TEN FF NIE JEST MOJEGO AUTORSTWA. JEGO AUTORKĄ JEST Amethyst Jackson.
Link do oryginału: fanfiction(kropka)net/s/4293411/1/Only_Human
Link do profilu Amethyst Jackson: fanfiction(kropka)net/u/252097/Amethyst_Jackson
ZGODA na tłumaczenie: JEST.
OD TŁUMACZA: Ponownie zapraszam do komentowania, bo nic tak nie podnosi mnie na duchu, jak czytanie Waszych komentarzy. (: Pamiętajcie, że aby to zrobić, nie musicie mieć konta na fanfiction(kropka)net. Wystarczy, że klikniecie na słowa "Review this Chapter" znajdujące się tuż pod tekstem i zostawicie po sobie parę słów. Życzę miłego czytania.
Dom Benedytków wyglądał w środku jeszcze lepiej niż na zewnątrz, choć wszystko – od kryształowych żyrandoli po grube dywany - dawało znać o swojej cenie. Niektóre z tych rzeczy były piękne, inne wręcz ostentacyjne.
- O czym myślisz? – wymruczał Edward niskim głosem do mojego ucha, kiedy idąc, trzymałam się kurczowo jego ramienia.
Przełknęłam. – O tym, że pewnie się bardzo ośmieszę.
Edward się zaśmiał. – Nie przejmuj się tym, Bello. Będę cię pilnował.
- Powodzenia – prychnęłam, choć mnie to cieszyło. Zawsze gdy Edward znajdował się przy moim boku, czułam się… pewniej.
Uśmiech pozostał na jego twarzy, kiedy przeprowadzał mnie przez ogromne drzwi prowadzące do gigantycznego, przepełnionego ludźmi salonu. Stała przy nich z doklejonymi do twarzy uśmiechami elegancko ubrana para. Wzięłam ich za gospodarzy. Kobieta miała na sobie czysto białą suknię przyozdobioną błyszczącymi, srebrnymi koralikami, mężczyzna zaś zdecydował się na czarno-biały komplet. Oboje mieli ciemne włosy i oczy, a gdyby wyglądali odrobinę młodziej, sprawialiby wrażenie modeli z katalogów o modzie.
- Edwardzie! - krzyknęła kobieta, podchodząc, by go zachłannie ucałować w policzek. Chyba potrafiłam sobie wyobrazić, po kim ich córka odziedziczyła tę „nadgorliwość". – Tak się cieszę, ze przyszedłeś. Kim jest ta urocza, młoda dama?
Zdziwiła mnie jej życzliwość, kiedy wyczekująco odwróciła się w moją stronę. Spodziewałam się, że będzie twierdzić, że jej córka zasługuje na to, czego chce, i zrobi wszystko, aby jej to zapewnić. Najwidoczniej była obojętna na jej zachcianki lub miała dla niej kogoś innego na oku. Albo Edward przesadzał, mówiąc mi o ich rodzinie, chociaż w to akurat wątpiłam. Miał w sobie za dużo z dżentelmena, aby wypowiadać się niepochlebnie o kobiecie, chyba że jej zachowanie naprawdę było godne pożałowania.
- To Bella Swan. Spędza u nas wakacje – oznajmił. Zaskoczyło mnie rozczarowanie, jakie poczułam. Ale czego się spodziewałam? Że przedstawi mnie jako miłość swojego życia? Nawet nie byłam pewna zażyłości naszych relacji… To oczywiste, że nie mógłby mnie przedstawić jako kogoś innego niż swojego gościa. – Bello – kontynuował – pozwól mi przedstawić ci Johna i Claire Benedyktów.
- Wspaniale jest państwa poznać – odparłam, starając się zabrzmieć entuzjastycznie. Ci dwoje wydawali się bardzo mili: mężczyzna cicho wspierał swoją żonę, a ona odpłacała mu się za to uśmiechem. Mimo to wciąż zżerał mnie stres.
- Ciebie również – rzekła Claire. – Edwardzie, przedstaw ją Rebecce. Zniknęła gdzieś ze swoimi przyjaciółmi, ale ucieszy się, kiedy cię zobaczy.
Gdy odeszliśmy, przebiegle zerknęłam w stronę Edwarda. Wyglądał na spiętego.
- Niech zgadnę – zaczęłam, nieudolnie powstrzymując się od uśmiechu. – To ta dziewczyna, którą mam od ciebie kijem odganiać?
Westchnął. – Niestety tak. Na szczęście spróbujemy jej unikać. A niech to szlag! Nieważne.
Nigdy nie słyszałam, aby przeklinał, nawet tak nieznacznie, więc gdy podążyłam za jego wzrokiem i spojrzałam na młodą, zbliżającą się do nas dziewczynę, przygotowałam się na to, że nie będzie dobrze. I nie było. Oczywiście była ona cudowna: bogata, ciemnowłosa, o oczach usadzonych wystarczająco wysoko, aby nadać im egzotyczny wygląd. Westchnęłam. Gdybym tylko była blondynką… Z blondynkami potrafiłabym się uporać, ale do ciemnowłosej konkurencji nie byłam przyzwyczajona.
- Edwardzie, przyszedłeś! – wykrzyczała, całkowicie mnie ignorując. Instynktownie uczepiłam się jego ramienia jeszcze mocniej, ale to nie przeszkodziło jej w rzuceniu się na jego drugą rękę, jakby Edward był liną, którą każda z nas starała się przeciągnąć na drugą stronę.
Edward spojrzał na mnie dziwnym wzrokiem, jakby o czymś myślał, a potem zwrócił go na nią. – Tak, sądziłem, że może Bella będzie się tu dobrze bawić. – Kiedy wypowiadał moje imię, celowo złapał mnie za rękę, aby je podkreślić. Rebecca zwęziła oczy na widok naszych złączonych dłoni. Właśnie wtedy postanowiłam wbić ostatni gwóźdź do trumny.
- Tak, bał się, że zacznę się nudzić. Mój Edward zawsze jest taki roztropny, prawda? – wyrzuciłam z siebie te słowa z udawaną niewinnością, rozkoszując się wściekłością goszczącą w jej oczach. Mój Edward… Był moim Edwardem, choć ten tytuł przeznaczyłam jego wampirzej wersji. Był mój w każdym wcieleniu, bo pomimo drobnych zmian, jego wnętrze było takie same. Był po prostu Edwardem.
- Ach, tak. To bardzo miłe z jego strony – odpowiedziała stanowczo, nie wstrzykując do swojego tonu odpowiedniej dawki grzeczności. Ponownie posłała mi groźne spojrzenie, po czym popatrzyła na Edwarda spod wachlarza rzęs. To był sprytny trik, z którym byłam już bardzo zaznajomiona.
- Czy przynajmniej pozwolisz mi skraść ci jeden taniec, Edwardzie? – zapytała. Zerknęłam nad jej ramieniem i zobaczyłam, że stoi za nią grupka dziewczyn, które uważnie się nam przyglądały. Zapewne były jej przyjaciółkami.
- Obawiam się, że wszystkie mam już zarezerwowane – odparł bardzo grzecznie, choć słyszałam w jego głosie nutę ostrzeżenia. Znałam ten ton, używał go za każdym razem, gdy przekraczałam granicę jego kontroli… Czyli zawsze był taki władczy…
- No, cóż. – Jej policzki się lekko zaczerwieniły, a mi zrobiło się jej żal. Bycie odrzuconą przez Edwarda musiało być straszne, jednak ona zdobyła się na wymuszony uśmiech. – Może zechciałbyś zagrać z nami w karty? Zaraz zaczynamy.
- Nie, dziękuję. Chciałbym przedstawić Bellę kilku osobom – powiedział, tracąc cierpliwość. Ścisnęłam jego rękę, aby go uspokoić.
- No, to bawcie się dobrze. Do zobaczenia później.
W końcu sobie poszła. Przyjaciółki przyjęły ją, jak ptaka wracającego do stada i natychmiast zaczęły się podśmiewywać.
- Naprawdę chcesz mnie jeszcze komuś przedstawić? – spytałam trochę lękliwie, choć podejrzewałam co nieco.
- Nie – przyznał, szeroko się uśmiechając. – Po prostu nie chciałem grać w karty. A swoją drogą, świetnie to rozegrałaś. Chyba mianuję cię pełnoetatową opiekunką Edwardowej cnoty.
Zaczerwieniłam się, próbując wyczytać coś z jego oczu. Chyba polubił zaimek dzierżawczy, którego użyłam, bo nie wyglądał na speszonego. – Sądzę, że mogłabym się podjąć tej pracy. Jakie są stawki?
- Hmm. – Jego oczy rozświetliły się z powodu mojego flirtu. Poczułam motylki w brzuchu. Nie czułam się tak szczęśliwa od czasu… mojej nocy poślubnej. Myśl o niej mnie zasmuciła, ale starałam się tego nie okazywać. – Myślę, że do uzgodnienia. Może na początku będzie to moja dożywotnia sympatia?
- No, nie wiem… - udawałam, że się namyślam. - Chyba będę potrzebowała twojej dożywotniej sympatii i wiecznego oddania.
- Umowa stoi – uśmiechnął się, a powaga, jaka emanowała od jego oczu, przyprawiła mnie o dreszcze. Wiedziałam, że mówił szczerze, a to przerażało i ekscytowało mnie jednocześnie. Bez wątpienia pokochałam tego Edwarda… Ale pogłębianie tego uczucia sprawi, że kiedy będę musiała go opuścić, stanie się to jeszcze bardziej bolesne.
Kiedy unikałam jego wzroku, dotarło do mnie, że staliśmy w tym samym miejscu od jakiegoś czasu, podczas gdy wokół nas odbywało się przyjęcie. Ludzie rozproszyli się po pomieszczeniu, rozmawiali, śmiali się, palili, byli młodzi i weseli. Próbowałam się na tym skupić, a nie na rozmyślaniu o mężu, który może właśnie za mną tęsknił i martwił się o mój los.
- No więc – zwróciłam się do niego z wymuszonym uśmiechem na ustach. – Co teraz zrobimy?
Zauważył moją zmianę nastroju i posmutniał. Nie potrafiłam wyjaśnić mu, że to nie jego wina, więc nawet nie podjęłam tej próby.
- Niedługo zostanie podana kolacja, a potem zaczną się tańce.
Starałam się wyglądać na szczęśliwą. – I będziemy tu stać do tego czasu?
- Nie. Chociaż to brzmi kusząco, powinniśmy porozmawiać z niektórymi gośćmi – westchnął, spoglądając na otaczających nas ludzi. – Wolałbym jednak tego nie robić.
- Ja też, ale nie powinnam zachęcać cię do niewywiązywania się z zobowiązań społecznych.
Edward się uśmiechnął. – W takim razie przygotuj się na to.
Tak zrobiłam, a on oprowadził mnie po pomieszczeniu, przedstawiając ludziom, których imion nie byłam w stanie zapamiętać. Większość z nich stanowili znajomi jego rodziców. Byli to starsi ludzie, którzy komplementowali Edwarda i patrzyli na mnie z zaciekawieniem. Próbowałam wywrzeć na nich dobre wrażenie, aby pokazać, że jestem godna Edwarda i jego rodziny, ale gdy odchodziliśmy, większość z nich znów przybierała zdumione wyrazy twarzy.
Wszystko dobrze się układało do czasu, aż Edward nagle się zatrzymał i odciągnął mnie na bok, z dala od grupy chłopaków, którzy stali przy kominku. Wszyscy palili i śmiali się. Choć próbował czegoś uniknąć, nie zrobił tego wystarczająco szybko, bo na nasz widok blondyn o szarych oczach wykrzyczał imię Edwarda. Nie uśmiechał się szeroko ani też w przyjazny sposób. Robił to niemalże… dziko. Bez wątpienia to właśnie jego Edward chciał uniknąć.
- Edwardzie, przedstaw nam swoją przyjaciółkę – powiedział, wypuszczając z ust tytoniowy dym. Reszta towarzystwa zmierzyła nas wzrokiem, spekulując na nasz temat.
Edward zmarszczył brwi. – To Bella – tylko tyle powiedział.
Chłopak się chytrze uśmiechnął. – Daj spokój, Eddie. Nie bądź niegrzeczny. Nazywam się Norman Bouchard – zwrócił się do mnie, wystawiając dłoń w moją stronę. Czując dyskomfort Edwarda, nie chwyciłam jej.
- Miło cię poznać – odparłam, pozostawiając lewą dłoń na ręce Edwarda. Prawą chwyciłam sukienkę.
Norman, jakby wyczuwając moje zdenerwowanie, uśmiechnął się z wyższością. – Chodziłem z Edwardem do szkoły. W zeszłym roku dostąpiliśmy tego zaszczytu, by ją opuścić.
- Fascynujące – mruknęłam, podejrzewając, że ich relacje wcale nie są takie dobre.
- Nie cierpię zakańczania takich spotkań, ale musimy się jeszcze przywitać z kilkoma gośćmi. Do zobaczenia.
Korzystając z tego szybkiego pretekstu, Edward odciągnął mnie od towarzystwa.
- O co chodzi? – spytałam, obserwując jego profil. Zacisnął szczękę z powodu złości. Jak dobrze ja to znałam…
- Norman Bouchard nie jest... dżentelmenem – oświadczył przez zaciśnięte zęby. – Szczyci się uwodzeniem kobiet, a potem się tym chwali.
Nie potrafiłam powstrzymać uśmiechu, kiedy dotarło do mnie, czemu Edward był taki zdenerwowany. – Aww, Edwardzie, nie martw się, jestem zbyt mądra na jego sztuczki.
Edward odwrócił się, by na mnie spojrzeć. Próbował wyglądać na poruszonego, ale kąciki jego ust unosiły się w uśmiechu. – Tak, potrafię sobie wyobrazić, jak sprawiasz mu kłopoty. Ale to nie znaczy, że będę tam stał i patrzył, jak pożera cię wzrokiem.
Jego jęk stał się jeszcze donośniejszy, gdy o tym pomyślał. Nie potrafiłam powstrzymać uśmiechu. – Och, Edward. Jesteś uroczy, kiedy robisz się taki władczy i zazdrosny.
- Nie jestem władczy. Ani zazdrosny – sprzeciwił się.
- Oczywiście, że jesteś – droczyłam go. – Ale naprawdę mi to nie przeszkadza. Uważam, że to słodkie.
Edward w dalszym ciągu marszczył brwi. Zatrzymałam się, zmuszając go, aby też to zrobił i na mnie spojrzał. – Co się dzieje?
Odetchnął bardzo ciężko i niecharakterystycznie, po czym przeszył mnie wzrokiem. – Nie potrafię cię przejrzeć, Bello. Czasami, tak jak teraz, wydaje mi się, że może ci zależeć na mnie tak bardzo jak mi na tobie, ale innymi razy wydajesz się strasznie odległa, jakbyś marzyła o kimś innym…
Poczułam się strasznie. Jak mogłam dawać także temu Edwardowi powody, aby we mnie wątpił? Wzdychając, zrobiłam krok w jego stronę. Jak zawsze zszokowało mnie ciepło jego ciała. – Edwardzie, przysięgam, każda część mnie znajduje się przy tobie.
- Każda? – Jego głos był spokojny, lecz oczy przepełnione nadzieją.
- Każda – powtórzyłam. – Nie łatwo jest zostawić przeszłość za sobą, ale kiedy jestem przy tobie… Wiem, że jestem w miejscu, w którym chcę być. – Nie było to kłamstwo, ale półprawda. Chciałam być z Edwardem, chociaż moje serce nie potrafiło zdecydować, z którym. Nie mogłam sprawić, aby nagle stali się jedną osobą, choć tak być powinno.
- Naprawdę? – dociekał. – Nie mówisz tego, żeby…
- Nie kłamałabym w tej kwestii – przerwałam mu. Moje serce rozpłynęło się na widok jego uśmiechu. Nigdy nie będę miała go dość, tak samo jak i dołeczka w jego lewym policzku i zmarszczek w kącikach oczu. To uśmiech, z którego zrezygnuje na rzecz wieczności.
Wybicie dzwonu zepsuło panującą między nami atmosferę. Uśmiech Edwarda zmalał. – Czas na jedzenie. Gotowa?
Czułam się bardziej przygotowana nie tylko na resztę wieczoru, ale także na mój pobyt w tych stronach. – Tak. Chodźmy.
