Cz. 9.

Pomimo przygotowania Malfoy wygiął się w łuk, gdy inkub w niego wszedł.

Bolało. Naprawdę bolało.

I choć Potter nie poruszał się na razie, obserwując reakcję Draco z dziwnym wyrazem twarzy, nie potrafił się przyzwyczaić.

Potem inkub dotknął jego członka i poruszył dłonią kilka razy w górę i w dół, w tym samym czasie wchodząc i wychodząc z niego ostrożnie.

Magia wokół nich zaczęła żyć własnym życiem. Draco zadrżał pod wpływem tylu nagłych doznań. Przestał się szarpać, próbując uwolnić z więzów. Pozwolił Potterowi robić wszystko, na co ten tylko miał ochotę, samemu jeszcze mu pomagając, wypychając biodra.

— Widzę, że zaczęło ci się podobać, paniczu.

Malfoy nie miał siły odpowiedzieć. Zatracił się w pożądaniu i chęci dojścia, które ciągle nie było mu dane. Demon trzymał go na tej granicy, co jakiś czas wstrzymując się w kulminacyjnym momencie i zaciskając dłoń u nasady członka Draco.

Jednak nie robił tego z czystej złośliwości. Cały czas pochłaniał magię Malfoya, pragnąc jej więcej i więcej. Jego głód był nienasycony i niekontrolowany.

— Potter!

Severus stał w progu ze skrzatem u nogi i patrzył na to, co się działo wewnątrz. Natychmiast rozpoznał atak głodu. Zamknął za sobą drzwi i podszedł do niego spokojnie. Harry w bezruchu tylko na niego patrzył, mrużąc oczy i poruszając nozdrzami. Ogonek z małym zakończeniem w kształcie grotu strzały merdał raz w jedną, raz w drugą stronę, a spomiędzy włosów wystawały dwa, małe, nieco zakrzywione rogi. Dopiero drugi raz Severus widział go w pełnej okazałości. I tak, jak poprzednio, świadczyło to o jednym – skrajnym wygłodzeniu demona.

— Jestem głodny — zawarczał Harry, ponawiając ruchy i ignorując Snape'a całkowicie.

Severus przypuszczał, że w końcu nastąpi coś takiego. Nie pozostawało nic innego, jak najszybciej dokarmić inkuba, zanim ten zabije swoim głodem Draco. Nie zastanawiając się dłużej, podszedł do łóżka i, rozpinając spodnie, uklęknął za Potterem. Ruchem różdżki nawilżył członek, który już był chętny na inkuba. W końcu jego magia krążyła po pokoju, niczym zwiastun burzy, którą on teraz musiał zatrzymać, zanim się rozpęta na dobre.

Złapał go za głowę, odchylając do tyłu, tak by młody oparł się plecami o niego i szepnął do ucha, przygryzając mu małżowinę na koniec:

— Pozwól mu dojść. — W tej samej wszedł w niego bez przygotowania.

Harry jęknął tylko, natychmiast wyczuwając źródło silniejszej magii. Ciałem naparł na Severusa, pragnąc, by ta energia ukoiła jego głód. Nic więcej się nie liczyło. Po kilku wolniejszych pchnięciach, ruchy smoka przyśpieszyły, co sprawiło, że z ust Pottera raz po raz wyrywały się okrzyki. Jego własne biodra szybko wyrównały i wkrótce poruszali w tym samym rytmie, nałożonym przez Snape'a. Mistrz eliksirów powoli i z rozmysłem uwolnił niewielką ilość swojej magii, pozwalając wygłodniałemu inkubowi zaspokoić szalejące pragnienie. Ostrożnie utrzymywał niewielki jej przesył, by demon nie osuszył jego zasobów zbyt szybko.
Inkub w końcu pozwolił dojść na w pół omdlałemu z wysiłku i niedotlenienia Draco. Niemal w tym samym momencie został nagrodzony kolejną porcją magii, tym razem młodego czarodzieja, łapiącego powietrze jak ryba wyciągnięta z wody. Jednak jemu to nie wystarczało. Po chwili mógł skupić całą swoją uwagę na energii smoka, której potrzebował. Severus kąsał jego kark, ramię, przygarniając do siebie i po raz kolejny otulając go swoją ambrozją.
Harry zatracił się w tym, co otrzymywał, pragnąc więcej i więcej. Nie potrafił przestać.
Wreszcie gęsta mgła rozrzedziła się i do jego umysłu przedarły się wrażenia zupełnie inne, niż przemożny, nieopanowany głód.
Severus raz po raz ocierał, drażnił ten jeden punkt z taką precyzją, że inkub niebawem nie potrafił o niczym innym myśleć, chłonąc przyjemność i magię jak gąbka. Było mu tak dobrze.
Kiedy doszedł, głośno krzycząc, w głowie miał mętlik i wszystko wirowało. Ktoś go popchnął na poduszki, wcale nie tak delikatnie i usłyszał zdenerwowany głos, przeklinający go, jakby zrobił coś złego. Przecież on tylko chciał się pożywić, a przy okazji dać nauczkę temu nadętemu blondaskowi…
Coś mokrego dotknęło jego twarzy i wkrótce zapadła ciemność.

Severus, zapinając spodnie, spojrzał na Pottera, mając ochotę ukatrupić durnego inkuba i zmełł przekleństwa, które mu się cisnęły na usta. Ostrożnie zmył krew z jego twarzy przywołanym samo nawilżającym się kawałkiem materiału. Powoli wypuścił powietrze, przyciskając palce do nasady nosa, widząc jej stan. Rany wciąż były otwarte, a w ich pobliżu zauważył liczne ślady płytszych i głębszych zadrapań.
Kolejna wizja? Niedobrze.
Zdezynfekował je bez większej delikatności i ponownie owinął bandaż wokół głowy inkuba. Następnie zajął się jego ręką, która także krwawiła, jednak nieco mniej niż ostatnio.
Zerknął na Draco, który leżał nieruchomo, wydając się nieprzytomny. Całkiem normalne. Przecież Potter pochłonął niemal całą jego magię. Organizm młodego czarodzieja przeżył niemały szok. I choć stosunkowo szybko minie, Draco nadal będzie mocno osłabiony przez parę najbliższych godzin. Zważywszy na to, jak długo wytrzymał, był naprawdę potężny.
Mistrz eliksirów zmarszczył brwi, widząc zaczerwieniony odcisk dłoni inkuba, który bardzo dobrze odbijał się na jasnej skórze arystokraty. Bez odpowiedniej maści niewiele można było zrobić.
Severus potrząsnął głową, nawet nie próbując się zastanawiać, co by było, gdyby nie zdążył wrócić na czas. Jednym ruchem dłoni zlikwidował zaklęcie unieruchamiające Draco i ocucił blondyna.
— Zabiję go! — syknął ten gniewnie, przypominając sobie nagle, co zaszło i przyciskając dłoń do obolałego gardła. Zerwał się z zadziwiającą szybkością i próbował dosięgnąć Harry'ego, lecz z każdą sekundą czuł, jak siły całkowicie go opuszczają. Opadł na łóżko, ciężko oddychając. Zaczynało mu się kręcić w głowie.
— Nawet o tym nie myśl! — usłyszał oddalający się powoli głos ojca chrzestnego. Nagle poczuł straszny smród drażniący jego delikatny zmysł powonienia i otworzył oczy szeroko, gwałtownie wciągając spory haust powietrza. Świeżego.

Potter obudził się i natychmiast sięgnął do bandaża, zdejmując go nerwowym ruchem. Choć otwarcie oczu nadal bolało, zrobił to. Odetchnął głęboko, rozglądając się po pokoju. Widział.

Jednocześnie przełknął, przypominając sobie, co zrobił. Ukrył twarz w dłoniach, wzdychając ciężko. To nie wyglądało za wesoło. Malfoy go zamorduje. A Severus to już na pewno, za skrzywdzenie chrześniaka. Zdecydował się opuścić swoją sypialnię. Czuł się nad wyraz dobrze. Trudno by tak nie było, skoro pożywił się od dwóch osób na raz. Jedyne, co mu dokuczało, poza lekkim bólem twarzy to odrętwiała ręka. Miał nadzieję, że Lestrange trwale jej nie uszkodził.

Powoli zszedł do salonu i usiadł w ulubionym fotelu niedaleko kominka. Odetchnął z ulgą, jak do tej pory nie natknął się na żadnego z nich. Nagle w zasięgu obolałych oczu pojawił się Severus. Wściekły.
— Co to miało znaczyć, Potter? — zapytał cichym, niebezpiecznym tonem. Jego spojrzenie sprawiło, że Harry przełknął głośno i wstał, próbując odejść.

Jednak dłoń Snape'a była szybsza i mistrz eliksirów złapał go za ubranie i pchnął lekko na fotel.
— Nie powtórzę pytania. I radzę ci, nie kłam. Nie potrafisz tego robić, a ja nie jestem w nastroju, by doszukiwać się w twoim bredzeniu ziarnka prawdy.
Potter spuścił głowę i westchnął. Nawet nie wiedział, co miał powiedzieć, Severusowi czasami wystarczyło jedno, nieopatrzne przejęzyczenie, by…
Naprawdę nie miał ochoty znów zawisnąć pod sufitem. Miał wrażenie, że przedłużająca się cisza zupełnie nie jest jego sprzymierzeńcem. Jeden rzut oka na twarz smoka potwierdzał to przypuszczenie.

Ostatecznie wolał nadal milczeć, lepsze to niż kłamstwo. Severus coś do niego mówił, ale nie słuchał co. Zatopił się w myślach. Ostatnim razem, gdy pozwolił całkowicie opanować się żądzy głodu, też nie skończyło się zbyt miło. Zarówno on, jak i Snape byli w opłakanym stanie. Dobrze, że mistrz eliksirów w ostatniej chwili przejął inicjatywę, bo pewnie skończyłoby się jeszcze gorzej. Inkub w takim stanie potrafi całkowicie pozbawić magii swoją ofiarę.

Najdziwniejsze w tym wszystkim było to, że pomimo, iż wszystko pamiętał, czuł się, jakby przez cały ten czas stał z boku i był jedynie biernym obserwatorem. Zupełnie, jak za pierwszym razem.

W nieokiełznanym amoku mógł zabić Malfoya. Tak po prostu.

Co go opętało? Dlaczego?

Dawno nie czuł czegoś podobnego. Głód i pragnienie były tak potężne, że podporządkowały sobie wszystko inne. Absolutnie wszystko. Skrzywił się i westchnął. Przypomniał sobie też, co Severus mu powiedział, po tym, jak po raz pierwszy otrząsnął po ataku i wzdrygnął się.
Zagryzł wargę i potrząsnął głową.
To się więcej nie powtórzy… Nie może!
Ostry i rozgniewany głos Snape'a raz po raz przebijał się do jego umysłu, jednak nie na tyle, by wyrwać go z rozmyślań. Nagle silne ręce chwyciły go i potrząsnęły nim mocno.
Smok nie lubił, gdy ktoś go ignorował. Ale on nie miał ochoty na konfrontację. Nie teraz, kiedy nie potrafił się bronić przed jego wściekłością.
— Mówię coś do ciebie!
Harry podniósł głowę i nieobecnym wzrokiem spojrzał na twarz Severusa. Oczy piekły go coraz bardziej, a to, co widział, powoli się zamazywało. Zamrugał ostrożnie, by poprawić widoczność, ale ledwie zasklepione rany na nowo się otworzyły. Czując coś ciepłego spływającego po jego policzkach, syknął cicho.
Szlag! Znowu krew.
Severus zauważył, że Potter zupełnie nie reaguje na to, co do niego mówił. Ostrzejsze próby wyrwania go z otępienia też nie dawały pożądanego rezultatu. Musiał się uspokoić, zanim wpadnie w smoczy gniew i uszkodzi młodego. Podszedł do okna, odwracając się do Pottera plecami. Nawet nie patrząc na inkuba, doskonale wiedział, o czym tamten myślał. To, co się wydarzyło, pozostawi z pewnością swój ślad w psychice Pottera. A w połączeniu z tym, co stało się u Lestrange'a, był pewien, że szykował się kolejny rzut całkowitej bezsenności, a potem wyjątkowo paskudne koszmary, kiedy młody w końcu padnie z wyczerpania.
Ta perspektywa wcale mu się nie podobała.
Tak naprawdę nie winił durnego inkuba za atak, bo idiota nie miał na to żadnego wpływu, ani na to, że w trakcie szału bywał agresywny i brutalny. Ale miał mu za złe, że nie powiedział, że potrzebuje się pożywić. Severus pokręcił głową, powinien sam zauważyć, co się święci. Potter pewnie wysyłał sygnały ostrzegawcze, lecz on był zbyt osłabiony i zmęczony, by je zauważyć.
Draco miał sporo szczęścia, bo poza dość łatwym do ukrycia zasinieniem na szyi i niewielkimi otarciami, nie odniósł większego uszczerbku. Zdecydowanie bardziej ucierpiała jego duma.
Severus bezwiednie przesunął palcami po swojej ukrytej bliźnie na piersi, która powstała właśnie w efekcie poprzedniego ataku, niemal zagłodzonego inkuba.
Kończył rozmyślać, gdy usłyszał tylko sobie znajomy dźwięk oznaczający, że ktoś przekroczył granicę jego posiadłości. Na całe szczęście nie informował o zagrożeniu i napaści, a raczej o dobrych intencjach przybywających osób. Konkretnie dwóch czarodziejów.
Zastanawiał się tylko, kto śmiał się pojawiać bez zapowiedzi i zaproszenia. Nikt wcześniej nie zakłócał jego spokoju i prywatności. Tego się nie spodziewał.

Podszedł do ciągle zamyślonego Harry'ego.

— Potter, ktoś idzie, oprzytomnij! — Brak jakichkolwiek oznak przytomności spowodował, że potrząsnął nim dosyć intensywnie. — Mówię coś do ciebie!

W efekcie zobaczył jak rany, dopiero co zasklepione, na oczach inkuba znów się otwierają nieznacznie i strużki krwi spływają po policzkach młodego niczym łzy.

W tej samej chwili w holu rozległo się pukanie do drzwi. Stan inkuba musiał poczekać.

Severus poszedł zobaczyć, kto ośmielił się wtargnąć na teren jego posiadłości i jeszcze na dodatek nie miał złych zamiarów.

Otworzył drzwi, unosząc dla bezpieczeństwa różdżkę.

— Dzień dobry…

— …profesorze Snape.

Na progu stało dwóch osobników, których właściwie najmniej się tutaj spodziewał.

— Fred i George Weasleyowie. Co was do mnie sprowadza?

— Coś bardzo ważnego — zauważył pierwszy z rudzielców. — W skrócie: potrzebujemy pańskiej pomocy.

— O co chodzi? — spytał podejrzliwie Severus, wpuszczając niespodziewanych gości do środka. Czuł, że ta rozmowa mu się nie spodoba, a mimo to wolał się dowiedzieć, czemu miało służyć to najście.
Z pewnością miało jakiś związek z interesami Zakonu, choć bliźniaki niespecjalnie nadawały się na wywiadowców starca.

Co on znowu knuje?
Choć trochę czasu minęło od jego ostatniej rozmowy z Dumbledore'em, nie wspominał jej dobrze i szczerze mówiąc, coraz mniej miał ochotę na to, by wysłuchiwać kolejnej relacji o niespokojnej sytuacji w świecie magii.
Miał zdecydowanie wystarczająco dużo własnych problemów.
Odchrząknął i, nadal stojąc w holu, spojrzał znacząco na zmartwione twarze rudzielców. Młodzi mężczyźni wymienili spojrzenia między sobą i jeden z nich, George, w końcu się odezwał:
— Musi nam pan pomóc, profesorze. Sytuacja robi się coraz bardziej groźna, tracimy coraz więcej ludzi. Jest pan potrzebny.
Severus prychnął, a następnie westchnął ciężko. Może rozmowa nie będzie długa, ale niby czemu ma być prowadzona na stojąco. Niezadowolony z okoliczności, zaprosił Weasleyów do niewielkiego gabinetu tuż obok salonu. Usiadł w wygodnym fotelu, gestem wskazując czarodziejom pozostałe dwa, otaczające niewielki stolik.
— Słucham? Ja jestem potrzebny? Niby do czego? Po co naprawdę Dumbledore was przysłał? — Zmrużył oczy, łącząc palce dłoni i czekając na odpowiedź.

— Prawdę mówiąc, to nie on nas przysłał, tylko sami wpadliśmy na ten pomysł. Podczas kilku ostatnich śmierciożerczych ataków zostało dość poważnie rannych paru członków Zakonu. Nie możemy ich odesłać do świętego Munga z wiadomych powodów, a pani Pomfrey nie jest w stanie ich całkowicie uzdrowić.

Severus właśnie miał odpowiedzieć, jak głęboko ma Zakon, gdy z salonu dobiegł jęk.

Całkowicie zapomniałem o inkubie.

Oczywiście nie tylko on to usłyszał. Bliźniacy rzucili spojrzeniem w stronę uchylonych drzwi, a zaraz potem wstali, podążając ciekawie za Snape'em. Miał teraz ważniejszy powód niż interesowanie się nie bardzo chcianymi gośćmi.

Potter leżał tuż obok fotela, w którym wcześniej siedział i trzymał się za głowę, cicho jęcząc. Odsunięcie dłoni od podrapanej twarzy było z początku trudne, ale przy pomocy Weasleyów w końcu mu się udało. Chwilę potem Harry otworzył oczu i wściekle warknął, rozpoznając bliźniaków:

— Jak mogliście na to pozwolić?!

Zerwał się na równe nogi i złapał George'a za koszulę, ponawiając pytanie:

— Jak mogliście na to pozwolić? Gdzie byliście?!

Obaj spuścili tylko głowy.

— Co widziałeś, Potter? — Pałeczkę zdecydował się przejąć Snape, odciągając go od rudzielców.

Młody stracił nagle siły i ciężko oparł się na Severusie, łapiąc za bolącą głowę.

— Malfoy senior złapał Ginny. Na razie nic jej strasznego nie robią. Czekają.

— Na co?

Potter spojrzał na niego wymownie.

— A jak myślisz? — sapnął. — Muszę usiąść.

Mistrz eliksirów pomógł mu wrócić na fotel i przyzwał skrzata, by ten dostarczył mu odpowiednich mikstur. Po zażyciu eliksiru przeciwbólowego młody odetchnął i pozwolił sobie oczyścić twarz z zaschniętej już krwi.

— Harry, dlaczego jesteś u profesora Snape'a?

— Bo mam na to ochotę i nic wam do tego — rzucił oschle. — A Dumbledore'owi możecie łaskawie powiedzieć, żeby pocałował się w tyłek. Nie wrócę i sam jest temu winny. Niepotrzebnie was tu wysyłał.

— Nie wysłał ich tutaj — zauważył Severus, wycierając dłonie w podany przez usłużnego skrzata, wilgotny materiał. Gdy tylko skończył, zarówno skrzat, jak i to, co przyniósł, a nie było już potrzebne, znikło.

— Nie? — zdziwił się inkub. — To co tu robią?

— Potrzebujemy pomocy mistrza eliksirów — odparł Fred.

Głośne trzaśnięcie drzwiami na piętrze znów im przerwało, potem ktoś szybko zbiegł po schodach i, prawie wyrywając drzwi z zawiasów, wpadł do salonu.

— Potter, zamorduję cię tu i teraz! — krzyczał Draco, nie zwracając uwagi na zebranych.

Dopadł Pottera i, złapawszy go za koszulę, podniósł z fotela.

— Coś ty sobie myślał? Że ujdzie ci to na sucho? Popatrz, jak ja wyglądam. — Malfoy odsunął kołnierzyk koszuli i pokazał zaczerwienione ślady, dokładnie układające się na kształt zaciśniętej dłoni. — Jak ja wyglądam?!

— Całkiem ponętnie, Draco — mruknął Harry, oblizując się wpierw, po czym przyciągnął Ślizgona i pocałował namiętnie na oczach wszystkich.

Severus pokiwał pobłażająco głową, a bliźniacy zaśmiali się, zwracając wreszcie na siebie uwagę Malfoya, który oderwał się od inkuba, choć z widoczną niechęcią i bardzo zarumienionymi policzkami.

— A oni tu po co? Też będą go karmić? — Wskazał głową na Pottera, który ciężko opadł na fotel, dopiero teraz dostrzegając, jak bardzo inkub był blady.

— Nie mam nic przeciwko — stwierdził tylko Potter.

— Ty nigdy nie masz nic przeciwko — zauważył wesoło Fred, zajmując oparcie fotela, koło inkuba.

— Potter, jest ktoś, kogo nie zaliczyłeś? — spytał chłodno Draco, marszcząc czoło na widok spoufalenia tej trójki, bo po drugiej stronie fotela usiadł George.

— Nie bądź zazdrosny, Malfoy. Przecież musi jeść. Spokojnie, podzielimy się z tobą. — George zaśmiał się, widząc minę arystokraty.

— On nie jest przedmiotem, by się nim dzielić — warknął oburzony i opuścił salon.

— Coś odrobinę za zaborczy. Co mu zrobiłeś, że jest taki wściekły?

— Przeleciałem.

— Musiało być całkiem ostro, skoro tak mu zależy na akcie własności do ciebie.

Snape chrząknął, przerywając im. Bliźniacy natychmiast przypomnieli sobie, po co tu przybyli.

— Pomoże nam pan?

— Kto jest ranny?

— Remus, Ron, Tonks najpoważniej. Hermiona nosi dziwną klątwę, której nie potrafimy zdjąć i musieliśmy ją zamknąć i związać. Chyba ma na sobie jakiś rodzaj Imperiusa, nie możemy jej odciągnąć od mycia się.

— Szlamu nie da się zmyć — mruknął Harry, a gdy spojrzeli na niego dodał: — To robota Malfoya seniora. Mam zawołać Draco, by ci pomógł z pakowaniem eliksirów? Ja zajmę się Hermioną.

— Jeszcze się nie zgodziłem — sapnął Severus.

— Tak, oczywiście — rzucił ironicznie. — Idę po Malfoya.

Wstał powoli i skierował się do drzwi. Tam zatrzymał się na chwilę i rzucił w stronę rudzielców.

— Wieczorem zapraszam. Obu na raz. Ostatnio ciągle jestem głodny.

Na twarzach bliźniaków pojawiły się szerokie uśmiechy. Propozycja Harry'ego sprowadzała wyjątkowo przyjemne wspomnienia. I choć inkuba ciągnęło do Snape'a i jego potężnej magii, niejednokrotnie mieli okazję poczuć, co to znaczy obcować z inkubem i karmić go swoją energią. Żaden z nich nie przeżył później czegoś podobnego, toteż nie mogli się doczekać wieczoru. Spojrzeli na siebie i parsknęli krótkim, radosnym śmiechem. Niebawem spoważnieli, gdy myślami wrócili do ponurej rzeczywistości.
Severus pokiwał głową, ale nie był zdziwiony słowami Pottera, bliźniacy mieli w sobie coś, co sprawiało, że nadal widział w nich niesfornych, psotnych urwisów, choć teraz miał przed oczami dorosłych ludzi. Przystojnych i nawet urokliwych mężczyzn, jeśli ktoś lubił ten typ.
Przynajmniej dziś będzie mógł zająć się czymś innym, skoro Potter znalazł sobie żywicieli. Jednak perspektywa zajęcia się rannymi i spędzenia kilku najbliższych godzin przy kociołku, nawet w towarzystwie Draco, który mógłby mu pomóc przy warzeniu mikstur, jakoś nie budziła w nim zbytniego entuzjazmu. Westchnął ciężko i wraz z podążającymi za nim bliźniakami wyszedł, kierując się w stronę obszernego laboratorium. Natknęli się na Draco, stojącego przed drzwiami do sanktuarium mistrza eliksirów. Wyglądał na oburzonego postępowaniem ojca chrzestnego.
— Pomożesz im? — spytał cichym i lodowatym tonem, taksując Weasleyów równie nieprzychylnym wzrokiem. Po pewnym czasie przeniósł spojrzenie na milczącego mistrza eliksirów i dodał oskarżająco: — Zrobisz to, choć cię nie chcieli i pozwolili, abyś odszedł.
Snape prychnął gniewnie i odsunął młodego czarodzieja z drogi.
— Nie musisz w tym uczestniczyć, Draco, jeśli nie chcesz. Możesz tu zostać. Z pewnością przed wieczorem uda nam się wrócić.
Blondyn pokręcił głową, mamrocząc coś podirytowanym tonem, ale bez zastanowienia wszedł za Snape'em do laboratorium.
Bliźniacy zostali na zewnątrz, z rozbawieniem przysłuchując się i przyglądając jasnowłosemu młodzieńcowi.
Po niedługiej chwili wszyscy spotkali się z powrotem w salonie.