógłby się założyć o własną miotłę, że poszła do tej całej Freyi i teraz wracała z podkulonym ogonem. Draco dobrze wiedział, że ten trop nigdzie nie prowadził, bo Pansy sprawdziła go dla niego już kilka tygodni temu. Granger jednak go o to nie spytała albo raczej, mówiąc ściślej, jej pytanie było na tyle ogólne, że bez problemu znalazł w nim lukę, dzięki której mógł się nie zdradzać ze swoją wiedzą. Oglądanie jej porażek było o wiele zabawniejsze.
Poprawił miotłę na ramieniu i dogonił ją w połowie drogi. Dookoła było mnóstwo bawiących się w śniegu uczniów, więc skrzypienie jego butów utonęło wśród innych odgłosów. Wiedząc, że Granger jeszcze nie wyczuła za plecami jego obecności, nie mógł się powstrzymać, by się lekko nad nią nie pochylić.
— Granger — powiedział tylko, ale to wystarczyło, by podskoczyła i walnęła go z całej siły tyłem głowy w brodę.
Odwróciła się do niego, zarumieniona z zimna albo ze złości. Zmroziła go spojrzeniem, gdy on rozmasowywał bolące miejsce.
— Co to miało być?!
— Ty mi powiedz. To ty mnie zaatakowałaś.
Oddychała szybko, sprawiając, że wełniany szalik falował jej przy ustach w rytm tych niespokojnych, płytkich oddechów. Notatka dla samego siebie: jeśli chciał mieć z niej jeszcze pożytek, nie powinien zachodzić jej od tyłu. Wyglądało na to, że Granger była bardziej strachliwa niż Goyle, gdy mu się zagroziło szlabanem na słodycze.
— Wracasz z seansu spirytystycznego? — spytał szyderczo, zanim zdążyła wyrównać oddech na tyle, by wyartykułować jakąś skomplikowanie brzmiącą klątwę.
Westchnęła, najwidoczniej nie mając ochoty na słowne gierki.
— Miałeś rację. Zadowolony?
Taka konformistyczna postawa niszczyła całą przyjemność z wygranej. Trudno było się znęcać nad kimś, kto od razu przyznawał, że poniósł klęskę. Slytherin przyzwyczaił go, by iść w zaparte szczególnie wtedy, gdy nie miało się racji. Uległa postawa w sytuacji, gdy faktycznie się przegrało prowadziła do jednego — zgnębienia i upadku na samo dno życia społecznego.
Nastawił się na nagrodę. Skoro nie mógł dostać zapłakanej z upokorzenia Granger, dostanie coś innego.
— Nie do końca — powiedział, przyglądając się jej.
Włosy Granger były mokre od śniegu i chyba dzięki temu wreszcie nie puszyły się i nie wyginały każdy w inną stronę. Wyglądały też na gęste i mocne, więc pewnie atrakcyjnie układałyby się na wodzie. Głupia myśl, ale większość dziewczyn znacznie cierpiała na urodzie, gdy mokre włosy traciły objętość i ściśle przylegały im do głowy, uwypuklając tym samym niedoskonałości twarzy. Oczywiście, Granger nie mogła być taka, jak inni, więc naturalne, że jej włosy musiały ją naśladować.
— Więc dobrze, że mam gdzieś twoje zadowolenie. — Próbowała zgrywać wielką dorosłą z tą minę pełną wyższości, ale kąciki ust lekko jej drżały od wstrzymywanego uśmiechu; pełnego samozadowolenia z własnej błyskotliwości.
Granger była próżna, choć próbowała to ukryć. Jak wszystkie swoje cechy, które musiała uważać za niegodne bohaterki. Nie odznaczała się jednak biegłością w kłamstwach i oszustwach. Draconowi wystarczyły trzy tygodnie w miarę regularnej współpracy, by się na niej poznać.
— Mówisz, jakby mi na tym zależało — powiedział obojętnie.
W Granger było coś, co nie dawało mu spokoju. Już dawno zauważył, że była ładna, ale nie tak zjawiskowo piękna, by na jej widok zapominać języka w gębie. Doszedł do wniosku, że jego fizyczne zainteresowanie brało się z tego, że tamtej nocy niemal ją przeleciał. Co z tego, że na świecie było tyle lepszych, smaczniejszych ciastek, skoro to ciastko miał już w ustach, a mimo to nie mógł go zjeść? Naturalne, że w takiej sytuacji ciągnęło go do tego konkretnego ciastka. Gdy tylko je spróbuje, będzie mógł o nim zapomnieć i wrócić do ulubionej ciastkarni.
Tyle tylko, że to konkretne ciastko prędzej dałoby się zjeść sklątce tylnowybuchowej niż jemu.
— Oczywiście, że ci zależy. Chciałbyś, aby wszyscy koło ciebie skakali i cię uszczęśliwiali.
— To tylko dowodzi temu, że zupełnie nie wiesz, czego chcę.
Głupia Granger. Chciał coś zrobić, żeby przestała być taka zadowolona. To on wygrał, jemu należy się nagroda, a jej kara. Tak to działa. Tak to zawsze działało w jego przypadku.
Nie mógł niczego zrobić, gdy stali na ścieżce, całkowicie odsłonięci dla każdego potencjalnego obserwatora. Bawiące się dzieci przemieściły się w stronę dziedzińca, ale wciąż byli dla nich doskonale widoczni.
Chyba że…
Pozwolił miotle zsunąć się z ramienia i oprzeć o jego bok, gdy wyciągnął ręce i złapał za jej szalik. Poczuł, jak wciąga powietrze, a potem jej gorący oddech owionął jego skostniałe od mrozu palce, przyprawiając go tym samym niemal o bolesny dysonans. Zanim zorientowała się, co zamierzał, przesunął dłonie niżej i wzmocnił wiązanie. Dla postronnych wyglądało to niemal na czuły gest. Granger jednak zdała sobie sprawę tego, co się działo. Złapała go za nadgarstki i pociągnęła, zmuszając go do zwolnienia uścisku. Nie zamierzał jej krzywdzić. Chciał tylko, żeby się przestraszyła.
Jej oczy były wielkie.
Szarpnął dłońmi tak, że teraz to nie ona trzymała jego, ale on ją. Jej palce nie były tak zimne jak jego, więc pewnie rzuciła na nie zaklęcie rozgrzewające. Ścisnął je o wiele mocniej, niż to było konieczne.
— Jak mówiłem, nie masz pieprzonego pojęcia o tym, czego chcę. I nie udawaj, że jest inaczej. Nie lubię tego.
— Puść mnie — mówiła cicho, wiec najwyraźniej nie chciała robić sceny przy uczniach. — Śpieszę się.
— Przecież cię nie zatrzymuję. — Odsunął się i nie czekając na jej reakcję, wyminął ją i ruszył do zamku.
