A/N: Obiecałam, że dokończę to opowiadanie i dziś dotrzymuję słowa. Oto ostatnia część „Dziedzictwa". Myślałam nad tym, by trochę namieszać, ale nie chcę zaczynać czegoś, czego mogę nie mieć czasu skończyć, więc wybaczcie mi, jeśli Was rozczarowałam, Kochanieńkie.
Poza tym i tak to opko rozrosło się ponad oryginalny plan. W założeniu miało mieć góra 3-4 rozdziały, a tu bum!
Mam nadzieję, że się podobało i że epilog Was nie zawiedzie.
Pozdrawiam!
Asia
CZĘŚĆ IX
Ten ostatni miesiąc był niemal idylliczny, gdyby ktoś ich zapytał. Zważywszy na okoliczności, oboje dostali wolne, by móc spędzić trochę czasu ze swoim synkiem, który, nawiasem mówiąc, szybko przystosował się do życia wśród ludzi. Mimo, że dotąd jedynym organizmem żywym, z jakim miał do czynienia byli szaroskórzy Asgardzi, Adam nie czuł żadnej obawy, żadnej rezerwy w stosunku do homo sapiens, którzy teraz stanowili nieodłączną część jego dziecinnego świata. Co ważniejsze, nareszcie miał to, czego dotąd brakowało jego malutkiemu serduszku, za czym podświadomie zawsze tęsknił, leżąc w asgardzkim laboratorium. Nareszcie czuł się kochany…
Owszem, jego poprzedni „opiekunowie" starali się, by miał sucho, ciepło i żeby był najedzony, ale żaden z nich nigdy nie dał mu tego, co odczuwał, będąc w ramionach tej pięknej, ciepłej i czułej pani, która nazywała się jego mamą. Podobnie było z tym dużym facetem o srebrnych włosach, który często brał go na ręce, albo robił te śmieszne miny, stojąc nad jego kołyską. Ten zabawny pan był podobno jego tatą, cokolwiek to znaczyło. W sumie, to chyba musiało być coś dobrego, bo kiedy oboje- tata i mama byli blisko, AJ czuł się bezpieczny i uwielbiany, o zabawianiu nie wspominając!
Lubił te wszystkie kolorowe rzeczy, którymi zapełniony był jego pokoik. Lubił to grające coś, wiszące nad jego łóżeczkiem i okręcające dookoła te dziwne puszyste kształty, które z taką determinacją próbował teraz pochwycić ku uciesze swoich rodziców, ale najbardziej lubił te chwile, kiedy tata albo mama, po przyjemnej kąpieli, kładli go na swoim łóżku i zanim znów wcisnęli go w te wszystkie irytujące czasem ubranka, łaskotali go po nóżkach i brzuszku, albo tak śmiesznie dmuchali mu w pępuszek, wydobywając z siebie takie dziwaczne dźwięki, od których chciało mu się śmiać (co zresztą robił).
Tak… To były jego ulubione chwile…
Jack i Sam nie mogli być szczęśliwsi. Od miesiąca z okładem żyli życiem, o jakim wcześniej mogli tylko pomarzyć, o jakim nie śmieli marzyć. Nareszcie mieli siebie i coś, co było dopełnieniem ich miłości- dziecko będące częścią ich obojga. Nieważne, w jaki sposób przyszło na świat. Dało im więcej, niż mogliby sobie zażyczyć, wypełniając tę lukę w ich sercach, która pojawiła się wraz ze śmiercią Charlie'ego i poronieniem Samanthy.
Poronienie… Sam nigdy nie powiedziała o nim ukochanemu, ale podejrzewała, że wiedział. Ich czas jako, Jonah i Thera, choć ciężki i wypełniony lukami w pamięci, był jednym z najdroższych wspomnień obojga. To właśnie wtedy, zamknięci pod powierzchnią potężnego miasta, pozbawieni wspomnień, odnaleźli się na nowo, a ich uczucia wypłynęły na wierzch niczym oliwa, by w efekcie zaowocować nowym życiem, które nieświadoma niczego Sam zabrała ze sobą z powrotem do domu, kiedy już nadszedł czas. Kilka testów w gabinecie Janet wystarczyło, by dowiedziała się, jaki skarb nosi pod sercem, a jednocześnie zaczęła zastanawiać się, co dalej. Wiedziała, że powinna mu powiedzieć, ale… ich życie i tak było skomplikowane. Może i mogliby uniknąć sądu polowego, bo przecież nie wiedzieli, kim są, kiedy dziecko zostało poczęte, ale nie miała pojęcia, jak zareagowałby Jack (nazywanie go pułkownikiem w takich okolicznościach mijało się z celem- przynajmniej w jej myślach), na wieść o tym, że znów zostanie ojcem. Wiedziała, że nadal czuł się winny śmierci swego synka i bała się, że być może nie jest na to gotowy. Zwlekała więc, błagając Janet, by ta jeszcze nic nie mówiła ich przełożonym. Oczywiście, zważywszy na te wszystkie mdłości, brak apetytu i wieczne zmęczenie, O'Neill zaczął coś podejrzewać (chyba), lecz zanim doszło do konfrontacji, zanim wyznała mu swój sekret, natura sama wzięła sprawy w swoje ręce i odebrała Sam tę jedyną cząstkę ukochanego, którą miała nadzieję zatrzymać na wieczność. Tylko Janet przy niej była, kiedy jej dziecko umierało i tylko ona rozumiała, jak wielki ból odczuwała teraz jej przyjaciółka. Od tamtego czasu nigdy nie było już tak samo, a na dodatek pozostał strach, strach, że Samantha nigdy więcej nie doświadczy cudu poczęcia, że nigdy nie będzie matką. Było nie było, nie wiadomo, co spowodowało poronienie- jej zachwiana przez naquadah struktura genetyczna, czy też naturalna kolej rzeczy.
Dziś, kiedy patrzyła na swojego pięknego synka, nadal nie mogła uwierzyć w szczęście, które ją, ich spotkało.
Była mamą…
Czy mogła chcieć więcej? Kiedy spojrzała na mężczyznę stojącego obok, zdecydowała, że tak. Mogła i chciała więcej.
Ostatni miesiąc był jak kołowrotek. Zajęci dzieckiem, przeprowadzką i dostosowywaniem się do nowego życia, na drugi plan zepchnęli całą resztę, resztę, jakiej oboje latami pragnęli. Dziś, kiedy sprawy zaczęły się wreszcie normalizować, zdecydowała, że czas, by dokończyć, co zaczęli miesiąc temu.
- Ożeń się ze mną, Jack…- wyszeptała, nieśmiało patrząc w te ciemne, wyraziste oczy, które tak kochała.
Powiedzieć, że go zaskoczyła... no cóż, byłoby zbyt mało.
Nie tak to planował. Nie tak wyobrażał sobie chwilę, gdy powrócą do tego tematu i gdy nareszcie, z jej pozwoleniem, wsunie jej na rękę pierścionek, który kupił lata temu, kiedy zaczął podejrzewać, że była z nim w ciąży. Wtedy nie dane mu było tego uczynić. Cokolwiek wtedy odebrało mu tę szansę, dziś nie miało już znaczenia, bo jakkolwiek by tego nie zaplanował, chwila nie mogła być odpowiedniejsza od tej. Dziś, kiedy stali nad łóżeczkiem swojego dziecka, kiedy patrzyli na ten cud, który na powrót połączył ich ze sobą, to, jakby koło czasu i przeznaczenia nareszcie się zamknęło. To był ten moment. Nieważne, kto pierwszy zrobił ten krok. To była ta chwila, ich chwila…
- Kiedy tylko zechcesz, Sam.- odparł wreszcie, biorąc w ręce jej twarz i zbliżając jej usta ku sobie.- Kiedy tylko zechcesz.- powtórzył, zanim ofiarował jej pocałunek pełen miłości.
Odpowiedziała z równym uczuciem i przez moment byli tylko oni dwoje, dopóki brak powietrza w ich płucach nie zmusił ich do niechcianej przerwy. Roześmieli się i jednocześnie rozpłakali ze szczęścia, a Jack, z właściwym sobie poczuciem humoru zwrócił się do Adama:
- Wybacz nam na moment, mały, ale tata musi dać mamie coś, co zamierzał dać jej już jakiś czas temu, więc zajmij się chwilę sobą, a my…- mrugnął psotnie i pociągnął narzeczoną do ich wspólnej sypialni.
Pierścionek był prosty, klasyczny, z niezbyt dużymi kamieniami. Tak inny od ordynarnego, wielkiego pierścionka, na jaki nalegał Pete. Był perfekcyjny, jak mężczyzna, który jej go ofiarował.
- Kiedy?- zapytała wzruszona i wniebowzięta.
- W każdej chwili. Jeśli o mnie chodzi, nawet zaraz.- odparł bez wahania. Nie miało dla niego znaczenia gdzie, ani kiedy się pobiorą, jak długo oboje byli na to zdecydowani.
- W sobotę. W kaplicy Akademii.- zadecydowała Sam.- Tylko ty, ja i najbliższa rodzina.
- Aha!- zachichotał wesoło.- A więc wesele na pięćdziesiąt osób. Nie ma sprawy, dopóki nie każesz mi zakładać stroju pingwina!- mrugnął znowu.
- Nigdy bym ci tego nie zrobiła, Jack!- zaprotestowała szybko przyszła generałowa O'Neill.- Masz być w swoim galowym mundurze.- dorzuciła przekornie, a potem spojrzała na niego wymownie.- Sam wiesz, jak na mnie działasz, kiedy go nosisz….- mruknęła.
- Mówisz i masz, kochanie!- wyszczerzył się jej narzeczony, a potem przewrotnie dodał:- Może tak mała przymiarka? No wiesz, żeby zobaczyć, czy dobrze leży…
Roześmiała się tylko i przewróciła oczami.
- Jesteś niepoprawny, Jack!- stwierdziła wesoło.
- Ale i tak mnie kochasz!- podsumował pewnym siebie tonem.
Nie mogła zaprzeczyć…
Pobrali się zgodnie z planem, choć ich wesele rozrosło się nieco z racji tego, że większa połowa bazy, niczym w puszcze sardynek stłoczyła się w akademickiej kaplicy, by być świadkami tego wiekopomnego wydarzenia.
Były łzy szczęścia i łzy melancholii, kiedy wspominano tych, którzy nie dożyli tej chwili, ale ogólnie mówiąc, była to najlepsza „impreza", na jakiej kiedykolwiek byli!
Nie wiadomo, co szykował im w przyszłości los. Mieli dziecko z potencjałem, jakiego nie posiadał żaden człowiek, dziecko, które musieli kochać i strzec. Jedno wszakże było pewne… Razem mogli tego dokonać. Razem byli gotowi stawić czoła wszystkim przeciwnościom i wyzwaniom losu. Najważniejsze, że mieli teraz siebie. Siebie i Adama. Czego jednak jeszcze nie wiedzieli, to że nie na długo…
Co kiedyś odebrała im natura, za osiem miesięcy mieli odzyskać w trójnasób. W końcu, Grace i jej bracia nie po to czekali tysiące lat na drugą szansę, odkąd narodzili się po raz pierwszy w starożytnym Egipcie, by teraz ich plany spełzły na niczym!
KONIEC
A/N2: Podobało się? Było do kitu? Dajcie mi znać! ;-)
