AN: Trochę znęcania się nad Charlie'm i trochę zachwytów nad Theo Nottem.

Real Madryt – 3 : 0 – Granada CF


Theodore Nott od dzieciństwa patrzył na boisko jak na szachownicę. Grały tam pionki zapełniające pustą przestrzeń, zwykli rzemieślnicy wykonujący swoją pracę najlepiej jak umieli. Byli też doświadczeni faceci, których postępujący wiek i drobne kontuzje zmusiły do obniżenia oczekiwań wobec świata i wobec samych siebie. W szeregach biedniejszych przeciwników brakowało gwiazdy szalejącej w polu karnym, ściągającej z drużyny uwagę dziennikarzy. Brakowało też czystego talentu. Obiecujące dzieciaki uciekały do lepszych szkółek, gdzie miały większą szansę na przyciągnięcie wzroku zagranicznego sponsora.

Jak wiele wspólnego ma piłka nożna z prostytucją. Zapewne dlatego piłkarze tak chętnie wiążą się z modelkami o wątpliwej przeszłości.

Jednak, mimo przewagi Los Blancos, gra nie kleiła się. Theo widział, że koledzy jeszcze nie zregenerowali się po ostatnim starciu z Dumą Katalonii. Dean i Seamus wyglądali na szczególnie wyczerpanych. Dean nie mógł złapać rytmu meczowego, Seamusowi chyba dokuczał jakiś mikrouraz, ale jak zwykle zaciskał zęby i robił groźne miny broniąc dostępu do własnej bramki w chwilach, gdy drużyna z Granady miała piłkę.

Oczywiście Theo dostrzegał też plusy dzisiejszego spotkania. Trener pozwolił grać obu napastnikom jednocześnie, co zdarzało się może dwa razy na sezon. Wyrzucił też na ławkę rezerwowych Zabiniego i w jego miejsce wystawił Harry'ego Pottera. Samo patrzenie na młodego Anglika z niemieckim paszportem sprawiało przyjemność. Zgrabnie omijał przeciwników, którzy orientowali się, co się stało, gdy był już za ich plecami. Jakby dostał w genach po którymś z rodziców pelerynę niewidkę, którą zakładał wybiegając na boisko. Nie doceniano go i to było zarówno problemem jak i atutem chłopaka. Przeciwnicy nie zawracali sobie nim głowy, a Snape pewnie bez mrugnięcia okiem odsprzedałby go za pięć euro do Anży Machaczkała.

Theo popatrzył do przodu, podał piłkę Neville'owi. Ten oddał ją Lee Jordanowi i spróbowali rozpocząć atak lewą stroną. Wreszcie Malfoy przedarł się do przodu. Smith i Potter rzucili się w pole karne by w razie czego dobić piłkę, zostawiając w tyle ospałego Terry'ego Boota. Pottera można usprawiedliwić młodością i nieznajomością realiów tego klubu, ale Zach po tylu latach noszenia białej koszulki powinien już wiedzieć, że Draco nie asystuje nikomu, jeśli tylko widzi szansę na przypisanie sobie gola. I trafił. Bernabeu przestało na minutę łuskać pestki słonecznika, wyciągnęło z kieszeni i torebek telefony i zaczęło robić zdjęcia. Doprawdy, Theo widywał przedstawienia operowe wzbudzające większe emocje wśród widzów.

Jordan i Thomas jako pierwsi pobiegli cali w skowronkach uściskać przyjaciela. Blondyn o urodzie modela i postawie arystokraty zawsze wolał towarzystwo piłkarzy pochodzących z Afryki i Ameryki Łacińskiej. Widać było, że czuje się wśród nich najbardziej komfortowo. Jednak tym razem nie rozłożył zapraszająco ramion, ani nie posłał kamerom uśmiechu. Pozwolił się uściskać i z ponurą miną szybko wrócił do gry.

W drugiej połowie meczu sytuacja powtórzyła się. Tym razem to Zach zaliczył ostatnie podanie i zadowolony z wyniku podbiegł do Draco, a za nim połowa wyjściowej jedenastki. I znowu było tulenie się, klepanie po głowie i plecach, mocny uścisk klejącego się przy takich okazjach do wszystkich Finnigana. Malfoyowi nie drgnął ani jeden mięsień na twarzy.

Ostatecznie spotkanie zakończyło się wynikiem trzy do zera. Theo nie czuł się zbytnio zmęczony, ale chciał przede wszystkim wziąć szybki prysznic i przebrać się w suche ubranie. Dogonił zbierającego się do szatni Pottera i objął go ramieniem. Wyczuł pod palcami chwilowe drgnienie mięśni. Chłopak wciąż się stresował.

- Świetnie się spisałeś. Doskonale radzisz sobie z piłką.

- To nic… To oni byli dość słabi.

- Real już nie z takimi przeciwnikami przegrywał.

Theo uśmiechnął się do nie tak odległych wspomnień. Kiedy jeszcze grał w swoim Tottenhamie, wiadomość o sromotnej klęsce „Królewskich" z drugoligowcem z przedmieść Madrytu odbiła się szerokim echem w całej Europie, tworząc idealną pożywkę dla żartów o drużynie uważającej się za najlepszą na świecie.

Harry odgarnął przyklejające się do spoconej twarzy kosmyki włosów.

- Tak, wiem.

- To co? – Ernie MacMillan wpadł pomiędzy nich radosny i świeży po prawie dwóch godzinach spędzonych na ławce rezerwowych – Piwo? Pizza? Panienki?

- Przecież mówiłeś dziś na odprawie, że zabierasz dziewczynę na randkę – przypomniał mu cierpliwie Theo – Wiesz? Melinda?

- Miranda – poprawił go Ernie czerwieniąc się po czubki uszu.

- Twoja kolejna jedyna i prawdziwa miłość – Theodore znów zgarnął pod ramię Harry'ego i zdecydowanym ruchem popchnął go w stronę szatni – Musisz więc o nią szczególnie dbać.

Kątem oka dostrzegł jeszcze Pansy Parkinson lecącą z wielkim mikrofonem do Draco Malfoya. Przed meczem ustalili, że to właśnie Draco i Seamus udzielą tradycyjnych krótkich wywiadów, ale dziennikarce bardziej zależało na pokazaniu się w towarzystwie bohatera wieczoru.

- Draco, dzisiaj zdobyłeś dwie bramki. Poprowadziłeś swój zespół do zwycięstwa. Jednak nie świętowałeś z kolegami. Dlaczego?

- Jestem smutny.

Dziennikarka przysunęła się bliżej wietrząc sensację.

- Ale dlaczego jesteś smutny, Draco?

- W klubie wiedzą, dlaczego nie cieszę się po bramkach.

- Jesteś zły na siebie, czy na tych, co wątpią w twoje umiejętności? – drążyła.

- Nie jestem zły na nikogo. To bardziej sprawa osobista. Ci, co powinni wiedzieć, wiedzą.

Wystarczyła jedna wypowiedź, jedno zdanie Draco Malfoya, i hiszpańscy dziennikarze sportowi mieli zapewniony chleb do końca miesiąca. Właśnie zaczynał się wrzesień.

X X X

Wewnątrz było tłoczno i panowała wilgoć. Osiemnastu zawodników, w różnych stadiach rozebrania, pozbywało się brudnych spodenek i przepoconych koszulek. Terry Boot i Justin Finch-Fletchley pierwsi wymknęli się z głównego pomieszczenia, omijając wbudowaną w podłogę okrągłą wannę z hydromasażem i kierując się w stronę pryszniców. Theodore z uśmiechem pełnym politowania odprowadził wzrokiem goniącego ich Erniego.

Z ulgą zrzucił buty i rozprostował nogi, ignorując przez moment rozmowy kolegów. Czasem czuł się staro. W obecnej drużynie tylko Charlie Weasley był od niego starszy, jednak bramkarz mógł jeszcze spokojnie liczyć na 5-6 lat regularnej gry w podstawowym składzie. Theo znał swoje ciało i wiedział, że z każdym rokiem staje się coraz wolniejszy i coraz bardziej podatny na kontuzje. Trener osobiście oddelegował drugiego asystenta, by ten na bieżąco monitorował stan jego zdrowia. Gdyby mogli, pewnie owijaliby go na noc w pluszowy kokon i wypuszczali tylko na mecze i treningi.

Real mógł pozwolić sobie na kontuzję Charliego, Seamusa czy nawet Draco. Na każdą z tych pozycji znalazłby się zastępca. Tylko Theodore Nott był jedyny w swoim rodzaju.

Podniósł wzrok wyczuwając ruch w najbliższym otoczeniu. Przed nim stanął Neville Longbottom z wyrazem bezbrzeżnej adoracji malującym się na poczciwej twarzy.

- Regista – powiedział cicho.

- Dziękuję – Theo podał mu rękę i wstał z ławki używając siły młodszego kolegi.

Nawet młody Niemiec wyczuwał, że obecnie nikt nie potrafi grać jak on. Po kilku tygodniach wspólnych treningów rozumieli się prawie bez słów. Neville nie miał wyjścia, bo na boiskach Valdebebas wszystkie języki, poza hiszpańskim, były zakazane. Dobrze mu wychodziła gra obok Theo, ale nigdy nie będzie w stanie go zastąpić.

- Prysznic?

- Przyda się – odparł Theo i sięgnął do szafki po ręcznik.

W tym momencie do pomieszczenia wdarł się sztorm w osobie spoconego i wkurzonego Seamusa Finnigana. Przeleciał przed nosem zmieniającego skarpetki Deana Thomasa, rozbił grupkę wzajemnej adoracji złożoną z Charlie'go i komplementujących go Daviesa, Higgsa i Ritchiego Coote, aż wreszcie namierzył blondwłosego skrzydłowego.

- Co ci, do jasnej cholery, odbija?!

Popchnął Malfoya na szafkę z jego zdjęciem. Draco nie pozostał dłużny i mocno odepchnął go od siebie.

- Odczep się – brzmiało to jak ostrzeżenie.

- Czego ty jeszcze chcesz?! Mało ci forsy? Przecież zgarniasz najwięcej hajsu z nas wszystkich! Mało ci twoich fotek w gazetach? Marca daje twoją gębę przynajmniej dwa razy w tygodniu na okładkę!

- Nie wiesz, o co chodzi, to się nie wtrącaj.

- To mi zechciej łaskawie wyjaśnić! Dzwonili do ciebie z City czy z PSG? Nie idzie nam teraz dobrze, to chcesz zwiać? Jak tchórz?!

Draco zrobił krok w jego kierunku.

- Posłuchaj, okienko już się zamknęło. Nawet jak bym chciał opuścić ten cyrk, jest już za późno.

- Nikt już tutaj nie ogarnia twoich fochów, pieprzone książątko!

- Seamus – Charlie chwycił drugiego kapitana za ramię, próbując bezskutecznie odciągnąć go na drugi koniec szatni – On nie jest tego wart. Zostaw go.

- Nie jestem wart, co?!

Teraz to Malfoy stracił panowanie nad sobą. Wydawało się, że spali obu piłkarzy wzrokiem. Tylko mocne objęcia Zabiniego ratowały Waesleya i Finnigana przed gniewem jasnowłosego Francuza.

- To ja się najbardziej staram! To ja zostawiam najwięcej zdrowia na boisku! To ja walczę za tę cholerną drużynę, gdy ty stoisz sobie w bramce i dłubiesz w nosie! A potem lecisz do pismaków i wychwalasz swojego braciszka z Barçy, jaki to on wspaniały, i że to Creevey znów powinien zgarnąć wszystko w tym roku!

- Wcale tak nie jest….

- Nie kłam, Charlie – Draco pochylił głowę poddając się monologowi uspokajających słów wygłaszanemu przez Blaise'a – Proszę cię, nie wypieraj się teraz tego, co mówiłeś wczoraj. Chwalisz tylko tych z Barcelony.

Po tych słowach to z Finnigana opadła cała energia. Weasley po prostu stał zaskoczony, że ktoś po raz pierwszy od wielu lat go krytykuje.

- Kiedy są dobrzy. Zawsze trzeba szanować przeciwnika.

- Nawet kosztem własnego klubu? Z takim kapitanem, jak ty, nic w tym roku nie wygramy.

Ach, więc to uwiera najjaśniejszą gwiazdkę „Królewskich". Theodore pogratulował w myślach Malfoyowi spostrzegawczości. Chłopak musiał być inteligentny, skoro udało mu się wybić z marsylskich dzielnic biedoty aż na sam szczyt. Ciekawe tylko, czy powiąże brak zaangażowania Charlie'go z innymi faktami.

Theo osobiście miał dwie teorie. Nikt go nie pytał, a sam z siebie wolał nie dolewać oliwy do ognia.

Charlie miał już dosyć Snape'a. Poprzednio prawie co roku dostawali innego trenera, a żaden z nich nie mógł ogarnąć tylu piłkarzy na raz przekonanych o własnej wyjątkowości i nieomylności. Przyszedł ponury Anglik i skończyły się wycieczki dziennikarzy po podziemiach stadionu. Żadnych spóźnień na treningi, żadnego palenia papierosów czy innych używek. Za nocne imprezowanie w przeddzień meczu kary finansowe. Każdy umówiony przez agentów piłkarzy wywiad konsultowany najpierw ze sztabem trenerskim. Snape chciał urządzić ten klub po swojemu, ukrócić panujący tu chaos. Pewnie jeszcze o tym nie wiedział, albo postanowił zignorować tę wiedzę, ale Real Madryt był żywym kolosem z duszą, która manifestowała się w głosach piłkarzy, okrzykach fanów na trybunach i podczas zebrań socios. I nikt, od czasów świętej pamięci prezesa Santiago Bernabeu, nie umiał do końca podporządkować swojej woli tego białego monstrum.

Sam kapitan także stanowił przeszkodę w lepszej integracji zawodników. A właściwie nie kapitan, tylko jego wybranka serca. Od kiedy panna Davies zamieszkała z nim pod jednym dachem, Charlie przechodził powolną metamorfozę. Jeszcze dwa lata temu, kiedy kapitanem wciąż był Raúl, Charlie był sympatycznym, chętnie służącym kolegom pomocą, facetem. Wciąż był sympatyczny i raczej miły, ale oddalał się stopniowo od pozostałych piłkarzy, szczególnie tych zakupionych już przez Toma Marvolo.

Charlie Weasley miał zupełnie inną wizję tego klubu niż Severus Snape, a to nie wróżyło dobrze.

X X X

Zignorował pukanie do drzwi. Nie miał czasu ani ochoty na bezproduktywne rozmowy. Pewnie to znowu jakiś pismak chcący wyciągnąć od niego opinię na temat melancholii Draco Malfoya. Powinni o tym jeszcze film dokumentalny nakręcić, a najlepiej dramat z Almodovarem jako reżyserem i młodym Iglesiasem w roli humorzastego gwiazdora.

Pukanie zastąpił nieprzyjemny dźwięk dzwonka, ale Severus w dalszym ciągu nie wychodził z łazienki. Wybierał z półek potrzebne kosmetyki i wrzucał je do podręcznej torebki.

Wreszcie pozostawiony na kontuarze telefon zaczął wibrować i lamentować staroświecką melodią.

Snape zirytowany odebrał rozmowę.

- Tak?

- Sev, do jasnej cholery, otwórz drzwi. Nie jestem wysłannikiem piekieł prosto z czeluści redakcji Mundo Deprotivo. Nie będę odprawiał w twoim salonie egzorcyzmów by wygonić złego demona z powrotem na Wyspy.

Gdy wreszcie otworzył frontowe drzwi, powitał go tkliwy i przesłodzony uśmiech Remusa Lupina. Emerytowanemu piłkarzowi wyraźnie służyło madryckie powietrze. W Barcelonie wydawał się nieco blady i zaniedbany. Teraz golił się częściej i chodził do fryzjera. Ubierał się lepiej i pokazywał się publicznie tylko w towarzystwie żony promując założoną przez nią fundację.

- Hej, przechodziłem akurat obok i pomyślałem, że zajrzę – to mówiąc Lupin wprosił się do środka.

- Nie mam czasu – odburknął Snape.

- O! dali ci kosmetyczkę z logo klubu – zawołał niespodziewany gość wskazując na białą torebkę w jego rękach.

- Co to ma do rzeczy?

- Ja w domu nie miałem nawet ręcznika.

- To trzeba było ukraść z szatni. Myślałem, że plączesz się za mną tylko po porażkach.

Lupin już dwa razy próbował się z nim skontaktować, ale na szczęście Severus miał wtedy wyłączoną komórkę i dom zamknięty na cztery spusty.

Remus położył mu dłoń na ramieniu i popatrzył w oczy.

- Masz problem, Sev.

- Oczywiście, że mam. Jest duży, biały i, nie wiedzieć czemu, wołają na niego „Królewscy".

- Skoro mamy teraz przerwę reprezentacyjną, to postarajmy się z tego wyciągnąć konstruktywne wnioski.

- Ty nawet nie jesteś w sztabie trenerskim, ani w zarządzie. Zdaj wreszcie egzaminy trenerskie, to pogadamy.

- Jestem socio – argumentował dalej Lupin.

- A ja jestem zajęty.

Severus zawrócił do sypialni i wybrał z garderoby zapakowany wcześniej w pokrowiec garnitur. Problem stanowił dobór koszul. Biała czy niebieska, z długim rękawem, czy wziąć też jedną z krótkim. Temperatury wciąż są letnie, ale jeśli na konferencji podkręcą klimatyzację, będzie trząsł się z zimna. Potem hiszpańscy dziennikarze zinterpretują zdjęcia jako wyraz jego złości i frustracji.

- Dokąd lecisz?

- Na konferencję trenerów w Nyonie. Też byś się załapał, gdybyś był na przykład moim asystentem.

- Dołochowa nie bierzesz?

- To człowiek Marvolo. Wystarczy, że codziennie z nim pracuję. Nie muszę go oglądać w wolnym czasie.

Remus rozpromienił się jak słońce na wiosennym niebie.

- Pan González Blanco przesyła ci pozdrowienia.

Severus zatrzymał się w pół ruchu z trzema paskami do spodni przewieszonymi przez ramię.

- Dzwoniłem do niego. W końcu jesteśmy starymi kumplami – wyjaśnił Remy - Podobno Półwysep Arabski to wymarzone miejsce do zakończenia kariery.

- To… dobrze. Cieszę się.

Właśnie teraz przydałby się ktoś taki w jego zespole. Podstarzały kapitan, który miał respekt w szatni i nie kwestionował poleceń trenera. Marzenie.

- Prawda? – Lupin pokiwał głową ze zrozumieniem.

- Chyba zacznę go lubić.

- Starych mistrzów nigdy za wiele. Też powinieneś do niego zadzwonić.

Severus zmarszczył brwi i popatrzył krytycznie na przyjaciela.

- A ty tu przyszedłeś bo?...

- Melancholia Draco Malfoya. Przyczyny, skutki, wnioski na przyszłość.

- Nie mam czasu.

- Odwiozę cie na lotnisko.

- Już ci mówiłem, żebyś nie pokazywał się w moim towarzystwie. Dział sportowy El Pa¡s przestanie cię szanować.

- Oni są z Katalonii. Przestali mnie szanować wieki temu – Lupin wybrał podobający mu się pasek i wrzucił go do walizki Severusa - Skoro nie masz czasu, to streszczaj się.

- Draco chciał wziąć dzień urlopu. Odmówiłem.

W jasnych oczach byłego piłkarza malowało się niedowierzanie.

- Tylko tyle?

- Och, nie – Severus zawrócił do garderoby by dalej wpatrywać się w rzędy koszul – Tu nic nie jest tak proste. Weasley udzielił wywiadu koleżance swojej dupy, w którym wychwalał brata z Barcelony.

- Czytałem – mruknął z tyłu niezadowolony Remy.

- Rzeczona dupa już kilka razy na swoich profilach społecznościowych pisała różne bzdury o Malfoyu.

Nie rozumiał, czemu jego piłkarze tak przejmują się tym, co znajdą na swój temat w Internecie. Przecież to największy nośnik kłamstw i nikomu nie potrzebnych informacji.

- Też czytałem.

- A jego dobry kumpel, Jordan, zanim poleciał na spotkanie towarzyskie reprezentacji, zdążył palnąć w wywiadzie głupotę, że to Creevey zasłużył w tym roku na Złotą Piłkę.

- Chłopak nie ma żadnego wsparcia. Czuje się niekochany. Zawsze zostawiacie nas samym sobie. Sprowadzacie do Madrytu, dajecie pierwszą tygodniówkę i uważacie, że już dalej damy radę.

- A co? Mam mu za niańkę robić? Ma swojego agenta, najlepszego naciągacza jaki obecnie działa na rynku. Niech ten nad nim skacze.

Lupin potrząsnął głową.

- Draco miał chociaż dobry powód?

- Cholernie dobry – przyznał Severus.

Szkoda tylko, że nie przedstawił go na początku rozmowy.

- Mogę wiedzieć?

Zawahał się przez chwilę. Ta informacja nie powinna jeszcze wychodzić na światło dzienne. Z drugiej strony Remus wiedział, kiedy zachować milczenie.

- Zostanie ojcem.

Lupin usiadł z wrażenia. Głośno wypuścił powietrze z płuc.

- No to mnie zastrzeliłeś. Kto jeszcze wie?

- Ty, ja i Marvolo.

- Ale… jak?

- Normalnie. Nie pamiętasz już, jak zrobiłeś Teda? Remy, przecież nawet kiedy Tonks cię zaobrączkowała, kobiety lgnęły do ciebie jak muchy.

- Ale… myślałem, że Draco jest gejem.

Severus zaśmiał się ponuro.

- Witaj w klubie.