Eskalacja
Wieczór. Słońce właśnie skryło się za linią horyzontu. Ulicami miasta szły dwie dziewczyny, najwyraźniej wracające ze szkoły, zważywszy na fakt, iż o tej porze nadal miały na sobie szkolne mundurki. Nazywały się Inoue Orihime i Arisawa Tatsuki.
– Miło, że zaczekałaś na mnie, aż skończę trening.
– Och, to żaden problem. Zresztą sama w domu nie mam za wiele do roboty. A może wpadłabyś do mnie? Ugotowałabym coś dobrego…
Tatsuki znała upodobania kulinarne Orihime, która pasjonowała się kuchnią… eksperymentalną. Wymyślała przeróżne potrawy, jak pasta z czerwonej fasoli, czy też masło ze słodkimi ziemniakami. Oczywiście zdecydowana większość tych rzeczy była wysoce niezjadliwa.
– Wiesz… Może kiedy indziej.
Dziewczyny dotarły do pobliskiego parku. Było już ciemno, co nadawało temu miejscu dość ponury charakter. Drzewa, które najpewniej ktoś zabrał z planu jakiegoś horroru i posadził tutaj, latarnie, z których na dziesięć działały dwie, w porywach do trzech. Chyba nikt tu nocą nie przychodzi. Nie wiem, czemu dziewczyny zdecydowały się iść właśnie tędy. Może po prostu były zbyt pochłonięte rozmową.
Minęło kilka minut. Trwała właśnie przerwa w rozmowie. Tatsuki wydawała się bardzo zamyślona.
– Martwią mnie ostatnie wydarzenia. Dzieją się coraz dziwniejsze rzeczy, a ja mam wrażenie, że stoi za tym coś… odmiennego.
– Co masz na myśli?
Orihime oczywiście wiedziała, co się dzieje, jednak nie mogła tego nikomu powiedzieć, nawet swojej przyjaciółce.
– Nie potrafię tego do końca wyjaśnić. Po prostu czuję, że wszystkie te okropności to sprawka kogoś… Nie, czegoś co przekracza nasze wyobrażenie. Nie wiem, co się dzieje. Tak po prostu czuję.
Dziewczyny szły dalej.
– Strasznie upiorny ten park – odparła Tatsuki.
– Z ust mi to wyjęłaś.
Usłyszały czyjś głos za sobą. Głos kobiecy, stosunkowo niskiej barwy, brzmiący bardzo srogo. Pojawiła się znikąd, tuż obok nich.
Kobieta wyraźnie szykowała się do ataku. Na pierwszy ogień poszła Tatsuki. Dziewczyna nie zdążyła zareagować. Poczuła bardzo silne kopnięcie w brzuch. Cios wyrzucił ją w powietrze. Przefrunęła kilkanaście metrów, po czym uderzyła w jedno z drzew, wystarczająco mocno, by stracić przytomność.
– Tatsuki-chan!
Orihime natychmiast rzuciła się na pomoc przyjaciółce. Zatrzymała ją dłoń kobiety, zaciskająca się wokół szyi dziewczyny. Inoue coraz trudniej było złapać oddech. Kobieta nawet na nią nie spojrzała, wzrok kierując w stronę Tatsuki, osuwającej się na ziemię.
– Nie przeszkadzaj.
Uścisk zelżał. Jednocześnie potężny podmuch energii odrzucił Orihime. Upadając uderzyła głową o niewielki kamień. Pociemniało jej w oczach, jednak nie straciła przytomności. Choć niewyraźnie, widziała tą kobietę, odzianą w czarny płaszcz z kapturem, idącą powolnym krokiem w kierunku Tatsuki.
– Doprawdy, co za głupota.
Kobieta zdjęła kaptur, odsłaniając twarz. Widać było od razu, iż nie mogła być człowiekiem. Nie tylko ze względu na jej wygląd, na jej jasną, niemal białą karnację, wężowe oczy w kolorze czerwieni, czy choćby sposób poruszania się, cichy, wręcz bezszelestny, niczym anioł śmierci. W jej głosie słychać było żądzę mordu, jednak odmienną od zwykłej ludzkiej nienawiści. Ten głos wzbudzał paniczny strach, instynktowną potrzebę ucieczki jak najdalej stąd, głos drapieżnika, mówiący swej ofierze ostatnie słowa, jakie usłyszy przed śmiercią.
Wciąż idąc powoli w stronę Tatsuki kobieta rozpuściła swoje długie kruczoczarne włosy, skryte dotychczas pod kapturem. Sięgały jej one do bioder.
– W mieście grasuje seryjny morderca. Logicznym jest więc, by nie wychodzić z domu o zmroku. Jednak wy zawsze pchacie się tam, gdzie nie należy. Jak zdołaliście przetrwać tyle czasu, w ciemności swej własnej głupoty jest dla mnie zagadką.
Jej ręka skryła się pod płaszczem, by po chwili wyciągnąć spod niego długi, prosty miecz. Wyglądał na dwuręczny, z racji swoich gabarytów, jednak kobieta bez trudu utrzymywała go w jednej dłoni. Niczym nie wyróżniał się od zwykłych mieczy, z wyjątkiem jelca, w kształcie sierpa księżyca. Na samym jego środku umieszczony był fioletowej barwy klejnot.
Orihime, która doszła już do siebie na widok tego ostrza przeraziła się. Po nim właśnie poznała, z kim ma do czynienia.
„Ten miecz… Czy ona jest… Raashí?"
Kobieta coraz bardziej zbliżała się do nadal nieprzytomnej Tatsuki. Uniosła miecz w górę.
– Nie martw się, nie poczujesz nic…
Nagle drogę jej zagrodziła Inoue, która gdy tylko zdała sobie sprawę, kim kobieta jest natychmiast podniosła się i dość chwiejnym krokiem podbiegła do niej, chcąc powstrzymać ją przed tym, co chciała zrobić.
– Chyba ci mówiłam, że masz nie przeszkadzać, dziewczyno.
Ostrze poszło w ruch, celując w głowę Orihime. Jednak ona była przygotowana na atak.
– Santen Kesshun! – zakrzyknęła.
Spinki w jej włosach zajaśniały złotym światłem. Nagle wystrzeliły z nich trzy świetliste pociski, które pomiędzy Inoue a kobietą Raashí ułożyły się na kształt trójkąta. W jego wnętrzu powstała bariera, na którą natrafiło ostrze miecza.
Kobieta była zaskoczona takim obrotem spraw. Jednak zamiast zdziwienia, na jej twarzy pojawił się upiorny uśmiech.
– No proszę. Zdaje się, że cię nie doceniałam. Dobrze więc…
Cofnęła miecz, szykując się do zadania kolejnego ciosu. Orihime nie zwalniała bariery, czekając na atak. Raashí tym razem wykonała pchnięcie, w sam środek tarczy. O ile poprzedni cios nie zostawił nawet zadrapania, o tyle teraz ostrze bez trudu przebiło się przez barierę, zagłębiając się mniej więcej do połowy.
– Zatem zginiesz jako pierwsza, dziewczyno.
Kobieta zebrała więcej siły i uniosła miecz w górę, rozrywając tarczę Inoue. Bariera poszła w drzazgi. Następnie znów uderzyła z góry. Orihime jedyne, co mogła zrobić, to szybko uniknąć ciosu. Klinga zderzyła się z ziemią.
– Masz dobry refleks. Jednakże…
Raashí nagle zniknęła Inoue z oczu. Dziewczyna nie zdążyła zareagować, gdy ułamek sekundy później kobieta pojawiła się tuż obok niej. Jej dłoń znów zacisnęła się wokół szyi Orihime, ruszając jednocześnie naprzód. Inoue z pełnym impetem uderzyła w kolejne drzewo.
– Wybacz, że wcześniej nie zwróciłam na ciebie uwagi – odrzekła kobieta.
Podniosła dziewczynę jak najwyżej tylko mogła. Zaciskała dłoń coraz bardziej, pozbawiając Inoue tchu. Tym razem nie zamierzała jej wypuścić.
– Nie bierz tego do siebie. To normalne, że drapieżnik pożera swoją ofiarę. A jeśli chodzi o nią…
Spojrzała na nieprzytomną Tatsuki.
– Nie martw się, nie będzie cierpieć. Ale najpierw zajmiemy się tobą.
Podniosła miecz.
– Żegnaj, dziewczyno.
Nie zdążyła zadać ciosu. Zatrzymała ją ognista, czerwona kula, niewątpliwie będąca efektem zaklęcia Kidō. Pocisk trafił ją prosto w twarz, zakrywając ją obłokiem dymu. Kobieta absolutnie się tego nie spodziewała, puściła Inoue, próbując samej dojść do siebie. Prawa strona twarzy została mocno przypalona. Mimo iż dla Raashí to żadna rana, nadal czuła ból związany z tym ciosem.
– Kto mi znowu, do cholery przerywa?!
Była wyraźnie wściekła tym, że znów jej przeszkodzono. Jednak złość przerodziła się w zdziwienie, gdy ujrzała swojego nowego przeciwnika. Była nią Shinigami.
Inoue niemal straciła przytomność. W ostatniej sekundzie świadomości ujrzała swojego wybawcę.
– Kuchiki… san…
Osunęła się na ziemię.
– Więc to ty?
Elian jakby nie całkiem rozumiał sensu tego pytania.
– E… Trochę trudno, bym był kimś innym. Ja też mam pytanie. To haori… – Wskazał na płaszcz kobiety. – Jesteś kapitanem, tak? Nie spodziewałem się, że przyślą kogoś tak wysokiego rangą.
Chłopak nie otrzymał odpowiedzi. Zamiast tego Shinigami sięgnęła po swój Zanpakutō, miecz o ostrzu nieco krótszym od typowej katany (tzw. Wakizashi). Elianowi w głowie zapaliła się czerwona lampka. Wyglądało to, jakby miała zamiar go zaatakować.
– Zaraz, co ty robisz, kobieto? – Chłopak z lekka zaczął panikować. – Nie możemy tego załatwić bardziej pokojowo?
Dłoń spoczęła na rękojeści miecza.
– Mógłbyś zachować resztki godności – odpowiedziała kapitan. – Skoro masz umrzeć, umieraj z honorem.
– Co? – Elian był już całkowicie zdezorientowany. – Niby dlaczego miałbym…
– Kpisz sobie ze mnie?
Chłopak miał wrażenie, że coraz bardziej pogarsza swoją sytuację, choć nie miał pojęcia, o co chodzi.
– Chūō Shijūroku uznała cię winnym zdobycia mocy Shinigami w nielegalny sposób…
– No cóż, to akurat mogę wyjaśnić, jeśli…
– Oraz morderstwa dwustu pięćdziesięciu sześciu osób.
Te słowa zszokowały Eliana. Nie mógł się poruszyć, stał w osłupieniu przed dość długi czas.
– Morderstwa…
– Wyrok odbędzie się tu i teraz.
Kapitan wyciągnęła miecz.
Na polanie natychmiast pojawiła się spora grupa Shinigami, wyglądem jednak bardziej przypominających dawnych wojowników ninja, odzianych w czerń, z chustami zakrywającymi twarze. Wyciągnięcie miecza najwyraźniej było sygnałem dla nich do wyjścia z ukrycia. Otoczyli chłopaka, czekając na sygnał do ataku.
Elian w tej sytuacji natychmiast się obudził. Zagrożenie było jak najbardziej rzeczywiste. W tej chwili musiał szybko wymyśleć, jak z tego wybrnąć.
Spuścił głowę i zamknął oczy. Po chwili pogrążył się w transie.
„Skup się. Ilu? Jeden, dwóch… Razem trzydziestu czterech. I ona. Ech, tak wiele celów, tak mało czasu."
Energia duchowa chłopaka powoli zaczęła z niego wyciekać. To nietypowe zachowanie nie umknęło uwadze Shinigami. Zwłaszcza dowódczyni wydawała się być zaniepokojona.
„Co on robi? Mimo przewagi liczebnej sytuacja nie wygląda najlepiej. Nie mamy o nim żadnych informacji, nie znamy jego umiejętności."
Tymczasem Elian wciąż był pogrążony w medytacji. Miał już przygotowany plan działania. Pozostaje tylko pytanie, czy podoła?
– Skup się na celu – odezwał się nagle Tersaali. – Tylko to się teraz liczy. Zawahasz się, a przegrasz.
– Biały…
Elian uniósł ręce, rozkładając je na boki, układając swoje ciało w znak krzyża.
– Kiedy do ciebie dotrze, że tą sztuczkę opanowałem już do perfekcji?
Otworzył oczy. Ułożył dłonie, zginając wszystkie palce, poza wskazującym i środkowym. Na końcach palców zajaśniały czerwone, świetliste punkty.
– Bakudō no 9…
Wokół palców rozbłysły dwa szkarłatne kręgi, rozszerzające się coraz bardziej. Elian zebrał energię, skupiając się na swoim celu. Na trzydziestu pięciu celach.
Uniósł głowę.
– Geki!
Uwolnił zaklęcie. Kobieta Shinigami poczuła nagle przytłaczającą energię duchową. Jej ciało stało się ciężkie, bardzo ciężkie, poruszenie choć jednym palcem zdawało się być ponad jej siły. Jednak nie trwało to długo. Zaklęcie okazało się zbyt słabe, by się utrzymać. Kapitan szybko doszła do siebie.
– Bakudō dziewiątego poziomu? – odrzekła. – Myślałeś, że tak słabe zaklęcie poskutkuje w walce z kapitanem?
Elian jednak wyglądał na zadowolonego. Nawet chyba za bardzo. Obdarzył kobietę swoim słynnym szerokim uśmiechem, dosłownie od ucha do ucha.
– Słabe? Sam fakt, że na ciebie zadziałało oznacza, że to było bardzo potężne zaklęcie, kochana.
– Że co?
W tym momencie zorientowała się, co chłopak miał na myśli. Wszyscy jej podkomendni byli całkowicie sparaliżowani. Każdy z osobna został otoczony czerwoną aurą, która najwyraźniej blokowała ich ruchy. Kobieta nie mogła w to uwierzyć.
„Wszystkich? Jednym zaklęciem?"
– Widzisz, nie uśmiecha mi się konfrontacja z całym twoim plutonem egzekucyjnym – odparł Elian. – Więc… Dobrej nocy życzę.
Chłopak, używając shunpo postanowił się ulotnić. Skierował się w stronę miasta. Po drodze główkował nad tym, czemu to jego właśnie próbowano uśmiercić.
– Co to niby miało być? Może Urahara mi to wyjaśni. W końcu też jest Shinigami, jakby nie spojrzeć, więc pewnie ma pojęcie o tym, co się dzieje w Seireitei.
Spojrzał za siebie.
– Czyżby odpuściła?
– Chciałbyś!
Nagle kobieta zastąpiła mu drogę. Ostrze jej Zanpakutō już zbliżało się do Eliana. Chłopak w ostatniej chwili wyciągnął swój miecz, by zablokować cios.
„Szybka jest."
Ścierali się ze sobą w powietrzu przez chwilę. Chłopak odepchnął ją. Oboje wylądowali na ziemi, naprzeciw siebie.
– Naprawdę myślałeś, że tak po prostu mi uciekniesz?
– Cóż, miałem szczerą nadzieję, że tak.
– Głupota. Nie przeczę, zrobiłeś na mnie wrażenie tym zaklęciem, ale najwyraźniej nic innego nie masz, poza talentem do Kidō.
Ponownie uniosła miecz.
– Zakończę to szybko.
Elian wiedział już co się święci. Nie miał zamiaru z nią walczyć, bo po prostu nie widział takiej potrzeby. Jednak nie było już chyba możliwości załatwienia tej sprawy polubownie.
Shinigami wycelowała klingą w Eliana.
– Użądl, by zabić…
Ostrze zajaśniało. Po chwili zaczęło się zmieniać, z sekundy na sekundę przybierało zupełnie innego kształtu. W końcu blask zniknął, ukazując nową postać jej Zanpakutō.
– Suzumebachi.
Broń zmieniła się w czarną rękawicę ze złotymi, błyszczącymi paskami oraz umieszczonym na środkowym palcu długim żądłem.
Kobieta natychmiast przystąpiła do ataku. Zniknęła chłopakowi z oczu, w następnej chwili pojawiając się za jego plecami. Elian szybko się obrócił i płazem swojej virdany zatrzymał kolec, po czym szybko się cofnął, szykując się do kontrataku. Skoro walka była nieunikniona, nie zamierzał ustępować jej pola. Jednak nie chciał walczyć na całego.
„Nie wygląda to najlepiej, skoro uwolniła swoje Zanpakutō. Nie ma sensu w jej zabijaniu, a Jad Pożeracza się do niczego innego nie nadaje. Ucieczka też będzie mało skuteczna. No i jak teraz z tego wybrnąć?"
Chcąc nie chcąc Elian ruszył do ataku. Jedyne, co mógł zrobić, to sprawić, by kobieta nie była w stanie dłużej walczyć. Pierwszy cios padł z góry. Atak był szybki, Shinigami jedyne, co mogła zrobić to cios zablokować. Żądło Suzumebachi, mimo niewielkich rozmiarów okazało się do tego odpowiednie. Chłopak na tym nie poprzestał. Wykonał szybki piruet, uderzając z prawej. I znów zabrzmiał dźwięk metalu uderzającego o metal, gdyż kapitan po raz kolejny musiała sparować atak. Kolejny obrót i atak z lewej. Ta sama sytuacja. Elian zmuszał ją do blokowania ciosów, dzięki czemu nie była w stanie kontratakować. Próbował zyskać trochę czasu, by móc obmyślić dalszy plan działania. Jednak sztuką jest jednocześnie walczyć i planować dalszą strategię, co chłopak jeszcze do końca nie opanował.
Kolejny cios wyprowadził z dołu. Jednak tym razem ostrze było kilka centymetrów dalej od Shinigami. To pozwoliło jej na unik. Wykonała krok do tyłu, żądło poszło w ruch. Wymierzyła pchnięcie w klatkę piersiową, na linii mostka. Elian nie miał czasu, by unieść miecz. Wyskoczył w górę, zginając nogi. Następnie stanął stopami na wyprostowanej dłoni kobiety. Nie zdążyła nawet poczuć jego ciężaru, chłopak momentalnie skoczył naprzód, wykonując przy tym salto, oraz półobrót wokół własnej osi, dzięki czemu nadal stał twarzą do niej. Elian cofnął się jeszcze kilka kroków.
– Słuchaj, może jednak uda się nam dojść do porozumienia. Jakoś to wyjaśnię…
– Jak niby chcesz usprawiedliwić zabicie tylu ludzi?
– Jeśli tylko dasz mi…
– Rada już podjęła decyzję. Jestem tu, by wykonać wyrok śmierci, twój wyrok. Nie zamierzam słuchać twoich wymówek.
Ruszyła naprzód. Elian postanowił zignorować całkowicie obronę. Gdy tylko kapitan znalazła się odpowiednio blisko, ciął mieczem od dołu. Jednak zdążyła to zauważyć w porę. Używając shunpo zniknęła chłopakowi z oczu.
– Za wolno!
Znów zaatakowała od tyłu. Elian szybko się odwrócił, chcąc zablokować atak. Nie zdążył.
Żądło wbiło się w klatkę piersiową, trafiając lewe płuco. Shinigami po zadaniu ciosu szybko się cofnęła. Rana nie była śmiertelna, choć regenerowała się jakby wolniej, nawet jak na zdolności Çynegí. Istotniejsze było to, co stało się później.
Na ciele chłopaka, w miejscu ukłucia pojawił się znak, przypominający nieco kwiat.
– Nigeki Kessatsu – odrzekła kobieta. – Śmierć w dwóch aktach. W miejscu, w którym użądli cię Suzumebachi pojawia się ten znak. Gdy trafię po raz drugi w to miejsce, zginiesz.
Elian nie był tym zbytnio zaskoczony, właściwie spodziewał się czegoś podobnego po kapitanie. Jednak w tej chwili coś innego zaprzątało mu głowę.
– Nie zdążyłam się przedstawić – kontynuowała. – Naczelny dowódca Onmitsukidō oraz kapitan 2. Oddziału Gotei 13, Suì-Fēng. Osoba, która cię uśmierci.
– Doprawdy?
Nie czuł bólu. Właściwie nic nie czuł. Jedynie krople krwi, wyciekające mu z rany. Nie był przestraszony. Wręcz przeciwnie. Nie bał się, podświadomie wiedział, iż nie ma czego. Nie czuł strachu, lecz… euforię?
– Śmierć w dwóch aktach, tak? Naprawdę, zabrzmiało to tak, jakbyś myślała, że zdołasz mnie trafić po raz drugi, pszczółeczko.
Sam nie do końca już wiedział, co mówi. Mimo całej sytuacji nagle rozluźnił się, posyłając w stronę Suì-Fēng swój morderczy uśmiech.
Kobiecie najwyraźniej nie spodobało się nowe przezwisko.
– Jak mnie nazwałeś?
– Pszczółeczką, pszczółeczko. Jesteś mała, masz żądełko, więc czemu nie? No i do tego dużo brzęczysz. Zabić mnie? Uwierz mi, osób mojego pokroju nie łatwo się jest pozbyć.
Uniósł virdanę, celując krańcem ostrza w kapitan.
– Proponuję mały konkurs w stylu „kto pierwszy". Dokładniej mówiąc…
Skierował klingę w dół, po czym wbił miecz w ziemię.
– Kto pierwszy upuści krwi rywalowi.
Przybrał pozycję bojową, gotowy do walki. Najwyraźniej uznał, iż poradzi sobie bez broni.
Z kolei Suì-Fēng zaskoczyła nagła zmiana nastawienia chłopaka. W jednej chwili robił wszystko, byle tylko uniknąć konfrontacji, teraz nagle sam wręcz ją prowokował do ataku. Mimo wszystko zachowała swój zimny profesjonalizm.
– Nie mam zamiaru bawić się w twoje durne…
Nie dokończyła. Elian dotarł do niej w ułamku sekundy, jego noga już była w powietrzu, wymierzając kopnięcie. Potężne. Kapitan w ostatniej chwili zasłoniła się rękoma. Mimo wszystko, cios odrzucił ją na dobre kilkadziesiąt metrów. Udało jej się jednak uniknąć poważniejszych obrażeń, była tylko lekko poturbowana.
– Nigdy nie opuszczaj gardy! – odrzekł Elian, wciąż pogrążony w euforii. – Nie mogę dać wiary. Żeby dać się tak łatwo zagadać? I to kto? Kapitan Trzynastu Oddziałów Obronnych. Naprawdę, myślałem że stać cię na więcej, a tu takie rozczarowanie… Liczyłem na dużo więcej.
Chłopak całkowicie się zatracił. Wyraźnie chciał ją sprowokować, ale czemu to robił chyba nawet on sam nie wiedział. Jednak chyba mu się to udało.
– Liczyłeś na więcej? – odparła Suì-Fēng. – Niech ci będzie.
Zaczęła emitować swoim Reiatsu. Nie była to jednak zwyczajna energia. Ogromne jej ilości otoczył kobietę, tworząc jasną, świetlistą powłokę. Z racji tego, iż powłoka była mocno skondensowana, energia ulatywała z niej. Wokół Suì-Fēng tańczyły białe błyskawice.
Elian był zszokowany. Jednak nie widokiem tej techniki, która naprawdę wyglądała imponująco, tylko tym…
Że już tą technikę widział. I przede wszystkim, kto jej używał.
– Gdzieś ty się tego nauczyła?
– Nie dane ci będzie się tego dowiedzieć.
Po tych słowach Shinigami ruszyła do ataku. Jakby w ramach odwetu wymierzyła kopnięcie, które Elian również zatrzymał rękoma. I również siła uderzenia, związana najpewniej z tą techniką, której użyła odrzuciła go na znaczną odległość.
Gdy tylko chłopak stanął na nogi, znów ogarnęła go ta niewytłumaczalna euforia. O ile jeszcze przed chwilą wydawało się, że odzyskał zdolność jasnego myślenia, teraz wrócił mu ten entuzjazm, który zdawał się być… niebezpieczny.
Elian po raz kolejny zaczął mówić, a przynajmniej te słowa tylko wychodziły z jego ust.
– Nieważne, skąd znasz tą technikę. Wszak liczy się efekt, a ten mierzy się tylko w jeden sposób.
Suì-Fēng przymierzyła się do kolejnego ciosu. Atak nastąpił z prawej strony chłopaka. Kolec Suzumebachi zbliżał się do celu, kwiecistego znaku na klatce piersiowej Eliana.
Ten jednak zdawał się tym nie przejmować. Uniósł rękę.
– Zwycięstwem – dokończył.
Nagle lasem wstrząsnął potężny podmuch energii, gdy Reiatsu jego i kobiety zderzyły się ze sobą. Żądło zatrzymało się dosłownie milimetr przed jego dłonią. Kapitan szybko się cofnęła. Z kolei chłopak przeszedł do ofensywy.
Jego lewa dłoń już mknęła ku twarzy Suì-Fēng. Uniknęła ciosu bez problemu. Nie miała czasu, by wyprowadzić kontratak, gdyż druga jego pięść pędziła na spotkanie z jej brzuchem. Kobieta zablokowała cios ręką, jednocześnie atakując swoim Zanpakutō. Elian zrobił krok w lewą stronę, po czym szybko się obrócił, atakując szeroko prawą ręką, z otwartej dłoni. Shinigami szybko uniosła dłoń, by zatrzymać atak. Krawędź dłoni chłopaka zetknęła się z żądłem Suzumebachi, pozostawiając niewielkie wyszczerbienie. To zadziwiło kapitan, pozostawienie choćby rysy na Zanpakutō, szczególnie uwolnionym jest nie lada wyczynem, wymagającym sporej ilości Reiatsu. Najwyraźniej na krawędzi dłoni Elian skupił część swojej energii duchowej, tworząc niewidzialne ostrze. Widać było, że tym razem walczył na poważnie.
Chłopak ponownie się obrócił, tym razem wykonując pchnięcie. Celował w serce. Gdyby nie świetlista powłoka, która otoczyła się Suì-Fēng, najpewniej przebiłby się przez jej ciało. Kobieta użyła shunpo, by zajść Eliana od tyłu. Ten jednak szybko się odwrócił. Otwartą dłonią zatrzymał zbliżające się żądło Suzumebachi. Szybko odepchnął jej rękę, drugą dłonią wymierzając kolejne pchnięcie. Shinigami znów zatrzymała atak. Kolejny cios wymierzony lewą ręką również został zablokowany. W tym momencie Elian obrócił się na jednej nodze, drugą z kolei kopiąc wysoko, celując w głowę. Suì-Fēng uniknęła ciosu, schylając się. Miała idealną okazję do wymierzenia kontrataku, prosto w kwiecisty znak. Pchnęła więc swoim Zanpakutō, mając zamiar to zakończyć.
– Nie tym razem, pszczółeczko!
Chłopak wygiął się w bok, unikając kolca, jednocześnie samemu wykonując pchnięcie prawą dłonią, celując w jej twarz. Nie zdążyła wykonać uniku. Świetlista powłoka tym razem nie poskutkowała. Widmowe ostrze musnęło jej policzek, pozostawiając na nim ranę, z której zaczęła wyciekać krew.
Suì-Fēng odruchowo się cofnęła. Elian z kolei był w coraz lepszym humorze.
– No proszę. I kto wygrał nasze małe zawody?
Chłopak coraz bardziej się nakręcał. Nie zdawał już sobie sprawy z tego, że taka euforia w jego przypadku może doprowadzić tylko do jednego…
Białka jego oczu już zaczęły się czerwienić.
– Ta twoja technika jest interesująca, przyznam. Nieważne, kto cię jej uczył, ważne że chyba nie do końca jej opanowałaś. W tej twojej barierze są straszne luki, a oto dowód.
Uniósł prawą rękę. Na jego dłoni widoczne było kilka kropel krwi.
– Co ty na to? Najwyraźniej to do mnie należy pierwsza…
Nagle Elian poczuł się bardzo dziwnie. Czuł jakby… pragnienie.
Spojrzał na swoją prawą dłoń.
– Krew…
Choć było jej niewiele, wyczuł jej ciężki, metaliczny zapach. Powoli zaczął zbliżać dłoń do swoich ust.
Suì-Fēng nie wiedziała, czemu nagle chłopak urwał w pół zdania. Jego zachowanie zaczęło coraz bardziej ją niepokoić. Jak również coraz cięższe, przytłaczające Reiatsu, które z niego wypływało.
Gdy tylko dłoń znalazła się odpowiednio blisko, chłopak musnął lekko językiem palec, na którym znajdowała się krew kobiety.
– Słodkie…
Elian nic więcej już nie pamiętał.
Kobietę Raashí z jakiegoś powodu zaintrygował widok Rukii, stojącej naprzeciw niej z wyciągniętym Zanpakutō.
– Czy ja cię już gdzieś nie widziałam, Shinigami? – zapytała.
Kuchiki nie odpowiedziała na to pytanie.
– Zostaw je w spokoju.
– Zadałam ci pytanie, dziewczyno – odparła kobieta srogim tonem. – Wypadałoby odpowiedzieć.
– Powiedziałam…
Uniosła katanę, szykując się do walki.
– Masz je zostawić w spokoju.
Kobieta obdarzyła dziewczynę uśmiechem, wyglądającym wyjątkowo upiornie.
– Bo co? – spytała hardo. – To są moje ofiary. Nie wydaje mi się, żebyś broniła lwom polować na antylopy. To niczym się nie różni. Czemu więc miałabym przestać?
– Jesteś Raashí?
Nie dziwne, że to właśnie jej przyszło do głowy. Nawet jeśli pierwszy raz miała okazję przyjrzeć się bliżej jednemu z nich, jej wygląd zdecydowanie był osobliwy. Nie mogła być nikim innym. No i tylko oni mają taki pogląd na temat ludzi.
Kobietę z kolei zaciekawił fakt, iż zna jej nazwisko.
– Czyli już nas poznałaś? A ty? Jak się nazywasz? Na to pytanie już chyba możesz odpowiedzieć?
– Kuchiki Rukia, Shinigami.
– Co ty nie powiesz? Kuchiki? Tak, to tłumaczy podobieństwo…
Dziewczynę zdziwiła reakcja kobiety.
– Co masz na myśli?
– Och, nic takiego. Ale skoro faktycznie nazywasz się Kuchiki…
Nagle Raashí ruszyła wprost na Rukię.
– Zabiję cię z jeszcze większą przyjemnością.
Zamachnęła się, chcąc przepołowić dziewczynę. Ta zdołała zablokować cięcie, choć cios był tak potężny, że niewiele brakowało, a klinga rozłupałaby jej czaszkę. Raashí cofnęła miecz, uderzając tym razem z dołu. Ten atak Rukia również zatrzymała, choć również z pewnym trudem.
– Co tak słabo?
Kobieta mocniej pchnęła miecz, wyzwalając przy tym mnóstwo Reiatsu. Energia odrzuciła Kuchiki, unosząc ją w powietrze na dobre kilka metrów. Musiała obrócić się w powietrzu, by uniknąć twardego lądowania.
– Czy wszyscy Shinigami są tacy cherlawi, czy tylko ty tak masz? – spytała kpiąco.
Rukia oczywiście nie odpowiedziała. Nie zraziło to kobiety. Rozłożyła ręce.
– Wobec tego pokażę ci, jak należy walczyć.
Dziewczyna poczuła niewielki impuls energii. W tym samym momencie na rękawach płaszcza kobiety gwałtownie pojawiły się rozdarcia, sięgające do samego kołnierza. Dzięki temu mogła łatwo zdjąć z siebie okrycie wierzchnie. Zaś pod nim…
Raashí nosiła na sobie skórzany pancerz, chroniący jedynie klatkę piersiową. Jej brzuch był całkowicie odsłonięty. Nie posiadał rękawów. Z racji jej kobiecych atrybutów pancerz miał też odpowiedni kształt, jak również niewielką dziurę pośrodku, odsłaniającą nieco dekolt. Nosiła też spodnie, sięgające do kolan, również zrobione ze skórzanych pasów, układających się spiralnie.
Kobieta stanęła w pozycji bojowej.
– Zaczynamy!
Natychmiast pojawiła się przy Rukii, wymierzając pierwszy cios z góry, w głowę. Dziewczyna zatrzymała atak. Choć znała już siłę przeciwnika i mogła się do niej dostosować, to wciąż blokowanie uderzeń mieczem w wykonaniu Raashí było wyjątkowo trudnym zadaniem. Kobieta cofnęła miecz, wykonała krok do tyłu, po czym uderzyła od dołu. Kuchiki próbowała zatrzymać atak, jednak siła ciosu sprawiła, że jej katana z poziomu uniosła się niemal do pionu. Raashí wciąż napierała. Jej klinga, ślizgając się po powierzchni Zanpakutō szybko przesuwała się coraz bardziej w górę, niebezpiecznie zbliżając się do twarzy Rukii. Dziewczyna musiała odchylić głowę w bok, poza zasięg ostrza. Miecz Raashí dotarł do końca ostrza katany, odbijając w prawo. Kobieta chwyciła go oburącz, uderzając z całej siły. Cios był tak potężny, że Rukia, próbując go zablokować straciła równowagę, omal się nie przewracając. Cofnęła się o kilka kroków, starając utrzymać się na nogach. Raashí nie dała jej odetchnąć, atakując po raz kolejny. Obie klingi ponownie starły się ze sobą.
– Co tak kiepsko, Kuchiki? – odrzekła kobieta. – Postaraj się. Niech chociaż twoja śmierć będzie piękna.
Oczywistym jest, iż Raashí zwyczajnie sobie z niej kpi. Jednak w jednym Rukia musiała przyznać rację. Jeśli szybko nie przejmie inicjatywy, może to się dla niej źle skończyć. Zatem postanowiła przejść do ataku.
Kobieta wciąż napierała. Kuchiki zebrała wszystkie siły, by odepchnąć jej miecz. Raashí wydawała się zaskoczona tym ruchem. Z kolei dziewczyna odskoczyła do tyłu na dość znaczną odległość. W walce bezpośredniej nie miała zbyt dużych szans. Sprawy miały się inaczej, jeśli chodzi o Kidō.
Rukia uniosła lewą dłoń, zbierając energię do rzucenia zaklęcia.
– Hadō no 33, Sōkatsui!
W stronę Raashí wystrzelił jasny, błękitny promień. Kobieta nie była w stanie uniknąć ataku. Czy też raczej nie miała takiego zamiaru.
– A więc znów bawimy się w czarodziejkę?
Miecz znów poszedł w ruch. Machnęła nim z dołu tak, że klinga rozcięła wiązkę na dwoje. Kuchiki nie mogła uwierzyć własnym oczom, że w taki sposób przełamała jej zaklęcie. Kobieta nie dała jej jednak czasu, by się nadziwić, ponownie przystępując do ataku. Natychmiast pojawiła się tuż przed dziewczyną. Uderzyła z boku. Rukia szybko uniosła swój miecz, zatrzymując cios. Raashí mocno odepchnęła jej Zanpakutō, przez co dziewczyna stała się podatna na jej kolejny atak. Kobieta zeszła do parteru, wykonując cięcie w nogi. Jedyną możliwą opcją był unik. Rukia wyskoczyła wysoko w górę.
Na to tylko czekała Raashí.
– Teraz moja kolej.
Jej lewa dłoń zajaśniała purpurowym światłem, wokół niej zaczęły sypać fioletowe iskry. Kobieta uniosła rękę, celując w Rukię.
Dłoń zapłonęła. W stronę Kuchiki wystrzelił ognisty pocisk, emitujący jednocześnie wyładowania elektryczne. Poruszał się bardzo szybko, dziewczyna nie miała żadnych szans na unik, czy zablokowanie zaklęcia.
Zniknęła w płomieniach. Widać było jedynie eksplozją purpurowego ognia. Z ognistej kuli strzelały błyskawice.
Po chwili z ognia wyłoniła się Rukia. Nie wyglądała najlepiej. Miała liczne poparzenia na całym ciele, sama siła uderzenia sprawiła, że niemal straciła przytomność. Do tego dochodził fakt, że spadała ona coraz szybciej na ziemię.
Dziewczyna wylądowała na twardym, betonowym chodniku, kilkadziesiąt metrów od Raashí. W powietrze wzbił się obłok kurzu, który całkowicie przesłonił Rukię.
Tymczasem kobieta wszystko obserwowała. Spokojnie czekała, aż Kuchiki spadnie, by móc dokończyć dzieła.
Jednak najwyraźniej coś poszło nie po jej myśli.
– Użyłaś własnego Reiatsu, by osłabić siłę uderzenia… – zauważyła. – Bez sensu. Po co tak kurczowo trzymasz się życia, skoro wynik już jest przesądzony?
Zaczęła powoli podchodzić do Rukii.
– Naprawdę sądziłam, że kogoś twojego pokroju stać na więcej. Cóż, widać nie można mieć wszystkiego…
– Tańcz, Sode no Shirayuki!
Dym rozwiał się, ukazując Rukię gotową do walki oraz jej uwolnione Zanpakutō w pełnej krasie. Całość, zarówno ostrze, tsuba jak i rękojeść stały się śnieżnobiałe. Tsuba przybrała kształt okrągłego płatka śniegu. Dodatkowo do końca rękojeści przymocowana była długa wstęga, faliście powiewająca z każdym ruchem miecza.
Raashí zdawała się zaskoczona tym widokiem. Głupotą byłoby, gdyby Kuchiki nie skorzystała ze zdezorientowania swojego przeciwnika.
Wokół niej powstał świetlisty krąg. Rukia końcem ostrza przebiła ziemię przed sobą, czterokrotnie, na kształt półokręgu. Z nacięć zaczęły wydobywać się lodowe cząsteczki, które zaczęły wznosić się w górę. Dziewczyna przybrała pozycję do walki, ostrzem miecza celując w kobietę.
– Tsugi no Mai, Hakuren!
Cząsteczki złączyły się z krańcem ostrza. Po chwili wystrzeliła z niego fala mroźnego powietrza, zamrażająca wszystko, z czym ma kontakt. Raashí nie zdołała uniknąć uderzenia. Uniosła jedynie miecz, chcąc się osłonić. Bezskutecznie.
Kobieta została zamknięta w lodowej bryle.
Ten atak zdaje się mocno nadszarpnął siły Rukii, zwłaszcza że chwilę temu sama również mocno oberwała. Stała więc zdyszana, przyglądając się swojemu dziełu.
– Udało się?
Brak reakcji ze strony zamrożonej kobiety potwierdzał to. Skoro więc udało się powstrzymać przeciwnika, Rukia postanowiła zająć się rannymi dziewczynami. Skierowała się w ich stronę, jednak…
– A dokąd to?
Kuchiki odwróciła się. Lodowa bryła zaczęła pękać. Po kilku sekundach rozpadła się całkowicie, a Raashí wydostała się z niej bez najmniejszego szwanku.
– Widać miałaś jeszcze jakiegoś asa w rękawie – odrzekła kobieta. – Sode no Shirayuki, prawda? Tak się nazywa najpiękniejszy spośród Zanpakutō. Phi! Jak dla mnie miecz jest piękny tylko dzięki swojej użyteczności. Zaś ona – uniosła swój miecz – udowodni ci to.
Trwało to ułamek sekundy, mniej niż pół mrugnięcia okiem. Tak szybko, że Rukia przez chwilę nawet nic nie poczuła. Dopiero po chwili zorientowała się, co się stało.
Raashí natychmiast pojawiła się przed nią, przebijając klingą jej lewy bok. Po chwili cofnęła się na odległość kilku kroków. Dziewczynę przeszył na wskroś potworny ból, Kuchiki omal nie upadła. Z rany zaczęła sączyć się krew.
Kobieta stała przed Rukią, ze swym demonicznym uśmieszkiem. Była wyraźnie usatysfakcjonowana z tego, co zrobiła.
– Nie bój się, ominęłam ważniejsze organy. Nie zginiesz od tego. Przynajmniej na razie.
Uniosła ostrze, na którym wciąż była krew.
– Zdaje się, iż nie przedstawiłyśmy się. Nazywam się Raashí Kirke. A to jest moja partnerka.
Ułożyła miecz naprzeciw siebie. Kryształ umieszczony w jelcu zaczął emanować jasnym, purpurowym światłem.
– Bądź nienasycona, Saarkoma!
Po tych słowach również i ostrze Kaago (którym miecz niewątpliwie był) zaczęło świecić. Zaczęło całkowicie zmieniać swoją formę. Kryształ znajdował się teraz nieco wyżej, nachodząc częściowo na ostrze. Z kolei klinga zaczęła się rozdzielać na dwoje, od czubka do miejsca, gdzie znajdował się klejnot. Po chwili przybrała już ostateczny kształt, a purpurowe światło znikło.
Ostrze przybrało kształt litery 'Y' z purpurowym kryształem na środku. Było całkowicie stępione, brzegi zupełnie nie nadawały się do zadawania jakichkolwiek obrażeń. Najważniejszą częścią Kaago były owe dwa rozgałęzienia, końce ich były idealnie ostre, by móc bez problemów wbić się w ofiarę. Na wewnętrznych stronach kling znajdowały się po cztery długie, przypominające zęby kolce. Całość kształtem przypominała paszczę. Z obu stron klingi znajdowały się wyżłobienia, koloru jasnego fioletu. Jelec w kształcie sierpa pozostał.
– Saarkoma jest wyjątkowo kapryśna – odparła Raashí. – Nie uwolni się, jeśli nie uzna tego za stosowne. Najpierw musi poznać przeciwnika. Nie chce walczyć z byle kim. Więc zanim ją uwolniłam, musiałam złożyć pewną ofiarę, z twojej krwi. Najwyraźniej uznała, że jesteś godna uwagi. Ja zresztą też, skoro jeszcze trzymasz się na nogach.
Kirke przybrała pozycję do walki.
– Zacznijmy łowy.
Ruszyła do ataku. Rukia odzyskała już nieco siły, choć nie na tyle, by wytrzymać kolejną wymianę ciosów. Musiała szybko coś wymyśleć, zanim kobieta trafi ją ponownie, tym razem już śmiertelnie.
Styl walki Raashí zdecydowanie się zmienił, ze względu na nową formę miecza. Walczyła przede wszystkim jednorącz, co miało znaczny wpływ na siłę ciosów, na szczęście dla Rukii. Poza tym Kaago nie miało ostrza, przez co Kirke musiała skupić się głównie na pchnięciach.
Pierwszy atak celował w brzuch. Kuchiki cofnęła się o krok, by uniknąć ciosu. Raashí uderzyła po raz kolejny, tym razem celując w szyję, chcąc najpewniej uwięzić dziewczynę wewnątrz rozgałęzienia. Rukia szybko uskoczyła w bok. Kirke zaatakowała końcem jednego z ostrzy, wymierzając cios z prawej. Dziewczyna tym razem zablokowała uderzenie. Na to właśnie czekała Kirke.
Zarówno z tsuby Sode no Shirayuki, jak i z klejnotu Saarkomy zaczęło wydzielać się Reiatsu, purpurowej barwy. Dla Rukii było to niepokojące, zaś Raashí najwyraźniej miała wszystko pod kontrolą. Obie nici energii zaczęły zbliżać się ku sobie. Dziewczyna zaczęła czuć się z sekundy na sekundę coraz słabiej. Nie potrafiła tego wyjaśnić, jedyne co mogła zrobić, to oddalić się jak najszybciej, co też zrobiła.
Wycofała się na bezpieczną odległość, by móc spokojnie przemyśleć sytuację.
„Nie wygląda to najlepiej. Jestem już na skraju wyczerpania, podczas gdy ona jest w pełni sił. Nawet Hakuren nie zrobił na niej większego wrażenia. I ten jej Kaago… Co to była za technika?"
– Może już wystarczy tego dumania?
Ruszyła na dziewczynę. Ponownie skierowała Saarkomę w stronę jej szyi. Kuchiki instynktownie uniosła Zanpakutō, by zatrzymać cios. Ostrze znalazło się wewnątrz „paszczy" Kaago.
– Duży błąd!
Kirke gwałtownie obróciła miecz wokół jego osi. Klinga Sode no Shirayuki złamała się. Jakiekolwiek uszkodzenie klingi Zanpakutō jest wyjątkowo trudne, wymaga ono bardzo dużych pokładów Reiatsu. Jednak Kirke zrobiła to, jakby łamała w dłoni patyk.
Rukia była tym zszokowana. Nie była w stanie uwierzyć swoim oczom. Stała w osłupieniu, dopóki nie otrzeźwił jej kolejny cios. Raashí cofnęła klingą Kaago, wymierzając jednocześnie kopnięcie w brzuch. Kuchiki poleciała w powietrze, twardo lądując na ziemi kilkanaście metrów dalej.
– Chyba mamy mały problem, czyż nie? – szydziła kobieta. – Shinigami bez swojego Zanpakutō nie ma zbyt wielkich szans.
Dziewczyna szybko podniosła się z ziemi, w dłoni trzymając złamaną klingę.
– Ciekawa jestem, co niby teraz zrobisz, Kuchiki. No? Aż jestem ciekawa.
Kirke o dziwo stała spokojnie i czekała, jakby Rukia nie stanowiła dla niej żadnego zagrożenia.
Grzechem byłoby nie skorzystać.
– Bakudō no 61, Rikujōkōrō!
Wokół Raashí pojawiło się sześć żółtych, świetlistych prętów, które ruszyły w jej stronę, oplątując ją wokół brzucha. Kobieta nie mogła się poruszyć, nie mogła drgnąć choćby palcem.
– Co ty sobie wy…
Taktyka Rukii była prosta. Zebrać wszystkie siły, jakimi dysponowała, by wykończyć Kirke jednym, zabójczym atakiem.
Raashí nie miała zamiaru czekać na cios. Po raz pierwszy od czasu trwania pojedynku rzeczywiście poczuła się zagrożona. W tej chwili Kuchiki jest bardzo zdeterminowana. Użyje wszelkich środków, by pokonać przeciwnika, bez względu na cenę jaką przyjdzie jej zapłacić.
– Myślisz, że mnie tym zatrzymasz?
Z sześciu prętów Rikujōkōrō zaczęła sączyć się purpurowa energia, łącząc się z Saarkomą. Najwyraźniej w jakiś sposób osłabiało to działanie zaklęcia, kobieta powoli odzyskiwała możność poruszania się. Więc Rukia musiała działać szybko.
Dziewczyna zaczęła zbierać energię do rzucenia zaklęcia, wymawiając inkantację.
– Ty, który nosisz ludzkie imię i maskę z ciała i krwi! Który przybywasz pośród trzepotu skrzydeł! Wyryj znak Bliźniaczego Lotosu na ścianie błękitnego ognia! Czekaj otchłani wielkiego płomienia, szybując po odległym niebie!
Skupiła całą energię w dłoniach, szykując się do uderzenia.
– Hadō no 73, Sōren Sōkatsui!
Dwa niszczycielskie, jasnobłękitne promienie wystrzeliły, kierując się w stronę Kirke, która wciąż próbowała przełamać urok. Nie zdążyła.
Zaklęcie trafiło dokładnie w nią. Okolicą wstrząsnęła potężna eksplozja. Kobieta zniknęła w chmurze dymu. Obłok nie rozwiewał się przez dość długi czas. Raashí do tej pory nie wyszła z niego. Plan najwyraźniej zadziałał.
Rukia jednak zapłaciła za to wysoką cenę. Ostatnie dwa zaklęcia wysokiego poziomu niemal całkowicie wyczerpały jej pokłady Reiatsu. Dziewczyna ledwie mogła ustać na nogach, oddychała bardzo ciężko. Jednak jedynie świadomość, że zwyciężyła sprawiał, iż nadal była przytomna.
Sukces był tylko chwilowy.
Z dymu wystrzelił pocisk purpurowego ognia. Kuchiki w tym stanie nie mogła się nawet poruszyć, nie mówiąc już o uchyleniu się przed nim. Poczuła silne uderzenie w klatkę piersiową. Energia zaklęcia odrzuciła ją na pobliskie drzewo. Po zderzeniu się z pniem dziewczyna osunęła się na ziemię, upadając na kolana.
– Suko…
Z chmury dymu wydostała się Kirke, która również nie była w najlepszym stanie. Na całym ciele miała liczne poparzenia, drugiego a nawet trzeciego stopnia. Prawa strona jej twarzy była całkowicie zwęglona. Gdyby nie wytrzymałość, jaką posiadają Raashí, Sōren Sōkatsui najpewniej by ją zabiło.
Kobieta była wściekła. Nie tyle na siebie, że dała się tak urządzić, co bardziej na Rukię.
– Za kogo ty się uważasz?! Kim ty jesteś, że pozwalasz sobie na coś takiego?!
Natychmiast pojawiła się przy Kuchiki, chwytając ją za szyję. Uniosła ją wysoko w górę.
– Myślałaś, że taki cherlaczek jak ty ma ze mną jakiekolwiek szanse? Ha! Widocznie jesteś głupsza, niż na to wyglądasz. Może i mnie zaskoczyłaś, ale tak mizernymi technikami nie zdołasz mnie zabić. Zresztą… chyba osiągnęłaś szczyt swoich możliwości. To już koniec twoich podrygów. Czas najwyższy to zakończyć.
Przygwoździła Rukię do drzewa Saarkomą, zamykając ją w paszczy miecza. Kolce wbiły się w jej brzuch. Dziewczyna nawet tego nie poczuła, była prawie nieprzytomna.
Kirke puściła jej szyję, obiema dłońmi chwytając za rękojeść. Kryształ zajaśniał. W miejscach, gdzie kolce przebiły ciało zaczęła uchodzić energia duchowa, która zaczęła się gromadzić w wyżłobieniach ostrzy. Stamtąd wędrowała do rdzenia Kaago, kryształu. Saarkoma poczęła świecić jasną purpurą.
Rukia znów gwałtownie zaczęła tracić siły. Wiedziała już, że Kirke wysysa jej Reiatsu, choć teraz nie miało to już żadnego znaczenia. Nie mogła nic z tym zrobić. Poddała się. Pozostało już jej tylko czekać na śmierć.
– Nie bierz tego do siebie, Kuchiki – odrzekła Kirke. – Taka jest naturalna kolej rzeczy. Ofiara ginie z ręki drapieżnika. Magiczny krąg życia…
Nagle Raashí poczuła lekkie drgnięcie energii. Spojrzała w bok.
Orihime zaczęła odzyskiwać przytomność. Powoli otwierała oczy.
– Prawie bym zapomniała o twoich przyjaciółkach – obróciła się w stronę Rukii. – Nie martw się, na nie również przyjdzie pora. Jak tylko z tobą skończę, zajmę się nimi. Nie martw się, potraktuję je bardziej łagodnie od ciebie.
Po tych słowach w Rukię wstąpiła jakaś nowa, nieznana siła. Gdy tylko dotarło do niej, co chce zrobić Kirke, natychmiast się obudziła.
Próbowała się opierać mocy Saarkomy i o dziwo udawało jej się to. Energia przestała nagle płynąć. Raashí była tym zadziwiona.
– Co się…
– Nawet… nie waż… się… tknąć…
Te słowa wyraźnie rozbawiły Kirke.
– Bo co?! Nie zdajesz sobie z tego, jakiej jesteś sytuacji? To ja tutaj rozdaję karty. Co niby chcesz zrobić?
Owszem sytuacja wyglądała beznadziejnie, ale Rukia wciąż jeszcze miała asa w rękawie.
Uniosła Sode no Shirayuki, której przez cały ten czas nie wypuściła z ręki nawet na chwilę, złamaną klingę celując w serce kobiety.
– S… San no Mai…
Powietrze wokół niej stawało się coraz chłodniejsze. Nie uszło to uwadze Kirke, którą wyraźnie to zaskoczyło. Nim zauważyła, co się dzieje było już za późno.
– Shirafune.
Białe ostrze zaczęło się odnawiać. Po chwili odzyskało swój pierwotny kształt. Jednak to nie wszystko.
Klinga, skierowana wówczas w Kirke przebiła jej serce. Ten atak okazał się najskuteczniejszy ze wszystkich.
– Co ty… Co ty zrobiłaś…
Na twarzy kobiety widoczne było przerażenie. Powoli i ona zaczęła tracić siły. Chłód, który zaczęła odczuwać nie miał nic wspólnego z Sode no Shirayuki. Na karku poczuła oddech śmierci, czekającej by ją zabrać ze sobą.
Rukia spojrzała prosto w czerwone oczy Kirke.
– Mówiłam ci… – odrzekła. – Masz zostawić je w spokoju. Nie obchodzi mnie, co ze mną zrobisz, nie pozwolę ci skrzywdzić moich przyjaciół.
Rana, w której wciąż tkwiło ostrze zaczęła zamarzać. Tak samo działo się z samą Raashí.
– Nie masz prawa! – krzyknęła. – Człowiek nie ma prawa mnie zabić! Słyszysz mnie?! SŁYSZYSZ?! NIE MOŻESZ MNIE ZABIĆ!
Kobieta powoli zmieniała się w lodową bryłę. Nie mogła już nic zrobić, jedynie bezsilnie czekać na koniec.
– Żegnaj, Raashí Kirke.
Zamarzła całkowicie. Nie było już dla niej ratunku. Krew zakrzepła jej w żyłach, lód uniemożliwiał jej regenerację. Z początku czuła potworny mróz, teraz nie czuła już nic.
Taki oto był jej koniec.
Choć Rukii udało się zwyciężyć, zapłaciła za to ogromną cenę. Była już na granicy życia i śmierci. Straciła niemal całe Reiatsu, rany nie goiły się. Dziewczyna zaczynała odpływać.
Klinga Saarkomy również zaczęła zamarzać. Po chwili rozpadła się na maleńkie kawałki lodu. Kuchiki upadła na ziemię. Nie była w stanie już się podnieść. Straciła przytomność.
Niemal w tym samym czasie obudziła się Orihime. Nie była ranna, poza bólem z tyłu głowy nic innego jej nie dolegało.
– Co się… stało?
Podniosła się, rozglądając się po okolicy. Nie od razu przypomniała sobie, co wydarzyło się wcześniej. Dopiero widok pobojowiska, jakie pozostało po walce, uświadomił to jej.
Nagle zamarła przerażona, czując powoli gasnące źródło Reiatsu. Odwróciła się w tamtą stronę. Ujrzała Raashí Kirke, zmienioną w bryłę lodu oraz Rukię, którą z sekundy na sekundę opuszczały ostatnie siły, trzymające ją przy życiu.
– Kuchiki-san!
Inoue natychmiast zerwała się, by jej pomóc. Nie zdążyła.
Potężna fala przytłaczającego Reiatsu ogarnęła cały park. Mimo iż jego źródło zdawało się dość odległe, energia nadal była na tyle silna, by ściąć dziewczynę z nóg. Uderzenie było tak potężne, że sekundę później ponownie straciła przytomność.
Elian miał nadzieję, że to minęło, że już nie spotka to go ani razu. Mylił się.
Ten atak różnił się od tego w sklepie Urahary. Tym razem nie ograniczała go cielesna powłoka, więc energia jaką wyzwolił tym razem była wielokrotnie większa. Eksplozja, jaka powstała wypaliła całą roślinność, jaka znajdowała się na polanie, fala uderzeniowa położyła wszystkie drzewa w promieniu stu metrów.
Suì-Fēng szybko wycofała się na bezpieczną odległość, by uniknąć niszczycielskiej fali. Była całkowicie zdezorientowana, nie faktem, iż jakakolwiek żywa istota może posiadać tak wielkie pokłady Reiatsu. Bardziej tym, co dzieje się z samym chłopakiem.
„Co tu się dzieje? Z jednej strony zachowuje się, jakby nie miał zamiaru ze mną walczyć, z drugiej wyraźnie się ze mną bawi. Co z nim jest nie tak? Coś sprawuje nad nim kontrolę?"
Nie pomyliła się zbytnio. Elian już całkowicie stracił nad sobą panowanie.
Fala zniknęła, jednak chłopak nadal był otoczony częścią swojego Reiatsu. Suì-Fēng mogła ujrzeć go w pełnej krasie, z jego przezroczystą skórą, rozpostartymi wyrostkami na plecach oraz nabiegłymi krwistą czerwienią oczyma.
Na twarzy Çynegí widoczny był uśmiech, demoniczny i szeroki ponad wszelką miarę.
– Kto by się spodziewał, że masz takie ukryte walory – odrzekł chłopak. – Ciekawe, czy reszta ciebie smakuje równie wybornie. Chcę więcej. Więcej twojego miodku, pszczółeczko.
Ruszył do ataku na kapitan.
– Więcej soku z twoich żył, Suì-Fēng!
Elian coraz bardziej przyspieszał. Nacierał z taką mocą, iż frontalne uderzenie dla kobiety skończyłoby się źle. W pewnym momencie już nie biegł, tylko leciał, niczym pocisk w jej stronę. Jedyne, co mogła zrobić to szybko uskoczyć w bok.
– Za wolno!
Najwyraźniej to przewidział. Gdy tylko zrównał się z Suì-Fēng obrócił się w powietrzu. Wymierzył potężne kopnięcie w jej brzuch. Nie zdołała zatrzymać tego ciosu. Uderzenie odrzuciło ją z taką mocą, że nawet drzewa nie zatrzymały jej w locie. Przebijała się przez nie, jeden za drugim, dopóki nie wyhamowała. Wylądowała twardo na ziemi. Ból towarzyszący uderzeniu o twardą ziemię omal nie pozbawił jej świadomości.
Sytuacja była zła. Kapitan najszybciej jak mogła podniosła się z ziemi. Elian już zbliżał się do niej.
– Tylko nie mów, że się mnie przestraszyłaś – odparł z nutą ironii. – Czyżbym był aż tak przerażający?
Elian niemal z prędkością światła pojawił się przed nią. Złożył dłoń w pięść, uderzając z całej siły w brzuch. Cios wyniósł Suì-Fēng wysoko w powietrze. Çynegí ruszył za nią. Kobieta nie mogła się ruszyć, nie była w stanie zareagować w żaden sposób.
Nim zaczęła opadać, chłopak pojawił się tuż nad nią.
– I bomba!
Kolejnym kopnięciem wystrzelił kapitan w dół. Trwało to mniej niż sekunda, nim ponownie uderzyła w ziemię, z ogromną siłą. W ustach poczuła smak krwi. Swojej krwi. W momencie uderzenia złamała kilka żeber, które dodatkowo przebiły jej płuca. Każdy oddech sprawiał jej ból. Nie mogła się ruszyć. Pozostało jej już tylko czekać na to, co będzie dalej.
– Czym… on…
Nie dokończyła. Elian natychmiast pojawił się przy niej. Prawą nogą wgniótł Suì-Fēng w ziemię. Kobieta wydała z siebie jęk bólu.
– Boli, prawda? – spytał głosem, którego nie powstydziłby się sam diabeł. – Tak, życie często boli. A kiedy nie boli, znaczy to że się po prostu nie żyje. Czyż nie?
Elian najwyraźniej czekał na jej odpowiedź. Kobieta jednak nie była w stanie wykrztusić z siebie ani słowa.
– Czyż nie?!
Çynegí jeszcze mocniej przygniótł ją, miażdżąc jej klatkę piersiową. Nie wytrzymała. Wrzasnęła głośno, pomimo tego, że opuściły ją wszystkie siły, jakby to zmniejszyło jej cierpienie.
Chłopak w odpowiedzi na jej krzyk uśmiechnął się złowrogo.
– Lepiej był tego nie ujął. Cóż… – Zbliżył swoją twarz do jej twarzy. – Mamusia mówiła, by nie bawić się jedzeniem. Więc może to zakończymy, zgoda?
Nie czekał na odpowiedź. Otworzył usta, ukazując wszystkie ostrze jak brzytwy zębiska, odsłaniając swoje cztery długie jadowe kły.
– Smacznego…
Miał zamiar ukąsić ją w szyję, miażdżąc krtań, jak drapieżnik, chcący zadusić swoją ofiarę. Jednak…
„ANI MI SIĘ WAŻ!"
Nagle zatrzymał się. Nie ruszał się, jakby zamienił się w posąg. Elianowi udało się odzyskać świadomość oraz kontrolę nad ciałem. Częściowo, jednak wystarczająco, by się powstrzymać. Skóra powoli znów odzyskiwała swój kolor, oczy ponownie stawały się białe. Źrenice rozszerzyły się do granic możliwości, przysłaniając niemal całą tęczówkę.
Nagle Elian zachwiał się i upadł na bok. On również toczył walkę, wewnętrzną bitwę ze swoimi instynktami. Zwyciężył, choć kosztowało go to wszystkie siły, jakie tylko mógł zebrać. Stracił przytomność.
Suì-Fēng przestała myśleć racjonalnie. Gdy tylko Çynegí padł na ziemię, instynkt wziął w niej górę. Chciała jak najszybciej odsunąć się od niego, byle najdalej. Tylko adrenalina sprawiała, że mimo bólu mogła się poruszać. Gdy tylko oddaliła się na bezpieczną dla niej odległość, starała się ochłonąć i na spokojnie przemyśleć to, co zaszło. Pierwsze, co przyszło jej do głowy to jedno słowo…
„Żyję…"
Kobieta podniosła się z ziemi, choć sprawiło to jej dużą trudność. Spojrzała w stronę Eliana, upewniając się, iż na pewno jest nieprzytomny. Chłopak wciąż się nie ruszał, oczy miał szeroko otwarte, usta również. Wyglądał jakby nie żył.
– Co to, do cholery było?
– Pani kapitan!
Do Suì-Fēng dołączyli Shinigami z jej oddziału, na których zaklęcie Eliana najwyraźniej przestało już działać.
– Wszystko w porządku? – spytał jeden z nich.
– Nic mi nie jest.
W tym właśnie momencie poczuła silny ból w klatce piersiowej. Zapewne upadłaby na ziemię, gdyby dwójka jej podwładnych nie zareagowała. Szybko ją chwycili, dzięki czemu mogła odzyskać równowagę.
– Na pewno wszystko…
– To nic, przeżyję.
– Ale…
– Powiedziałam! – ucięła stanowczo.
Nie chciała, by ktokolwiek się o nią zamartwiał. I tak nie mogła sobie wybaczyć poprzedniej chwili słabości. Jest kapitanem Trzynastu Oddziałów Obronnych, nie może okazywać strachu, zwątpienia, czy słabości.
– Kapitan Suì-Fēng.
Jeden z Shinigami stał nad nieprzytomnym chłopakiem, z wyciągniętym mieczem skierowanym w jego stronę.
– Czy mam go wykończyć?
Czekał na jej polecenie. Choć kobieta całym swym sercem była za tym, by się go w końcu pozbyć, musiała też wziąć pod uwagę inne, ważniejsze okoliczności.
– Nie. Zabierzemy go do Seireitei.
Wszystkich zaszokowała ta decyzja.
– Pani kapitan, przecież on jest zbyt nie… – próbował polemizować jeden z Shinigami.
– Wiem, że jest niebezpieczny! – przerwała Suì-Fēng, głosem nie uznającym sprzeciwu. – Jednak musimy mieć na względzie to, co dzieje się teraz w Społeczeństwie Dusz. Ten chłopak przypomina mordercę, którego widziano ostatnio w Rukongai. Może i on jest nieuchwytny, jednak ten chłopak… Niewykluczone, że jest z nimi związany. W tej sytuacji to Rada musi zdecydować, co z nim zrobić.
Nikt nie odważył się sprzeciwić.
– Wracajmy zatem.
– Tak jest!
Orihime nagle się zerwała. Pamiętała wszystko, co się wydarzyło w parku. Rozejrzała się po okolicy, z tym że…
Nie była już w parku. Była w pokoju o typowo japońskim wystroju. Od razu zrozumiała, gdzie się znajduje.
– Obudziłaś się, Orihime-dono.
Drzwi rozsunęły się, do środka wszedł Tessai.
– Jak się czujesz? – spytał.
– Dobrze, dziękuję – odparła. – Co się właściwie stało? Poczułam nagle uderzenie czyjegoś Reiatsu i…
– Pozwól zatem, że ci wyjaśnię, Inoue-san.
Za plecami Tessaia pojawił się Urahara Kisuke.
– Tessai-san, mógłbyś zostawić nas samych?
– Oczywiście, szefie. Sprawdzę tymczasem, jak się ma Kuchiki-dono.
Mężczyzna oddalił się. Orihime w międzyczasie analizowała jego ostatnie słowa.
– Kuchiki… Ach! Gdzie jest Kuchiki-san, co się z nią stało, jest bez…
– Spokojnie, spokojnie, nic jej nie jest – Kisuke powstrzymał dziewczynę, strzelającą słowami jak z karabinu. – Leży w pokoju obok i odpoczywa. Odpowiadając na twoje kolejne pytania, z Arisawą-san również wszystko w porządku. Śpi w swoim domu, gdy się obudzi nie będzie niczego pamiętać.
Najwyraźniej udało mu się ją uspokoić.
– Jednak w tej chwili nie martwiłbym się o Kuchiki-san, a o kogoś innego – dodał Urahara.
Z początku Orihime nie wiedziała, kogo miał na myśli. Dopiero po chwili zrozumiała.
– Tamto Reiatsu… To był Ahage-kun?
– Zgadza się. Chyba nikt się nie spodziewał, że po tak długim czasie to znów się wydarzy.
– Co teraz z nim będzie?
– Tego nie wiem. Yoruichi-san jest w tej chwili w drodze do niego. Musimy czekać na rozwój wypadków.
Yoruichi tymczasem pędziła przez las. Gdy tylko wyczuła Reiatsu Eliana natychmiast ruszyła w jego stronę. Interesował ją powód, dla którego miałby kolejny raz wpaść w szał. „Najbardziej prawdopodobnym jest to, że spotkał jakiegoś Raashí. To nie wróży najlepiej. Jedyne, co mogę zrobić, to dotrzeć tam jak najszybciej się da."
Nagle, pojawiając się znikąd jakaś osoba zagrodziła Yoruichi drogę. Zatrzymała się, by dokładniej się przyjrzeć, choć i bez tego wiedziała już, z kim ma do czynienia.
Przed kobietą stał średniego wzrostu mężczyzna odziany w długi, czarny płaszcz. Miał długie, sięgające do ramion brązowe włosy oraz szarego koloru oczy o pionowych źrenicach. To oraz jego wyjątkowo blada cera wystarczyły, by kobieta wiedziała, iż stoi przed nią jeden z Raashí.
Nagle mężczyzna odezwał się.
– Nie mogę pozwolić ci przejść, Shihōin Yoruichi.
Kobieta była nieco zaskoczona faktem, iż wiedział kim ona jest.
– Tak, znam twoje imię i nie tylko – odrzekł jakby w odpowiedzi. – Doskonale wiem, z kim mam do czynienia, dlatego właśnie mnie wybrano do tego zadania.
– Jakiego zadania? – spytała Yoruichi.
Mężczyzna jakby nie słyszał tego pytania.
– Zanim zaczniemy, wypada się przedstawić – kontynuował. – Nazywam się Raashí Karavu. Twój nowy przeciwnik.
Szybkim ruchem zrzucił z siebie płaszcz. Nie zdążył nawet opaść na ziemię, gdy ruszył do ataku. Ułamek sekundy później był już przy Yoruichi, atakując z boku, bardzo wysokim kopnięciem. Kobieta zareagowała natychmiast, ręką blokując uderzenie. Karavu zatrzymał się przez chwilę w tej pozie, z jedną nogą wysoko w powietrzu.
– Doskonały refleks – odrzekł. – Tego należało się spodziewać po mistrzyni.
Szybko odskoczył, by nie narazić się na kontratak.
Raashí pod płaszczem skrywał brunatny pancerz, zbudowany ze skórzanych pasów. Zakrywał on tylko i wyłącznie klatkę piersiową. Miał też na sobie obcisłe spodnie, również ze skórzanych pasów, nogawki sięgały do kolan. Charakterystycznie u niego były przede wszystkim ręce, od przedramion do śródręcza, oraz pomiędzy palcami owinięte bandażami.
Karavu zaatakował ponownie, celując pięścią w brzuch. Yoruichi zatrzymała atak dłonią. Miała okazję do kontruderzenia, jednak Raashí jej na to nie pozwolił. Szybko cofnął rękę i wykonał półobrót, wymierzając kolejne kopnięcie. Kobieta znów musiała zablokować cios. Znów miała możliwość kontrataku, z którego skorzystała, drugą dłonią wymierzając cios w jego klatkę piersiową. Zdawało się, że Karavu nie ma szans na zatrzymanie ataku. Jednak ten zrobił coś, co wydawało się niewykonalne. Szybko cofnął nogę i wykonał unik, wychylając się tak, że tors oraz noga znajdowała się w linii poziomej, stojąc jedynie na drugiej kończynie. W tej pozycji obrócił się, po chwili podniósł się i wciąż z wyprostowaną tą samą nogą próbował podciąć Yoruichi. Kobieta nie straciła czujności. Wyskoczyła w powietrze, wymierzając potężnego kopniaka. Mężczyzna nie uniknąć tego ciosu. Uderzenie odrzuciło go daleko w tył. Karavu próbował się pozbierać, jednak przerwał mu następny atak. Kolejne kopnięcie przygwoździło go do ziemi. Raashí zniknął w obłoku kurzu i pyłu.
Po tym ataku Yoruichi wycofała się. Ten atak z pewnością nie wystarczył, by go pokonać, czy choćby oszołomić. Cofnęła się, nie dając mu szansy na kontratak. Musiała zachować najwyższą czujność. Karavu po chwili wydostał się z chmury dymu. Nie wyglądał na rannego.
– Mój błąd, odsłoniłem się – odrzekł ze stoickim spokojem. – Nie powinienem się ograniczać w walce z tobą. Drugi raz tego błędu nie popełnię.
Stanął w pozycji do walki.
– Zobaczmy zatem, jak szybka jesteś, Shunshin.
Nagle zniknął, pojawiając się momentalnie przed Yoruichi, atakując tym razem z otwartej dłoni, ułożonej w jednej linii z przedramieniem, jakby zamiast tej ręki miał miecz. Celował w serce. Nim dłoń dosięgła celu, kobieta zniknęła mu z oczu. Karavu spodziewał się ataku z tyłu. Nie pomylił się. Ręką zatrzymał jej nogę, zmierzającą w stronę jego głowy. Następnie zniknął po raz kolejny. Yoruichi czekała, aż się ujawni. Pojawił się nad nią, z dłonią gotową do zadania ciosu. Zanim wylądował, już jej tam nie było. Raashí ponownie zniknął w chmurze pyłu. Dla kobiety nie było to dogodne, nie widzieć swojego przeciwnika. Zanim dobrze wylądowała na nogach, Karavu już był za nią. Wymierzył kolejny cios w serce. Ten atak wymusił na Yoruichi szybkie wycofanie się. Po chwili była kilka metrów od Raashí.
– Mam wrażenie, że z jakiegoś powodu się oszczędzasz – odrzekł Karavu. – Czyżbyś nie uważała mnie za godnego walki z tobą? Chyba będę musiał ci udowodnić, że jest inaczej.
Yoruichi wyczuła lekkie drgania energii. Źródłem był Raashí, co wydawało się niepokojące. Mężczyzna nie ruszał się, najwyraźniej czekając na dogodny moment.
Dłoń Karavu przeszyła jej serce. Nagle, bez żadnego ostrzeżenia Raashí pojawił się tuż za nią. Ułamek sekundy zaważył o wyniku tego pojedynku. Cios bez wątpienia był śmiertelny.
– Jaka jest twoja odpowiedź, Yoruichi-sama?
Nagle kobieta zniknęła. Tak po prostu, choć wydawało się, iż był to koniec. Karavu był tym faktem zaskoczony, choć tylko przez chwilę. Doskonale wiedział, co się stało.
– Utsusemi – oznajmił. – Nie mylę się?
Odwrócił się. Za nim stała Yoruichi, cała i zdrowa. Gdyby nie jej szybka, niemal natychmiastowa reakcja, nadal stałaby tam, gdzie wcześniej. Uniknęła ataku w ostatniej chwili.
– Technika, pozwalająca na wykonanie pojedynczego ruchu, tak szybkiego, iż użytkownik pozostawia za sobą powidok – wyjaśnił Raashí. – Najbardziej zaawansowana technika Hohō.
– Muszę pogratulować ci wiedzy – odrzekła Yoruichi.
– Dziękuję. Jak widzisz odrobiłem pracę domową.
– W istocie. Jednakże…
Cofnęła jedną nogę, szykując się do ataku.
– Praktyka zazwyczaj wypiera teorię.
Ruszyła. Natychmiast znalazła się przy Karavu. Mężczyzna jedyne, co mógł zrobić, to uniknąć ciosu. Odsunął się na bok, unikając jej pięści. Yoruichi szybko się odwróciła, wymierzając wysokie kopnięcie w głowę. Raashí wygiął się do tyłu. Dzięki temu miał okazję do kontrataku. Szybko wyprostował dłoń, również celując w głowę. Kobieta momentalnie zniknęła.
– Za wolno!
Już była za nim, wymierzając kolejny cios, znów kopnięcie w głowę. Mężczyzna nie mógł już uchylić się przed atakiem. Nie zdążyłby.
– Wolno?
Noga była już centymetr od jego twarzy.
Kolejne drgnięcie energii.
Nagle ręka złapała za kostkę Yoruichi. Kobieta nie zauważyła, kiedy w ogóle uniósł dłoń. Była pewna, że stał nieruchomo. Mało tego, wciąż widziała jego opuszczoną rękę. Jak to w ogóle było możliwe?
Po chwili okazało się, jak. Dłoń, która znajdowała się na swoim pierwotnym miejscu zaczęła rozpływać się w powietrzu. Stawała się coraz mniej wyraźna, aż w końcu zniknęła całkowicie.
Na twarzy Karavu malował się uśmiech.
– Ja również mam kilka asów w rękawie.
Mocno szarpnął, rzucając Yoruichi za siebie. Kobieta szybko obróciła się w locie, lądując nogami na pniu pobliskiego drzewa. Roślina zaczęła niebezpiecznie trzeszczeć, wykrzywiając się, tak silny był ten rzut. Gdyby przyłożyć trochę więcej siły drzewo zostałoby wyrwane z korzeniami. Yoruichi odepchnęła się lekko, następnie miękko wylądowała na ziemi.
Karavu spokojnie stał na swoim miejscu. Tak by się wydawało. Atak nastąpił z prawej, Raashí wymierzył cios pięścią w głowę. Kobieta bezproblemowo zatrzymała cios. Mężczyzna, a raczej jego powidok już dawno przeminął z wiatrem, choć Yoruichi mogłaby przysiąc, że cały czas tam stał.
Tymczasem Raashí szykował się do kolejnego ataku. Cofnął dłoń, powoli, bez żadnego pośpiechu. Kolejne drgnięcie energii. Yoruichi nie zauważyła, jak Karavu wykonał półobrót, wymierzając proste kopnięcie w jej brzuch. Tym razem widziała wyraźnie, mężczyzna pozostawił za sobą powidok. „Poprzedni" Karavu wciąż stał z wyprostowaną ręką, z kolei drugi zaatakował.
Siła ciosu znów wyrzuciła kobietę w powietrze. Ten atak już zbił ją z pantałyku, przez co nie była w stanie się ustrzec przed twardym lądowaniem. Nim rąbnęła o ziemię, przeleciała jakieś trzydzieści metrów, po czym zderzyła się z podłożem, wzbijając chmurę pyłu.
Yoruichi szybko podniosła się, nim Karavu zaatakuje po raz kolejny. Jednak on stał nieruchomo, tym razem naprawdę.
– Shunpo, jak i inne jemu podobne techniki naprawdę są godne podziwu – odrzekł Raashí wciąż będąc spokojnym wręcz do bólu. – Shinigami odwalili kawał dobrej roboty. Jednakże Migoczące Kroki nie są w stanie równać się z tym.
W ułamku sekundy pojawił się tuż za nią. Yoruichi spodziewała się takiego zagrania. Szybko obróciła się, wymierzając potężne kopnięcie. Karavu był absolutnie opanowany. Odczekał spokojnie, aż jej noga zbliży się na centymetr do jego klatki piersiowej. Następnie wykonał ruch. Stojąc wcześniej bokiem do kobiety, nagle stał naprzeciw niej. Cios trafił w nicość, powidok jaki pozostał po ruchu Raashí rozwiał się w miejscu uderzenia, po chwili zniknął całkowicie. Yoruichi odruchowo cofnęła się. Karavu jednak nie kontratakował, choć miał doskonałą okazję. Zamiast tego stał w bezruchu.
– Sokanas – wyjaśnił. – Taniec Widmowego Kroku, jak go nazywają inni. Odpowiedź klanu na wasze shunpo. Nie sprowadza się wyłącznie do szybkiego przemieszczenia się z punktu A do punktu B. Skupia Reiatsu w określonym punkcie ciała. Wzmacnia w ten sposób pojedynczy mięsień bądź mięśnie oraz dostarcza ogromnych ilości energii, dzięki czemu można wykonać bardzo szybki ruch, na tyle szybki, że wręcz niedostrzegalny dla oka. Powidok, jaki pozostaje jest zwyczajnym złudzeniem, mózg po prostu nie rejestruje tak szybkiego ruchu. To tyle w kwestii teorii.
Sytuacja Yoruichi nie wyglądała zbyt ciekawie. Nie chodziło tylko o umiejętności Karavu, najwyraźniej doskonale wie, jak walczyć ze swoim przeciwnikiem. Znał jej styl walki, wiedział, jak reagować na każdy jej ruch. Nie wyglądało to najlepiej.
Jednak nie beznadziejnie.
– Nie sądziłam, że tak szybko przyjdzie mi użyć tej techniki – oznajmiła.
Uwolniła Reiatsu. Mnóstwo. Ogromne ilości energii sprawiały, że gałęzie pobliskich drzew zaczęły się uginać pod naporem tej mocy. Karavu był zaniepokojony, nie potrafił ustalić, co się właściwie dzieje.
Reiatsu zaczęło przybierać formę. Otoczyło Yoruichi świetlistą powłoką, z której zaczęły strzelać białe błyskawice. Energia rozerwała na strzępy jej pomarańczową bluzę, odsłaniając jej czarny kostium, zakrywający jedynie przód, plecy pozostawiając odkryte.
– Gotuj się! – zawołała.
Potężny strumień energii uderzył w Karavu. Raashí nie zdołał uniknąć uderzenia. Oberwał, cały impet przyjmując na siebie. Las rozświetliły błyskawice.
– Popełniłeś jeden błąd, Raashí – odrzekła Yoruichi. – Nie powinieneś był lekceważyć przeciwnika.
– Lekceważyć?
Nagle kobieta w oddali zauważyła jakiś ruch. Po chwili ujrzała Karavu. Mężczyzna nie był w najlepszym stanie. Liczne poparzenia na całym ciele, lewe ramię wydawało się być kompletnie zwęglone. Mimo wszystko przeżył ten cios.
– Z całym szacunkiem, Yoruichi-sama – odrzekł, dysząc ciężko. – Ja nigdy nie lekceważę przeciwnika.
Kobieta na własnych oczach mogła zobaczyć, jak wszystkie jego rany po prostu znikają, nawet zwęglone ciało zaczynał odzyskiwać swój kolor. W efekcie Karavu wyszedł z tego niemal bez szwanku.
– Shunkō – odrzekł. – Nie mylę się? Kto by pomyślał, że dane mi będzie ujrzeć technikę twojego autorstwa w całej okazałości.
– Skąd o niej wiesz? – spytała Yoruichi, zaskoczona tym, iż Karavu poznał, z czym ma do czynienia.
Raashí uśmiechnął się w jej stronę.
– Już mówiłem – odrzekł. – Doskonale wiem, kim jesteś. Obserwujemy was, Shinigami już od dawna. Ciebie w szczególności, Shihōin Yoruichi. Zarówno ja, jak i mój mistrz jesteśmy zaintrygowani tobą. Twoja niesamowita siła w połączeniu z finezją i kobiecym wdziękiem jest dla mnie doprawdy fascynująca. Jesteś kwintesencją, niczym prawdziwa bogini uosabiasz swym jestestwem istotę prawdziwej potęgi. Jej piękna, jej majestatu, mocy zdolnej zarówno tworzyć, jak i niszczyć, wznosić góry, jak i równać je z ziemię. Właśnie ta dwoistość, siła i finezja przybrały oto żywą postać, która stoi teraz przede mną, a jesteś nią ty.
Kobieta z pewnością nie podziewała się takich słów od Raashí. Słuchając go jednak nie potrafiła powstrzymać uśmiechu.
– Cóż, nigdy tak na to nie patrzyłam… Po prostu mam swój styl. A ty z pewnością potrafisz prawić komplementy.
– Dziękuję. Jednak nie zrozum mnie źle, to uwielbienie wynika jedynie z szacunku do ciebie i twojej mocy. Uczono mnie, że najlepszym sposobem na zyskanie siły jest wyzwanie. Przekraczanie granic swojej wytrzymałości, przesuwając te granice coraz dalej i dalej. Podziwiam cię, Yoruichi, dlatego zawsze chciałem móc stanąć z tobą do walki, by móc swoją granicę przesunąć jeszcze dalej. Nie uwierzysz, jak bardzo cieszyłem się, gdy zostałem wyznaczony do tej misji. I stało się, jesteśmy tutaj, walczymy. A więc… Kontynuujmy.
Spopielone bandaże, którymi miał owinięte ręce opadły na ziemię. To, co skrywały wyraźnie zaskoczyło Yoruichi. Przedramiona mężczyzny były pokryte czymś, co wyglądało na metal. Nie była to żadna zbroja, srebrny materiał zdawał się być wrośnięty w ciało Karavu, zastępując jego własną skórę.
– Chyba wiesz już, że każdy Raashí ma własnego Kaago?
Rozłożył ręce.
– Drgaj, Arau.
Srebro zaczęło rozrastać się, okalając całe jego dłonie, nie pozostawiając nawet skrawka żywej skóry. Po chwili były już całkowicie pokryte metalem.
– Teraz możemy walczyć na całego, Shihōin Yoruichi.
Pstryknął palcami. Zamiast dźwięku, jakiego należałoby usłyszeć, rozległ się dźwięk, przypominający dzwon. Nie cichnął, a wręcz przeciwnie, stawał się coraz mocniejszy. Yoruichi czekała na atak.
Uderzenie nastąpiło z tyłu. Choć nie mogła nadążyć wzrokiem za jego Widmowym Krokiem, potrafiła instynktownie wyczuć moment ataku. Odwróciła się szybko i krzyżując ręce zatrzymała kopnięcie Karavu. O dziwo cios nie był zbytnio silny. Pozory jednak myliły.
Kaago rozbłysnęło.
Poczuła potężne uderzenie powietrza, które zaczęło ją coraz to mocniej odpychać. Próbowała walczyć, dosyć skutecznie zresztą. Atak odepchnął ją zaledwie, choć na dość znaczną odległość.
– Arau posiada zdolność kontrolowania drgań mechanicznych – tłumaczył Karavu. – Nie tylko dźwięku, który jest właśnie takimi drganiami. Mogę nim kontrolować wszystko, co wiąże się z wibracjami cząstek materii. Przede wszystkim mogę je wzmacniać. W momencie uderzenia Arau wzmacnia drgania powietrza, wywołane zderzeniem dwóch ciał ze sobą, powstaje silna fala uderzeniowa, która służy mi jako broń. Moim zdaniem, doskonała odpowiedź na twoje Shunkō. Jak uważasz?
Yoruichi nie zamierzała wdawać się z nim w dyskusję.
– Jest tylko jeden sposób, by się przekonać.
Wokół niej ponownie zatańczyły błyskawice. W odpowiedzi srebro na rękach Karavu zabłyszczało.
– Walczmy więc.
Ruszyli na siebie z pełną mocą. Nie liczyło się teraz nic innego, tylko walka. I to, kto wyjdzie z niej z tarczą, kto na tarczy.
Potężna fala uderzeniowa rozeszła się po całym lesie. Oboje włożyli w to starcie niesamowite ilości energii. Zaczynała się walka na poważnie. Pojedynek był bardzo wyrównany. Nikt nie potrafił zdobyć wyraźniej przewagi. Gdy zdawało się już, że Yoruichi kolejnym atakiem przełamie tą patową sytuację, Karavu natychmiast kontratakował, wracając tym do punktu wyjścia. I odwrotnie, gdy to Raashí atakował, kobieta natychmiast go powstrzymywała. Mogło to się ciągnąć nieskończoność.
Po kilku długich minutach oboje zatrzymali się na chwilę. Oboje wyglądali na zmęczonych walką. Jednak w jednym wypadku rzecz miała się inaczej.
Yoruichi skorzystała z chwili przerwy, by zastanowić się, co dalej.
„Jak tak dalej pójdzie, ten pojedynek może się dla mnie źle skończyć. Wyraźnie gra na czas. Raashí męczą się znacznie wolniej od ludzi, a mnie w końcu może zabraknąć sił."
Karavu z kolei był bardziej zainteresowany tym, co zdawałoby się dzieje się nieco dalej, w głębi lasu.
– Skończyli już – rzekł do siebie.
Te słowa w takiej sytuacji mogły brzmieć tylko i wyłącznie niepokojąco.
– Co masz na myśli? – spytała Yoruichi.
Raashí odwrócił się w jej stronę.
– Tylko tyle, że wykonałem swoje zadanie – odpowiedział. – Najwyższy czas zakończyć tą walkę. Jestem zaszczycony tym, ze zechciałaś ze mną walczyć, Yoruichi-sama.
W tym momencie, ku zdziwieniu kobiety Karavu skłonił się nisko.
– Zakończę to jednym atakiem.
Gdy tylko się wyprostował, uwolnił ogromną ilość Reiatsu. Yoruichi przypominało to napad szału Eliana. Energia również była tak potężna, przytłaczająca, jednak nie chaotyczna. Raashí bez żadnych problemów ją kontrolował.
– Czas, byś doświadczyła potęgi gromu.
Energii cały czas przybywało. Yoruichi, już i tak wycieńczona walką coraz bardziej zaczęła odczuwać na sobie wpływ tak wielkiej siły. Nie miała pojęcia, w jaki sposób na walczyć z tak ogromną mocą. W powietrzu było tak wiele Reiatsu, iż kobieta nie czuła niczego innego, jakby wszystko inne nigdy nie istniało.
I w tym momencie kobietę olśniło. Skoro ona nie czuje nic innego, może…
Karavu ruszył do ataku. Zebrał całą swoją siłę w ten jeden, ostateczny cios. Yoruichi tymczasem stała nieruchomo, jakby godząc się z porażką, przyjmując pokornie ten cios. Raashí nie przejmował się tym zbytnio, chciał po prostu jak najszybciej to zakończyć.
– Przed gromem zawsze jest błyskawica, Karavu – odrzekła nagle kobieta.
Zrównał się z nią, wymierzając cios. Cios, który nigdy nie miał trafić celu.
Nagle Yoruichi zniknęła mu sprzed oczu. Mężczyzna przewidział to, jednak sprawy zaczęły się komplikować. Nie potrafił określić, skąd uderzy. Pojawiła się tuż za nim, szykując się do uderzenia. Błyskawice znów zajaśniały.
Oślepiający błysk. Karavu nie zdołał uniknąć tego ciosu. Ogromna energia, jaką uwolnił sprawiła, iż całkowicie zagłuszył swoją zdolność wyczuwania Reiatsu. Yoruichi skorzystała z tego, by zniknąć mu z pola widzenia, mając wystarczająco dużo czasu do zebrania energii i zadania ostatecznego ciosu.
Światło przygasło. Raashí mimo tak silnego uderzenia cały czas utrzymywał się na nogach. Pomimo tak ciężkich ran, jakie otrzymał, stał nadal. Stał z ziejącą dziurą w miejscu, gdzie miał serce, dysząc ciężko, próbując złapać oddech. Choć nie miało to już żadnego znaczenia. Wiedział, że umiera i nic tego nie powstrzyma.
– Czyli jednak… przegrałem – odrzekł krótko.
Yoruichi milczała. Nie wiedziała, co niby miała powiedzieć w tej sytuacji.
– Walczyłem przez całe życie, wciąż odsuwając od siebie wizję śmierci. I przyszła tak nagle, niespodziewanie. Z tym że…
Karavu znów odwrócił się, spoglądając w leśną głuszę.
– Wykonałem swoje zadanie, Yoruichi. W stu procentach. Nie ma sensu teraz tam biec. Już go zabrali.
Nagle do Yoruichi dotarło, że cały ten pojedynek był tylko odwróceniem uwagi.
– Czego chcecie od Eliana? – spytała po dłuższej chwili, nadal będąc w lekkim szoku.
– My? Skąd to pytanie? Nawet jeśli ten chłopak jest tak ważny, Nexai nam o tym nie powie. Nigdy nie zdradza nam swoich intencji. My wiemy tylko, że są one szczere i doprowadzą nas do zwycięstwa.
– A ciebie? – odrzekła. – Doprowadziły do zwycięstwa?
– Najwyraźniej inaczej rozumiemy to pojęcie. Tak, doprowadziły. Nawet jeśli to jest już mój koniec wiem, że śmierć tutaj była mi pisana. Śmierć w walce z tobą. Cieszę się, że zginąłem właśnie twojej ręki, Shunshin. Przegrana z kimś twojego pokroju jest prawdziwym zaszczytem. Czuję się spełniony.
Przerwał na chwilę, by złapać oddech. W tym stanie nawet mówienie kosztowało go wiele wysiłku.
– Nie wiem, do czego Nexai potrzebuje tego chłopaka, jeśli w ogóle jest mu potrzebny. Jednak wiem coś, co może ci się przydać.
Zaczął powoli człapać w stronę Yoruichi. Choć nie był w stanie już nic zrobić, to kobiecie wydawało się to niepokojące.
– Choć nie powinienem tego mówić komukolwiek, przez wzgląd na mój szacunek do ciebie…
Gdy tylko podszedł wystarczająco blisko, zbliżył swoje usta do jej ucha. Yoruichi nie zareagowała.
Karavu szepcząc jej do ucha opowiedział jej wszystko. Każdy, nawet najdrobniejszy szczegół jego misji. Mówił o wszystkim, co wydarzyło się w przeciągu ostatnich miesięcy. Z każdym jego słowem Yoruichi coraz bardziej szokowało to, co słyszała. Trudno jej było uwierzyć w to, co słyszała.
„Ten plan… Od początku chodziło im o to…"
Po kilku długich minutach Karavu skończył.
– Użyj tej wiedzy mądrze.
Raashí zaczął tracić resztki sił. Zachwiał się i upadł na kolana. Czuł oddech śmierci na swoim karku. Nim upadł na ziemię zdążył wypowiedzieć ostatnie słowa.
– Dziękuję…
Taki był koniec Raashí Karavu.
Yoruichi przez dłuższą chwilę stała nieruchomo, próbując przetrawić to, co właśnie usłyszała. Spojrzała na martwego Raashí.
– Nie… To ja dziękuję.
Jedyne, co jej pozostało, to wrócić z powrotem do miasta.
Park. Ten sam, w którym wcześniej rozgrywał się pojedynek Rukii z Kirke. Ślady walki zostały już usunięte. Jednak najwyraźniej nie wszystkie.
Ścieżką przechodził mężczyzna, odziany w czarny płaszcz z zakrywającym twarz kapturem. Tak, był to Raashí, choć zdecydowanie inny, niż pozostali. Reiatsu, jakie od niego biło, sprawiało, że wszystko w jego pobliżu, wszelkie rośliny, kwiaty, nawet trawa zwyczajnie zamarzały. Nic żywego nie miało prawa istnieć, po kontakcie z jego mocą.
Raashí przechadzał się spokojnie po parku. Nagle zatrzymał się. Spojrzał w niebo.
– Więc Karavu również… – odrzekł spokojnie.
Rozglądał się spokojnie po okolicy. Nagle coś przykuło jego uwagę. Niewielkie kryształki lodu, leżące na ziemi. Mężczyzna przykucnął, by bliżej się im przyjrzeć. Wziął największy z nich i zaczął obracać go w dłoni. Po chwili podniósł się z ziemi. Zamknął oczy, skupiając się na Reiatsu, jakie wyczuwał w powietrzu. Mógł rozpoznać nawet osoby, do których należy energia.
– Same gwiazdy, można by rzec – odparł. – Kurosaki Ichigo, Urahara Kisuke, Shihōin Yoruichi. Ale…
Spojrzał na kryształek, który nadal trzymał w dłoni.
– Kim ty jesteś, Shinigami?
