Rozdział dziewiąty: Serce demona
- Wciąż nic. – Jackson z głośnym sykiem odrzucił telefon na pobliski fotel. – Przeklęte erynie. Kat miała rację… jej rodzina ma naprawdę na pieńku z nowoczesną technologią.
W sumie nie powinien narzekać. Udało mu się dodzwonić do dwóch z trzech sióstr Kateriny, Koriny i Sofii. Obie były już w drodze do Beacon Hills. Chryssa oraz Michail wciąż jednak nie odpowiadali. Jackson mógł mieć teraz jedynie nadzieję na to, że przynajmniej odbiorą jedną z jego dziesiątek wiadomości.
Jackson usiadł w końcu w fotelu, oddychając ciężko. Wiedział, że musi pomóc Katerinie – była teraz zakładniczką tego całego nogitsune, a dodatkowo była też jedyną osobą, którą na chwilę obecną młody wilkołak nie tylko tolerował, ale nawet i lubił. Derek tyle mu nie wytłumaczył o byciu wilkołakiem, co zrobiła to Katerina.
- Skąd ona w ogóle pochodzi? – spytał się nagle Scott. – Skąd zna tego nogitsune?
- A co ja jestem, chodząca encyklopedia? – odciął mu się Jackson, niechętny do rozmowy z dawnym przyjacielem. – Wiem tylko, że ona i nogitsune znali się kiedyś bardzo dobrze. Chyba się przyjaźnili… tak sądzę.
- A nie byli przypadkiem parą? – wypaliła ze swoim pytaniem Lydia, wydymając pełne usta. – Tak mi się przez moment wydawało… wtedy, tuż przed tym, jak nas nie znokautował.
- No to musisz mieć w takim razie sokoli wzrok i szaloną zdolność percepcji, bo ja czegoś takiego nie wyłapałam. – odparła Allison. – Jedyne, co mi się rzuciło w oczy to tylko to, że ten nogitsune zrobił z ciała Stilesa istną maszynę do zabijania… nic więcej.
- Na pewno nie byli parą. – żachnął się Jackson. – Gdyby byli, Kat na pewno by nas o tym uprzedziła. A tak tylko powiedziała mi, że to jej stary znajomy, który na dodatek zdradził ją i jej rodzinę.
- No właśnie… – Peter rozsiadł się na sofie, uśmiechając się szeroko. – Znałem ją od jakiegoś czasu, ale nigdy nie raczyła mi wypaplać o tym, co się stało z jej familią.
- A sądzisz, że mi o tym powiedziała? – Jackson powoli tracił już do nich wszystkich cierpliwość. Już gdy wjeżdżał do Beacon Hills wiedział, że popełnia spory błąd; nie chciał tu wracać i spotykać ich wszystkich. Gdyby nie Katerina i cała ta sprawa z nogitsune, jego noga z pewnością by tu nie postała. – Wiem tylko, że oryginalnie miała ona sześciu braci i trzynaście sióstr. Jej jedyna starsza siostra, Charmion, zginęła koło pięćsetnego roku. A w tym pożarze wywołanym przez łowców zginęło pięciu jej braci i dziewięć sióstr. Została teraz tylko ona, Michail, Chryssa, Korina i Sofia. Z czego osobiście poznałem tylko tą ostatnią.
- Czy my nie powinniśmy przypadkiem jej teraz szukać? – przerwała im nagle Kira, wodząc spojrzeniem po wszystkich zebranych. – Nogitsune porwał ją i nie wiadomo, po co i dlaczego. Równie dobrze może ją tera torturować. Katerina przecież przyjechała tu po to, aby go powstrzymać i zlikwidować. To właśnie przecież robi jej rasa.
- Niestety, nie możemy teraz nic zrobić. – odpowiedział Deaton, wzdychając ciężko. – Po kompletnym przejęciu ciała Stilesa Hachirou stał się jeszcze silniejszy niż dotychczas. Z pewnością korzysta też z jakiejś magii, aby osłabić moce Kateriny. Naszą jedyną nadzieją jest zatem jej rodzeństwo.
- O, tak. – mruknął Peter, tarmosząc rąbek rękawa swojej koszuli. – Bo banda zawistnych pół-bogów z pewnością da sobie radę z jednym, diabelnie inteligentnym demonem. – Peter westchnął przeciągle, wywracając teatralnie oczami. – Czy tylko ja chcę ruszyć na tego bydlaka bez oczekiwania na ten ateński poczet sztandarowy? Nogitsune jest teraz może i silniejszy, ale jest też bardziej wystawiony na ataki z naszej strony. Nie zabił Kateriny dlatego, bo coś do niej czuje; przyjaźń, miłość… cholera jedna go raczy wiedzieć. Możemy to wykorzystać przeciwko niemu. Wystarczy, że któryś z nas podczas ataku na nogitsune rzuci się zamiast niego na erynię. Nie musi to być nawet autentyczny atak… wystarczy, żeby Hachirou pomyślał, że życie Kateriny jest zagrożone.
- W żadnym wypadku. – zaoponował Deaton. Peter odpowiedział na te słowa swoim długim, przeciągłym jękiem, wyrzucając ręce ku górze w geście poddania się. – Czekamy na pozostałe erynie.
- Jak wolicie. – warknął Peter, wstając z impetem. – Ale mówię wam; jeszcze wam się to odbije paskudną czkawką. Hachirou nie jest pierwszym lepszym nogitsune. Nawiązał silną więź z Kateriną, i jeśli pozwolimy mu na pozostanie w jej obecności zbyt długo… no cóż, znacie te historie o tricksterach. – Peter uśmiechnął się krzywo, prychając z gorzkim rozbawieniem. – Nie muszę chyba przypominać, którą stronę ich ofiary ostatecznie wybierają?
Znowu to samo. Płomienie. Niemożliwy do wytrzymania żar. Swąd palących się ciał. Krzyki umierających z potwornych męczarniach bliskich.
Katerina syknęła głośno, otwierając powoli powieki.
- Wyłaź. Z. Mojej. Głowy. – warknęła, mordując spojrzeniem siedzącego naprzeciwko niej Hachirou. – Od kiedy ty w ogóle masz do niej dostęp, co?
- Od kiedy wytłukłem trzy czwarte rezydentów tego ośrodka. – odparł nogitsune spokojnym, opanowanym głosem. – Nie patrz się tak na mnie, Katerina. Wiesz, że wielkie sprawy wymagają wielkich środków.
- Śmierci dziesiątków niewinnych też? – odcięła się dziewczyna. Po chwili syknęła z bólu, gdy wyczuła zbyt blisko siebie aurę kilku ofiar Hachirou.
Staram się, ludzie. Naprawdę się staram. Ale uwierzcie mi, że nie jest tak łatwo przedrzeć się przez tarczę ochronną bydlaka, który nie dalej jak dwadzieścia cztery godziny temu pochłonął energię życiową prawie stu ludzi. Potrzebuję czasu. I siły… dużo siły.
Hachirou zacmokał z dezaprobatą. Wstał powoli z miejsca, po czym podszedł leniwym, niespiesznym krokiem do Kateriny. Dziewczyna z trudem powstrzymała się od odwrócenia głowy, gdy jej dawny przyjaciel znalazł się tuż przed nią, uśmiechając się od ucha do ucha niczym maniak.
Pasuje do tego ośrodka jak ulał. – pomyślała Katerina, wodząc spojrzeniem po tej nienaturalnie bladej, wymizerowanej twarzy. – Jeśli uda mi się znaleźć jego ciało i wyzwolić Stilesa spod jego działania… przysięgam, że dopilnuję, aby trafił do ośrodka dla czubków o zaostrzonym rygorze.
- Wciąż mi nie wierzysz. – powiedział Hachirou. W jednej sekundzie porzucił szeroki uśmiech profesjonalnego psychopaty na rzecz miny osoby zatroskanej. – Wciąż sądzisz, że to, co powiedziałem, to tylko stek kłamstw.
- A nie jest tak? – Katerina nie zamierzała wierzyć w nic, co wychodziło z ust Hachirou. A już na pewno nie zamierzała uwierzyć w to, że ten pokręt był w niej zakochany. – Nie wykręcaj się tymi ckliwymi historyjkami, Hachirou. Oboje wiemy, dlaczego opętywałeś tych wszystkich ludzi. Nie robiłeś tego dlatego, aby dokonać zemsty na ludziach odpowiedzialnych za ten pożar. Robiłeś to dlatego, bo to lubiłeś. Kręciło cię to niesamowicie… i nadal kręci. Zrobisz wszystko, aby ukazać siebie jako samca alfa.
- Ależ kochana, ja nie muszę niczego udowadniać. Ja jestem samcem Alfa. – Hachirou wyszczerzył zęby w krótkim, trwającym zaledwie może z dwie, góra trzy sekundy uśmiechu.
- I dlatego musiałeś mnie znokautować, potem powalić wszystkich przyjaciół Stilesa, a następnie wytaszczyć mnie z chałupy Noriko jako ten jaskiniowiec? – Katerina roześmiała się gorzko, kręcąc z niedowierzaniem głową. – Nie ma żadnego scenariusza, w którym wygrasz, Hachirou. Przegrasz, prędzej czy później. Jeśli nie rozniosą cię te wilkołaki lub łowcy, to zrobi to moje rodzeństwo. A jeśli oni jakimś cudem nie dadzą rady, to… no cóż… pamiętasz chyba jeszcze, że w Europie wciąż działa starożytna rada nadprzyrodzonych istot?
- I co mi mogą zrobić, co? Nic. Za dużo papierkowej roboty by im ten krótki wypad do Stanów narobił.
- Tak coś czuję, że dla ciebie zrobią wyjątek.
- To banda pogańskich bożków, których dni świetności już dawno minęły. – odciął się Hachirou, uśmiechając się krzywo. – Nikt już dzisiaj w nich nie wierzy.
- We mnie również nie wierzą. – zauważyła Katerina. – A jednak moje moce są wciąż tak samo potężne jak te dwa tysiące lat temu. Moce bogów nie maleją, Hachirou… to bogowie decydują o tym, co się o nich mówi. Te pogłoski o ich wymieraniu to zwykłe kłamstwa, które oni sami rozsiewają. Chcą, aby inne gatunki wierzyły w to, że ich panowanie się kończy. – Katerina przechyliła nieznacznie głowę, przyglądając się uważnie Hachirou. – Ale dość o mnie i moich kuzynach, wujach, stryjach i stryjenkach… ciekawi mnie teraz coś innego.
- Co takiego? – nogitsune usiadł możliwie jeszcze bliżej niej, uśmiechając się łobuzersko. Katerina westchnęła ciężko, wpatrując się w te ciemne oczy Stilesa. Dziewczyna zdążyła zauważyć znaczącą różnicę w tej jednej części ciała: gdy ciałem kontrolował Stiles, te oczy były przepełnione łagodnością, dobrocią i naiwnością. Gdy kontrolę przejmował Hachirou, całe to dobro i ciepło momentalnie ginęło.
- Czy ty naprawdę się we mnie podkochiwałeś? – spytała się Katerina. Nie zamierzała czekać na odpowiedniejszą chwilę, aby wydobyć z niego te informacje. Wiedziała, że Jackson z pewnością zwołuje teraz jej rodzeństwo. Ich przybycie tutaj było tylko kwestią czasu.
Udało się. Katerina z trudem powstrzymała triumfalny uśmiech, gdy zobaczyła, jak szelmowski grymas znika z warg nogitsune.
- A jak sądzisz? – odpowiedział Hachirou, prychając cicho pod nosem. – Czy gdybym nic do ciebie nie czuł, to pozwoliłbym tym łowcom dożyć „szczęśliwej osiemdziesiątki"? – nogitsune zaśmiał się gorzko na jakieś sobie tylko znane wspomnienie. – Po tym podpaleniu wyruszyłem w pościg za tymi szumowinami. Ścigałem ich przez wszystkie kontynenty. Porzuciłem własne ciało, aby móc opętywać istoty zarówno śmiertelne, jak i te nadprzyrodzone. To zbliżałem się, to oddalałem od zabójców mojej jedynej przyjaciółki. W końcu jednak ich dostałem… jednego po drugim, aż nie pozostał „ten jeden"; lider bandy odpowiedzialnej za śmierć ponad połowy twojej rodziny. Torturowałem go tak długo, aż nie zaczął błagać mnie o śmierć. Wtedy podręczyłem go jeszcze dwa razy tyle… i dopiero potem go zabiłem.
Przez pewien czas Katerina nie wiedziała, co odpowiedzieć. To, co powiedział Hachirou, zmieniało tak wiele. Przez krótki moment Katerina rozważała nawet odpuszczenie sobie kolejnych prób wygnania nogitsune z ciała Stilesa Stilinskiego.
Nie… nie mogę porzucić tej misji. – przypomniała sobie dziewczyna, nie spuszczając przez cały ten czas spojrzenia z Hachirou. – Stiles zasługuje na to, aby odzyskać swoje ciało… chyba prawie każdy w tej sytuacji na to by zasługiwał.
- Więc wtedy, w tym barze… tuż po tym, gdy przyjechałam do Beacon Hills…
- Wiedziałem już wtedy od paru lat, że jednak przeżyłaś. – Hachirou wreszcie odwrócił od niej spojrzenie. Katerina mimowolnie odetchnęła z ulgą; te ciemne, pozbawione tak wielu pozytywnych emocji oczy doprowadzały ją już do małego szału. – Miałem więc czas, aby oswoić się z myślą, że jednak gdzieś jesteś, cała i zdrowa. Być może nawet nie wiedziałaś, że wciąż żyję. Tak właśnie tłumaczyłem sobie to, że przez te wszystkie lata nie dałaś znaku życia; że sądziłaś, że ci łowcy zabili także mnie. Dopiero potem dowiedziałem się, że poniekąd obwiniasz mnie o ten atak i o to, że nie zrobiłem wtedy nic, aby wam pomóc.
- W dużym błędzie nie byłam. – mruknęła Katerina, zakładając ręce na piersi. – Wziąłeś się za robotę dopiero po fakcie. Chociaż muszę tu przyznać, że nie spodziewałam się tego po tobie. Byłam pewna, że po prostu wrócisz do Japonii i ostatecznie o wszystkim zapomnisz. – Hachirou zaśmiał się gorzko, słysząc to.
- Wrócić? Do tych nieudolnych podróbek kitsune? A jak sądzisz, dlaczego ich wymordowałem? – nogitsune roześmiał się po raz kolejny, tym razem jeszcze głośniej. – Owszem, wróciłem tam na krótki moment… żeby szukać tam pomocy w pomszczeniu cię. – Katerina zamarła, słysząc to.
Nie… on kłamie. To niemożliwe. Przecież Noriko mówiła mi, że Hachirou po prostu wpadł wtedy w szał zabijania. Nie było w tym żadnego głębszego znaczenia… prawda?
- Blefujesz. – To było wszystko, co Katerina zdołała z siebie wykrztusić. Do niczego więcej nie była w tej chwili zdolna.
- Nie. Nie blefuję. – Hachirou ujął dłonie Kateriny w swoje własne. Dziewczyna z trudem zmusiła się, aby nie odsunąć się od niego. Ciągle musiała sobie przypominać, że nie trafiła tu dlatego, bo Hachirou chce ją zlikwidować, ale dlatego, bo na swój pokręcony sposób chciał ją w ten sposób chronić. Przed czym? Tego pewnie nawet Stiles nie byłby w stanie jej powiedzieć. – Prosiłem ich o pomoc. Próbowałem ich przekonać tym, że twoja rodzina należy do wysoko postawionej elity nadnaturalnych istot, i że jeśli zaangażują się w pomszczenie was, na pewno otrzymają za to wiele zaszczytów. Ale nie… oni woleli siedzieć na swoich leniwych, strachliwych czterech literach. Bali się wszystkiego, czego nie znali osobiście; czyli praktycznie wszystkiego. Dlatego właśnie ich wybiłem; bo hańbili dobre imię nie tylko naszego rodu, ale i całej rasy, do której należeli.
- Dlaczego zatem oszczędziłeś Noriko? – Katerina zamierzała dociekać dalej. Skoro już tu się znajdowała, to równie dobrze mogła wykorzystać tę sytuację i wyciągnąć ze swojego dawnego przyjaciela możliwie najwięcej informacji.
- Bo ktoś musiał pamiętać o lekcji, jaką im udzieliłem. – Hachirou uśmiechnął się krzywo. – Ta cała rzeź nie miałaby przecież sensu, jeśli nie pozostałby przy życiu ktoś, kto będzie pamiętał o tym, żeby nigdy, ale to przenigdy nie zadzierać z rozjuszonym, pogrążonym w żalu nogitsune.
A więc to tak. – pomyślała, starając się trzymać swoje emocje na wodzy. – Osierocił własną siostrę i wymordował cały swój klan tylko dlatego, bo uważał ich za słabeuszy i mięczaków. Też nieźle.
- A co ze Stilesem? – Katerina wiedziała, że to jest jej jedyna szansa na to, aby dowiedzieć się wszystkiego. Być może już za kilka godzin zostanie uratowana. Im szybciej zatem wyciągnie z Hachirou potrzebne informacje, tym lepiej będzie dla wszystkich. – Co z nim zamierzasz zrobić, gdy już zdecydujesz się powrócić do swojego ciała?
- Jak to co? – Hachirou zaśmiał się ochryple, wyraźnie rozbawiony jej słowami. – Pozbędę się go. To przecież tylko zwykła, mięsna powłoka… nic więcej.
I to jest właśnie powód, dla którego nie mogę pozwolić mu po raz kolejny wejść do mojej głowy. Muszę się koniecznie stąd wydostać… muszę ostrzec pozostałych przed jego planami. I muszę doprowadzić do tego, aby Hachirou opuścił ciało Stilesa, nie zabijając go przy tym.
Gdzieś w głębi duszy Katerina poczuła małe, ledwie wyczuwalne „pociągnięcie" jej aury. Niedoświadczona nadprzyrodzona istota z pewnością by to zignorowała. Ale nie ona. Gdy tylko Hachirou odwrócił się tyłem do niej, na ustach Kateriny pojawił się szeroki, triumfalny uśmiech. Cicho, niezauważalnie użyła praktycznie wszystkich swoich sił witalnych, aby odpowiedzieć istocie ciągnącej delikatnie za jej aurę, dając jej przy tym wskazówki, gdzie się teraz znajduje.
Już tu są… moja rodzina już tu jest. A to oznacza dla ciebie tylko jedno, Hachirou… mocny, solidny łomot.
