Rozdział 9 - Tears in Heaven
Would you know my name
if I saw you in heaven?
Would it be the same
if I saw you in heaven?
I must be strong and carry on
'Cause I know I don't belong here in heaven...
Siedział w jakimś mugolskim barze, nie mając pojęcia, dokąd się udać. Przed nim stała do połowy pełna szklana whiskey. Sądził, że jak oderwie się od świata czarodziejów, to zacznie normalne życie. Jednakże problemy wydawały się podążać za nim niczym cień. Potwornie długi i odrażający cień.
— Pieprzę to — powiedział do siebie i zacisnął palce na chłodnym szkle. — Pieprzę to, do cholery!
Ostry dźwięk przeciął jego uszy, gdy szklanka roztrzaskała się o ścianę, rozlewając bursztynowy płyn na mężczyzn siedzących niedaleko niego. Wszystkie oczy zwróciły się ku niemu. W jednych iskrzyła się wściekłość, że ktoś śmiał zakłócić ich spokój, w innych natomiast czysta ciekawość.
— Proszę opuścić ten lokal — usłyszał głos barmana. Wstał i z jego ust wydobył się niekontrolowany śmiech. Śmiech pozbawiony jakiejkolwiek radości. Ociekający goryczą. Jakieś obce dłonie chwyciły go gwałtownie za ramiona i wyciągnęły z pomieszczenia. Wyszarpnął się z uścisku.
— Puszczaj — warknął.
— Ogarnij się, chłopie! — Usłyszał i poczuł, że znowu zbiera mu się na śmiech.
— Gdybyś wiedział kim jestem, nie byłbyś tak bezczelny!
— A kim jesteś? Prezydentem? — zakpił, pukając się palcem wskazującym w czoło. — Schlałeś się, człowieku. Uciekaj, zanim zabiorą cię do izby wytrzeźwień!
— Jestem Harry cholerny Potter! — odparł, śmiejąc się już otwarcie. — Mógłbym cię zabić jednym mrugnięciem, żałosny mugolu!
Mężczyzna nic nie odpowiedział. Spojrzał tylko na chłopaka z politowaniem i pokiwał głową. Odwrócił się powoli i wrócił do baru.
— Jestem Harry Potter! Jak śmiesz mnie ignorować? Jak WY WSZYSCY śmiecie mnie ignorować? — wrzeszczał, zwracając na siebie uwagę przechodniów. Wziął do ręki gałąź leżącą na chodniku nieopodal jakiegoś drzewa. Uniósł ją do góry i krzyknął:
— Pozabijam was, jeśli ktokolwiek znowu spróbuje spieprzyć mi nastrój, słyszycie? POZABIJAM!
Obserwował szaleńczym wzrokiem wystraszoną matkę, która wzięła na ręce płaczącą dziewczynkę i przeszła na drugą stronę ulicy; staruszkę trzymającą przy piersi czarną, skórzaną torebkę, starając się po kryjomu wyjąć z kieszeni gaz pieprzowy. Cofnął się kilka kroków, zahaczając butem o nierówność na chodniku. Upadł, potrącając przy okazji wysokiego, łysego faceta.
— Patrz jak leziesz, wariacie! — warknął, spychając Harry'ego z drogi.
Czuł się jak śmieć. Jak puste pudełko leków, które kiedyś miało coś wartościowego, było w jakiś sposób pożyteczne... A teraz się nie liczyło. Z łatwością można by je zastąpić nowym. Lepszym. Oparł się o mur starego budynku i przycisnął kolana do piersi. Kołysał się w przód i w tył, szukając w myślach jakiegoś rozwiązania. Drogi, którą mógłby jeszcze podążyć... Łzy zaczęły spływać po jego policzkach. Gdzie się podziały tamte czasy? Ta radość? Ci przyjaciele, którzy byli gotowi oddać za niego życie... Czyżby to wszystko było tylko złudzeniem? Być może...
Would you hold my hand
if I saw you in heaven?
Would you help me stand
if I saw you in heaven?
I'll find my way through night and day
'Cause I know I just can't stay here in heaven...
Stał przed wejściem do Hogwartu. Westchnął głęboko. Wiatr powiewał delikatnie jego czarną, wyblakłą szatą. Uniósł rękę i spojrzał na zegarek. O tej porze w szkole powinno być już po kolacji. Otrzepał niewidzialny kurz z ramion i wszedł do środka, wdychając znajome, przesiąknięte stęchlizną powietrze. Drzwi zatrzasnęły się za nim, roznosząc echo po ogromnej sali.
— Cieszę się, że wróciłeś, Severusie. — Odwrócił głowę w stronę dyrektora i uśmiechnął się cierpko.
— Nasłałeś na mnie tę wiedźmę. Cóż mogłem uczynić?
Jeśli mowa o „wiedźmie"... Minerwa McGonagall wyłoniła się z cienia, witając go chłodnym, aczkolwiek nie nienawistnym spojrzeniem. W końcu to za jej sprawą Mistrz Eliksirów wrócił do „domu".
— Witaj, Severusie — przywitała się z nim, a w jej głosie można było doszukać się odrobinki ciepła. W końcu trzeba było dać spokój przeszłości. Jak miały nastać lepsze czasy, jeśli ludzie pogrążeni byli w dawnych wydarzeniach, ciągnęli problemy, które już lata temu powinny były ulec przedawnieniu?
— Witaj, Minerwo.
Po raz pierwszy od dłuższego czasu Severus mógł oddychać. Pełną piersią. Pewien ciężar spadł z jego serca, pozwalając, aby ułamek nadziei rozpalił się w nim na nowo. Po wymienieniu kilku grzeczności ruszył za starcem do gabinetu. Nigdy nie sądził, że kiedykolwiek zatęskni za cytrynowymi dropsami. Teraz mógł bez żalu przyznać — brakowało mu tego.
— Rozumiem, że stanowisko nauczyciela eliksirów wciąż cię interesuje, Severusie. Chyba, że wolisz obronę...
— Akceptuję — przerwał Dumbledore'owi, biorąc łyk gorącej, miętowej herbaty.
Albus uśmiechnął się szeroko, w jego oczach pojawiły się te stare, dobre błyski. Severus miał niemal wrażenie, że cofnął się w czasie. Że znowu siedział tutaj, w tym gabinecie, dyskutując kolejny niefortunny wypadek Harry'ego Pottera... Coś ścisnęło go w dołku. Patrzył ślepo w jasnozielony płyn.
Co się stało z młodym mężczyzną po ciosie, jakiego doznał? Czy wrócił do tego mugola?
— ... Severusie! — Głos dyrektora gwałtownie wyrwał go z zamyślenia.
— Przepraszam, Albusie. To był długi dzień.
Pożegnawszy się z czarodziejem, Snape ruszył do swoich lochów. Swoich. Jego i tylko jego. Nie musiał już oczekiwać wizyty Lucjusza, obserwować zepsutego zegara i porterów zdegustowanych członków swojej dziwacznej rodziny od strony matki. Wszystko wyglądało zupełnie tak samo jak wtedy, gdy opuszczał to miejsce. W sypialni można było wyczuć jego zapach. Tylko łóżko było wydawało się obce, świeżo posłane. Rozpakował się powoli, wszystko idealnie składając, segregując. Usiadł na krześle stojącym przy stoliczku nocnym i schował twarz w dłonie. Z jego ust wyrwało się ciche westchnienie. Nie potrafił zrozumieć tego dziwnego uczucia, które tliło się gdzieś tam, na dnie.
Time can bring you down, time can bend your knees
Time can break your heart, have you begging please... begging please
Beyond the door there's peace I'm sure
And I know there'll be no more tears in heaven...
Deszcz. Dlaczego to właśnie on się pojawia w najbardziej dramatycznych sytuacjach? Czy to jakaś nieodłączna część smutku? Krople uderzały o nierówny chodnik, tworząc kałuże. Przechodnie patrzyli na niego albo z odrazą, albo ze współczuciem. Jakby był jakimś bezdomnym pijakiem...
A nie był? Nie mają prawa mnie oceniać – myślał. Chciał wstać i znowu krzyczeć, lecz nie miał już siły. Nie widział potrzeby, aby wrzeszczeć, mówić czy nawet oddychać. Nagle wszystko wydawało się takie bezsensownie blade, szarawe. Jak gdyby deszcz zmywał każdy kolor, sens istnienia.
Chmury przykrywały księżyc. Na niebie nie było widać żadnej gwiazdy. Nawet ten widok musiał ukazywać jego samopoczucie. Zdradliwa natura. Gdziekolwiek nie spojrzeć – zdrada. Komu można ufać? Gdzie szukać schronienia, skoro wszystko, czego tylko Harry Potter się dotknie, rozsypuje się na miliony kawałków?
Gdy już myślał, że nie ma dla niego nadziei, coś błyszczącego mignęło mu przed oczyma. Rozejrzał się desperacko na boki i dostrzegł pięknego feniksa.
- Faweks? – zapytał niepewnie, wyciągając dłoń w stronę ptaka. Zwierzę z początku nie poruszyło się, jednak po chwili przechyliło ciekawsko główkę i podleciało do Harry'ego. Wydało z siebie bliżej nieokreślony dźwięk.
