Shaka niecierpliwie targał palcami kołtun we włosach. Dzień wstawał wreszcie nad Świątynią i do raportu u Wielkiego Mistrza zostało pół godziny.
To była jego wina. Nie powinien pozwalać Marin iść tam samej. Nie powinien odchodzić pierwszy. Mógł wejść razem z nią i zobaczyć jak Aioria zareaguje. Trzeba było wyjaśnić Marin sytuację, przecież coś takiego było do przewidzenia. Co go zamroczyło, że nie sprawdził co się dzieje? Mógł zaczekać aż ona tam wejdzie! Powinien przeanalizować zachowanie Aiorii. Dlaczego nie zajął się wyjaśnieniem tego wszystkiego wcześniej tylko czekał aż sytuacja wymknie się spod kontroli!
Shaka nigdy nie czuł się tak bardzo winny. Był odpowiedzialny nie tylko za fakt, że Marin została ranna. Teraz zapewne także wykrwawiła się na śmierć ponieważ on dopuścił do walki między Shurą i Aiorią. On, pyszniący się zdolnościami telepatycznymi. Trzeba było je wykorzystać! Zobaczyłby, że umysł Aiorii jest na wszystko zamknięty. Rycerz Lwa zmienił się tak, że kontakt jaki miał z przyjaciółmi został całkowicie zerwany. Mógł przewidzieć, że stanie się coś złego, albo chociaż próbować załagodzić zaistniałą sytuację. Tymczasem on nie zrobił nic, a na atakującego Aiorię natknął się akurat Shura!
Teraz nie tylko Marin nie żyje. Rycerz Lwa przez tyle lat próbował zmyć z siebie winę brata, który zabił nowonarodzone wcielenie Ateny, a dzisiaj sam z pasją zamordował dziewczynę, która przecież była w nim zakochana. Kontakt z Aiorią został całkowicie przerwany, a jakby nie dość było temu wszystkiemu, Shura zapałał do niego nie hamowaną nienawiścią. Wszyscy Złoci Rycerze będą musieli pilnować żeby pomiędzy nimi nie doszło do potyczki na śmierć i życie.
To wszystko była jego wina.
Do audiencji pozostało dziesięć minut. Shaka wstał od stołu i mechanicznie wyszedł na zwenątrz kierując się w stronę oficjalnej siedziby Wielkiego Mistrza.
Pod olbrzymimi drzwiami do Sali Audiencyjnej stali już Rycerze Wodnika, Ryb, Koziorożca i Barana. Mu dotarł tutaj pierwszy ale tym razem nikt nie ośmielił się żartować na temat jego pracoholizmu. Tybetańczyk wyszedł z domu pół godziny przed wyznaczonym czasem audiencji i poszedł do Shury. Dopiero razem skierowali się w górę Świątyni. Aphrodite pomyślał, że idąc razem a potem czekając tu Rycerz Barana zdążył może przygotować Shurę do tego, że Aioria także niechybnie pojawi się podczas audiencji.
Złoci Rycerze stali obok siebie nie podnosząc wzroku z podłogi i nie odzywając się ani słowem. Mu ledwo panując nad sobą odpędzał swoje myśli od widoku jaki ukaże się ich oczom kiedy po zdaniu raportów przyjdą wreszcie do domku letniskowego. Death Mask stanął przed drzwiami do Sali. Było widać, że żaden z nich nie zmróżył oka przez całą noc.
Aldebaran jeszcze się nie pojawił.
Nagle po korytarzu rozszedł się odgłos kroków. Wszyscy drgneli i zastygli ze wzrokiem utkwionym w nadchodzącą postać Rycerza Lwa. Mu stanął pomiędzy nim a Shurą. Nikt nie ruszył nawet powieką odkąd Aioria stanął pomiędzy nimi. Rycerze pozostali nieruchomi, ale każdy ich mięsień był podświadomie napięty. Aioria zdawał się zupełnie niewzruszony presją spojrzeń wszystkich obecnych. Drzwi do Sali otworzyły się. Złoci Rycerze weszli do Sali dopiero po tym jak Aioria zrobił już dobre kilkanaście kroków.
Wreszcie wszyscy stanęli przed tronem Wielkiego Mistrza. Drzwi do Sali pozostały jednak otwarte. Milo czuł swoje zesztywniałe mięśnie kopiąc nerwowo krawędzią buta twardy i krótkowłosy dywan, biegnące przez środek Sali akurat pod jego nogami.
Wielki Mistrz wydawał się niezadowolony. Nie odpowiedział na przepisowe pozdrowienie. Zamiast tego zaczął ostrym tonem:
- Gdzie jest Rycerz Byka?
Wybiła siódma i Aphrodite zadawał sobie dokładnie to samo pytanie. Nie miał jednak ochoty zabierać głosu wobec tego bezlitosnego człowieka. Pytanie nie było skierowane bezpośrednio do niego i nie musiał na nie odpowiadać. Shaka przygnieciony poczuciem winy nawet nie usłyszał, Milo całkowicie skoncentrował się na dywanie. Mu patrzył tylko na Shurę, przygotowany do reakcji w każdej chwili. Death Mask uparcie milczał, wściekły na samego siebie, że przesiedział całą noc tuż obok domku gdzie leżała ranna i nie mógł jej pomóc. Nienawidził swojej bezradności. Umysł Camusa był na wszystko zamknięty.
Nikt nie odpowiedział. Aioria pozostał obojętny.
Wielki Mistrz przygotował się na wybuch. W tej samej chwili jednak wszyscy poczuli kosmos Aldebarana. Emanował on z nadchodzącego tak silnie, że wszyscy odwrócili się w jego stronę. Twarz Rycerza Byka jaśniała i Camusowi ręce zadrżały widząc na niej szeroki uśmiech. Przez umysły wszystkich przeszedł jeden impuls: „Ona żyje!".
Wiedzieli, że Wielki Mistrz czasami wyczuwa kiedy się komunikują. Natomiast z pewnością nie miał z nimi kontaktu na tyle dobrego, żeby wiedzieć o czym dokładnie mówią.
Przez szereg stojących Rycerzy przebiegło szybkie i nerwowe poruszenie. Chociaż za chwilę znów przepisowo znieruchomieli, nikt już nie zwracał uwagi na to co mówi Wielki Mistrz. Shaka z dużym trudem opanowywał drżenie rąk i nagłą słabość, która powodowała, że szukał czegoś na czym mógłby usiąść.
Teraz każdy już liczył sekundy do końca audiencji.
Marin żyła. Ta myśl pozwoliła Shurze przebrnąć jakoś przez pierwszą połowę dnia. Ponieważ Rycerz Koziorożca znowu od samego rana odbywał służbę w areszcie, nie mógł pójść z innymi zobaczyć Marin i niecierpliwie oczekiwał końca dnia. Przyjaciółka Złotych Rycerzy była jeszcze nieprzytomna, ale jej rany przestały zupełnie krwawić i energia kosmiczna powoli przybierała na sile. Nikt nie potrafił wytłumaczyć nagłego wyzdrowienia dziewczyny. Żaden ze Złorych Rycerzy nie wyczuł przejawów obcej energii, a przecież czuwali przez całą noc. Aldebaran niby po drodze na audiencję poszedł rano do domku gdzie w nocy zostawili ranną. Znalazł wszystkie bandaże i przybory dokładnie tak jak je zostawił. Wszyscy wiedzieli, że nie mogła to być interwencja Ateny, która nie będąc wcielona nie mogła wpływać na sprawy ziemskie. Jednogłośnie doszli więc do wniosku, że stał się pradziwy cud.
Shura skończył nareszcie podejmowanie wszytkich decyzji, złożyl kilka podpisów i wydał stosowne rozkazy. Mógł wreszcie wyjść do miasta. Zostawił swój patrol na targowisku rozkazując żołnierzom sprawdzać pozwolenia na handel, a sam poszedł w kierunku jednej z kamienic. Na parterze w podwórzu znajdował się zakład, w którym kremowano ciała zabitych w pojedynkach i poległych na wojnie. Właściciel, człowiek wysoki i niezwykle chudy siedział w cieniu na podwórku trzymając w ręce puszkę piwa. Zobaczywszy nadchodzącego rycerza w pełnej zbroi szybko postawił puszkę na kamiennym parapecie okna pobliskiej komórki i wyszedł mu naprzeciw spodziewając się nowych zleceń.
Zaraz jednak zmienił rytm kroków, zaskoczony że za Shurą nie zobaczył żołnierzy niosących zawinięte w materiał tobołki. Shura podszedł do niego.
- Nie przychodzę ze zleceniem – powiedział widząc pytający wzrok swojego rozmówcy – Potrzebuję informacji.
To mówiąc zaświecił właścicielowi zakładu przed oczyma nie złotem, a lekkim błyskiem swojej zgiętej niedbale prawej ręki. Już dość temu facetowi zapłacił.
June poszła wreszcie na porządne zakupy. Jej znajomy Rycerz przychodził tylko w nocy, więc postanowiła wykorzystać dzień żeby uzupełnić zapasy jedzenia. Musiała też porządnie się wyspać po wczorajszych przeżyciach. Nie tylko zobaczyła miasto z wysokości Zegara Złotych Rycerzy, pokazała się mu bez maski i poznała jego imię, ale także pomogła uratować komuś życie. Wbrew temu wszystkiemu jednak June szła przez ulicę nie mogąc wybić się z ponurego zamyślenia. Zapytała wczoraj o jego dziwne wachania energii kosmicznej. Nie chciał mówić o tym wiele, ale June czuła, że stanowi to dla niego poważny problem. Być może nawet to właśnie jest powodem ciągłego zmęczenia Rycerza. June chciała odkryć dlaczego jego oczy jeśli nie są zupełnie nieobecne, to przynajmniej pozostają przymrużone, jakby wisiał nad nim jakiś wielki ciężar, z którym nie może sobie poradzić.
Z zamyślenia wyrwał June czyjś krzyk. Usłyszała trzask i coś przypominającego przeciągły odgłos wybuchu. Spojrzała w niebo za sobą. Kilka ulic dalej znad domów podnosił się kurz i słychać było panikująych cywilów.
- Ateno! Szpital się wali, szpital się wali! – obok przebiegła krzycząca kobieta. June na szczęście jeszcze nie wydała pieniędzy bo nie miałaby teraz co zrobić z zakupami. Pobiegła w kierunku szpitala.
Kiady staneła pod nim stało się jasne skąd ten kurz. Jedna ze ścian zawaliła się z łoskotem i tylko niewielka liczba cegieł nadal trzymała się od góry. Przez dziurę widać było korytarz z krzesłami i przenośnymi wózkami, wielkie kwiatki w wazonach pospadały nagle z wnętrza na zewnątrz. Za chwilę z drugiej strony budynku rozległ się podobny huk. Sanitariusze w panice próbowali ewakuować wszystkich chorych. June zobaczyła jak wybuchła następna ściana. Ktoś naładował mury energią kosmiczną i zostawił aż eksplodowały. To na pewno zemsta jakiegoś Rycerza za to, że nie przyjęto go do szpitala, albo ktoś z jego przyjaciół zmarł czekając w kolejce. Często się odgrażali, ale jak widać zdarzają się nawet tacy co się mszczą. Wojska na razie nie było na miejscu, June i jakiś inny Rycerz pomagali odblokować wyjścia ewakuacyjne żeby wszystkich można było wynieść bez problemów. Sanitariusze najbardziej bali się kolejnych wybuchów. Spadające mury i lecące w powietrzu na oślep kamienie mogły pozabijać tych, którzy byli jeszcze w środku.
June usłyszała szum dookoła i zobaczyła kilka patroli wojowników, którzy z energią rzucili się do pomocy. Za plecami usłyszała władczy głos Złotego Rycerza Skorpiona, ale nie obejrzała się. Ponieważ szpital zbudowany był wzdłuż skalnej ściany i część jego pomieszczeń została wydrążona w litym kamieniu istniało zagrożenie, że wszystko się zawali jeśli pozostawiono więcej napromieniowanych energią miejsc. June weszła do środka i pomagała ludziom wyjść. Ewakuowano już kilka pierwszych pokoi.
Nagle June odskoczyła. Nie mogła wrócić do budynku po następną osobę. Z góry posypały się stożkowate pociski, tuż przed szpitalne drzwi. Budynek groził zawaleniem, a co gorsza Złoty Rycerz Skorpiona zniknął głęboko we wnętrzu pomagając odblokować jeden z najdalszych korytarzy, który również celowo został wysadzony w powietrze. June nie widziała żadnego innego Rycerza w pobliżu oprócz mężczyzny, który atakował stożkowatymi pociskami z góry. Miał na sobie ciemnozieloną zbroję, okopconą od wybuchów energii kosmicznej, których śladów jak widać nigdy nie czyścił. Zablokował nie tylko wejście, ale tym samym i drogę powrotu dla wszystkich, którzy pomagali wydostać pacjentów z budynku. June rozejrzała się szybko. W okolicy nie widziała żadnego innego Rycerza. Nie miała wcale ochoty na odgrywanie bohaterki i nie miała zamiaru ryzykować życia. Ale trzeba było chociaż odciągnąć tamtego faceta od wejścia do szpitala. Zebrała energię kosmiczną i wskoczyła na skalną ścianę, z której atakował mężczyzna. Dopiero kiedy staneła z nim twarzą w twarz zorientowała się, że nosi Srebrną Zbroję. Ucieszył się wyraźnie na jej widok. Miał nienaturalnie wysuniętą wprzód dolną szczękę i małe, zielone jak swoja zbroja oczka. Uzębienie jego, podobnie jak zbroja nie przedstawiało przyjemnego widoku. June irytował kiedyś fakt, że każdy widząc jej zbroję z brązu uśmiechał się szyderczo, że nie dość że to kobieta, to jeszcze Brązowiak. Zawsze oceniali od razu, że nie miała szans. Tym razem jednak Rycerz zawołał z energią:
- No proszę, Srebrna lalunia, której jeszcze nie widziałem! Nie przychodziło się na treningi co, mała?
- Jesteś bardzo niegrzeczna – dodał po chwili widząc, że dziewczyna nie odpowiada – że nie przychodzisz, a nam pozwalasz się nudzić w koszarach!
Uśmiechnął się obleśnie. Kto takiemu dał Srebrną Zbroję!
June zaatakowała, trzaskając biczem. Rycerz usunął się i przestał przynajmniej atakować ludzi na dole. Mogli znów podjąć ewakuację. Teraz należało poważnie skoncentrować się na sobie. June pomyślała, że nie jest zbyt zdolna jeśli chodzi o walkę. Ledwo unikneła pierwszych czterech stożkowatych pocisków. Uskoczyła dobry kawałek do tyłu, z dala od krawędzi pod którą był szpital. Niestety Rycerz zamiast ją gonić zaśmiał się arogancko i skoczył w dół. Rozległy się krzyki wystraszonych sanitariuszy i jeszcze kilka wybuchów. June skoczyła z powrotem w dół i od razu zaatakowała. Niestety, bicz nie trafił Rycerza, który w ostatniej chwili skoczył do tyłu. Przeniesienie ciężaru, unik bo on zaatakował. Zza niego podbiegło jeszcze trzech, tym razem Brązowych, którzy do tej pory demolowali co się dało. Wrzasneli coś do tego w zielonej zbroi i wszyscy ryknęli śmiechem. June trzasneła biczem tym razem pod ostrym kątem, zawijając go na nodze swojego przeciwnika, który popisując się przed kolegami odwrócił od niej na chwilę uwagę. Przez ramię June prąd przeleciał jak strzała. Tym razem nie redukowała drżenia, przeciwnie, napieła mięśnie całej ręki i w odpowiednim momencie ostro szarpneła. Srebrny Rycerz cały się zatrząsł. Impuls elektryczny rozszedł się po jego ciele, całym opiętym metalem, jak po wodzie. Mężczyzna wrzasnął i zwalił się na ziemię w momencie tracąc przytomność.
Jego koledzy spojrzeli na nią i z całym impetem wściekli w rzucili się wprzód. June zamiast się bronić skoczyła i przeleciała nad ich głowami tak nieoczekiwanie, że nie zdążyli zatrzymać wycelowanych w nią ataków. Wszystkie trzy fale energii kosmicznej trafiły w jeden punkt o dziwo nie robiąc dziury, tylko rozchodząc się po litej skale niczym echo w powietrzu.
Mury szpitala zadrżały. Prawie wszyscy chorzy zostali już wyniesieni, jednak część ratujących, włącznie ze Złotym Rycerzem Skorpiona pozostała jeszcze w środku odblokowując ostatni korytarz. Wszyscy usłyszeli trzaski i huk. Ze środka uniosły się chmury kurzu. Sufit w kilku miejscach runął w dół, powodując pęknięcia w ścianach i sklepieniach. June nie miała czasu nawet krzyknąć. Trzech Brązowych Rycerzy znów zaatakowało, odrzucając ją w tył. Uderzyła plecami o ścianę sklepu tłukąc szybę w oknie na drobne kawałeczki. Z jej lewej strony rozbiło się kolejne sześć pocisków, na szczęście nie trafiając w żadnego z cywilów. June skoczyła wprzód.
-Odsuńcie się, idioci, wszystko zaraz się zawali! Lekarze są w środku! I Złoty Rycerz Skorpiona!
Atakowali dalej, June nie udało się zbliżyć choć na krok. Z pośród gruzów dobiegły krzyki i powoli wydostawali się ludzie. Dziewczyna ciągle broniła się przed deszczem pocisków. Trzęsła się ze zdenerwowania i nie mogła odpowiednio wycelować. Trafiła jednego, ale pozostali dwaj osłaniali go aż nie wstał. Nie posuneła się wprzód ani na krok. Nagle mury znów zatrzeszczały i oczy June rozszerzyły się. Zamarła czując w piersi żelazny uścisk. Ściany szpitala zachwiały się. Skalne urwisko przeszyło potężne pęknięcie i wszystko z hukiem runeło w dół. June i jej trzej przeciwnicy jednocześnie uskoczyli w tył. Kątem oka zauważyła obok siebie poruszenie i zanim zdążyła wylądować nogami na ziemi ktoś z niewiarugodną szybkością wskoczył do środka prosto przez zamykające się na zawsze drzwi szpitala. Zaskoczona June wydała z siebie tylko urywany krzyk. Rozpoznała brązową energię kosmiczną.
Prawie nie poczuła kilku pocisków, które uderzyłyod tyłu w jej zbroję. Nie miała nawet czasu na reakcję. Skalna ściana zsuneła się w dół wzniecając tuman pyłu tak, że nie dało się oddychać. Maska okazała się ratunkiem. W promieniu dwóch metrów nie było widać zupełnie nic, ale June wiedziała, że kiedy kurz opadnie wszystko będzie zrównane z ziemią. Szok całkowicie ją sparaliżował ale Brązowi Rycerze zaatakowali znowu, przygniatając ją do ściany. June poczuła nagle okropną wściekłość. Z szaloną szybkością, ledwo kontrolując impet swoich ruchów skoczyła w powietrze i uderzyła w ziemię całą długością bicza. Potwornie precyzyjnie. Uderzony kamień rozpadł się na drobne kawałeczki. Brązowi Rycerze skoczyli w górę otoczeni przez wściekłe wyładowanie prądu elektrycznego. Już się nie podnieśli.
June dzięki masce mogła oddychać swobodnie wśród otaczającego gęstego pyłu. Pobiegła wprzód ale nie widziała nic poza usianym gruzami i kawałkami skały podłożem. Szła dalej daremnie oczekując, że natknie się na jakiś ocalały fragment konstrukcji. Skalne urwisko zsuneło się w dół miażdżąc wszystko na swojej drodze. Nie utrzymała się ani jedna ściana szpitala.
June opadła na kamienie. Nie myliła się. To była jego energia. Dlaczego tam wszedł! Taki krok oznaczał pewną śmierć. Nie mógł tego planować. June nie mogła uwierzyć, że to wszystko tak się skończyło. Bez pożegnania, wczoraj rozstali się przyjaźnie jak zwykle. Dlaczego poszedł ich ratować mimo, że było już o wiele za późno? June usiłowała nie myśleć że on chciał zginąć. Może ten dziwny ciężar okazał się nie do zniesienia a ona nie zdążyła mu pomóc.
Rozmyślenia June zostały jednak gwałtownie przerwane. Spod ziemi rozszedł się lekki wstrząs i coś wśród skał zaświeciło. June podniosła się i zobaczyła, że pełna gruzów ziemia pęka. W ułamku sekundy w powietrze wystrzelił pionowy słup energii, tej samej, jasnej i klarownej jaką widziała wczoraj. Trwał krótko jak mrugnięcie okiem, ale powietrze wokoło zawirowało i podniosła się nowa chmura kurzu. O zbroję i maskę June zadźwięczały małe odłamki skały. Większe kamienie świsnęły gdzieś nad jej głową. Powietrze gwałtownie wdarło się przez otwór nosowy i usta maski więc June biegnąc wprzód wstrzymała oddech. Wiatr ustał, energia znikneła i June zobaczyła przed sobą potężną wyrwę w ziemi. W środku leżeli ludzie: Lekarze, kilku pacjentów i jeden sanitariusz byli nieprzytomni, Złoty Rycerz Skorpiona trzymał się za czoło i June zobaczyła, że krwawi. Ostatnie postać oddalała się, lekko pochylona. June usłyszała za sobą głosy. To żołnierze szukali ocalałych. Kurz jeszcze się nie podniósł i pochylona postać kaszlała.
June podbiegła do Rycerza.
- Na bogów, to ty! – zawołała podpierając go pod ramię. Poczuła dłonią, że ma ranę na plecach. Kaszlał tez dość mocno. June zerwała maskę i przyłożyła mu do twarzy. Ponieważ maski stanowiły część zbroi automatycznie dostosowywały się do różnych właścicieli. Maska June natychmiast odpowiednio zmieniła kształt. Dziewczyna wstrzymała oddech i przyłożyła do twarzy wierzch dłoni. Szybkim krokiem wyszli z chmury kurzu, która powoli zaczynała opadać. Za sobą słyszeli szybkie polecenia Rycerza Koziorożca. Skręcili za róg i towarzysz June uderzeniem łokcia wywarzył zamek drzwi jakiegoś magazynu. Zamkneli je za sobą zaraz jak tylko weszli. Siedli na pomarańczowej odrapanej skrzynce. Oboje trochę kaszleli. Rycerz zdjął maskę z twarzy. June zobaczyła, że splunął na czerwono.
- Ateno! – zawołała i zaczeła rozpinać biały płaszcz, który zwisał mu z ramion szeregiem strzępiastych pasów. - Nic ci nie jest?
- Nie – odkaszlnął znów, lekko – nie, to nic. Wszystko w porządku.
June rzuciła zakurzoną jasną tkaninę na ziemię. Ciężki, gruby materiał opadł wzniecając w górę tynk, pył którymi był pokryty, razem z kurzem z podłogi. Zapinki zabrzęczały.
- Jesteś ranny! – June ze zgrozą zobaczyła otoczone czerwienią rozdarcie kurtki.
- Nic mi nie będzie – wstał odsuwając się od niej.
- Co ty wygadujesz! Krwawisz na plecach. Trzeba to opatrzyć. Czekaj...
- Nie ma czasu, muszę iść.- podniósł się patrząc na nią tylko przelotnie – Tylko przez przypadek byłem w pobliżu i nie wolno mi zostać tu na długo.
- June – złapał ją za ręce, którymi próbowała go zatrzymać – Naprawdę nic mi nie będzie, nie martw się.
Popatrzył jej w oczy i po chwili przysunął twarz do niej. June poczuła jego usta na swoich. Znieruchomiała przez chwilę patrząc na jego zamknięte powieki i czując jak delikatnie ją całuje. Odpowiedziała mu, przybliżając się lekko. Maska leżała na podłodze.
Po chwili odsunął się.
- Muszę iść. – powiedział po chwili, cicho – Założę opatrunek jak tylko będę u siebie. Ty też wracaj lepiej do domu. Złoty Rycerz Koziorożca pojawił się na pomoc rannym i teraz nie ma się już czym martwić.
Podniósł z ziemi poszarpany płaszcz.
- Mogę przyjść do ciebie jutro wieczorem? – zapytał
- Oczywiście – June powoli otrząsała się z zaskoczenia.
- Będę na pewno - Uśmiechnął się i stanął w drzwiach wpuszczając przez nie słońce do środka magazynu.
- Uważaj na siebie – powiedziała jeszcze zanim zniknął za drzwiami i w pomieszczeniu znów zapadł półmrok. Miała nadzieję, że porządnie opatrzy ranę jak tylko dotrze do domu.
