Alex krążyła sfrustrowana po swoim pokoju w Trzech Wiązach. Jeden, dwa, trzy, cztery, pięć kroków i już była przy ścianie. Czuła się jak zamknięta w klatce, jak dzikie zwierzę uwięzione w zoo i wystawione na widok obojętnych gapiów.
Z tego co wiedziała, przebywała w ośrodku od dwóch tygodni. Doktor Madison zapewniał ją, że bóle mięśni, trudności z zasypianiem i zimne dreszcze biorą się z jej głowy, a żadne objawy odstawienia nie mogą być prawdziwe, nie po dwóch tygodniach od detoksykacji.
Miała ochotę walnąć go w tę tłustą twarz.
Ale nawet to nie było jeszcze najgorsze. Najgorsza była niewiarygodna nuda. Nie miała niczego, czym mogłaby oderwać myśli od złego samopoczucia – nawet jeśli było tylko psychosomatyczne.
Padła na łóżko z jękiem, przyciskając ręce do piersi i rozcierając ramiona , bez przekonania próbując się rozgrzać. Spojrzała na wiszący na ścianie zegar ze wskazówkami.
Druga trzydzieści nad ranem.
Jej wzrok powędrował w stronę drzwi. Kilka dni wcześniej nagrodzono ją za dobre sprawowanie i zaczęto zostawiać je otwarte, z zastrzeżeniem, że po jedenastej wieczorem wszyscy pacjenci mają być w pokojach.
Przez dłuższą chwilę wpatrywała się w drzwi, czując jak znów dopadają ją mdłości.
Pieprzyć to.
Zanim zdążyła przekonać samą siebie, że to zły pomysł, była już za drzwiami.
Światło korytarza przyciemniono dla oszczędzania prądu i Alex trzymała się blisko ściany, jakby była dzięki temu niewidzialna. Przez chwilę szła cicho, nie napotykając nikogo i wkrótce poczuła się swobodniej. Opuściła względnie bezpieczną część dla pacjentów i udała się do części wspólnej.
Po opuszczeniu pokoju poczuła się lepiej. Ból i zimne dreszcze ustąpiły. Znowu mogła oddychać.
Nagle usłyszała przed sobą jakiś dźwięk i zawahała się, z ręką przyciśniętą do ściany. Pomyślała, że być może to po prostu brzęczenie telewizora w świetlicy. Brzmiało tak, jakby ktoś przerzucał kanały słuchając wiadomości ze świata, a Alex uznała, że to ktoś z nocnego personelu zrobił sobie przerwę. Cofnęła się cicho i skręciła w najbliższy korytarz. Gdy była już pewna, że nikt jej nie usłyszał, odwróciła się, by ruszyć dalej, i zastygła ze zdumienia.
Kilka metrów przed sobą ujrzała młodego chłopaka, który przez ostatni tydzień był jej partnerem na terapii grupowej. Tego o dziwnym imieniu, Sherlocka.
Teraz było im łatwiej niż pierwszego dnia, zwłaszcza że zaczął się odzywać, nawet jeśli rozmowy ograniczały się do cynicznych komentarzy na temat ich obecnej sytuacji oraz wymianie pogardliwych uwag o Madisonie i kolegach z ośrodka. Wprawdzie ona mówiła więcej – oraz zawsze zaczynała rozmowy – jednak Sherlock też dorzucał parę zdań i spostrzeżeń.
Teraz klęczał przed wysokimi, mahoniowymi drzwiami, które prowadziły do biura Madisona. W rękach trzymał dwa kawałki metalu, którymi manipulował w zamku.
Alex mimowolnie cofnęła się o krok, wpatrując w niego w zdumieniu
Sherlock znieruchomiał, zdekoncentrowany, zostawiając wytrychy tkwiące w zamku.
Ich oczy spotkały się. Przyglądali się sobie w milczeniu, każde zastanawiając się, jak zachowa się to drugie. Alex widziała po jego minie, że Sherlock zastanawia się, czy ma zamiar go wydać.
To co w końcu zrobiła, zaskoczyło ich oboje.
Rozpromieniła się w szerokim uśmiechu i podeszła bliżej.
– Uda ci się otworzyć? – szepnęła.
Sherlock uśmiechnął się lekko na jej psotny błysk w oczach i skinął głową.
Alex z trudem powstrzymała chęć klaśnięcia w ręce z ekscytacji.
– Stanę na straży – oświadczyła.
Sherlock wrócił do pracy przy zamku, a Alex odwróciła się i teatralnie spojrzała wzdłuż korytarza, chwilowo zapominając o nudzie. Rozpłaszczyła się na ścianie i przykucnęła, wyglądając za róg.
Po chwili zabawę przerwało jej głośne szczęknięcie i odwróciła się, widząc jak Sherlock wstaje i naciska klamkę.
Drzwi otworzyły się bez oporu i Sherlock uśmiechnął się pod nosem, po czym wskazał jej ruchem głowy, by weszła pierwsza.
Praktycznie tańczyła obok niego z ekscytacji gdy wchodzili do środka. Sherlock cicho zamknął za nimi drzwi. Słabe światło księżyca wpadające przez okna jedynie odrobinę rozjaśniało ciemność, jednak żadne z nich nie miało ochoty włączać jarzeniówek. Alex podeszła do biurka i zapaliła małą lampkę, która zalała pokój słabym pomarańczowym blaskiem. Łobuzersko uśmiechnęła się przez ramię do Sherlocka, usiadła na obrotowym krześle i zaczęła kręcić wkoło, jakby miała dziesięć lat.
Kiedy się zatrzymała, miała zawroty głowy i czuła się, jakby była naćpana.
Ta myśl zastopowała ją na chwilę. Spuściła wzrok na swoje ręce, czekając aż pokój przestanie wirować. Po dłuższej chwili spojrzała na Sherlocka, który stał po drugiej stronie pokoju, odwrócony do niej plecami.
Czując palącą potrzebę zemsty na doktorze Madisonie, jakby wszystkie jej problemy były jego winą, Alex zaczęła otwierać kolejne szuflady biurka i wybebeszać ich zawartość.
– Jak myślisz, co go może naprawdę wkurzyć, Sherlock? – spytała, wyciągając zszywacz i rozsypując zszywki na biurku. – To musi być coś nieszkodliwego. Wyrzucimy mu wszystkie zszywki albo schowamy długopisy.
Podniosła jedyne stojące na biurku zdjęcie. Przedstawiało atrakcyjną kobietę w średnim wieku, zapewne żonę Madisona.
– Myślisz, że się przestraszy, jak przyjdzie jutro rano i zobaczy, że zdjęcie żony się odwróciło w ramce?
Znów podniosła wzrok i uświadomiła sobie, że Sherlock w ogóle jej nie słuchał. Wstała i podeszła bliżej.
Pochylał się lekko i próbował otworzyć zamek w szafce Madisona. Zastanowiła się przelotnie, skąd właściwie wziął wytrychy, po czym spytała:
– Czego tam szukasz?
– Informacji.
– O czym?
– O wszystkim.
Alex czekała jeszcze przez kilka sekund, zanim zorientowała się, że było to wszystko, co zamierzał jej powiedzieć. Wróciła do biurka i zajęła się monotonnym, ale dziwnie satysfakcjonującym odkręcaniem skuwek z każdego pióra i chowaniem ich w kieszeni. Po chwili usłyszała szczęk zamka i podniosła wzrok, widząc jak Sherlock wyciąga z szafki plik dokumentów.
– Co to jest?
– Akta pacjentów.
Przez chwilę chciała spytać, co ma zamiar z nimi zrobić, ale uświadomiła sobie, że nic jej to nie obchodzi. Zajęła się wymyślaniem, co jeszcze mogłoby dokuczyć Madisonowi i chwyciła ramkę ze zdjęciem, próbując ją otworzyć, by odwrócić obrazek
Te małe złośliwości w jakiś sposób pomogły jej uporać się z wcześniejszym rozdrażnieniem. Kiedy skończyła z przestawianiem rzeczy na biurku i upewniła się, że lekarz będzie miał wściekłe kłopoty aby cokolwiek na nim rano znaleźć, spojrzała na Sherlocka.
Siedział na podłodze oparty plecami o ścianę, z długimi nogami wyciągniętymi przed siebie. Obok niego leżał cały stos tekturowych teczek, jednak Sherlock wydawał się całkowicie pochłonięty zawartością jednej z nich.
Ciekawa, co go tak zainteresowało, wstała zza biurka i ruszyła w jego stronę.
Spodziewała się jakiegoś komentarza, lecz chłopak był tak pochłonięty lekturą, że nawet nie zauważył, kiedy Alex podeszła i usiadła obok. Zareagował dopiero, kiedy pochyliła się, żeby zajrzeć mu przez ramię.
Natychmiast zatrzasnął teczkę i zerwał się na nogi. Jedyne co Alex zdążyła zauważyć, to duże, drukowane „B" na okładce.
– Eej, spokojnie – szepnęła, gdy Sherlock zebrał wszystkie teczki i zaczął odkładać je prędko do szafki.
– Za długo tu jesteśmy. Powinniśmy iść.
– Dobrze – odpowiedziała Alex, wciąż nieco oszołomiona jego gwałtowną reakcją. Wyłączyła lampkę na biurku sprawiając że pomieszczenie ponownie pogrążyło się w ciemności, po czym położyła rękę na klamce.
Bez ostrzeżenia Sherlock podszedł do niej i jedną ręką nakrył jej dłoń. Odsunął jej rękę i odwrócił Alex w swoją stronę.
– Co...? – pytanie zostało stłumione przez dłoń, którą Sherlock zasłonił jej usta. Cofnęła się odruchowo i potknęła opierając o drzwi. Sherlock zbliżył się, nadal uciszając ją dłonią. Wolną ręką objął ją w talii by pomóc jej utrzymać równowagę. Spojrzał jej w oczy z naciskiem, odsunął rękę od jej ust i przyłożył palec do swoich, nakazując by była cicho.
Po chwili usłyszała za drzwiami powolne skrzypienie wózka i zrozumiała w końcu, co się dzieje.
Wstrzymała oddech i zamarła bez ruchu, słysząc jak wózek zwalnia i zatrzymuje się. Modliła się, by przechodząca osoba nie słyszała odgłosu uderzenia, kiedy Alex wpadła na drzwi.
Czuła na twarzy płytki oddech Sherlocka. Drugą dłoń opierał na jej talii i czuła jej ciepło przez cienki materiał bluzki.
Czekali przez czas, który wydawał im się wiecznością, aż wreszcie ponownie usłyszeli ciche poskrzypywanie oddalającego się korytarzem wózka. Nawet wtedy jeszcze przez dłuższą chwilę stali nieruchomo w obawie przed nakryciem.
Alex zamknęła oczy i nasłuchiwała, jak skrzypienie cichnie, aż w końcu całkowicie znika w oddali. Kiedy ponownie je otworzyła zauważyła, że Sherlock dziwnie jej się przygląda.
– Poszedł – powiedział cicho i cofnął się, akurat kiedy Alex zaczęła myśleć o tym, jak niezwykłe są jego oczy .
Wyprostowała się i odsunęła od drzwi. Sherlock uchylił je, wystawił głowę na korytarz i rozejrzał szybko w obie strony, upewniając się, że droga wolna. Zamknęli za sobą drzwi i ruszyli w kierunku pokoi pacjentów. Alex szła powoli, dużo spokojniej, jej wcześniejsze podniecenie wywołane spontanicznym włamaniem opadło, zastąpione lekkim oszołomieniem.
Sherlock robił tak długie kroki, że miała problem z dotrzymaniem mu tempa, przez co zniknął za rogiem kilka chwil przed nią.
– Hej!
Alexandra drgnęła i odwróciła się, widząc idącego w jej stronę Briana. Wiedziała, że ją przyłapał i nie ma po co próbować ucieczki.
– Co ty tutaj robisz? Wiesz, że nie powinnaś wychodzić w nocy z pokoju – mówił podchodząc do niej pospiesznie.
Uspokoiła się trochę widząc, że nie jest zły, najwyżej nieco zirytowany.
– Wiem. Ale nie mogłam zasnąć... Nudziłam się.
Brian westchnął.
– Jeśli dowiedzą się, że opuszczasz pokój, znowu zaczną zamykać ci drzwi. A dopiero co zgodzili się zostawiać je otwarte.
– Mam pomysł – zaproponowała z ironią Alex. – Nie mów nikomu.
Brian uśmiechnął się lekko i rozejrzał wokół.
– Kto tu z tobą był?
– Co? Nikt.
– No jasne. Przecież widziałem, że ktoś przed tobą szedł. – Ominął ją by wyjrzeć za róg. Alex miała nadzieję, że Sherlock był wystarczająco rozsądny, aby schować się z powrotem w swoim pokoju. Miała jednak niejasne przeczucie, że mimo oczywistej inteligencji, w pozostałych kwestiach Sherlock ma pewne braki. Dlatego na wszelki wypadek chwyciła Briana za ramię i przyciągnęła do siebie.
– Naprawdę byłam sama.
– Oczywiście – rzucił sarkastycznie, znowu się odwracając.
Gdyby ktoś zapytał ją później, dlaczego zrobiła to, co zrobiła, nie byłaby w stanie odpowiedzieć. Jedyne co wiedziała, to że musi jakoś odwrócić jego uwagę i w tamtym momencie wydawało jej się dobrym pomysłem.
Stanęła przed Brianem tak, by zasłonić mu korytarz i zanim zdążył ją wyminąć, złapała go za fartuch i przyciągnęła bliżej, muskając wargami jego usta. Brian znieruchomiał ze zdumienia i, prawdę mówiąc, ona również. Nie wiedziała za bardzo, co dalej zrobić. Kiedy zaczęła się odsuwać, Brian nagle się ocknął, objął ją w talii i przechylił głowę, oddając pocałunek.
Dotyk jego ust zarówno ukoił ją jak i podekscytował, i wkrótce przysunęła się bliżej, chętnie odwzajemniając pieszczoty. Wypuściła jego koszulę z rąk i przeniosła je na króciutkie włosy z tyłu głowy. Wygięła plecy, przyciągając go bliżej.
Brian jęknął i popchnął Alexandrę do tyłu, aż uderzyła plecami o ścianę. Nie przerywając kontaktu wyciągnął z kieszeni klucze. Sięgnął na oślep za Alex, otworzył jakieś drzwi i wciągnął ją do środka.
Przytłoczyła ją niespodziewana ciemność, jednak oczy szybko się do niej przyzwyczaiły. Odsunęła głowę, zdumiona, a Brian popchnął ją gwałtownie na regał, którego zawartość posypała się jej na ramiona. Usta Briana przesuwały się po jej szyi, składając wilgotne, gorące pocałunki wzdłuż obojczyka.
Poczuła palce wbijające się w skórę na jej talii i nagłe uczucie déjà vu przywróciło ją do rzeczywistości. Spojrzała w dół. Brian dotykał ją dokładnie w tym miejscu, gdzie przed chwilą znajdowały się palce Sherlocka.
Cały ten obszar był czerwony i rozgorączkowany, a w miarę, jak na niego patrzyła, skóra zaczynała pokrywać się bąblami i łuszczyć, odsłaniając zwęglony mięsień. Poczuła zapach palonego ciała i krzyknęła z bólu. Zaczęła okładać pięściami pierś Briana, próbując go odepchnąć, ale mężczyzna nawet nie drgnął. Nadal rysował na jej skórze ślad mokrych pocałunków, nieświadomy tego, że jego dotyk pali ją żywym ogniem.
Błagała, aby się odsunął, lecz mężczyzna zdawał się w ogóle jej nie słyszeć. Resztką energii chwyciła go za włosy i pociągnęła, odchylając jego głowę do tyłu.
Chciała krzyknąć, żeby przestał, jednak dźwięk zamarł jej w gardle; to nie był Brian, ale Sherlock, który patrzył na nią tymi niezwykłymi oczami.
Alex obudziła się i usiadła na wąskim, obcym łóżku. Natychmiast uniosła koszulkę oglądając swój bok.
Nic... żadnych świeżych oparzeń, żadnej zwęglonej skóry.
To był tylko sen.
Odetchnęła głęboko i otarła pot z czoła, rozglądając się po pokoju. Chwilę zabrało jej przypomnienie sobie, że jest na Baker Street, a nie w szpitalu.
Mieszkanie Johna i Sherlocka.
Sherlocka...
Z westchnieniem opadła na łóżko i wtuliła mokrą od potu twarz w poduszkę.
Nie pierwszy raz wracała we śnie do przeszłości, a ten okres zdawał się być faworytem jej podświadomości.
Ale teraz jej umysł przekształcał go i zamieniał w coś przerażającego, czego nie mogła zrozumieć.
W rzeczywistości, kiedy już dotarli do schowka, nic im nie przeszkodziło. I to był początek tego całego cholernego zamieszania...
Alex jęknęła i z frustracją rzuciła poduszkę na podłogę małego pokoju Johna. Kiedy pięć dni temu zjawił się, by odebrać ją ze szpitala długo przekonywała go, że może spać na kanapie, ale Watson nie chciał o tym słyszeć. Stwierdził, że i tak mało korzysta ze swojej sypialni i że woli spędzać noce u przyjaciółek, o których Alex nigdy dotąd nie słyszała.
Mówił prawdę. Odkąd wybrała się w asyście policji do swojego mieszkania (i była szczęśliwa widząc, że nie padło ofiarą tajemniczych pożarów), by zabrać trochę ubrań i podstawowych rzeczy, widziała Johna tylko raz.
Spuściła nogi z łóżka i wstała, wciąż trochę roztrzęsiona przez koszmar. Podeszła do okna i uniosła roletę.
Kilka bladych promieni słońca zdołało przebić się przez ciemne chmury. Alex uznała, że musi już być po dwunastej.
Przespała prawie pół dnia... znowu.
Nie, żeby musiała się tym martwić, pomyślała gorzko. I tak nie miała co ze sobą robić, a nie wolno jej było opuszczać mieszkania.
Spojrzała w dół, na ruchliwą ulicę poniżej, bez trudu zauważając nieoznakowany samochód. Nie miała wątpliwości, że siedzący w nim gliniarz musi być tak samo znudzony, jak ona.
Nie miała zupełnie nic do roboty. John prawie nie bywał w mieszkaniu, Sherlocka też widywała rzadko, i tak pewnie było najlepiej.
Zaburczało jej w brzuchu i odwróciła się od okna. Od ostatniego posiłku mijały już dwadzieścia cztery godziny, ale nie bez przyczyny. Unikała myszkowania po kuchni, odkąd znalazła w lodówce pudełko zawierające parę uciętych ludzkich uszu.
Najwyraźniej, skoro nic nowego nie pojawiało się w sprawie podpaleń, Sherlock zajął się czymś innym. Z podsłuchanej rozmowy telefonicznej dowiedziała się, że miały w niej udział te cholerne szczątki z lodówki...
– To nie jest żart, Lestrade!
Alex usłyszała pełen irytacji okrzyk Sherlocka i zatrzymała się na schodach. Wiedziała, że nie wypada podsłuchiwać, jednak zapowiedź czegoś ciekawego wzbudziła jej zainteresowanie, więc pozostała w miejscu.
– Naprawdę? – ciągnął Sherlock. – Powiedz mi, gdyby to ci studenci medycyny dla żartu pokroili staruszkę, nie sądzisz, że nacięcia byłyby bardziej precyzyjne? I chyba użyliby jakiegoś innego konserwantu niż sól kuchenna? – Sherlock przerwał, słuchając co Lestrade mówi po drugiej stronie telefonu.
– Dostaniesz uszy, kiedy z nimi skończę! – krzyknął wreszcie, włożył płaszcz i wyszedł, zatrzaskując za sobą drzwi.
Od tamtej pory nie widziała go ani nie słyszała.
W brzuchu znowu jej wściekle zaburczało, więc zmusiła się, by zejść na dół i zmierzyć ze straszliwą zawartością lodówki. Zawahała się chwilę, nasłuchując oznak życia. Panowała kompletna cisza i Alex była pewna, że Sherlock jeszcze nie wrócił.
Kiedy na dole rozległ się dzwonek do drzwi, siedziała akurat na kanapie z jakąś przekąską. Zerwała się z zamiarem otwarcia i zamarła w korytarzu, przypominając sobie, że tego też jej nie wolno – polecenie Lestrade'a
Zatrzymała się, nasłuchując jak pani Hudson otwiera frontowe drzwi. Rozległa się przytłumiona wymiana zdań i, zaraz po tym, szybkie kroki na schodach. Zanim się zorientowała, drzwi do mieszkania otworzyły się i stanęła twarzą w twarz ze starszym z braci Holmesów.
– Pani Claymore – powiedział Mycroft schylając głowę.
– Mycroft – odpowiedziała cicho i gestem zaprosiła, by usiadł.
– Nie wydaje się pani zbyt zaskoczona moim widokiem – stwierdził lokując się na kanapie. Alex usiadła w fotelu.
– Ani ty moim. Widzę, że nadal masz braciszka na oku.
Mycroft uśmiechnął się lekko.
– Sherlocka trzeba mieć go na oku. – Przerwał i odchrząknął, a uśmiech znikł z jego twarzy. – Myślę, że domyśla się pani, dlaczego tu jestem.
Alex zawahała się.
– Jestem pewna, że chcesz mi przypomnieć o naszej umowie – zaczęła, ostrożnie dobierając słowa – choć dziwię się, że tak długo to trwało.
– Byłem zajęty. Powinienem przyjść zobaczyć się z panią od razu, gdy tylko naruszyła pani naszą umowę.
– A czym dokładnie ją naruszyłam? – zapytała, podnosząc głos ze złością. – Tym, że ktoś mnie atakuje? Że próbuje mnie zabić?
– Okoliczności nie stanowią dla mnie różnicy. Faktem jest, że po opuszczeniu zakładu odwykowego przyjęła pani znaczną kwotę, zobowiązując się w zamian do jednej tylko rzeczy... Że nigdy więcej nie zobaczy się pani z moim bratem.
