A/N: Co do znajomości między bohaterami- bez komentarza, San. Gdy przeczytasz, samo się wyjaśni.;p
Kolejne odcinki postaram się dorzucać częściej, ale mam trochę zajęć, więc nie panikuj, jeśli rozdziały nie będą się pojawiać w regularnych odstępach czasu. Cierpliwość jest cnotą, czyż nie?^^
IX
W ferworze przygotowań do wigilijnej kolacji, Hudsonowie i tak znaleźli czas na żarty, i wesołą rozmowę. Wszyscy silnie odczuwali świątecznego ducha.
Chloe dzwoniła rano, że jest już w Stanach i ma przesiadkę w Chicago, ale będzie w Milwaukee o czasie. Z jakiegoś powodu nie chciała, żeby rodzina czekała na nią na lotnisku, ale Jack podejrzewał, że miało to coś wspólnego z niespodzianką, o której wspomniała. Nie trzeba mówić, że wzmogło to ciekawość członków familii. Uszanowali jednak jej wolę i panowie wykorzystali dodatkowy wolny czas na to, by wybrać się po choinkę nie na pobliski targ, ale na fermę drzewek, gdzie nie tylko był większy wybór, lecz przede wszystkim świeży towar.
- I nie zapomnijcie wieńca na drzwi!- w progu zawołała do nich Ellen, gdy pakowali się do Toyoty.
- Tak, najdroższa!- krzyknął Sam i tym razem to Jack odpalił silnik.
Spędzili bitą godzinę wybierając odpowiednie drzewko i wrócili do domu z piękną jodłą, którą na polecenie Ellen zaczęli ubierać. Oczywiście pani Hudson co jakiś czas kontrolowała ich postępy, zwłaszcza, że obaj panowie mieli zgoła inne koncepcje dotyczące ostatecznego wyglądu.
Samuel preferował symetrię i starannie dobierał kolory oraz wielkość ozdób, a także miejsca, na których je wieszał. Jack obrał inną taktykę. Zachwycony spontaniczną, kolorową i jarzącą się światełkami choinką Thomasów, chciał stworzyć coś na jej podobieństwo. Postawił więc na zupełną przypadkowość w doborze choinkowych zabawek i ich umiejscowieniu, co oczywiście wzbudziło protesty jego ojca i interwencję pani domu.
Ellen szybko znalazła rozwiązanie problemu. Wytargała obu za uszy, po czym przykazała, by każdy zajął się swoją połową.
- Jeśli jeszcze raz będę musiała się tu pofatygować, węgiel zamiast prezentów będzie waszym najmniejszym problemem, chłopcy.- pogroziła, patrząc na nich znacząco.
- Tak, najdroższa.
- Cokolwiek powiesz, mamo.-odparli pokornie.
- Doskonale!- uśmiechnęła się zadowolona Ellen.- W takim razie wracam do kuchni. Mam jeszcze dużo do zrobienia, a czas ucieka.- dodała i ewakuowała się z salonu.
Ostatecznie efekt ich wysiłków był…interesujący. Tym nie mniej drzewko było ubrane i chyba to było najważniejsze.
Kiedy obaj panowie zaproponowali pomoc w kuchni, gospodyni stanowczo odmówiła, argumentując, że nie zamierza spędzić świąt na ostrym dyżurze.
- Nie potrzeba nam tu kolejnego zatrucia pokarmowego.- przypomniała historię sprzed kilku lat, gdy nierozważnie pozwoliła im coś ugotować. Nigdy więcej nie popełniła tego błędu.- Idźcie zrobić coś męskiego.- powiedziała.
W sumie, to brakowało trochę polan do kominka, więc poszli narąbać więcej, żeby na święta mieć odpowiedni zapas. Tradycją już było, że po Pasterce zawsze siadali przed płonącym kominkiem, pijąc na rozgrzewkę gorącą czekoladę przed snem. W tym roku miało być nie inaczej.
Jack i Sam odśnieżyli też podjazd oraz schody do domu, bo dość mocno sypało. W tych warunkach bardzo szybko robiło się ślisko i łatwo było o wywrotkę. Lepiej się więc było zabezpieczyć.
Po tej ciężkiej harówce wrócili do domu, gdzie Ellen podała im po kubku herbaty i sporym ciasteczku, a potem odesłała do salonu, by pooglądali telewizję. Tym sposobem nie kręcili się po kuchni, podkradając łakocie i wprowadzając zamęt w jej królestwie. Kochała ich, ale Pan był jej świadkiem, że obecność obu w kuchni, gdy gotowała, była przepisem na pewną katastrofę. Wpuszczała ich tu tylko po to, by sprzątali, skoro to ona przygotowywała posiłki. W końcu, nie mogła robić wszystkiego!
Dochodziła trzecia popołudniu, gdy przed dom zajechał jeszcze jeden, tym razem wynajęty samochód. Ellen wyjrzała przez okno i uśmiechnęła się, widząc swoje drugie dziecko.
- Chloe już jest!- zawołała, znad żurawinowego sosu spoglądając na opatuloną w puchową kurtkę córkę, która wyjmowała z bagażnika swoje bagaże. Dosłownie sekundę później u jej boku znaleźli się ojciec i brat, i po krótkim, acz serdecznym powitaniu, cała trójka weszła do domu. Pani Hudson wyłączyła płomień pod sosem, upewniła się, że mięso w piecyku się nie przypala i dopiero wtedy poszła do holu, by uścisnąć swoją dziewczynkę.
- Skarbie, nareszcie jesteś!- zawołała w kierunku zdejmującej gigantyczny szalik dziewczyny.
- Cześć, mamuś! Wesołych świąt!- odparła śliczna brunetka i pozwoliła się objąć rodzicielce.
Jak tylko Ellen wzięła Chloe w ramiona, na jej twarzy pojawił się wyraz konfuzji…
- Przytyłaś, córeczko, czy mi się wydaje?- spytała niepewnie.
- Poniekąd, mamo…- odparła powoli panna Hudson i rozsunęła zamek swojej kurtki, prezentując zebranym to, co ma pod spodem, czyli zaokrąglony, mniej więcej czteromiesięczny brzuszek.
- Niespodzianka!- wyszczerzyła się kretyńsko, a jej rodzinie opadły szczęki.
Takiego prezentu na święta raczej się nie spodziewali…
Oczywiście jak tylko bagaż wylądował na górze, a wszyscy rozsiedli się w salonie, rozpoczęła się lawina pytań. Zadawane wszystkie na raz, w krótkim czasie doprowadziły do kompletnego chaosu, który uciszyło dopiero głośne gwizdnięcie Chloe.
- Po pierwsze…- zaczęła dziewczyna.-…wiem, że to dla was szok. Też to miałam, gdy się dowiedziałam.- stwierdziła rzeczowo.- Jak się domyślacie, małe nie było planowane, ale od początku wiedziałam, że je urodzę.
- Kto jest ojcem? Czy weźmie odpowiedzialność za mojego siostrzeńca lub siostrzenicę?- zapytał otwarcie Jack.
- Ma na imię Kyle i nie, nie zamierza odgrywać czynnej roli w życiu dziecka.- odparła szczerze jego siostra.- To, co się między nami zdarzyło, było jednorazowym epizodem, z którego nie jestem dumna. Wypiliśmy za dużo po ciężkich przejściach z rebeliantami i po prostu stało się. Nie byliśmy parą przedtem, ani potem. Gdy zrozumiałam, że jestem w ciąży, dałam mu wybór. Nie skorzystał. Kiedy wróciliśmy do USA pierwsze, co zrobił, to poszedł do prawnika i zrzekł się praw do dziecka. Nie chce być ojcem, to nie. Ja go do niczego zmuszać nie będę!- powiedziała zdecydowanie.
- Łajdak!- rzucił zdenerwowany Samuel.- Żeby wyrzec się własnego dziecka?
- Co z alimentami, córciu? Pozwiesz go do sądu?- zapytała Ellen.
- Nie zamierzam, mamo.- usłyszała w odpowiedzi.- Nie potrzebuję jego łaski, ani ja, ani dziecko. Mam oszczędności, nienaruszony fundusz powierniczy i planuję znaleźć nową pracę, bo z oczywistych względów na misje już nie wrócę.- wyliczała.- Wychowam to dziecko sama i dam najlepsze dzieciństwo, jakie może mieć! Nie ja pierwsza jestem w tej sytuacji i nie ostatnia. Skoro Kyle się nie poczuwa do odpowiedzialności, jego strata. Moje dziecko nie potrzebuje takiego ojca.- dokończyła.
- Dobrze mówisz, siostra!- przytaknął Jack.- Ten maluch nie potrzebuje ojca-drania. Ma ciebie i ma nas. Pomożemy ci go wychować. Nie jesteś z tym sama, Chlo.- zapewnił.
- Wiedziałam, że to powiesz, braciszku.- uśmiechnęła się panna Hudson.
- Jack ma rację, córeczko.- potwierdził Sam w asyście żony.- Ty i moje wnuczę nie jesteście sami. Wciąż macie rodzinę. Będziemy was wspierać, bronić i pomagać, jak się da.
- Dzięki, tatusiu. Dzięki mamuś. Zawsze mogłam na was liczyć, nawet gdy zrobiłam coś głupiego.- powiedziała wzruszona, ściskając każde z osobna.
- I to się nigdy nie zmieni, kochanie.- zapewniła pani Hudson.- Jesteś naszym dzieckiem i bardzo cię kochamy. Nie przeczę, że twój… romans był nieodpowiedzialny, ale przyjęłaś konsekwencje jak prawdziwa Hudson i jestem z ciebie dumna. Poza tym, od dawna chcieliśmy z tatą wnuków…- dodała z uśmiechem.- Ten, co prawda, jest nieco niezaplanowany, a sytuacja daleka od idealnej, ale jest również bardzo chciany i wyczekiwany. Póki my żyjemy, naszemu wnuczęciu niczego nie zbraknie, a już na pewno nie miłości rodziny!
Gdy już sytuacja została wyjaśniona, Ellen wróciła do kuchni, by dokończyć gotowanie, a mężczyźni wzięli się z nakrywanie do stołu.
- Mogę pomóc.- zaoferowała się Chloe, lecz zdecydowanie odmówili.
- Siedź i odpoczywaj.- polecił jej ojciec.
- Tato, jestem w ciąży, a nie chora.- przypomniała.
- Jesteś też po długiej podróży samolotem i samochodem, Chlo.- powiedział Jack.- Jeśli nie o sobie, pomyśl o dziecku i daj mu odsapnąć zanim znów, jak cię znam, rzucisz się w wir pracy, czy co tam jeszcze zamierzasz robić w najbliższym czasie.
- Mam kilka ofert zatrudnienia w paru szpitalach, ale jeszcze się nie zdecydowałam na żadną konkretną.- przyznała.
- W Milwaukee?- zainteresował się Sam.
- Tam też, ale mam do wyboru również Boston, Seattle, LA i Nowy Jork.
- Wow! Daleko od domu.- stwierdził pan Hudson.- Sądziłem, że zechcesz zostać bliżej rodziny, córciu, żeby łatwiej było zająć się maleństwem, gdy będziesz w pracy.
- To tylko oferty, tato.- odparła.- Interesujące, nie powiem, ale tylko oferty.
- A nie myślałaś o własnym gabinecie, siostra?- spytał Sparky.- Tu, w Watertown, przydałby się lekarz.
- Zapomniałeś o doktorze Higginsie?- rzuciła.
- Stary Henry przechodzi na emeryturę, skarbie.- poinformował ją ojciec.- Wzrok mu już szwankuje i Henry prawie przestał jeździć na wizyty domowe. Od tygodni narzeka, że gdyby zjawił się jakiś szaleniec na tyle głupi, by przejąć po nim gabinet, już dawno przeniósłby się do domu spokojnej starości na Florydzie, skoro tu trzymają go tylko pacjenci.
- Sama nie wiem…- westchnęła dziewczyna.- Pomysł sam w sobie nie jest zły, ale podejrzewam, że formalności doprowadziłyby mnie do szału. Poza tym, to kosztowna inwestycja. Gabinet Henry'ego nie jest najgorszy, ale żeby sprostać dzisiejszym wymogom, należałoby go doinwestować, rozbudować. To wymaga nakładów, pieniędzy i czasu. Po drugie, nie wiem, czy sama bym sobie z tym poradziła.- dodała.
- A czemu nie? Masz głowę na karku, Chlo, a przede wszystkim jesteś dobrym lekarzem. Miałabyś pacjentów na pęczki, a to oznacza zysk. Moja przyjaciółka nie miała takiej gwarancji, gdy otwierała swój biznes, a jednak wzięła byka za rogi. Jeśli nie spróbujesz, nigdy się nie dowiesz. Nawet jeżeli splajtujesz, w co nie wierzę, bo miasteczko, choć nieduże, wciąż się rozrasta i mieszkańców przybywa, to zawsze możesz wrócić do pracy w szpitalu. Z głodu nigdy nie umrzecie, bo macie nas.- powiedział jej brat.
Musiała przyznać, że jego argumenty miały sens, ale cały ten pomysł wymagał gruntownego przemyślenia i to zamierzała zrobić.
Tymczasem Chloe porządnie rozejrzała się po pięknie udekorowanym salonie, bo wcześniej jakoś nie miała okazji. Gdy jej wzrok padł na jodłę, uniosła wysoko brwi.
- Fajne drzewko!- rzuciła, z trudem nad sobą panując.- Nowy styl?
- Tak.- odezwała się jej matka, wchodząc do pokoju z tacą ciasteczek.- Nazywa się „Pozwól mężczyznom Hudsonów ubrać choinkę" . Jak widzisz, kochanie, to połączenie baroku z New Age.- mrugnęła szelmowsko, a Chloe się roześmiała.
- Hej!- jednocześnie zawołali „winowajcy".
- Uważam, że wygląda świetnie… z mojej strony.- stwierdził Jack.
- Ten nieład?- rzucił zaczepnie Sam.
- Artystyczny nieład.- sprostował jego syn.- Ja przynajmniej nie ubieram pod linijkę.
- Nie ma nic złego w symetrii!- upierał się pan Hudson.
- Chłopcy…- słodkim głosem wtrąciła się Ellen.- Chcecie znów powtórkę sprzed kilku godzin?- zapytała znaczącym tonem i obaj instynktownie potarli swoje uszy.
- To nie będzie konieczne, skarbie. Prawda, synu?!- pospiesznie odpowiedział jej mąż.
- Tak, mamo!- pokornie potwierdził ich pierworodny.
- Tak myślałam.- uśmiechnęła się szeroko pani domu.- A teraz, skoro stół nakryty, czas przynieść potrawy. Sam, mój drogi, wyjmij proszę szynkę z piecyka, żebym mogła przełożyć ją na półmisek. Jack, synku, weźmiesz tłuczone ziemniaki i sos żurawinowy. Ja zajmę się resztą.- powiedziała łagodnie.
- A ja?- spytała jej córka.
- Ty, kochanie, masz wypoczywać.- powtórzyła za mężem Ellen.- Na pewno jesteś zmęczona podróżą, a jeszcze czeka nas Pasterka o północy. Nakarm maluszka i nabierz energii przed nabożeństwem. Coś mi się zdaje, że będzie ci potrzebna, kiedy w kościele zdejmiesz kurtkę.- dorzuciła przekornie i brunetka jęknęła.
Oczyma wyobraźni już widziała te plotki lecące lotem błyskawicy przez całą kongregację, ale skoro naważyła sobie tego piwa, to je teraz wypije i to z podniesioną głową. Jak wspomniała, nie ona jedna jest panną z dzieckiem. Zresztą, każde maleństwo, to dar od Boga, a ona swojego bynajmniej się nie wstydziła!
Kolacja była pyszna. Ellen raz jeszcze udowodniła, że w kuchni jest nie do pobicia.
- Przynajmniej przez miejscowych!- pomyślał jej syn, wspominając wiktuały, które jadł u Thomasów, no i oczywiście ich piękną córkę…
Najedzeni członkowie rodziny Hudson, uprzątnąwszy stół, raz jeszcze siedli wygodnie na sofie i fotelach, by razem pośpiewać a capella tradycyjne kolędy i pastorałki, zaczynając od swojej ulubionej- „Cichej Nocy…". Dopiero wtedy Jack, przeprosiwszy wpierw towarzystwo, wycofał się na górę, by skorzystać z telefonu.
Chloe, którą wezwał zew natury, również poszła na piętro, by ulżyć pęcherzowi i przebrać się przed Pasterką, przechodząc koło jego pokoju nie mogła nie usłyszeć miękkiego głosu brata, składającego życzenia jakiejś Carli i Peterowi, a potem proszącego do telefonu Sue.
- Sue? Jaka Sue?- pomyślała zaintrygowana dziewczyna Wśród znajomych brata nie spotkała nikogo takiego, ale może to nowa znajomość?- Ciekawe, czy rodzice coś wiedzą?- zachichotała pod nosem i prędko załatwiwszy swoje potrzeby, pognała na dół.
- Sue?- rzucił Samuel, gdy ich o to zapytała.- Ah! No tak! Przecież ty nic jeszcze o tym nie wiesz!- klepnął się w czoło nestor rodu i spojrzał na córkę porozumiewawczo.- Pamiętasz, jak zawsze mówiłaś, że wierzysz w przeznaczenie, cukiereczku?- spytał psotnie.
- Uhu…- skinęła głową Chloe.
- Wygląda na to, że twój brat nareszcie odnalazł swoje!- zakomunikował jej Sam, szczerząc się od ucha do ucha.
- Co ty nie powiesz, tatusiu!- odrzekła podekscytowana panna Hudson.- Może jakieś szczegóły?- poprosiła, poruszając zabawnie brwiami.
- Oto, co wiemy…- odezwała się jej matka i poczęła streszczać historię zasłyszaną od męża.
Kiedy czterdzieści minut później Jack wrócił na dół, napotkał wesołe, uporczywe spojrzenie młodszej siostry.
- Co?- wymamrotał zdezorientowany.
- A więc, kochany braciszku…- zaczęła niewinnym tonem.- …Kim jest Sue?
Sparky zaczerwienił się po uszy, kaszlnął z zakłopotaniem i Chloe już wiedziała, że coś jest na rzeczy. Wszystko wskazywało na to, że Jackie wpadł jak przysłowiowa śliwka w kompot!
tbc
