Tokio
„Ci, którzy żyją nadzieją, widzą dalej. Ci, co żyją miłością, widzą głębiej. Ci, co żyją wiarą, widzą wszystko w innym świetle." Lothar ZenettiSpoglądał na słońce zachodzące za wzgórzami, kiedy koło niego usiadła pewna blondynka pijąc kawę. Tak, było dobrze, nie musiał nic robić, a przez ciągłe przekładanie pudełek już bolały go ręce. Czuł, że jest źle, nie z nim, lecz z kimś. Od zawsze przeczuwał najgorsze. Zwłaszcza widząc jak ptaki na niebie spowalniały swój lot w zasięgu jego wzroku.
- Naruto – usłyszał swoje imię, a jakiś ptak upadł między nimi. Karen odruchowo przesunęła się i patrzyła z przerażeniem na martwego ptaka. – Dziwne – odparła, nie widząc czemu tak się wydarzyło – Wykopie dołek i go pochowam . – Podniosła się biorąc go za skrzydło. Trochę go rozśmieszyło z jakim obrzydzeniem niosła ptaszysko. Wróciła jeszcze po łopatkę jaką używała z Mikoto w ogródku. Po chwili patrzył jak wykopuje nie wielki dołek, po czym wrzuca kruka. Przesunęła nasypany obok piach do wykopanego dołku, zaklepała ziemię, jakby sadziła jakoś roślinkę. – Gotowe – odparła wycierając ręce w szarą, zużytą szmatkę. Usiadła na swoje miejsce. Widziała na twarzy Naruto zamyślenie. Nie chciała jednak pytać. Uznała, że jeśli będzie chciał mówić to się odezwie.
- Robimy kolację? – spytała po chwili, Naruto tylko chwycił jej dłoń, jakby szukając pocieszenia, następnie nachylił się, żeby przytulić się do niej.
- Boję się, że stało się coś strasznego.
- W sumie nie ma nadal Mikoto.
- Boję się – powtórzył, czuł dreszcze, ale ciepło drugiej osoby sprawiło mu minimalne ukojenie. – Może zaraz przyjdzie.
- Zapewne, ale ja już idę robić coś do jedzenia. Masz na coś ochotę?
- Zjem to co ty – odparł wstając i powoli zszedł z tarasu, spojrzał w niebo, gdzie nie było już nic innego widać jak gwiazdy.
Usłyszeli otwierane drzwi, następnie stukot damskich butów, które zamieniły się w ciszę. Podnieśli wzrok, ujrzeli starszą panią, która spoglądała na nich. Jej wzrok był jakiś dziwny. Wyglądała, jakby gdzieś się spieszyła. W sumie każdy dziś był jakiś dziwny.
- Co się stało? – Spytał Naruto, bo nie wiedział już jak reagować na to co się działo.
- Był wypadek – powiedziała pani Mikoto, dosyć załamanym głosem. Karen tylko zamarła trzymając w powietrzu trzymaną łyżkę. – Mój syn walczy o życie – Zaczęła płakać, widocznie nie dała rady powiedzieć coś więcej. Nie dawno straciła męża, a teraz nie wiedziała czy jej syn przeżyje noc.
- O Matko! – wrzasnęła Karen opuszczając łyżkę wprost do miski, która przewróciła się brudząc obrus. – A jego żona? Ich córka? – pytała, ale podeszła do starszej pani przytuliła ją i wskazała na krzesło. Czuła jak bardzo jest roztrzęsiona. – Kiba wie? – Zwykle jak się denerwowała zadawała za dużo pytań. Bardzo lubiła Takeo. Poznała go jak pojawiał się czasem w Fabryce.
- Nie, nie żyją. – Płakała tak jak nigdy, oboje nie mogli nic poradzić, jedynie modlić się, żeby jej syn przeżył. Zbyt wiele wydarzyło się przez ostatni rok, żeby teraz wszystko było przegrane.
- Jak to się stało? – spytał Naruto, nie oczekując natychmiastowej odpowiedzi. Czuł od rana, że wydarzy się coś złego. Takiej tragedii nie mógł się spodziewać. Teraz sam przestał mieć apetyt na zupę. Odłożył miskę do zlewu, oparł się o szafkę, żeby tylko być poważnym. Chciał dać dziewczynom wsparcie. Czuł taki zewnętrzny obowiązek. Wiedział także, że są mu za to wdzięczne.
- Je-chali do-do mnie i tir w nich jechał. Był tam-tam początek mostu. Wpa-adli do wody. Do-obrze, że ktoś biegał i zadzwonił po-po pomoc. – Dukała płacząc coraz głośniej. Karen postanowiła zaparzyć dla niej melisę. Chciała, żeby za chwilę położyła się spać. Pomogłoby jej uspokoić nerwy. Nie wiedziała już co na to ma poradzić.
- Jutro pójdziemy do szpitala, a teraz proszę skup myśli na tym, żeby Takeo przeżył. Chociaż będzie to dla niego ciężkie, jeśli dowie się wszystkiego…
- Mogę jakoś pomóc? – Spytał Naruto, który sam czuł się fatalnie, tak jakby nie na miejscu. Musiał stąd wyjść, skupić myśli na czymś innym niż na tym co widział.
- Zmień pościel i przewietrz pokoje, a ja posiedzę z Yumini. – Odezwała się kładąc szklankę na stolę, Naruto wyszedł słysząc pocieszające słowa i płacz. Czuł nadal dreszcze oraz zaczął czuć się słabo. Sam już nie wiedział, czemu tak się czuję.
"Z wiarą jest podobnie jak z miłością. Znajdujemy ją w chwili, gdy się tego najmniej spodziewamy." George SandJechał jak najszybciej mógł, chociaż wiedział, że nie jest w samochodzie sam. Musiał tam być, choć już było późno. Za bardzo przejmowało go życie innych ludzi. Czasem było to dla niego ważniejsze, niż własne szczęście. Kiedy tylko odebrał telefon łzy popłynęły po jego policzkach. Nawet dotyk ukochanej osoby nie sprawił, że uspokoił się. Jedynie czego pragnął to być wśród swoich przyjaciół i czekać w tym zimnym korytarzu na dobre wieści. Nawet nie przepuszczał do swoich myśli, że może być źle. Często zdarzało mu się wychodzić z Takeo na piwo. Głównie jak pokłócili się ze swoimi drugimi połówkami. Cenił go tak samo jak jego matkę. Byli dosyć do siebie podobni, choć młody Yumini starał się pokazać swoją indywidualność.
Wysiadł z samochodu, obok niego pojawiła się Hinata, spojrzeli się w oczy. Widziała w oczach swojego chłopaka smutek, choć rozumiała jak można stracić przyjaciela, gdyż sama straciła kogoś ważnego.
Mało kto wiedział, że wychowała się w Domu Dziecka. Nie znała swoich rodziców. A opiekunowie mówili, że nie trafiła do nich jako noworodek. Musiała mieć jakoś brutalną przeszłość, bo nawet sama nie pamiętała niczego przed swoimi szóstymi urodzinami.
Pielęgniarka jednak nie pozwoliła im wejść na salę. Mówiąc, że wizyty u pacjentów skończyły się godzinę temu, a zaczną się dopiero o siódmej rano. Zdradziła tylko, że nie jest z nim najlepiej. Zasugerowała, że jego życie wisi na włosku. Kiba tylko zadrżał, czując tylko jak Hinata głaszcze jego plecy. Ten dotyk delikatnie uspokoił jego nerwy. Usiadł chwilę na krześle. Pielęgniarka widząc jego stan podała mu leki na uspokojenie.
- Wszystko musi być źle… - wymruczał, nie oczekiwał, żeby jego partnerka się odzywała. Kochał ją za ten spokój i milczenie. Czasem dla niego było to zwyczajną ostoją, niczym specjalnym, ale bez tego czuł się źle.
- Przeżyje – usłyszał nieśmiały głos, delikatnie uśmiechnął się, bo znaczyło to dla niego więcej niż ktoś mógłby się spodziewać.
- Zostaniesz ze mną na noc? – spytał.
Ujrzał jedynie kiwnięcie głowy i delikatny rumieniec. Tak, bardzo się cieszył, że ją odzyskał. Bał się, że po tym jak ją stracił nigdy - prze nigdy - nie zazna szczęścia. Teraz miał wszystko. Kochał Hinatę i nie pragnął niczego poza nią. Może jedynie nie stracić przyjaciół. Czuł jakoś w sobie, że Takeo przeżyje. Ile razy wdawał się w bójki po pijaku? Nie raz był bardzo złym stanie.
Mimo wszystko jakoś uciekał z objęć Śmierci.
Z taką myślą opuścił ten budynek.
Sunął ręką po jej piersi, która była zakryta pod jego koszulką. Słyszał pomruki, ale nadal spała. Ścisnął delikatnie pierś, ujrzał grymas na jej twarzy, jakby zastanawiała się czy to sen, czy już jawa. Uwielbiał ją podziwiać z samego ranka. Gdy chciał wsunąć rękę do jej majteczek, poczuł uścisk na swoim nadgarstku, podniósł głowę widząc speszoną twarz. Podniósł się, żeby spróbować tylko tych cichych ust. Smakowały jak wyborne, długoletnie wino, które zachęcały go do dłuższego kosztowania. Poczuł na swoich nagich plecach, delikatnie drapanie, wiedział już, że daje partnerce całe swoje serce.
Odsunął się po chwili uznając, że wszystko dzieję się stanowczo za szybko. Gdy poczuł delikatny dotyk na swojej męskości, następnie język, który połykał go w całości. Lubił, gdy stawała się taka odważna, choć nadal nie używała żadnych słów. Czuł się taki kochany.
- Jeśli nie chcesz to nie musimy – wymruczał, gdy zaczynał czuć zbliżający się orgazm.
- Mam dość czekania, Kiba. Tak, bardzo ciebie pragnę. – Odpowiedziała, kiedy poczuła słony smak w ustach.
- Tęskniłaś?
- Nawet nie wyobrażasz sobie jak bardzo… - Odrzekła zdejmując swoje majtki. Po chwili zastanowienia usiadła na jego biodra, żeby natychmiast ruszyć się dając im to na co od dawna czekali.
Nie potrzebowali już niczego więcej jak czuć. Czuli zbyt wiele, żeby można było to określić słowami. Wystarczyło, że po chwili usłyszeli nawzajem swoje imiona. Uśmiechnęli się splatając swoje dłonie, leżeli i milczeli, gdy postanowili wziąć prysznic oraz pojechać do szpitala.
"Nadmierna wiara w szczęście i przypadek jest tylko dowodem naszej bezsilności wobec własnego losu." Stefan PacekSiedział na balkonie, gdy znów usłyszał płacz dziecka. Swojego dziecka. Nie mógł uwierzyć, że był tak głupi. Na dodatek: matka dziecka zmarła przy porodzie. Nigdy mu się nie podobały kobiety, ale czy zdarzyło się kiedyś, aby naćpany człowiek myślał nad tym kogo woli. Wtedy bierze się to co jest mu dane. Jego przyjaciółka od dawna go kochała. Uwierzyła jego zamiarom, choć mówił jej wszystko. Wiedziała co zrobić, żeby go mieć, chociaż na jedną jedyną noc. Dosypała mu mieszankę leków w tym tabletkę gwałtu. Pamiętał tylko pocałunek z nią, który skręcał jego wnętrzności na samo myślenie o tym co właśnie się działo.
Rzucił koc ze swoich ramion. Podszedł tylko do lodówki. Wyciągnął wcześniej przygotowaną butelkę, wsadził ją do gotującej wody i poszedł po dziecko. Wzdrygał się nadal, bo widział w jej oczach matkę. To było silniejsze od niego, ale nigdy nie oddałby tej kruszynki pod opiekę innych ludzi. Nawet nie prosił rodziny o pomoc. Wolał płacić niani, gdy był w pracy, niż skorzystać z darmowej pomocy.
Jakby niespodziewana wizyta jego matki, gdy przewijał małą to nikt nie wiedziałby o jego wpadce. Musiał zmienić miejsce zamieszkania na mniejsze, żeby utrzymać maleństwo w swoich ramionach. Jedynie wychodził do swoich dawnych przyjaciół. Nawet gdy prosili go, żeby spędzić czas u niego to wykręcał się, że ma mega olbrzymi bałagan. Taki, że nawet nie będą mogli usiąść. Głównie myślał o Eriko, kiedy wykręcał się coraz głupszymi wymówkami. Jedynie Sachi spoglądał na niego niedowierzając. Znał go od najmłodszych lat i wiedział, że lubił bałagan. Nie chciał się z nim kłócić przy przyjaciołach, którzy co rusz łykali kłamstwo.
Tak, było dobrze, nikt nie wiedział o jego małej tajemnicy. Sprawiało w nim to siłę. Spojrzał na Eriko stwierdzając, że jest ciepło, więc tylko zarzucił na dziecko cienki kocyk. Wziął butelkę i wyłączył gaz. Wyszedł na balkon, gdzie bujał ją na fotelu, który zapewne należał do kogoś kto mieszkał przed nimi.
Musiał przyznać, że była do niego z wyglądu podobna. Uśmiechała się podobnie jak on. Tylko miała oczy i dłonie jak mama. Odstawił na stolik butelkę, przytulił dziecko do piersi, słysząc, że zasnęło. Usłyszał tylko pukanie do drzwi. Nie spodziewał się w nich ujrzeć Yoichi.
- Skąd masz mój adres? – spytał drżąc, bał się, że ujrzy przez ramię dziecięce zabawki.
- Twoja mama mi go dała. Jestem twoim bratem. Cóż się dziwisz.
- Nic ci nie mówiła? Prócz tego...- zamyślił się chwilę - poza tym skąd zna mój nowy adres?
- Przyszedł list z współdzielni do nas. Zaadresowany do ciebie. Miałem ci go oddać. – Mówił spokojnie. Fakt, zdarzyło mu się nie raz otrzymać list do domu rodzinnego, gdy zmieniał adres zamieszkania. Znów płacz dziecka. Modlił się, żeby Yoichi pomyślał, że to dziecko sąsiadów. „Niech już sobie pójdzie" – pomyślał, ale poczuł pchnięcie na swoim ramieniu. Ustąpił miejsce bratu, a ten widząc zabawki i brudną butelkę domyślił się czemu nie został zaproszony do środka.
- Masz dziecko? – uśmiechnął się głupkowato i popędził w kierunku dziecka.
- Aniki! Nie! Proszę nie mów tego nikomu!
- To ukrywasz przed całym światem? – Wziął swoją siostrzenice na ręce, czuł tylko, że ma mokre ubranko. Położył ją na przewijaku. Zaczął ją rozbierać, żeby tylko zmienić pampersa. Ile razy musiał to robić ze swoim młodszym bratem. Wcale się tego nie wstydził. Chciał przy okazji mu pomóc.
- Zostaw. Zrobię to – wymruczał zażenowany to sytuacją. Ujrzał jak Yoichi przykłada rękę do jej czoła. Widocznie coś mu nie pasowało.
- Ma gorączkę – wymamrotał, włączając migające gwiazdki, przetarł talkiem jej pupę oraz oparzenia kremem, założył pampersa. – Gdzie ubranka? – spytał.
- Proszę – podał czyste i zabrał brudne rzeczy, zostawiając ich na chwilę samemu. Ciągle słyszał płacz. Teraz rozumiał, że wołała o pomoc.
- Ototo, weźmy ją do szpitala. Jest coraz bledsza.
- Zawieziesz nas? – Wiedział, że jego starszy brat posiada prawo jazdy. Byłoby szybciej dojechać do najbliższego szpitala niż czekać na zamówioną taksówkę. Gdyż nawet nie chciał w tym wypadku myśleć o podmiejskiej komunikacji.
- Jasne. Dobrze, wiedzieć o twojej małej, słodkiej tajemnicy. Fajna jest. Pogadamy potem o jej matce – spojrzał na niego jak na jakiegoś przestępcę, ale cóż mógł zrobić…
Czekał na krzesełku, gdy jego brat dyskutował z pielęgniarką, że jego siostrzenica jest coraz słabsza. Kiedy zrezygnowany przysiadł się do brata.
- Trzymaj ją. Wezmę sobie kawy.
- Ja też chcę – odezwał się. Dobrze, że wzięli nosidełko oraz mogli ją na chwilę położyć. Choć widocznie ją coś bolało, ponieważ ciągle machała nóżkami i rączkami.
Nie spodziewał się, że przy automacie ujrzy swoją szefową, która była widocznie załamana. Coś musiało się wydarzyć. Czuł, że jest to coś strasznego.
- Dzień Dobry – odezwał się, gdy starsza pani wzdrygnęła się. Ujrzał w jej oczach żal, ból, smutek i łzy, które spływały po policzkach. – Coś się stało? – spytał odruchowo, po sekundzie zdał sobie sprawę, że nadal jest szpitalu. Zrobiło mu się głupio.
- Mój syn walczy o życie. Jest teraz w śpiące. Boję się.
- Takeo umiera… Jak to? Przecież wczoraj rozmawialiście przez telefon. To nie może być prawda… - Nie myślał co mówił. Był w szoku. Spoglądał tylko w kierunku poczekalni. Uśmiechając się w stronę brata i Eriko, którzy razem wyglądali przesłodko.
- Mieli wczoraj wypadek. Przeżył tylko on. – Mówiła coraz ciszej, jakby zaczynało jej brakować tchu, jakby nie trzymał kawy, zapewne przytuliłby ją. Chociaż widział po minie brata, że ma już wracać. Pewnie nie dawał sobie rady z Małą.
- Współczuję. Przepraszam, ale wrócę już do poczekalni. – Odezwał się, idąc w kierunku swojej rodziny.
Teraz nie był już niczego pewny.
Konoha
"Wierzę, że życie warte jest, aby je przeżyć. Twoja wiara pomoże ci uczynić je pełnym wartości." William JamesStał przed nim wpatrując się w jego niepewne oczy. Oboje szukali znaku na rozpoczęcie tej trudnej dla obu stron rozmowy. Kurama skulił się tylko w sobie, bo czuł się fatalnie. Sasuke tylko przyglądał się jemu oraz zdawało mu się, że był dosyć blady, przybity, a ten znak znaczył, że nie chce walki, lecz pomocy.
- Nie powinno ciebie tutaj być – zaczął młodszy Uchiha. Obawiał się, że Kyubi którymś ogonem uderzy w ziemię, a ona zadrży. Jedynie patrzył w niebo, aż jego lodowate serce zaczynało topnieć.
- To samo, bym mógł o tobie powiedzieć – odpowiedział, a wokół nich powstała bariera, żeby nikt ich nie potrzebnie zaatakował.
- Ale ja nie jestem twoim Jinchuuriki – usłyszeli odgłosy mężczyzn, żaden jednak nie chciał nikogo więcej w tej chwili. Mieli za wiele do wyjaśnienia. – Może wyjdę im powiem, że nic im nic nie zrobisz?
- Daj sobie z tym spokój.
- Twoja bladość mnie, aż przeraża – wyszeptał podchodząc bliżej niego, usiadł naprzeciwko niego, a Kyubi tylko położył głowę na ziemię. Wpatrywali w siebie, nie chcąc naruszać tej strefy jaka trafiła ich myśli.
- Potrzebuję jego chakry. Zaprowadź mnie do niego – usłyszał chropowaty głos, który wręcz dźwięczał mu w uszach, lecz teraz nie było czasu na złości. Wystarczająco wielu zabili pod czas Wojny, żeby teraz myśleć o kolejnej śmierci. Obaj czuli, że ich stosunki są pokojowe, nawet Sharingan upewnił Sasuke, że Dziewięcioogniasty nie uczyni nic złego.
- Jak? – spytał przesuwając wzdłuż paska, gdzie miał księgę i klucz. Może do tego służyło to czego się miał dowiedzieć.
- Masz to bliżej niż ci się wydaje – Kyubi zamknął oczy, a młody Uchiha wyciągnął rzeczy, przypominając sobie zagadkę: „ Białe światło w mroku odbijające. Rudy ogon w blasku mieniący. Jedna dola, w tym, kto pozwoli zamknąć na wieki - istne piekło - rozdzielające serce na dwoje."
Zaczął to analizować, słysząc, że towarzysz odpłynął do swojego świata. Dając mu czas, aby zrozumiał o co w tym wszystkim chodzi, a nie było to nic prostego.
Czym mogło, by być to światło? Bo Rudy Ogon to Dziewięcioogoniasty Demoniczny Lis, bo żadne inne ogniaste bestie nie były tego koloru, co Potworny Lis. Doszedł do wniosku nawet, że będzie musiał sprawić, aby odzyskał siły i zrobi wszystko, aby go nie stracić. Nawet jeśli odkryje czym jest światło, które kojarzyło mu się chwilowo ze śmiercią. Nie wiedział dokładnie, ale nie pasowało mu to, że Kurama nadal żyje.
- Zrozumiałeś? – usłyszał, podniósł wzrok, teraz zdał sobie sprawę, że myśląc bawił się kluczem.
- Już tak – odpowiedział opuszczając bariery. – Nic wam nie zrobi – rzucił do ludzi i udał się do swojego domu. Miał nadzieję, że nie musi od razu szukać tej rzeczy. Tylko bał się, że go straci. Niosłoby to większe konsekwencje niż można przypuszczać po otrzymaniu takiej wiadomości.
"Są dwie drogi życia - wierzyć we wszystko lub wątpić we wszystko. Obie sytuacje zwalniają z myślenia." Alfred KorzybskiNeji wszedł szybko do Namioty, aby pocałować w policzek Sakurę. Tłumacząc się, że już wyruszają do Sunagakure. Umówił się z Narą, że spotkają się przy szkole, gdy tylko się ogarną. Cieszył się, że nie będzie musiał na niego czekać, gdyż Shikmaru siedział już na schodkach i patrzył w przestrzeń przed sobą.
- Ruszamy? Nie traćmy już czasu – rzucił, a ten tylko wstał podchodząc do niego, po chwili biegiem udali się do sąsiedniej wioski.
- Myślisz, że duma naszego czerwonego kolegi pozwoli na ukończenie męczarni w Namiocie? – spytał Nara, łykając powietrze, bo tak szybko poruszali się, a dawno nie musiał aż tak wiele korzystać z wysiłku.
- Inaczej go spiorę i sobie przypomni gdzie jego miejsce – zażartował i skręcił lekko w lewo, Nara o mały włos nie wpadłby w drzewo, gdy usłyszał śmiech towarzysza.
Po chwili ujrzeli Wioskę Ukrytą w Piasku, zeszli na ziemię i postanowili obaj grzecznie przekroczyć granicę. Nie mieli z tym najmniejszych problemów. Chyba każdy po Wojnie był leniwy i nie dbał o bezpieczeństwo. Jakby najgorsze już się wydarzyło, choć nadal złe moce wisiały w powietrze, ale każdy chciał żyć dniem kolejnym.
- Czy Gaara jest w Wiosce? – spytał Neji pewnego kupca.
- Kazekage szkoli młodych na Wojowników – Nara tylko ujrzał, że pod lnianym ręcznikiem było coś ukryte, wydawało mu się, że były to grzyby. Nie chciał robić zamieszania, więc udali się na pole treningowe.
- Gaara – zaczął Nara, ten tylko odwrócił się do nich, zmrużył oczami po czym serdecznie uśmiechnął się. – Musimy pogadać! – Wrzasnął, bo było tutaj dosyć głośno.
- Odpocznijcie – odezwał się do młodych i podszedł do nich. – Tak? – spytał przerażony czego akurat mogą szukać w jego Wiosce.
- Nie obawiaj się – odezwał się Hyuga. – Czy wiesz coś o zatrutych grzybach? – spytał widząc zmieniający się wyraz twarzy i oczów.
- Co?!
- Ktoś zatruł naszych, a po Wojnie jesteśmy wyczuleni na takie akcje. – Nara tylko przyglądał się, bo zabrakło mu już sił, żeby mówić. Udali się w kierunku pewnego pomieszczenia w szkole. Na oko wyglądało na klasę, w której uczono matematyki. Tylko znacząco różniła się od tej co znali w Wiosce Liścia.
- Nie zrobiłbym nic złego z tymi którymi mam zawarte przymierze – odezwał się siadając pierwszym lepszym krześle, mrużąc oczy, szukał w swoich myślach sensu tego co teraz się dowiedział.
- Gaara – odezwał się Neji – my to wiemy, ale nie wydaje ci się, że już to kiedyś było. – Przypomniało im się jak byli młodsi. Gdy jeszcze razem się bawili i życie było takie beztroskie. Odkrywali swoje zdolności, przeżywali chwilowe miłostki, gdy egzystencja ich bytu opierała się na przeżyciu kolejnego dnia. To Wojna ich zmieniła, nauczyła kim są oraz gdzie jest ich miejsce, także wyostrzyła ich charaktery i chakry, dodała samotności i odjęła uśmiechy. Teraz rzadziej spoglądali na życie tak pozytywni jak kiedyś. Teraz liczyło się dziś, bo jutra już mogło nie być. Chociaż, kiedyś też była jakaś sprawa z zatrutymi grzybami, co teraz obaj sobie doskonale przypomnieli, nawet objawy były podobne.
- Czyż mówisz o tym jak w lesie znaleźliśmy grzyby, które twoja mama od razu spaliła? – odezwał się Gaara, a w oczach Nejiego pojawiła się iskierka. Przypomniał sobie ich nie codzienny wygląd. Mało, kiedy grzyby mieniły się na niebieski kolor, dlatego woleli się upewnić czy są jadalne. Dobrze, że ich nie zjedli, ponieważ mogliby teraz ze sobą nie rozmawiać.
- Czy ty sugerujesz, że po tylu latach nadal tam są? Czy dowiedziałeś się coś więcej o nich? – Shikamaru zdawał sobie sprawę, że Gaara był takim małym odkrywcą. Lubił o wszystkim wiedzieć więcej niż przeciętny człowiek oraz rozpamiętywać to co już nie miało dla nikogo znaczenia. Co teraz w sumie miało dobrą stronę metalu. Ta wiedza mogła uratować chorych oraz uchronić jeszcze nie zarażonych ludzi.
- Czytałem, że są to grzyby o specyficznej nazwie: Luna Hyacinthum Fungorum, inaczej zwane – Niebieskie Księżycowe Grzyby – przybierają intensywniejszy kolor w trzech dniach w miesiącu, gdy jest pełnia księżyca. Wydzielają wtedy trujący jad, który niszczy wątrobę, trzustkę, nerki, dlatego jeśli ktoś je zje musi znaleźć Słonecznego Grzyba, inaczej zwanego: Solis Fungus, który niestety rośnie tylko latem, gdzie słońce jest najwyżej na horyzoncie. Niektórzy medycy zbierają je, aby wysuszyć, gdyby ktoś znalazł Lunę.
Zapadła chwilowa cisza, wszyscy jakby myśleli, gdzie są jeszcze medycy. Ciekawiło go czy jest szansa, żeby teraz znaleźć Solis, co wykluczało to, ponieważ słońce z każdym dniem było bliżej Ziemi.
- Kto może mieć ten grzyb? – spytał Neji, który już nie wiedział co robić. Widząc minę Shikamaru, aż ode chciało mu się wszystkiego. Na dodatek robił się głodny.
- Spytam się mojego medyka. Czy mogę z wami udać się do Konohy? – spytał, bo już od dawna myślał, aby odwiedzić swoich dawnych znajomych.
- Dla ciebie zawsze się znajdzie miejsce – odezwał się Nara, a Neji tylko pokiwał głową, po chwili Gaara powiedział, że idzie powiedzieć młodym, że mają już wolne, a potem do medyka. Oni udali się tylko, żeby coś zjeść, żeby mieć siłę wrócić do domu.
"Przeznaczenie człowieka często nie ma nic wspólnego z tym, w co się wierzy lub czego się obawia." Paulo CoelhoBawiła się techniką jaką posiadała po mamie. Nie chciała jakoś tracić treningu, a zrobienie iluzji nie wymagało od niej zbyt wiele. Wyobraziła sobie, że dokoła niej są żółte i czerwone kwiaty, a gdy otwarła oczy rzeczywiście tak było. Tak bardzo skupiła swój wzrok na tym, że nie ujrzała przed sobą Manami, która uśmiechała się na to, że tak długo utrzymywała tą ulotną technikę. Pamiętała, że z początku trwało to tylko kilka sekund. Gdy Biwako poczuła czyjąś obecność wszystko znikło, zostawiając jedynie trawę, zakręciło się jej w głowie, więc usiadła na pobliskim głazie.
- Wszystko dobrze? – spytała Manami kucając naprzeciwko niej, ciągle uśmiechała się, jakby ukrywała coś przed nią.
- Za długo chciałam, żeby te kwiatki były. Podobały mi się – odezwała się słabym głosem, jej twarz pobladła, ale obie były zadowolone z efektów. Manami tylko przejechała dłonią po jej policzku, mówiąc jakoś technikę. Biwako tylko poczuła delikatne mrowienie na policzku.
- Szukałam cię, ale coś mnie tchnęło, że nie skorzystasz z wolnego dnia – usiadła po turecku naprzeciwko niej skubiąc trawę, jakby chciała powiedzieć coś więcej, ale bała się, że będzie wszystko źle między nimi.
- Nie myliłaś się. Hokage mógł dać wolne w szkole i na treningach to jakoś czuję obowiązek, żeby ćwiczyć. Czy ty też czasem masz uczucie, że znów będzie źle? – spytała wpatrując się w jej oczy, który od paru sekund wpatrywały się w jej twarz, która nabierała kolorów.
- Nawet nie wiesz ile razy… - wymruczała - uświadamiam sobie, że Wojna może wrócić.
Biwako tylko wstała chcąc ćwiczyć dalej, Manami odwróciła się w jej kierunku, przypatrując się jej poczynaniom. W razie potrzeby pobiegnie do Namiotu, ale miała cichą nadzieję, że młoda Yuuki zna swoje granice. Podobało jej się to jak bardzo była uzdolniona oraz jej dążenie do ideału, które z każdym treningiem się rozwijało. Ciągle wspominała, że chciała być jak bohaterowie Konohy.
W sumie wiele jej do tego nie brakowało.
Biwako przystanęła przy piasku i spróbowała z niego zrobić wir. Zrobiła mały obrót ręką. Bała się, że poniesie ją fantazja, lecz nie chciała tutaj przywołać starszych. Podniosła wyżej dłoń, a piach zaczął podnosić się wraz z ruchem ręki, dzięki czemu powstało małe tornado. Gdy piach chciał się podnieść, opuściła dłoń wzdłuż tułowia, a on rozsypał się. Wyciągnęła ze swojego buta sztylet i spróbowała go przedłużyć, ale tą technikę znała od dziecka. Szybko ją to znudziło, a wydychanie popiołu było dla niej jeszcze zbyt niebezpieczne. Postanowiła jeszcze dla Manami zrobić motyle i na tym skończyć dzisiejszy trening.
- Może wystarczy? – spytała Manami, podchodząc do niej, a motyle rozbłysnęły się i znikły. Biwako czując ponownie słabość poleciała wprost w jej ramiona.
- Taak. Chociaż jeszcze na treningu biegamy – wymamrotała, ale nie miała już na nic siły, a będąc tak blisko niej nie chciała jakoś oddalać się.
- Może za chwilę? – usłyszała, gdy Manami odsunęła się, uśmiechała się do niej promiennie, gdy na placu przybył Chizuko.
- Cześć – odezwał się, spojrzał najpierw na Biwako i zmarszczył brwi, następnie na Manami, ale chciał tylko powiedzieć im, żeby przyszły pomóc do Namiotu.
- Pomożecie w Namiocie? Czy nadal trenujecie?
- Muszę jeszcze wstąpić do domu – odezwała się Biwako, która pragnęła się odświeżyć, ale spojrzała jeszcze na Manami.
- Ja też muszę, ale przyjdziemy najszybciej jak się da – odezwała się Manami, po chwili znów zostały same, a Chizuko biegał po wiosce szukając dodatkowych rąk.
- Musisz? – Biwako spojrzała na nią niedowierzająco, że skłamała, mało kiedy miała do czynienia z czymś takim.
- Bardziej myślałam, żeby pójść do ciebie – odezwała się uśmiechając się tak, że Biwako zarumieniła się.
- Jak musisz to zapraszam – odwróciła się, gdy poczuła na swoim ramieniu dotyk. Spojrzała na dłoń, która tam leżała. Odwróciła się w kierunku Manami, ta tylko lekko musnęła jej ust swoimi, po czym zrobiła krok w tył.
Teraz zrozumiała całą jej troskę o nią. Bała się tego, że nie była pewna swoich uczuć do niej, co z drugiej strony było wszystko jasne. Nie wiedziała jednak: czy podjąć aż takie ryzyko?
