Dziękuję za miłe słowa, każda wasza opinia motywuje mnie do dalszego pisania. Szczerzę mówiąc, mam spory dylemat jak zakończyć to opowiadanie, ale postanowiłam dobrnąć do końca.

Rozdział 9

Selena

- Nie rozumiem, czemu Hermiona też zemdlała – Ron mówiąc to, ścisną w dłoni paczkę lukrowanych landrynek, które przyniosła jedna z wielbicielek Harry'ego. Półka znajdująca się obok łóżka pękała w łakociach, upominkach i laurkach, co też Ron korzystał do woli z tego mini bufetu, zaczynając od paczki landrynek, a kończąc na czekoladowych żabach.

Harry przejechał smukłymi palcami po bandażu, w który owinęła mu ramię Pani Pomfrey. Ból był odczuwalny, ale potrafił sobie z nim poradzić. Nic mu nie dolegało, najważniejsze że Hermiona przeżyła.

Harry, widział to wszystko, jak przez mgłę, wspomnienie na przemian mieszało się z deszczem i wiatrem, który ich nie oszczędzał. Westchnął opierając łokcie na materacu.

– Dziwne – wyszeptał bardziej do siebie, niż do przyjaciela.

– Podejrzane – stwierdził Ron.

– Dziwne i podejrzane – skwitował Harry spoglądając to na nieprzytomnego Blaise'a, to na śpiącą Gryfonkę. Gdyby tyko wcześniej wiedział, że Malfoy będzie miał czelność posłać Hermionę na boisko, zainterweniowałby. Teraz zastanawiał się, dlaczego ta dwójka jeszcze nie oprzytomniała.

Chciał podzielić się ze swoimi myślami z Ron'em, lecz nie jego przyjaciel nie był świadomy co naprawdę łączyło Hermione i Blaise'a.


Hermiona dziwnie się czuła, niby spała, ale przez jej głowę przelatywały różne historie i obrazy, mieszając się wzajemnie. Jakby wpadła w huragan wspomnień, w którym lewitowała przeciwna rzeczywistość. Nieprawdziwa, a jednak dobrze znana.

- Blaise Zabini? – Widziała tył swoich włosów. – Określić go można krótko i zwięźle, bogaty chłopak, który codziennie sprowadza do łóżka nową dziewczynę. Jego zła reputacja mówi sama za siebie. Zranił tyle kobiet, że nie jest wart ani jednej - A zwłaszcza mnie.

„Nie prawda, ja nie mogłam czegoś takiego powiedzieć". Chciała krzyknąć do swojego sobowtóra, ale nie potrafiła wydobyć żadnego dźwięku. Jakby osoba, stojąca przed nią, była złym wytworem wyobraźni. Z drugiej strony czuła, jakby jakaś część jej samej utożsamiała się z własnym sobowtórem.

- Malfoy? Oczywiście ma kompleks Harry'ego, zazdrości mu sławy i issues. Sam zaś jest zwykłym cieniem, który nie potrafi osiągnąć nic gdyby nie rodzice. Ma gorszą reputację od Blaise'a NO i jest ŚMIERCIOŻERCĄ – ostatnie słowo odbijało się w jej głowie, jakby wymawiała je w zwolnionym tempie. – Nigdy nie mogłabym być ze ŚMIERCIOŻERCĄ.

Przestań! Przestań tak mówić!". To nie ja, to nie jestem ja – powtarzała w myślach, czują nasilającą się paranoję.

- Trzeba Cię rozdziewiczyć, Granger - kolejne głosy dudniły bez końca, nakładając się na siebie, jakby wymawiane były przez tłum ludzi, którego nie mogła zobaczyć.

- Szlamaaa, Granger to zwykła szlama…

- Łączą nas „specjalne relacje"

- Hermiona i ten parszywiec Zabini?! Po moim trupie!

- Rusz się! Tłuczek leci w twoją stronę! - Nagle przeniosła się na boisko. Dostrzegła jak piłka leci prosto na nią, nie potrafiła się jednak ruszyć z miejsca. Głosy nie cichły, a tłuczek wcale nie zwalniał. Ale co ona tutaj tak właściwie robi? Trwa mecz Quidditch'a. Tak, Malfoy kazał jej grać, pamięta. Tylko… czy to wszystko już się nie wydarzyło? Dlaczego lewituje na boisku, widząc całą rozgrywkę z prospektywny ducha? Żałosne – westchnęła, widząc swojego sobowtóra lecącego z miotły prosto na zimną ziemię. A więc musiała umrzeć. Zatrzymać się w tym wydarzeniu i tkwić w nim aż po kres kolejnego etapu przejścia w zaświaty. Duszek Hermiona. Pechowy Duszek Hermiona – poprawiła w myślach. Starała się usłyszeć bicie własnego serca, ale w jego miejscu nie dosłyszała żadnego ruchu, jakby nigdy go tam nie było.

Nagle potężna siła targnęła jej ciałem i otworzyła oczy usadzając się do pozycji siedzącej. Znajdowała się w skrzydle szpitalnym, ale w pomieszczeniu panował półmrok.

Złapała głęboko oddech rozglądając się na boki. Przeraźliwa cisza.

Powoli zdjęła kołdrę i podeszła do okna. Panowała noc. Cicha i spokojna. Spojrzała na księżyc. Jego szary, stalowy blask coś jej przypominał, ale w tej chwili nie potrafiła odgadnąć co.

- Pełnia – wyszeptała i dostrzegła swoje niewyraźne odbicie w szybie. Przejechała po niej dłonią, czując jak dreszcze opanowują całe ciało. Długą chwilę wpatrywała się w swoje oczy i w odbicie strachu jakie w w nich było. Stała tępo wpatrzona w pół obcą, pół swoją twarz. Dosłyszała niespokojny oddech i szybkim krokiem ruszyła do jednego z łóżek znajdujących się w skrzydle.

- Blaise – usiadła na materacu, gdzie znajdowało się ciało chłopaka. Nie wyglądał za dobrze, pod kręconą grzywką miał kilka zadrapań, tak samo jak na policzku i podbródku. Na piersi znajdował się bandaż, miejscami przesiąknięty krwią. Jego pociągła twarz była bledsza niż zazwyczaj.

- Przepraszam, że oddaję ci twoje ciało w takim opłakanym stanie – powiedziała półszeptem. – Nie tak, to powinno wyglądać.

Zacisnęła swoją małą dłoń na jego dużej dłoni i przesunęła ją bliżej swoich kolan. Do końca, nie potrafiła wytłumaczyć czy to, co się dzieje, to sen, czy prawda. Nie wiedziała, jakim cudem znowu jest dawną Hermioną, ale nie potrafiła się teraz z tego cieszyć. Bardziej martwił ją widok Blaise'a. Dziwnie było znowu patrzeć na tę twarz ze starej perspektywy. Już się przyzwyczaiła do tego, że to on, jest tak naprawdę lepszą wersją jej samej. Wersją, która więcej się śmieje, rozmawia z ludźmi i żartuje. Hermioną, która chodzi pewnym krokiem i ma uniesioną dumnie twarz.. Poczuła ukłucie w sercu. Czyli teraz wszystko wróciło do normy. Nie musi już zadawać się ze Ślizgonami. Plotkować z Pansy, rozwiązywać krzyżówki z Goyle'm i być nierozłączona częścią Draco.

Właśnie, Draco co się z nim stało i dlaczego nie widzi go w skrzydle szpitalnym?

- Mionka – wychrypiał nadal mając zaspaną twarz. Hermiona ocknęła się z rozmyśleń i pochyliła się nad brunetem. – To sen czy zdarzył się cud?

Blaise podniósł lekko głowę a delikatna fala loków spadła mu na czoło.

- Cud – odpowiedziała. Wrócili. W końcu, po tylu nieudanych próbach, bez uprzedzenia, los postanowił odłączyć ich od siebie. Zrobił to zbyt byt gwałtownie, ale kto powiedział, że los do miłych należy?

- Całe szczęście – wysapał, a jego twarz jakby odetchnęła z ulgą.

- Co? – tępo wyrwało jej się to słowo z ust. No tak, Blaise pewnie miał dość siedzenia w ciele kogoś takiego, jakim była Hermiona Granger. Kto normalny chciałby być nią? Ona sama nie wiedziała czy chce być sobą.

Zabini zmusił się do delikatnego uśmiechu i z trudem podparł plecy o ścianę. Spojrzał na roztrzęsioną Hermionę, a jego wzrok znów był wzrokiem Zabini'ego, to samo spojrzenie, które wierciło jej dziury w twarzy podczas feralnego spotkania w schowku. Pewne siebie, zuchwałe i przede wszystkim męskie.

- Kobieta nie powinna kończyć w tak opłakanym stanie – stwierdził beztrosko. – Myślisz, że mógłbym na Ciebie patrzeć bez wyrzutów sumienia? Zresztą, to wszystko moja…

- Przepraszam – przerwała wypowiedź, zaciskając pięści na kolanach. – To tylko i wyłącznie moja wina, gdybym nie była taką głupią i bezużyteczną osobą, nigdy nie skończyłbyś w takim stanie. Nie leżałbyś tutaj cały w bandażach. Powinnam umieć grać w Quidditcha. Powinnam… – Łzy zaczęły skapywać w większych ilościach, a ciało skurczyło się w sobie wyglądając naprawdę żałośnie. Odwróciła głowę w bok, przysłaniając twarz włosami i zagryzła mocno zęby marszcząc brwi.

Czemu, czemu akurat teraz wrócili do swoich ciał? To ona powinna leżeć na tym łóżku, z tymi ranami! To ona powinna dostać za swoje, przecież Zabini niczemu w tym przypadku nie zawinił.

- Mówiłem już żebyś nie płakała, Granger – powiedziawszy to złapał ją za ramiona i wtulił do piersi. Hermiona była tak zaskoczona, że całe ciało zesztywniało jej odmawiając posłuszeństwa. Blaise schylił się do niej kładąc dłoń na mokrym od łez policzku. Spojrzał w jej wilgotne oczy, głęboko zatapiając się w czekoladowe tęczówki. Przybliżył twarz czując jej cichy oddech.

Nieświadomie rozchyliła bardzo delikatnie usta. „Pocałuj mnie" – nie wiedziała, czy o tym pomyślała, czy powiedziała na głos. W tym momencie zapragnęła być blisko Blaise'a. Bezwstydnie chciała pocałować go, wchłaniać jego zapach i ciepło. Nigdy wcześniej nie myślała o Blaise'u, jak o chłopaku dla niej. Od pewnego czasu byli na siebie skazani i z byt mocno się do niego przyzwyczaiła, aby teraz to wszystko miało odejść w niepamięć. I kiedy powoli zdobywała odwagę by samej zrobić pierwszy krok, Blaise oddalił się, na powrót opierając plecy o ścianę. Cała magia ulotniła się pozostawiają napięcie.

- To nie jest niczyja wina – westchnął starając się więcej nie spoglądać w oczy dziewczyny. Serce za mocno mu zaczęło kołatać i zdecydowanie nie był to dobry pomysł, by zbliżać się do Hermiony na tę chwilę. – Idź spać, jest późno.

- Wrócę lepiej do dormitorium – szepnęła speszona, wstając z miejsca.

- Tak, tak będzie lepiej – potwierdził niepewnie Blaise rzucając jej krótkie spojrzenie.

- Odpoczywaj i nie waż się wstawać z łóżka – zagrodziła siląc się ostatkiem sił na uśmiech. Uczucie, które towarzyszyło jej od kilku sekund nie pozwalało na trzeźwe myślenie. Już wiedziała, na czym poległ fenomen tej osoby. Potrafił rozbudzić w niej tak mocne i nieznane emocje, że przestała sobie samej na chwilę ufać. Odwróciła głowę spoglądając na niego ostatni raz przez ramię. Zniknęła.

- Dobranoc, Hermiono– opadł na poduszkę zakrywając twarz dłońmi.


Hermiona zanim jednak wróciła do dormitorium, postanowiła sprawdzić jeszcze jedną rzecz. Harry! Jedynie, co pamięta z przed upadku, to właśnie jego. Musi zobaczyć, czy wszystko z nim w porządku. Westchnęła żałośnie. Znowu, znowu przez nią wszyscy mają problemy.

Kiedy doszła do dormitorium chłopców, wspięła się cicho na palce i powoli ruszyła w stronę dormitorium Ron'a i Harry'ego. Uchyliła delikatnie drzwiczki szybko wślizgując się do środka.

- Ron? – Zawołała półszeptem. – Harry?

Po chwili dosłyszała ciche sapnięcie. Podreptała w stronę łóżka Bliznowatego siadając na jego brzegu. Włosy, które zazwyczaj były w nieładzie teraz sterczały na wszystkie strony jeszcze bardziej niż za dnia.

- Obudziłeś się? Co z Hermioną? – wyszeptał Harry sięgając dłonią po okulary leżące na półce.

- To ja – wyszeptała. Ron spał tak twardym snem, że nie miała serca go budzić.

- Hermiona? – wyszeptał, na co ona pokiwała twierdząco głową.

- Ale jak?

- Sama nie wiem, po prostu się obudziłam i wszystko wróciło do normy.

- Och, Hermiono – objął ją czule.

- Harry, w porządku z tobą? Wiem, że… że mocno oberwałeś – spojrzała na niego uważnie, gdy uwolnił ją z uścisku.

- W porządku, Madame Pomfrey mnie wyleczyła, zostało mi tylko kilka siniaków, gdyby nie Malfoy skończylibyśmy gorzej.

- Malfoy?!

Kiedy Harry w skrócie opowiedział całą historię, Hermiona otworzyła usta, długą chwilę trwając w milczeniu. Draco ich uratował? Jak to możliwe?

- Co z nim? – zapytała. Czemu ten głupek zrobił coś takiego? Dlaczego narażał dla niej życie? No tak, myślał, że jest Blaise'm. Łączyło ich "to coś". Do serca wślizgnęło jej się nowe uczucie, jakim było rozczarowanie.

- Oberwał, ale się wyliże. Wrócił do domu.

- Rozumiem – odparła żałośnie. Poczuła jak Harry świdruje ją oczami posyłając delikatny uśmiech.

- Wszystko w porządku Hermiono? Dobrze cię widzieć z powrotem, ale wydaje mi się, że coś cię gryzie…

- Chodzi o Blaise – zarumieniła się, na co Harry otworzył szeroko oczy. W duchu zapytał siebie, czy to możliwe, aby chłopak zdołał wyjawić jej swoje uczucia? Jeśli tak, to naprawdę szybka z niego bestia, aż sam nie mógł się nadziwić.

- To naprawdę fajny facet – odezwał się pierwszy, na co Hermiona również wywaliła w jego stronę oczy podnosząc górną wargę do góry i rumieniąc się przy tym na twarzy.

- Co masz na myśli?

- Eee, nie chodziło Ci o to, że wy razem, „ten teges" ?

ZNOWU to „ten teges?" Czy te zagadki nigdy się nie skończą? Co temu Harry'emu w tej głowie siedzi, że takie rzeczy wygaduje? Niby, czemu Zabini chciałby z nią…

- Harry! No wiesz, co! – mruknęła opuszczając głowę w dół. – Chodzi o tę nagłą zamianę. Nie jestem pewna, co się stało. Spadłam na ziemię i nagle budzę się znowu w swoim ciele. To trochę podejrzane.

- Hermiono – Harry spalił buraka. Znowu za bardzo poniosła go zdradziecka wyobraźnia. – Ważne jest, że wróciliście, a nie to jak do tego doszło.

- No tak, ale – sama dobrze nie wiedziała, o co jej chodzi. Owszem, powinna cieszyć się, że już jest Hermioną, ale dziwne uczucie w żołądku jej na to nie pozwalało. Poczuła ciepło i zorientowała się, że to Harry przyjacielsko obejmuje ją ramionami.

- Herm – wyszeptał czule. – Nie przejmuj się tak tym wszystkim. Nie daj sobie wejść na głowę. Pamiętaj, że jesteś sławną Hermioną Granger. Najmądrzejszą i najbystrzejsza dziewczyną w Hogwarcie. A ja jestem Twoim Harrym Potterem, który zawszę będzie w pogotowi, żeby cię uratować.

Potrzebowała tych słów, jak człowiek potrzebujący wody. Miał rację. On tutaj jest, cały czas. Zawsze będzie. I cokolwiek by się nie zdarzyło, jest w stanie to wytrzymać dzięki niemu. Czym ona się przejmuje? Zawsze wyszukuje nowe problemy, a tak naprawdę nic nie musi być tak skomplikowane. Właśnie, Granger! Wróciłaś! Cała i zdrowa! Ciesz się zamiast pogrążać się w jakiś dziwnych myślach o Ślizgonach. Dość się już przez niech wycierpiałaś i namęczyłaś.

- Dziękuję – wyszeptała wtulona w jego ciepłe ciało.


Skowronki śpiewały za oknem, rześki wiatr tańczył po pokoju, a Hermiona wciąż leżała na łóżku rozwalona na cztery strony świata. Obudziło ją własne chrapnięcie.

„Dziwne" – pomyślała wciąż mając zamknięte powieki.

Ta noc była naprawdę okropna, jakim prawem łóżko potrafi być tak niewygodne? No i te krzyki z rana, do jasnej cholery, czy człowiek nie może mieć, choć trochę prywatności? No i co się stało z cudownym zapachem Blaise'a na pościeli? Czemu ulotnił się tak szybko?

- Pansy, wynoś się - mruknęła, ale w odpowiedzi została szturchnięta w ramię.

- Hermiono – dosłyszała głos. – Spóźniasz się na zajęcia.

„ Jestem Blaise" miała powiedzieć, ale dopiero wtedy uświadomiła sobie, że naprawdę jest Hermioną. Przecież wróciła do swojego ciała i już nie musi nikogo udawać.

"Prywatnego dormitorium będzie mi brakować najbardziej" – westchnęła wstając powoli z łóżka.

Naprawdę poczuła się bezwstydnie tęskniąc za tymi wszystkimi wygodami, jakie fundowało bycie Zabini'm.

Draco nadal nie było. Co gorsza Blaise'a również. Zaraz po śniadaniu wybrała się do skrzydła szpitalnego, ale nie zastała tam nikogo prócz Hanny Abott skarżącej się Madame Pomfrey na bóle menstruacyjne. Serce stanęło jej w gardle. To chyba niemożliwe, żeby on przypadkiem…

- Przepraszam – przerwała tą interesującą konwersację. – Czy Blaise, czy on… - zaczęła bojąc się kończyć zdanie.

- Przykro mi, ale tu go nie ma.

Tymczasem Hannah wstała rzucając ostrzegawcze spojrzenie.

– Już wcześniej miałam ci to powiedzieć, odwal się od mojego faceta, rozumiesz?

Jej faceta? Echem… No tak, Hannah - nigdy nie zapomni ile jej wstydu przysporzyła na zajęciach i imprezie urodzinowej Malfoy'a. Ale nie tym razem, nie pozwoli sobie wejść tej dziewczynie na głowę. Draco już ją raz ratował z jej szponów, czas pokazać, że odrobiła lekcje z tego przedmiotu. W końcu była Ślizgonem, a który Ślizgon pozwoliłby sobie na taką gadkę do jego osoby?

- Blaise nigdy nie będzie twoim facetem, zrozum to w koncu – powiedziała unosząc podbródek do góry. – I powiem to raz, to TY nie zbliżaj się do Blaise'a, bezwstydnico - ściszyła groźnie głos wyszeptując ostatni wyraz przez zęby. Odwróciła się dumnie na pięcie i dystyngowanym krokiem wyszła zostawiając Puchonkę w szoku.

No dobra, pokazała klasę, ale to nie zmienia faktu, że po Blaise'u ani śladu. Rozmasowała kark. Dziwnie było dostosować się znowu do swojego ciała. Było słabsze i o wiele drobniejsze. Uśmiechnęła się w duchu przypominając pierwszy dzień w ciele Blaise'a. Cóż to był za dramat! Tak bardzo chciałaś wrócić do swojego ciała, a teraz marudzisz!

Po zajęciach Hermiona ruszyła w poszukiwaniu swoich starych kompanów ze Slytherinu. Jako, że była w połowie rasowym Ślizgonem wiedziała, do jakich miejsc ma się udać, aby napotkać na swojej drodze takiego osobnika. Poszła do sekretnego pokoju, ale tam spotkała tylko śpiącego Crabbe, który nie wiedział nic o zniknięciu Blaise'a. Za to podzielił się wiadomością, że Pansy Parkinson od rana siedzi w Wieży Astronomicznej i użala się na swoją egzystencją. To też Hermiona skierowała się w tamtą stronę, szybko wbiegła na sam szczyt wieży i łapiąc oddech, dostrzegła skuloną postać chowającą twarz w dłoniach.

- Pansy! – podbiegła do niej, po chwili przykucając.

- Granger, nie strasz ludzi o tak nieprzyzwoicie wczesnej porze – mruknęła pokazując twarz. Wyglądała na zmęczoną i niewyspaną. Trochę zmartwiła się dostrzegając jej cienie pod oczami.

- Coś się stało?

- Co się miało stać – burknęła pod nosem.- Przez tego kretyna Malfoy'a, spać nie mogę po nocach. – powiedziała jeszcze ciszej. Hermiona poczuła ukłucie w sercu. Pansy, ona się martwiła o blondyna? Czemu się dziwić, jest jej kolegą. Wyrzuty sumienia ponownie powróciły wprawiając ją w dziwne zakłopotanie.

- Nie wiadomo, co z nim?

- Pisałam, ale nie raczył mi nic odpisać – westchnęła. – Martwię się, że ten drań może mieć kłopoty.

Hermiona nie bardzo wiedziała co ma na myśli Pansy, ale postanowiła nie zadawać jej więcej pytać związanych z Draco. Wiedziała, że kiedyś ten chłopak był dla niej najważniejszą osobą na świecie. Poznała Slytherin i wiedziała, że to była jedna wielka i zabawna rodzina. Zupełnie jakby Gryfindor i Slytherin byli odwrotnymi stronami tego samego medalu. .

- Nie wiesz może co się dzieje z Blaise'm? Nie mogę go nigdzie znaleźć…

- Kolejny gnojek – warknęła, a na jej twarzy pojawiło się zmartwienie. – Spotkałam go dzisiaj rano, zakomunikował, że musi coś załatwić i po prostu wyjechał.

- WYJECHAŁ? – Hermiona usiadła obok niej tępo w wpatrzona w skruszoną twarz Pansy.

- Daj mi spokój Granger, co ciebie to niby obchodzi? Co ty wiesz o Draco? Albo o Blaise? Guzik wiesz – warknęła.

Racja – pomyślała gorzko. Tak naprawdę. to nie wie nic o tych dwóch Ślizgonach, ale jednego była pewna, obaj mają ciężkie i mocne charaktery, a to im może przysporzyć kłopoty.

- Przepraszam – odezwała się unosząc twarz i posyłając delikatny uśmiech czarnowłosej.

- Trochę mi go przypominasz – odezwała się Pansy już nie tak nerwowym tonem. – Blaise, on też od jakiegoś czasu miał to spokojne spojrzenie i ciągle przepraszał bóg wie za co.

Hermiona zarumieniła się.

- Przed meczem, Draco naprawdę dziwnie się zachowywał – mówiła, a jej ton głosu był coraz bardziej mroczniejszy. – Wygadywał różne rzeczy. Wiem, że nie wydaję się zbyt mądrą osobą, ale… myślę, że masz mi coś do powiedzenia, Granger?


Blaise Zabini stał na przeciwko Dracon'a siedzącego na skórzanym fotelu.

Wyglądał średnio można rzec. Włosy, z falującą grzywą delikatnie opadały na czoło. Miał kilka siniaków i ran, które wskazywały że upadek naprawdę mógł być śmiertelny. Ubrany w szarą flanelową koszulę leżącą luźno na jego ciele i jasne jeansy przypominał obraz młodzieńca z włoskich książek lub z pięknych obrazów Caravaggi'a.

Wparował do jego domu od tak, a teraz od pięciu minut wpatruję się jak w dziecię szatana. Draco prychnął pod nosem. Kiedy jego matka zakomunikowała mu, że ma gościa, nigdy by się nie spodziewał, że przyjdzie Granger – w jego mniemaniu. Wzrok Ślizgona był obłudny, kryła się za nim urażona duma, którą nikt wcześniej nie ośmieszył tak, jak ta "dwójka".

- Smoku – brunet odezwał się jako pierwszy.

Nie wyglądał najlepiej, jego ciało wciąż było słabe i miejscami obolałe.

Draco zaciekawiony uniósł jedną z brwi i posłał mu podejrzliwe spojrzenie. Nie minęła chwila, kiedy wyjął zgrabnym ruchem różdżkę i podszedł do Blaise'a przykładając mu ją to podbródka. Usta Draco wykrzywiły się w szyderczy uśmiech, a oczy zabłysnęły stalowym blaskiem, jakby ukryty był w nich świecący metal, zdolny do zabicia. Sam nie czuł się najlepiej po feralnym upadku, ale medykom udało się wyleczyć najcięższe rany. Poza tym nie chciał żadnych gości w jego świątyni spokoju - czyli własnym pokoju. Szare ściany zapełnione były obrazami, które przedstawiały sceny tortur. Wielkie metalowe łóżko, z czarną satynowa pościelą było gigantyczne i okazałe, mogło pomieścić co najmniej pięć osoby. Gotyckie, wielkie okno zakończone było łukiem, a wokół niego znajdowały się wyrzeźbione ozdoby. Blaise za każdy razem, gdy przebywał w Malfoy Manor czuł dreszcze podniecenia. Ten dom naprawdę ukrywał wiele tajemnic, które nie bardzo miał ochotę odkrywać. W dzieciństwie często spędzał czas w domu przyjaciela, z czasem to miejsce stało się przerażające. Piękne, lecz pachnące zbrodnią.

- Co ty wyprawiasz, Granger? – Blondyn wysyczał przez zęby, a jego oczy płonęły szarością . – Za kogo się masz przychodząc do mojego domu?

- Wysłuchaj mnie – Blaise przymknął na chwilę powieki spokojnie stojąc na baczności. Wiedział, że ta rozmowa będzie należeć do tych najtrudniejszych w jego życiu. – Nie wiem, jak się dowiedziałeś, ale wiem, że należy ci się wytłumaczenie.

Draco założył dłonie na piersi trochę zdezorientowany, odstawiając wcześniej różdżkę od jego twarzy. W poważaniu miał to wszystko, nienawidził "tej" dwójkę bardziej niż Potter'a. Nie chce żadnych wytłumaczeń, chce położyć się na łóżku i porzucać poduszką o ścianie.

- Jestem Blaise – wyszeptał z trudem konfrontując się z jego przerażająco zimnym wzrokiem.

- Blaise, Granger, możesz być nawet Longbottom'em – mówił chłodnym tonem, wyraźnie akcentując każdy wyraz. - Wynoś się.

- Malfoy do cholery! – Blaise złapał go za ramiona. – Wiem, że to wygląda jak wygląda, ale TY chciałeś ją zabić?!

- Nie będę udawał, że nie – odpowiedział obojętnie i czując, że zaraz oszaleje, strącił jego dłonie z ramion. Raz Granger, teraz Zabini, czy to są jakieś żarty? Kto śmie tak zważać jego majestatyczną osobę? Blaise przez dłuższy czas nie potrafił nic powiedzieć. Stał i ze wzrokiem mordercy rzucał ostrzegawcze spojrzenie blondynowi.

- Wpadliśmy do jakiegoś schowka wtedy, co zaginęliśmy. Na drugi dzień…

- Nie obchodzi mnie to - przerwał twardym tonem.

- Na drugi dzień już tacy byliśmy – kontynuował nie zważając na słowa blondyna. - Na początku to było zabawne, ale dni mijały, a my nadal tkwiliśmy w nie swoich ciałach.

- Czego nie zrozumiałeś w zdaniu „nie obchodzi mnie to?" Skąd mam mieć pewność, kim teraz jesteś? – warknął. – Zresztą kimkolwiek byś nie był, precz.

- Czwarty rok, wycieczka do Nowego Orleanu…

To wystarczyło. Draco zmrużył oczy uspokajając wyraz twarzy. Usiadł z powrotem na fotel, założył nogę na nogę, z miną grabarza, który właśnie ma zamiar zakopać kogoś żywcem i opowiadać tę historię swoim wnukom.

- Co to zmienia? – wykrzywił usta. – Od teraz jesteś dla mnie na poziome Granger, czyli upadłeś naprawdę nisko.

- Wiem, że chciałeś się zemścić wysyłając Hermionę na boisko. Dlaczego więc uratowałeś ją i Pottera?

No właśnie, sam zadawał sobie to pytanie od jakiegoś czasu. Czemu uratował Granger i Potter'a? Nie musiał zgadywać, że tą całą zamianę postanowił kontynuować Blaise. Granger poleciałaby do pierwszego lepszego profesora... Więc czemu tego nie zrobiła? Czemu zgodziła się na to wszystko? I od kiedy jego kumpel ma takie zboczenie, aby popalać sobie w ciele Gryfonki? To wszystko było zbyt pokręcone na jego już dawno skrzywioną psychikę. Nie mógł sobie wybaczyć, tego że Granger potrafiła obudzić w nim tak silne uczucia, będąc zaledwie w ciele Blaise'a. Nadal bił się z myślami, co tak naprawdę czuje. Zwyczajnie to by ich zabił, albo olał do końca życia, teraz jednak nie potrafił czuć zbyt mocnej urazy. I to go najbardziej w tym wszystkim irytowało. Charakter, który kształtował od tylu lat, naglę został zachwiany przez Gryfonkę i to na dodatek Hermionę Granger. Czuł się żałośnie z tego powodu, za wszelką cenę starał się pozbyć uczuć, czy czymkolwiek to było w jego przypadku.

- Ranisz mnie, Zabini – powiedział lakonicznie, robiąc długą pauzę przed kolejnym zdaniem. - Myślisz, że wasza śmierć wystarczająco mnie usatysfakcjonuje? Oświecę cię z góry, że absolutnie nie, nie i NIE. Rzucę was na pożarcie trollowi, obserwując to zabawne przedstawienie z popcornem na kolanach.

- Zostanę u Ciebie na dłużej.

- Czy ty, masz czelność, mnie nie słuchać? Wynoś się! – Poważny ton w jego głośnie sprowadził Blaise'a do pionu. Dawno go takiego nie widział. A wiedział, że jego przyjaciel potrafi się naprawdę zezłościć. W końcu śpiącego smoka się nie budzi ze snu, prawda? Spojrzał na mroczną posturę Malfoy'a, był jak władca piekieł zasiadający tron. Czuł, jakby za chwilę miała wyłonić się z pod podłogi gorąca lawina, w której się zatopi na dobre. Z drugiej strony znał Draco najlepiej i łudził się, że uda mu się wydobyć z niego choć krztę współczucia i miłosierdzia.

- Draco- zaczął ponownie. – Wiem jak to wygląda. Chciałem ci powiedzieć, ale co byś wtedy zrobił? Nie dałbyś jej żyć w Slytherinie.

- Oczywiście, że nie dałbym jej żyć! Granger i Slytherin wykluczają się wzajemnie.

- Sam widzisz. To, czemu ją uratowałeś?

Draco Malfoy zamilkł. Jego twarz przybrała groźny wyraz, a mięśnie żuchwy zaczęły podskakiwać nerwowo. Ten widok mówił tylko jedno, by więcej nie drażnić tego człowieka, bo skończy się to bardzo źle.

- Nie mów mi, że sumienie cię gryzło – zaczął Blaise. - A może ty ją… lubisz? –niemal krzyknął, pewien był, że Draco z prędkością światła zaprzeczy, ale nie odezwał się ani słowem. – O słodki dementorze! Czy to są pierwsze oznaki nadchodzącej zagłady? Apokalipsy? Autodestrukcje tego szatańskiego, blond podmiotu, które przybłąkało się z fredkowego piekła siejąc mrok po tej nieszczęsnej szkole? - Draco drgnął w miejscu na jego słowa, rzucając urażone spojrzenie. - Czyś TY oszalał, Malfoy?

- Ja nie oszalałem, dopiero mam zamiar oszaleć. W stawie hoduje stado harpii na ciebie, które nie były karmione od miesięcy. Dla Granger mam przygotowany specjalny pokoik z całym arsenałem zabawek, które dosięgną zaszczytu kaleczenia jej małego ciałka. Teoretycznie jesteście już martwi - powiedział na jednym wdechu, co Blaise zrozumiał z tej wypowiedzi zaledwie słowo „specjalny pokój dla Granger".

- Pokój? - wyszeptał zdenerwowany. - Lubisz Granger, masz zamiar szykować jej pokoik, a mnie chcesz rzucić na pożarcie harpii? Tyle dla ciebie znaczę?

- Przestań ECHEM, - zrobił przerwę starając się przybrać poważna mimikę - rozpowiadać takie herezje " lubisz Granger bla bla", bo wystąpię do Ministerstwa o powrót kary palenia na stosie, a ty będziesz pierwszym ochotnikiem. NIE - nie lubię Granger. TAK - nienawidzę Granger. OCZYWISTE - zniszczę was oboje. ZDECYDOWANIE - dorzucę wam do wspólnego cierpienia Potter'a.

- To dobrze, nie lub jej – uspokoił się Blaise. – Za nic w świecie nie pozwól sobie by ją polubić, Malfoy.

Draco uniósł brwi trochę zdegustowany tą wypowiedzią.

- Słuchaj, ja już sam o tym zdecyduję.

- Znowu zaczynasz? Ja rozumiem, że łatwo się nią zauroczyć, ale myślałem, że Ciebie NIE DA się zauroczyć

- Gnojku, jeszcze nie zdążyłem łaskawie przebaczyć twoich zbrodni, a już starasz się mnie sprowokować? Kto tu kogo zauroczył?

- Przepraszam – odezwał się z pełną powagę. Wiedział, że aby przeprosić Malfoy'a trzeba odbyć drogę pokuty i upokorzenia. Bić pokłony i całować podeszwy jego butów. - Nie każ mi klęczeć, wiesz, że tego nie zrobię. Nie mówiłem ci o całej sprawie, bo stwierdziłem, że robię słusznie. Nadal tak uważam. Co nie zmienia faktu, że mi nie jest źle z tym, że cię okłamywałem.

- Kiepskie przeprosiny – warknął Draco ukazując dumnie swój arystokratyczny profil.

- Jest jeszcze jedno.

Draco niechętnie spojrzał na bruneta. Wyczuwał dziwne kłopoty w jego tonie głosu.

- Selena.


- Selena? – Hermiona z prędkością światła wkładała do ust eklerki malinowe, a tuż obok niej siedziała Pansy z Harry'm, jawnie przyglądając się temu widowisku. – Nie znam.

Od czasu, gdy wróciła do swojego ciała jej apetyt wzrósł do tego stopnia, że powoli martwiła się o to, czy Zabini rzeczywiście nie zrobił jakiegoś głupstwa i nie zbezcześcił jej niewinności. Siedzieli w dormitorium Pansy, było równie wielkie i piękne jak wszystkie pozostałe prywatne dormitoria. Ściany pokryte były pastelowym różem, zaś łóżko, schowane było pod białym wielkim baldachimem. Harry był tak zachwycony, że od razu wskoczył na materac rozkładając na nim swoje ciało.

Snoby – pomyślała Hermiona odbierając zwitek od Pansy. Nadal czuła porażkę, którą przeżyła w Wieży Astronomicznej. Jedną ręką otworzyła zwitek, w drugiej zaś trzymała ciastko. Harry wychylił głowę przez jej ramię również spoglądając na treść.

Pansy!

Z przyjemnością chciałam Cię zawiadomić o moim przeniesieniu do waszej Szanowanej Szkoły. Pozdrawiam i z tęsknotą wyczekuję naszego spotkania.

Sel.

Hermiona nie bardzo rozumiejąc, co jest na rzeczy, wzruszyła ramionami, Harry zaś mruknął mówiąc:

- Co za Sel?

- Selena - moja, Draco i Blaise'a stara przyjaciółka. – Mina jej zrzedła, a na twarzy pojawiło się coś w rodzaju przygnębienia. Jakby ktoś perfidnie zdrapał stare rany, które powinny się dawno zagoić. - Razem się wychowywaliśmy. Do tego czasu chodziła do Akademii Castelobruxo. Nie rozumiem, czemu tak nagle…

- Co to ma z nami wspólnego? – Harry schylił się kradnąc eklerka od Hermiony.

- Nie bagatelizujcie Seleny! – Krzyknęła Pansy, na co oboje zwrócili oczy w jej stronę. - Mówię wam to, bo ostatnio trzymamy się razem. Hermiono, jako kobieta Blaise'a nie możesz pozwolić by się do niego zbliżyła! - Pansy musiał zacząć klepać ją w plecy aby nie umarła od zadławienia. Czyja kobieta? Że niby ona? Dobre sobie, właśnie wróciła z paszczy węża do ciepłej jaskini lwa i ma zamiar odpocząć od Ślizgonów. Dość już się wydarzyło.

- Ja i Blaise to znajomość zmuszona przez zamianę. Nazywanie mnie jego...kobieta to gruba przesada, Pansy.

- Wolałbym, żeby nasza Hermi nie była już wplątywała w intrygi – odezwał się niepewnie Harry.

- Raz wasza, raz nasza – Hermiona prychnęła pod nosem, a Pansy zrobiła dwuznaczną minę.

Pansy jak się okazało wcale nie była mądra, a to Hermiona zawaliła po całości utwierdzając się w przekonaniu, że jej inteligencja i spostrzegawczość już dawno zawodzą. Co prawda wszystko wyszło przypadkiem. Hermiona pochopnie wywnioskowała, że zdanie „Wiem, że nie wydaję się zbyt mądrą osobą, ale… myślę, że masz mi coś do powiedzenia, Granger?" tyczyło się jej zamiany ciał. Jak się później okazało, Pansy chodziło o to, czy przypadkiem Harry nie ma romansu, z Malfoy'em, bo tamten nie sprowadza żadnych dziewczyn do pokoju.

Pięknie. Dać się złapać na coś tak głupiego. Mimo wszystko, cieszyła się, że Pansy nie czuje do niej urazy. Zresztą jej przyjaciel wydawał się tym faktem wniebowzięty, bo kiedy oznajmiła, że „Pansy wie", zagruchali do siebie wzajemnie śmiejąc się jak osoby upośledzone. Teraz siedzieli jak starzy przyjaciele i Hermiona skwitowała to podejrzliwym wzrokiem. Pasny była zjawiskową osobą, przyciągała uwagę, potrafiła rozbawić towarzystwo, ale Hermiona nadal wola być przyczajona w pogotowiu. Długi język Pansy robił swoje.

- Słuchaj Granger, prawda jest taka, że jesteś teraz kobietą. Jakkolwiek by to nie zabrzmiało – zaczęła Pansy. – Wiem, że łączy cię coś z Blaise'm, wiem też, że Draco o was wie. Zresztą, jego też trzeba chronić!

Malfoy wie o zamianie. Na chwilę o tym zapomniała. Hermiona poczuła, jak zimny pot wzbiera się na jej karku. To dlatego, tak dziwnie zachowywał się przed meczem, wiedział, że nie jest dobra w Quidditcha, chciał ją upokorzyć, zemścić się… Zabić? Ciekawe jak się domyślił o ich zamianie? Może to Blaise wyjawił mu ten sekret? Ta sytuacja nie dawała jej spokoju. Boże! Teraz już wie, że to ona, Hermiona, przez przypadek opiła go eliksirem miłosnym i że to ją pocałował po imprezie urodzinowej. Pobladła.

- To, że Malfoy wie, nie jest na naszą korzyść. Jak wróci będzie chciał mnie poćwiartować i rzucić Puszkowi na śniadanie.

- Granger, myślisz, że takim chuchrem ktoś by się najadł? – Pansy mlasnęła kręcąc głową. – Nie poćwiartuje cię, uwierz mi. Z własnych źródeł śmiem coś podejrzewać, ale to tajemnica.

Hermiona wzruszyła ramionami, ona i tak wiedziała swoje. Te eklerki, które zajada, są jej ostatnią przyjemnością w tym wcieleniu.

- Nie będzie tak źle, Hermi. Malfoy ostatnio otworzył się na świat, może to przeboleje? – Harry starał się pocieszyć kasztanowłosą, ale na nic się to nie zdało, bo Hermiona od dłuższej chwili siedziała z opuszczoną głową, a z jej ciała emanowała posępna aura.

- Nie pękaj, Granger. To skomplikowana sfera ciemnej i zakazanej miłości, przeznaczanie losu. Romantyzm i cierpienie. Ach! Że ja wcześniej nie zorientowałam się, że Ty to Blaise! Przecież, jak teraz o tym pomyślę, to było oczywiste!

- No nie? – przyznał Harry i oboje zaczęli na powrót gruchać miedzy sobą, co Hermiona skomentowała głośnych kaszlnięciem.

- Co z tą Syreną? – zmieniła temat. – Czemu mamy chronić Blaise'a i Malfoy'a? Wątpię, że ktoś taki, jak ja, da radę kogokolwiek ochronić, a co dopiero ich.

- Seleną – poprawiła Pansy ściszając głos. – Była jednocześnie dziewczyną Blaise'a i Draco. To przez nią swego czasu obaj prowadzili wojnę między sobą. To było piekło.

Hermiona odstawiła eklerki ze skupieniem słuchając słów Pansy.