Lubiłam odwiedzać przyjaciół, lecz, niestety, nie posiadałam na to za wiele czasu. Głównie przez pracę, w której starałam się zrobić jak najwięcej godzin, by dostać jak największą wypłatę. Nie chciałam bezustannie żerować na tym, co przyniesie mi Lolipop, a do tego miałam szansę nauczyć się gotować. Kiedy mieszkałam z rodzicami, nie było okazji bym pozostała sama w kuchni. Ilekroć dobrałam się do garów, zjawiała się moja kochana rodzicielka, zabierając mi drewnianą łyżkę i subtelnie wypychając mnie do swojego pokoju. Mieszkając sama, wyprosić mogłam ja, do tego Rocky'ego, bo nikt inny nie chciał plątać się pod moimi nogami. Niespecjalnie też chciałam mieć u siebie gości - ceniłam sobie spokój i fakt, że odwiedzają mnie tylko przyjaciele. Dodatkową przeciwnością odwiedzania innych była pogoda.
Siedziałam właśnie na ziemi we własnej łazience, po swojej prawej stronie mając włączonego laptopa, a po lewej nadgryzioną kanapkę oraz kubek z herbatą miętową. Dostałam tygodniówkę, więc zakupiłam wszystko to, o co błagała moja lodówka. Nic dziwnego, wyglądała jak lodówka modelki na diecie, do której zresztą niewiele mi brakowało. Pomijając to, że nie byłam nawet w połowie tak ładna jak powinnam być by zostać modelką, podobnie jak większość dziewczyn. Różnica między nimi a mną polegała na tym, że nie wmawiałam sobie urody maską, potocznie zwaną "makijażem".
Temperatury na zewnątrz dochodziły do czterdziestu stopni w cieniu, więc moja egzystencja głównie opierała się na wegetacji w łazience, braniu zimnych pryszniców i chodzeniu do pracy, która - ku mojej uciesze - stała się mniej uciążliwa niż zakładałam. Stali bywalcy szybko wzbudzili coś na wzór sympatii, a naburmuszone gbury stosunkowo rzadko pojawiały się w tym miejscu. Nie dziwi mnie, że wiele osób ubiega się o pracę w Urżniętym Marynarzu. Kim podzieliła się ze mną tajemniczą informacją, że dostałam pracę od ręki nie tylko dlatego, że jestem uczennicą, ale również dlatego, że jestem dziewczyną. Podobno interes lepiej się kręci, gdy to kobiety roznoszą piwo, tylko w dalszym ciągu nie rozumiem - dlaczego ja? Pewnie na tym półwyspie jest wiele innych, pięknych kobiet.
Westchnęłam ciężko, odkładając dokumentację ze szkoły, po czym położyłam się na zimnych kafelkach. Ubrana jedynie w szorty i sportowy szalik chłodziłam ciało na każdy możliwy sposób, przeklinając fakt, że nadal nie przyzwyczaiłam się do pogody. W głąb kraju było co najmniej dziesięć stopni mniej, ale nie, ja uparłam się na miasteczko na wybrzeżu, psia mać.
Usłyszałam, jak drzwi uchylają się ze zgrzytem - gdzie ta męska ręka, która naoliwi zawiasy? - a następnie psie łapy stąpające po śliskiej nawierzchni. Nie ruszyłam się nawet, kiedy położył się na mnie z jękiem, kładąc głowę na moim tyłku.
- Nie za wygodnie ci? - spytałam, a w odpowiedzi otrzymałam głębokie westchnienie. - No tak, mężczyźni.
Ponownie klapnęłam na kafelki, również wzdychając. Jutro miałam rozpocząć pierwszy dzień szkoły, co stanowiło niewiarygodny problem z racji, że łazienka otrzymała swoją własną grawitację, która nie pozwalała mi opuszczać kafelek błagających mnie o moje towarzystwo. Z krótkiej drzemki wyrwał mnie telefon, leżący gdzieś pomiędzy kanapką a herbatą i dzwoniący z uporem maniaka Running Man. Sięgnęłam po omacku, najpierw natrafiając na pomidora, a następnie na brzęczące urządzenie, przypominające... No, po prostu przypominające coś.
- Halo? - mruknęłam zaspana, zapominając nawet odebrać. Głos Ski-Kinga przypomniał mi jednak, że wpierw powinnam wcisnąć zieloną słuchawkę.
- Halo? - ponowiłam pytanie, a po drugiej stronie usłyszałam zirytowany głos Lolipop.
- Gdzie jesteś? - Troszeczkę zniekształcał ją szum, jakby stała w autobusie.
- Jak to gdzie? Oddaję cześć Cthulu i Posejdonowi w łazience - odparłam, przewracając się na plecy. Zaniepokoiło mnie jej pytanie, bo nie umawiałam się z nią, a do drzwi nikt nie dzwonił. Ominęło mnie coś?
- Za dziesięć minut zaczyna się apel! - Krzyknęła, a ja natychmiast zerwałam się na nogi. Poniedziałek?! Jak to?! A gdzie niedziela!
- Co dzisiaj jest za dzień?! - Wydarłam się do telefonu, zostawiając go na umywalce i rozpoczynając nerwowe poszukiwanie kredki do oczu.
- Poniedziałek, ciołku!
- Ku-ku-ku-kuryku!
Gdzie niedziela, do diaska?! Zrobiłam szybki makijaż i umyłam zęby, opluwając pastą zarówno umywalkę jak i lustro. Nie wnikałam, jak udało mi się osiągnąć tak niewiarygodny efekt, bo nie miałam nawet czasu na myślenie. Wystrzeliłam z łazienki, zderzając się z gorącym powietrzem i duchotą typową temu klimatowi. Przeklinając swój lot, otworzyłam szafkę w poszukiwaniu sukienki, którą naszykowałam na ten dzień. Jak to w takich sytuacjach bywa, nie mogłam jej znaleźć. Wyrzucałam wszystko na środek pokoju, szukając w sumie czegokolwiek, co mogłabym na siebie wciągnąć.
- Co ty biegasz jak kot z biegunką? - usłyszałam przez okno.
- Cześć Jade, a spieszę się - odwołałam, wyrzucając kolejną partię ubrań.
- A co tak ubraniami rzucasz jak pług śniegiem?
- Szukam takiej białej sukienki, ale i tak nie wiesz o jaką chodzi - burknęłam, podchodząc do kolejnej szafki. Byłam zła, ale obiecałam sobie, że nie będę odreagowywać na sąsiedzie. Ledwie go znałam, ale wydawał się sympatycznym chłopakiem.
- Biała na guziki z kołnierzem? Taka za kolana z jakiegoś lekkiego materiału? - spytał, a ja zamarłam, trzymając t-shirt w dłoniach. Ściągnęłam brwi tak, że praktycznie spotkały się nad nosem.
- Skąd wiesz?
- Bo wisi na wieszaku na drzwiach - powiedział, a ja się odwróciłam.
Faktycznie, pędząc w amoku, nie zauważyłam sukienki z materiału a'la jedwab, przewiewnego i lekkiego, idealnego wręcz na te mordercze upały. Zerwałam ją, o mało nie rozrywając materiału i pognałam do łazienki. Wzięłam bardzo krótki, lodowaty prysznic, przebrałam się w nową bieliznę, spięłam włosy w warkocz i związałam kokardką pod kolor oczu. Będąc na korytarzu, spryskałam ciało mgiełką o zapachu kokosa, przez co Rocky uciekł do łazienki, prychając gniewnie.
Wróciłam do pokoju, by spakować jeszcze plecak, gdy usłyszałam rozbawiony głos Jade'a.
- Gdzie wybierasz? Randka?
- Rozpoczęcie roku - odparłam, wiążąc apaszkę. Chłopak zaczął się śmiać, a ja odwróciłam się i w końcu obdarzyłam go spojrzeniem. Siedział w swoim oknie z książką, korzystając z gorącego powietrza i cienia. Ubrany jedynie w szorty i klapki wyglądał ciekawie jak na chłopaka, który z reguły nie korzysta z siłowni. Mały brzuszek piwny kontrastował z raczej szczupłą sylwetką, jednak nie wydawał mi się w żaden sposób gorszący.
- Co cię bawi? - spytałam, a on machnął dłonią, zeskakując do wnętrza swojego mieszkania. Ja w tym czasie podeszłam do lusterka.
- Dzisiaj niedziela, Kicia.
Zamarłam, a następnie wzięłam głęboki wdech. Zaczęłam szukać telefonu gdzieś pomiędzy ubraniami, by upewnić się w końcu, co do tego, co dzisiaj jest za dzień. Przeklinałam przy tym mniej lub bardziej siarczyście, zarzucając włosami na plecy. Te bezustannie wpadały mi przez ramię, a pojedyncze kosmyki, krótkie i niesforne, atakowały moje oczy.
Usłyszałam Ski-Kinga w łazience, kiedy ktoś próbował się do mnie dodzwonić. Zerwałam się na równe nogi, ale nim dobiegłam do telefonu, ten spadł w umywalki i upadł na kafelki. Na szczęście stara Nokia rozpadła się jedynie na trzy części - faktyczny, klapka i bateria. Pozbierałam go trzęsącymi się ze złości rękoma, uruchomiłam i zobaczyłam na wyświetlaczu zdjęcie wampira. Oddzwoniłam do Draculi, który odebrał po drugim sygnale.
- Cześć i czołem, jak tam niespodzianka? - spytał, a ja nabrałam ochotę by go udusić.
- Zabiję cię, wypatroszę, oskóruję i przysięgam, powieszę na ścianie jako trofeum - warknęłam, a w odpowiedzi usłyszałam śmiech; śmiech dobiegający zza drzwi i z telefonu. W ciągu kilku ułamków sekund znalazłam się na korytarzu, złapałam za klamkę i szarpnęłam, ukazując postać przyjaciela opierającego się o framugę. Rozłączył się, posyłając mi dość kpiący uśmiech.
- To twoja sprawka? - spytałam, wskazując na swoją sukienkę. Dracula otaksował mnie spojrzeniem z obojętnym wyrazem twarzy, po czym wzruszył ramionami.
- Nie moja wina, że wyglądasz jak Lindsey Lohan na odwyku.
Uderzyłam go w ramię, ale nie przejął się tym zbytnio. Górował nade mną - w końcu co się dziwić, metr dziewięćdziesiąt kontra metr sześćdziesiąt - co wielokrotnie wykorzystywał. Tym razem poklepał mnie po głowie jak małą dziewczynę, która próbuje odreagować na starszym bracie.
- Już, już, będzie dobrze, dostaniesz jeszcze okresu - powiedział pocieszająco, a ja wystosowałam cios w jego przeponę, co zakończyło się zawodzeniem z bólu. Moim. Przeklinałam jego mięśnie brzucha, machając dłonią i rozmasowując bolące knykcie.
- Czego tu? - spytałam, patrząc na niego z byka i wydęłam usta, demonstrując swoje niezadowolenie.
- Dobra, dobra, kazałem Loli zadzwonić i cię zmusić do tego, byś się ogarnęła. Wychodzimy - powiedział, łapiąc mnie za ramię i nie pytając mnie o zdanie, zaczął wyciągać przez próg. Zaparłam się jednak, posyłając mu spojrzenie bazyliszka.
- Gdzie mnie porywasz?
- Nad morze, na lody, do kina. Gdziekolwiek, cholera. Schowałaś się w tym więzieniu i na każde zaproszenie: Nie, bo nie. Wychodzimy...
- Aua! - Szarpnął mnie mocniej niż zamierzał, aż skóra mnie zapiekła. Poluzował trochę uścisk, ale nie puścił mnie. Przeciągaliśmy się dalej w drzwiach, patrząc na siebie i siłując się na spojrzenia. Przegrałam - jak zawsze.
- Dobra, daj mi się przebrać chociaż w strój kąpielowy - poprosiłam, a on posłusznie mnie puścił. Uważał przy tym, bym przypadkiem nie poleciała na ścianę za mną.
- Masz dziesięć minut - powiedział, wchodząc od mieszkania i zatrzaskując drzwi. Wróciłam do pokoju, machając Jade'owi, który wrócił do swojej lektury. Podniósł rękę w odpowiedzi, a ja wygrzebałam ze stosu ubrań czarny strój kąpielowy.
- Co tu się działo? Orkan Xavier przeszedł tędy? - spytał Dracula, nawet nie pytając o to czy może wejść do sypialni. Zresztą, on nigdy się nie pytał "czy może", on to robił.
- Można tak powiedzieć! - usłyszałam Jade'a, a mój przyjaciel - ku mojemu przerażeniu - wyszczerzył się do studenta.
- Co tam?
- A czytam.
Burcząc pod nosem przekleństwa, udałam się do łazienki, pozostawiając chłopaków samych. Jak to jest, że dwóch obcych mężczyzn rozmawia ze sobą, jakby znali się od zawsze? Zdjęłam sukienkę, wciągnęłam na siebie strój kąpielowy i wyszłam na zewnątrz, unikając pokazania się w oknie. Nie miałam ochoty pokazywać się w tak kompromitującej sytuacji sąsiadowi, co nie umknęło uwadze Draculi. Uniósł brwi wysoko, ale na jego szczęście, nie skomentował tego.
Wciągnęłam na siebie zwykłą sukienkę, która przez ten czas zdążyła się pognieść. Na głowę dałam kapelusz słomiany, spakowałam torbę, pożegnałam się z Jade'am, życząc mu miłego dnia i zamierzałam ruszyć ku drzwiom.
- Nie bierzemy Rocky'ego? - spytał chłopak, idąc grzecznie za mną.
- Nie, jest za gorąco, nie chcę się nad nim pastwić - odparłam, przepuszczając chłopaka w drzwiach i zamykając je na klucz. Zeszliśmy po schodach i na podwórze, na którym temperatura była dwukrotnie większa niż w mieszkaniu. Miałam wrażenie, że znalazłam się w saunie i jęknęłam nieszczęśliwa.
- Oj, nie marudź - powiedział pocieszająco Dracula, obejmując mnie ramieniem. - W ogóle, śliczna, co to był za chłopak?
- Sąsiad - odparłam chłodno, posyłając mu spojrzenie bazyliszka. W odpowiedzi wyszczerzył się, puszczając mi oczko.
- Wiem, wiem, nie w twoim typie. Ty lubisz takich totalnych metali, dwa metry i muskulatura...
Uśmiechnęłam się diabolicznie, szturchając go łokciem w bok. Zarechotał, prowadząc mnie na plażę publiczną, na której było mnóstwo ludzi.
- Czy my... - zaczęłam, ale przerwał moją wypowiedź.
- Tak, dokładnie to.