So each morning you've got not to fight for
But is still doesn't change who you are
There is no feel you'll ever get into
You're untouchable
Kolejne dnie upłynęły im na mozolnym przeszukiwaniu archiwów miejskich. Mężczyzna, który zajmował się tymi zbiorami dokumentów, zdążył już ich poznać i polubić. Mówili mu dzień dobry za każdym razem, które nauczył ich mówić po sachakańsku. Spędzali tu ranki i po południa, wychodząc stąd jedynie na posiłki. Obiecali sobie, że przeszukają to archiwum, a dopiero później, jeśli nic nie znajdą, zaczną się lenić.
Czwartego dnia Erin wbijał wzrok w jakąś pożółkłą księgę ze zrezygnowaną miną, Katara wpatrywała się w kłębki kurzu zwisające z belek przy suficie, a Mori z energią przerzuciła kolejne sterty dokumentów, jakby od tego zależało jej życie. Już wczoraj delikatnie usiłowali poruszać temat, że nic tu nie ma. Ledwie o tym wspomnieli, zbyt dobrze pamiętali, co stało się ostatnio, gdy Mori zabrała się do czegoś sama.
Z hukiem położyła kolejną grubą księgę na stole i zabrała się do niej z pewną rezygnacją. Dziękowała ludziom, że alfabet sachakański i kyraliański jest taki sam. Mogła szukać imienia Any, nie rozumiejąc innych słów. Z resztkami nadziei otworzyła księgę i zabrała się do mozolnego przeglądania stron. Mniej więcej w połowie, gdy była pewna, że śni, wydawało jej się, że dostrzegła trzy literki układające się w imię jej babki. Potrząsnęła szybko głową i odnalazła znów.
- Mam! - krzyknęła, wyrywając Katarę i Erina z odrętwienia.
Nie czekała na nich, wzięła księgę i niemal biegiem udała się do starego archiwisty. Uśmiechnęła się do niego radośnie i z satysfakcją, a potem położyła przed nim otwartą księgę i wskazała odpowiednią linijkę palcem.
- Mogłabym cię prosić o przetłumaczenie, panie? - zapytała, przybierając najsłodszą minę, na jaką było ją stać. Wiedziała, że mężczyzna ulegnie i tak też się stało.
Pochylił się nad stroną, marszcząc czoło. Mori obserwowała, jak jego bystry wzrok przesuwa się linijka po linijce, aż nie poczuła, jak podeszli do niej Katara i Erin. Cała trójka czekała w milczeniu.
Mężczyzna podniósł wzrok i popatrzył Mori w oczy.
- Co to znaczy? - zapytał Erin, opierając ręce na drewnianym biurku.
Archiwista uśmiechnął się do nich smutno.
- To jest księga umarłych - powiedział. Katara chwyciła dłoń kuzynki i ją ścisnęła. - Tu pisze, że Ana, pochodzenie nieznane, została zamordowana dziewięć lat temu. Nie było to nic zaplanowanego, wplątała się po prostu w jakąś kłótnię na ulicy. Morderca nieznany. Jest za to miejsce, w którym została pochowana - dodał i powiedział im, jak tam dotrzeć.
- Dziękuje - powiedziała, zostawiła mu księgę i wyszła na zewnątrz.
Usiadła na nagrzanych od słońca schodach i oparła głowę na kolanach. Miała dość. I była zmęczona. Ana miała powiedzieć jej prawdę, a teraz, jeśli nie Ana, to skąd ona się wszystkiego dowie? I to zadziwiające, jakby wisiało nad nią jakieś fatum. Wszyscy ludzie, którzy znali jej rodziców, ginęli zupełnie przez przypadek. Ich śmierć była bezsensowna.
Po chwili dosiedli się do niej Erin i Katara.
- I co, wracamy do domu? - zapytała cicho Katara, obejmując Mori i przytulając ją do siebie.
Moriana pokiwała głową. Powrót do domu nie powinien być trudny. Muszą się tylko dostać do Fortu. Byli pewni, że dzięki Erinowi dostaną eskortę do samego Imardinu.
- Idziemy napisać list do Lorlena, coś zjeść, odnaleźć Anę, a potem to już nieważne, kiedy wracamy.
Pojawili się w tej samej spylunce co zawsze. Właściciel skinął im głową na powitanie, grzecznie odpowiedzieli. Stwierdzili parę dni temu, że pora w końcu zakupić własny pergamin, pióro i kałamarz. Mori pobiegła do ich pokoju po to wszystko, a gdy wróciła, usiadła przy zawsze zajmowanym przez nich stoliku.
Wujku Lorlenie.
Ana nie żyje. To przykre. A jeszcze bardziej przykry jest fakt, iż ja rozpaczam dlatego, że nie dowiem się prawdy, a nie dlatego, że moja babka nie żyje. Myślisz, że to bardzo źle? Właściwie nigdy jej nie widziałam. I wcale nie znałam.
Sprawa tego Sachakanina wciąż pozostaje nierozwiązana. Czasem żałuje, że do mnie nie napiszesz. Myślę, że mógłbyś mi pomóc w wielu sprawach. Jak wtedy, gdy byłam małym dzieckiem i chodziłam do ciebie z zagadkami od Rothena. Nigdy więcej nie zobaczyłam tej dziewczyny, Savi. Zniknęła, chociaż uważnie się rozglądałam po mieście.
Mam złe przeczucie. Ciągle wydaje mi się, że jesteśmy obserwowani, a gdy powiedziałam o tym Katarze i Erinowi, stwierdzili, że popadam w paranoję i z pewnością przesadzam. Może mają racje. Gubię się w tym wszystkim.
Powiedziałeś mamie to, o co cię prosiłam? Bardzo jest na mnie wściekła? Ja wrócę, Lorlenie, powiedz jej to. Muszę tylko poznać prawdę. Kocham ją najbardziej na świecie. Nigdy bym jej nie zostawiła.
Idziemy odwiedzić miejsce, w którym pochowana została Ana. A potem prawdopodobnie... wrócimy do domu. Może nie od razu, chociaż wszyscy jesteśmy jacyś pozbawieni nadziei i przytłoczeni kłamstwami. Cieszę się, że chociaż Ty nigdy mnie nie okłamywałeś.
Kocham Cię, wujku. Za ten czas, który ze mną spędzałeś, za wszystko, co dla mnie robiłeś i robisz.
Moriana
Erin zaoferował się, że pójdzie poszukać posłańca - pewnie licząc, że wpadnie gdzieś na tamtą Sachakankę, a one zamówiły dla odmiany coś innego. Chłopak wrócił jeszcze, zanim podali im kolację. Potrawa była smaczna, ale nie tak smaczna jak to, co zamawiali najczęściej, więc stwierdzili, że nie będą eksperymentować. Zjedli szybko, jakby ścigając się ze słońcem, które z każdą minutą było coraz niżej na niebie.
Usiłowali ją przekonać, że można pójść tam jutro, ale ona się zawzięła. Mimo iż słońce zupełnie schowało się za dachami, szli szybko drogą, którą wytłumaczył im wcześniej archiwista. Mori nie chciała słuchać o tym, że mogą pójść tam następnego dnia. Rozglądała się niespokojnie na boki.
- Ten chłopak za nami idzie - powiedziała na ucho Katarze. - Brązowe włosy, opalona twarz, zwykłe, nierzucające się w oczy ubrania również brązowe. Długa koszula i szerokie spodnie. Ale obróć się dyskretnie.
Mori puściła kuzynkę, a Katara niby z nudów rozejrzała się dookoła, patrząc w niebo, na szczyty mijanych budynków, a potem za siebie.
- Nie widziałam go wcześniej - powiedziała.
- Idzie za nami od czasu wyjścia ze spylunki - zaoponowała Mori.
- Może idzie w tym samym kierunku co my? Albo pomyliłaś go z kimś, wygląda jak typowy Sachakanin. Takich tu może być mnóstwo. - Katara nie chciała wierzyć w teorie spiskowe kuzynki.
- Jasne, nigdy mi nie wierzysz. - Mori założyła ręce na piersi i się skrzywiła.
Katara zachichotała pod nosem, wymijając ludzi, którzy szli w innym kierunku.
- Pamiętasz, jak twierdziłaś, że Wielki Mistrz chce cię zabić? - Wybuchła głośnym śmichem. Po chwili dołączył do niej Erin. Moriana przypatrywała im się oburzona.
- Ja pamiętam - wymamrotał Erin, między jednym napadem śmiechu a drugim.
- W istocie, chciał - jęknęła Mori. - Mama kilka razy musiała do niego iść i konkretnie sobie z nim porozmawiać. On chyba nigdy nie zrozumiał, że nie jestem Akkarinem i że jestem dziewczyną.
- Na złe ci to nie wyszło. Te nadgorliwe ćwiczenia ze strony Wielkiego Mistrza - zauważyła Katara. - Umiesz tyle co przeciętny mag po Gildii. A jesteś dopiero na czwartym roku.
- No niby tak, ale... - zaczęła, ale zamarła.
Uliczka kończyła się niewielką furtką, od której w obie strony ciągnął się żelazny płot. Usiłowali dojrzeć coś, co jest za nim, ale drzewa i krzewy uniemożliwiały im widzenie czegokolwiek. Bez wahania ruszyła w kierunku ogrodzenia, pchnęła furtkę, przedarła się przez krzewy zarośniętą ścieżką, a potem stanęła przed paroma grobami. Trawa była tu niezwykle zielona, przy niektórych płytach rosły drzewa. Czuła się, jakby była w lesie, w którym pochowani są ludzie. Dreszcz niepokoju towarzyszyłby jej w jasny dzień, a teraz, gdy słońce już zaszło, a niebo mieniło się różnymi kolorami, od fioletu do różu, w ogóle nie chciała tu być. Ale nie może stchórzyć, skoro tyle namawiała na to przyjaciół.
Pewnie ruszyła w głąb, dodatkowo rejestrując, że wśród drzew jest ciemniej, niż jej się początkowo wydawało. Odwróciła się - Erin i Katara chodzili między nagrobkami i szukali imienia Any. Miała nadzieje, że to ona ją znajdzie i nie myliła się. Mniej więcej na środku tego lasu znalazła grób Any. Był prosty i tani, z pewnością pochowali ją jacyś obcy ludzie. Na nagrobku pisało tylko i wyłącznie Ana. Żadnego pochodzenia, dat, rodziny, nic.
Jej uwagę przykuły świeże kwiaty, które ktoś położył na płycie, a potem usłyszała krzyk. Odwróciła się w kierunku Katary. Kuzynka przyciskała ręce do serca i pokazywała na coś za Mori. Otoczyła się szybko silną tarcza i był to mądry ruch, bowiem chwilę później poczuła uderzenie. Zza drzewa wyszedł właśnie ten chłopak, który ich śledził, a w którego Katara nie wierzyła. Mori wysłała w jego kierunku silne uderzenie mocy, a gdy bez problemu przedarło się przez jego tarczę, na jego twarzy pojawił się szok i strach. Uderzenie rzuciło go na płytę, która roztrzaskała się z głośnym hukiem.
A potem szybko potoczyło się błyskawicznie. Zewsząd rozległy się krzyki i wybuchy magii. Trawa i kawałki ziemi fruwały w powietrzu, uniemożliwiając Mori zauważenie przyjaciół i otoczenie ich potężnymi tarczami. Usłyszała krzyk i dostrzegła, jak tarcza Katary rozpada się pod uderzeniem tej samej Sachakanki, która parę dni temu pytała o jej nazwisko. Dziewczyna wysłała kolejne uderzenie, ale Mori była szybsza i udało jej się osłonić Katarę. Zobaczyła, jak Savi odwraca się powoli w jej kierunku, ale potem wzrok dziewczyny skierował się na coś za Mori. Odwróciła się ze strachem. Kilak metrów od nie stał jakiś wysoki chłopak z kapturem na twarzy.
Otoczyła się potężną tarczą i dostrzegła, że on zrobił to samo. Z tą różnicą, że jego miała kulisty kształt, a ona swoją przylepiła do ciała. Skupiła się na uderzeniu i wysłała w kierunku chłopaka całą moc, jaką udało jej się odziedziczyć po Akkarinie. Jej jasne uderzenie spotkało się z jego niewidzialnym, a potem nastąpił taki wybuch światła, ze musiała zasłonić oczy, aby nie oślepnąć.
- DOŚĆ! - Usłyszała jakieś nieznajomy męski krzyk.
