Rozdział IX


Kiedy Harry został w końcu wykopany z biblioteki, słońce już dawno zaszło, niebo przybrało mroczny odcień, a księżyc i gwiazdy przysłoniła gruba warstwa chmur. Torba ciążyła mu na ramieniu, wypełniona po brzegi książkami o tym, jak to podróże w czasie są niemożliwe, nieosiągalne i nieprawdopodobne, nawet w przyszłości.

Dlaczego musiał mieć takiego pecha, by utknąć akurat gdzieś, gdzie nawet godzinna podróż w czasie była rozważana jedynie na poziomie czysto teoretycznym? Och, nie wspominając o tym, że przy okazji trafił na nastoletnią wersję mordercy swoich rodziców. Gdy był mały musiał nałykać się jakiegoś eliksiru płynnego niefartu…

Poprawiając torbę na ramieniu, przeszedł przez hol wejściowy. Zmierzał właśnie w kierunku głównych schodów, by zejść do lochów, gdy kątem oka wychwycił błysk fuksjowych szat. Momentalnie obrócił się na pięcie.

— Profesorze! — zawołał, biegnąc za swoim przyszłym dyrektorem.

Dumbledore przystanął i popatrzył na niego surowo. Jego kasztanowe włosy lśniły w świetle migoczących pochodni.

— Harold, co robisz poza pokojem wspólnym?

Harry zatrzymał się, zdziwiony pytaniem nauczyciela.

— Właśnie tam szedłem. Zasiedziałem się trochę w bibliotece, bo szukałem książek o podróżach w czasie,a kiedy bibliotekarka to zauważyła, wywaliła mnie stamtąd, żebym zdążył wrócić przed ciszą nocną i… — Szybkie spojrzenie w stronę Dumbledore'a ukróciło jego słowotok. — Coś się stało, profesorze?

— Najlepiej będzie, jeśli wrócisz do pokoju wspólnego. Profesor Slughorn wszystko wyjaśni.

— Wyjaśni co? —powtórzył powoli Harry, czując nieprzyjemny uścisk w żołądku. Miał złe przeczucia.

— Idź już, Luxtor — Dumbledore ponaglił go szorstkim głosem, w którym brakowało charakterystycznej wesołości.

— W porządku — odpowiedział Harry, marszcząc czoło, po czym odwrócił się, by ponownie przejść przez hol. Ale w połowie drogi znowu przystanął. — Proszę pana, czy zrobił pan już jakieś postępy w związku z badaniem pudełka? — zapytał, nawiązując do małego, czarnego sześcianu, który przeniósł go do przeszłości.

— Nie — odparł Dumbledore. Harry'emu przez ułamek sekundy wydawało się, że na twarzy dyrektora pojawiło się coś na kształt wyrachowania. — Obawiam się, że nie zrobiłem.

Skinął głową, starając się nie pokazać po sobie, jak bardzo rozczarowały go te słowa.

— W takim razie do zobaczenia jutro na transmutacji, proszę pana —powiedział i podjął na nowo przerwaną podróż do pokoju wspólnego Ślizgonów. Gdyby się tak nie śpieszył, wychwyciłby jeszcze jeden dziwny cień przemykający po obliczu Dumbledore'a.

W lochach zazwyczaj było chłodno i wilgotno, ale tego wieczoru Harry prawie w nich zamarznął. Nie był pewien, czy to dlatego, że zniknęło letnie ciepło, które zazwyczaj ogrzewało zamek aż do końca września, czy z powodu rosnącej pustki, którą czuł aż w trzewiach. Coś martwiło Dumbledore'a i niestety Harry miał nieprzyjemne wrażenie, że wie, co to było.

— Krew — powiedział, a jego głos potoczył się echem po pustym korytarzu. Kamienna ściana rozsunęła się, ujawniając wejście do kłębowiska węży.

Harry przekroczył próg i niemal natychmiast tego pożałował.

W pokoju wspólnym zebrali się wszyscy Ślizgoni. Tylko nieliczni szczęśliwcy (wśród których oczywiście znaleźli się przyszli śmierciożercy) zajmowali miejsca siedzące, podczas gdy pozostali (głównie młodsze dzieci) musieli stać i tłoczyć się w ciasnych grupkach. Slughorn, otoczony swoimi wychowankami, wyglądał, jakby był w trakcie jakiegoś przemówienia. Tuż obok stał wysoki, przystojny prefekt z szóstego roku. Prefekt z osobowością psychopaty.

Gdy tylko Harry wszedł do środka, wszystkie oczy zwróciły się w jego kierunku.

— Harold, mój drogi! — wykrzyknął Slughorn, przełamując nienaturalną ciszę, która zapadła w pomieszczeniu. — Gdzie byłeś?

—Eee… W bibliotece, proszę pana — odparł Harry. Zrobił krok do przodu, a kamienna ściana za jego plecami wsunęła się na swoje miejsce.

— To dobrze, to dobrze.— Z oblicza nauczyciela nie dało się nic odczytać, choć w głosie można było wyczuć lekką rezerwę. Za to jeden z kącików ust Riddle'auniósł się szyderczo, kiedy ich spojrzenia na moment się skrzyżowały. W następnej chwili Ślizgon znowu skupił uwagę na opiekunie domu.

Slughorn odchrząknął, a zebrani uczniowie niechętnie odwrócili się w jego stronę. Harry skwapliwie to wykorzystał, usuwając się w cień, w pobliże grupki uczniów z czwartego roku.

— I choć mogę zapewnić was, że Komnata Tajemnic nigdy nie została odnaleziona — podjął na nowo nauczyciel, potwierdzając obawy Harry'ego — to nie zmienia to jednak faktu, że Linda Davies została przez coś lub kogoś zaatakowana, a sprawca ataku wciąż kręci się po zamku. Dlatego obawiam się, że Hogwart nie jest już dłużej bezpiecznym miejscem. — Slughorn zrobił przerwę. Nerwowo stanął na palcach i powiódł wzrokiem po swoich wystraszonych podopiecznych. — Nie wierzę, że ktoś z was byłby zdolny do morderstwa — Harry z trudem powstrzymał się przed zakasłaniem: „Riddle" — ale jeśli wiecie coś na ten temat, chcę żebyście natychmiast poinformowali o tym prefektów lub członków grona nauczycielskiego.

Serce Harry'ego łomotało w piersi. Czyli Komnata Tajemnic rzeczywiście została otwarta. A biorąc pod uwagę tożsamość dziedzica Slytherina, wskazane było, by jak najszybciej skołował poręczne lusterko.

Jakby tego było mało,został postawiony przed ciężkim dylematem. Wiedział, gdzie była komnata, jak się do niej dostać, co kryła w środku i kim był dziedzic Slytherina. Ale jeśli puściłby parę z ust to… to wszystkie wydarzenia z jego drugiego roku nigdy by nie nastąpiły, bo Marta by nie zginęła, a Hagrid nie został wyrzucony ze szkoły. Wpłynęłoby to także na przebieg trzeciego roku Harry'ego i losy Syriusza. Kto wie, czy wtedy nadal wierzyłby w jego niewinność… A jak poradziłby sobie Riddle w trakcie pierwszej wojny czarodziejów, gdyby teraz został wyrzucony ze szkoły? A co z…

Jednym słowem? Mógł zniszczyć przyszłość.

— Ktoś? — dopytywał Slughorn, ale odpowiedziała mu cisza. Harry spuścił głowę i wlepił wzrok w podłogę. Może jutro po transmutacji powinien spróbować porozmawiać z Dumbledore'em?— W takim razie oczekuję, że rano stawicie się rześcy, wyspani i przygotowani do zajęć na śniadanie w Wielkiej Sali — powiedział. Delikatnie się rozpogodził, jak gdyby myśl o porządnym posiłku nieco poprawiła mu nastrój. — Nie pozwolimy, by ten atak zrujnował szkolną rutynę. —Z czymś, co miało przypominać dodający otuchy uśmiech niski nauczyciel w śliwkowych szatach opuścił pokój wspólny.

— Dajecie! — wybuchnął krępy chłopak z piątego roku, podrywając się z obitego szmaragdowym materiałem fotela gdy tylko przejście się zatrzasnęło.— No dalej, przyzna się ktoś? Ręka do góry kto jest dziedzicem, chętnie pogratulujemy. Ta Davies była tylko szlamowatą świruską.

Jego wypowiedzi towarzyszyły szydercze śmiechy i gwizdy ze strony pozostałych piątorocznych uczniów, ale poza nimi nikt więcej się nie odezwał. Riddle wraz ze swoim gangiem stał z boku i przyglądał się wszystkiemu z wyraźnym rozbawieniem.

— No co? — zapytał ten sam chłopak. Uniósł ręce i okręcił się wokół własnej osi, z cynicznym uśmieszkiem spoglądając na pozostałych uczniów. — Nikt? A może to jeden z was, co maluchy? —Popatrzył groźnie w stronę drobnych jedenastolatków, którzy natychmiast doskoczyli do siebie i zadrżeli ze strachu. — Może któremuś tatuś dał klucz i pomyśleliście, że będzie fajnie, jeśli wypuścicie potwora? — Chłopak roześmiał się, po czym obrócił do nich plecami. — A może to… ty.

Harry poczuł się tak, jakby dostał obuchem w głowę, gdy zauważył, że Ślizgon zwraca się do niego.

— Przepraszam, że co?

— Weź przestań. — Chłopak zaczął zmierzać w jego kierunku. — To chyba nie przypadek, że pojawiłeś się tutaj zupełnie znikąd, z nazwiskiem, o którym nikt nigdy nie słyszał, a pięć dni później doszło do ataku. Równie dobrze tak naprawdę możesz nazywać się Slytherin…

— Przykro mi, ale muszę cię rozczarować.— Harry zerknął na chłopca ostrzegawczo.— Moje prawdziwe nazwisko to Luxtor.

— A sądząc po tym, co odwaliłeś w Wielkiej Sali — kontynuował piątoroczny Ślizgon, wypuszczając ze świstem powietrze przez zęby, głuchy na obiekcje Harry'ego —mogę się założyć, że jesteś wystarczająco potężny, by kontrolować potwora.

— Rosier. — W tej samej sekundzie, w której jego nazwisko opuściło usta Riddle'a, chłopak zamarł, wykrzywiając twarz. Natychmiast jednak się opanował. — Siadaj — padł rozkaz, a Rosier bez słowa sprzeciwu opadł na fotel, choć jego oczy wciąż wwiercały się w Harry'ego.

— Luxtor — odezwał się ponownie Riddle, racząc Harry'ego uprzejmą, dobrze wyćwiczoną miną prefekta, która silnie kojarzyła mu się z Percym. — Czy jest coś, o czym chciałbyś mi powiedzieć?

Ależ go kusiło, by zapytać Riddle'a, czy dobrze się dogaduje z bazyliszkiem, albo zbesztać za wchodzenie do łazienki dla dziewcząt.

— Nie — oparł Harry, potrząsają głową. A później, nie mogąc się powstrzymać, dodał: — ale nawet, gdybym coś wiedział, to raczej nie podzieliłbym się tym z tobą. Widzisz, chciałbym, żeby dotarło to do uszu nauczycieli.

— Coś przez to sugerujesz? — Ton głosu Riddle'a wciąż był uprzejmy, ale powoli wkradały się też do niego groźne nuty.

Harry wzruszył ramionami, mocniej zaciskając pięść na uchwycie torby.

— Jesteś Ślizgonem, co nie? Więc się domyśl.

Riddle przekrzywił głowę, a na jego usta wpełzł delikatny uśmieszek.

— Dlaczego zawsze posądzasz mnie o najgorsze?

— Może dlatego, że zawsze się tak zachowujesz.

— Chyba nie mówisz na poważnie, Harold — odparł gładko Riddle. — Obaj wiemy, że to nieprawda.

— Tak? — zakpił Harry, a potem zamilkł. Wziął wdech, by pomyśleć na spokojnie. Ślizgoni gapili się na nich z wytrzeszczonymi oczami. Cholera. Zawsze zapominał się w towarzystwie Riddle'a, a kiedy rozmawiali czy dogryzali sobie, przestawał zwracać uwagę na otoczenie. To chyba nie było zdrowe. — Może to nie najlepsza pora na taką rozmowę — stwierdził i zaczął powoli przesuwać się w kierunku drzwi, które prowadziły do chłopięcych dormitoriów. To nie tak, że lubił spędzać czas sam na sam z Riddle'em, bo nienawidził tego, ale kiedy byli tylko we dwoje, Riddle porzucał swoją stoicką maskę. Zachowywał się wtedy bardziej jak Voldemort, którego Harry znał, a nie jak opanowany prefekt.

— Och, wręcz przeciwnie — oznajmił Riddle i ku totalnemu zaskoczeniu Harry'ego wyciągnął różdżkę. — Pora jest idealna.

Ukryte za okularami zielone oczy rozszerzyły się.

— Co ty robisz?

Riddle złowieszczo wykrzywił kąciki ust. Poprzednia maska roztopiła się, a jej miejsce natychmiast zajęła inna.

— Widzisz, uważam, że nie zakończyliśmy odpowiednio naszego pojedynku.

— Co? Co ty… — wydukał Harry, zdumiony tym, że Riddle tak nagle zdecydował się na porzucenie pozy wzorowego ucznia, którą z taką pieczołowitością utrzymywał. Podejrzewał, że w pewnym momencie nastoletni Czarny Pan musiał pokazać pozostałym uczniom próbkę swojej prawdziwej osobowości, by zdobyć miejsce na szczycie hierarchii, no ale…

— Harold — podjął Riddle głosem, który niemalże brzmiał tak, jakby było mu Harry'ego szkoda. Zrobił krok w jego stronę. — Myślę, że nadszedł czas, bym dał ci małą lekcję o tym, jak się mają rzeczy w Slytherinie. Jestem pewien, że sam już doszedłeś do tego, że w naszym domu panuje specyficznym porządek, hierarchia, w której każdy uczeń ma swoje miejsce. Kiedy byłem na drugim roku, ku wielkiemu zaskoczeniu pozostałych, jak podejrzewam, zdetronizowałem poprzedniego „króla" i zająłem należne mi miejsce na samym szczycie. Od tamtej pory rzeczy idą dość gładko, jedynie od czasu do czasu, gdy jest zbyt spokojnie, zdarza się, że jakiś snobistyczny bachor dochodzi do wniosku, że nadeszła jego pora na objęcie tronu— kątem oka Harry zauważył, jak Rosier wzdryga się w fotelu — a moim zadaniem jest usadzenia takiego kogoś na właściwym miejscu.

Harry przeniósł ciężar ciała z jednej nogi na drugą. Głupia, cholerna Tiara Przydziału, dlaczego nie mogła umieścić go w Gryffindorze?

— I niestety obawiam się, Haroldzie, że właśnie nieco przeholowałeś — powiedział beznamiętnie Riddle, robiąc kolejny krok do przodu. — Co stawia nas w niezręcznej sytuacji. Ponieważ z jakichś niewytłumaczalnych powodów chyba cię lubię, to zaszczycę cię możliwością wyboru. Albo przyłączysz się do nas — starszy chłopak wskazał głowę na siebie i przyszłych śmierciożerców, nie, nie śmierciożerców, przyszły wewnętrzny krąg — albo jeszcze raz staniesz ze mną do pojedynku. A kiedy go przegrasz, zepchnę twoje pogruchotane ciało na samo dno hierarchii. Mogę cię zapewnić, że nie jest to miejsce, w którym chciałbyś się znaleźć. Na podjęcie decyzji o swoim dalszym losie masz czas do, hmm, do następnego ataku. Módl się, by dziedzic Slytherina cię lubił.

Harry wściekle uniósł wzrok, napotykając spojrzenie Riddle'a. Różdżka sama wsunęła mu się do dłoni. Poza całym tym mordowaniem i torturowaniem, istniały też inne powody, dla których szczerze nienawidził Lorda Voldemorta.

— Jesteś prawdziwym draniem, Riddle — wycedził.

— Schowaj różdżkę, Harold — polecił mu Riddle. Choć sam wciąż dzierżył w ręce swoją, miał czelność brzmieć na rozdrażnionego. — Nie chciałbym, żebyś wybił nią komuś oko.

Śmierciożercy, nie, wewnętrzny krąg wybuchnął śmiechem.

Harry warknął. Nie miał zielonego pojęcia, co chciał przez to osiągnąć, ale zarozumiała mina Riddle'a zadziałała na niego jak płachta na byka.

Expelliarmus! — wykrzyknął, a zaklęcie buchnęło z końca jego różdżki z taką intensywnością, jak jeszcze nigdy dotąd. Oczywiście Riddle zdołał wyczarować tarczę, ale Harry z satysfakcją zauważył, że sprawiło mu to nieco trudności. Właśnie przymierzał się do rzucenia kolejnego czaru, gdy… zamarł w pół ruchu, a jego oczy rozszerzyły się.

Co jest…

Powiódł wzrokiem od trzymanej we własnej dłoni różdżki z ostrokrzewu do cisowej różdżki ściskanej przez Riddle'a. Ale jak to…

Dlaczego one nie…

— Miło byłoby, gdybyś przez kilka następnym dni powstrzymał się od atakowania przypadkowych…

— Co? — spytał Harry, przerywając Riddle'owi.

Od strony wewnętrznego kręgu i bandy piątorocznych Ślizgonów ponownie dobiegł szyderczy śmiech, podczas gdy Riddle uniósł brwi.

— Mówiłem, że miło byłoby, gdybyś przez…

— Nie — wtrącił z roztargnieniem Harry, ponownie wchodząc mu w słowo. — Słyszałem za pierwszym razem. Czy to twoja różdżka?

Hałaśliwy chłopak, który wcześniej go zaczepił, parsknął głośno, ale z twarzy Riddle'a momentalnie zniknęło całe rozbawienie.

— Czy ma to jakikolwiek związek z prawdziwym powodem, dla którego zamieniłeś różdżki podczas klubu pojedynków?

— Nie, oczywiście że nie! — Harry zmarszczył czoło. Czy coś się stało z jego różdżką? Czy to dlatego, że pożyczył ją Ralphowi? Dobrze się składało, że w obecnym czasach nie będzie musiał kupować nowej, ale co jeśli powróci do własnych, a Voldemort wciąż będzie próbował go zaatakować? Albo będzie chciał to zrobić w jakichkolwiek innych czasach? Bo wątpił, że coś tak trywialnego, jak podróże w czasie, mogło powstrzymać Voldemorta przed ściganiem go. — Po prostu coś sobie przypomniałem… Eeee, wybaczcie.

Obrócił się plecami do większości zebranych i skierował prosto do sypialni chłopców, pozostawiając za sobą zaintrygowanego Riddle'a. Do jego uszu dobiegł jeszcze komentarz Rosiera: „ale dziwak z niego", nim mahoniowe drzwi zamknęły się z cicho.


~o.O.o~


— Nie ma szans, by cię pokonał, prawda? — W chwili, w której Lycoris wypowiedział te słowa, Riddle zajął swoje zwyczajowe miejsce, dopełniając krąg.

— Oczywiście, że nie — prychnął Marius. Oparł nogi o stolik do kawy, ale natychmiast je z niego zabrał pod wpływem karcącego spojrzenia Abraxasa.

— Nie panikuj, Lycoris, nie zostawię tego tylko w rękach losu — zapewnił go Tom, posyłając całej czwórce wymowny uśmieszek.

Abraxas uniósł brwi.

— Masz zamiar oszukiwać?

— Ach — westchnął Alphard. Popukał się w nos i nachylił do przodu. — Oszustwo jest nazywane oszustwem dopiero wtedy, gdy zostanie się złapanym, drogi Abraxasie.

— A co jeśli Luxtor zdecyduje się na drugą opcję? — drążył temat Lycoris. — Chyba nie dołączy do nas?

— Jeśli by się na to zdecydował, oczywiście dotrzymam słowa — powiedział Tom po prostu.— Ale tego nie zrobi.

— Skąd taka pewność? — spytał Marius.

Dziedzic rodu Malfoyów westchnął ciężko i przewrócił oczami, jak gdyby pytał: „Jak ktoś może być tak głupi?"

— A ja myślałem, że znasz się na ludziach, Lestrange. Luxtor nie lubi się nikomu podporządkowywać, a już szczególnie nie Tomowi. Raczej wybierze publiczne upokorzenie i zepchnięcie na samo dno hierarchii, niż przyłączenie się do nas. Podejrzewam, że nawet wtedy nie zaprzestanie swojego bezsensownego sprzeciwu. W pewnym momencie cała szkoła odwróci się od niego, wszyscy uwierzą, że jest dziedzicem Slytherina, a później dziwnym przypadkiem zostanie uznany za winnego i wyrzucony z Hogwartu, co, jak zakładam, jest planem Toma.

Tom z aprobatą skinął głową i obdarzył Abraxasa niemalże szczerym uśmiechem, wywołując nim zazdrość u pozostałych.

— Bardzo dobrze, Abraxas— pochwalił go, chociaż zachował dla siebie tę część planu, gdzie Luxtora, tuż po opuszczeniu terenu szkoły, spotyka sfingowany wypadek, w wyniku którego chłopak umiera. Nie chciał, by żadne potencjalne zagrożenie biegało bez jego nadzoru poza Hogwartem. — Zepchnięcie Harolda na samo dno pomoże w rozsiewaniu plotek, będzie też łatwiej nim manipulować.

Marius przytaknął ze zrozumieniem, a lekki uśmiech rozjaśnił jego twarz.

— Więc… kiedy nastąpi następny atak? — zapytał Alphard. Oparł ręce o kolana i ochoczo nachylił się do przodu.

Tom zrobił niewinną minę i wzruszył ramieniem, z powrotem przybierając maskę wzorowego ucznia.

— Nie znam osobiście dziedzica Slytherina, ale zawsze wydawało mi się, że Halloween jest szczególnym świętem dla czarodziejów, czego mugolaki nigdy nie będą w stanie zrozumieć.

Pozostała czwórka zaśmiała się cicho, z aprobatą, ale nagle uśmiechy spełzły z ich twarzy.

— Czego chcesz, Rosier? — spytał Tom, powracając do odgrywania „króla Toma". Zamiast odwrócić twarz w stronę piątorocznego Ślizgona, zaczął z zaciekawieniem oglądać swoje paznokcie.

— Chciałbym porozmawiać z Mariusem— odparł chłopak, a jego zazwyczaj zadziorny głos był odpowiednio wyważony.

Tom niedbale machnął dłonią w kierunku Mariusa, odprawiając go.

Marius spojrzał ze złością na swoje stopy, ale i tak wstał. Przeszedł za piątorocznym w bardziej ustronny zakątek pokoju wspólnego. Wystarczyło jedno spojrzenie Rosiera, by grupka młodszych uczniów rozpierzchła się, co zapewniło im odpowiednią dozę prywatności.

— Nim zaczniesz mówić cokolwiek z tego, co sobie zaplanowałeś, Aber… — odezwał się Marius, opadając na zdecydowanie mniej wygodne krzesło niż to, które przed chwilą opuścił. — Dlaczego, do cholery, naskoczyłeś wcześniej na Luxtora, skoro Riddle jasno i wyraźnie powiedział tobie i twojej ekipie, żebyście nie zbliżali się do niego nawet na pięć metrów?

Aber Rosier wzruszył ramionami i odruchowo przeczesał palcami swoje czarne loki, niemal identyczne jak u Mariusa.

— Ten półkrwi ważniak nie rządzi wszystkimi.

Marius zacisnął mocniej pięści na kolanach.

— Och, i to dlatego przed chwilą zachowywałeś się tak ulegle i żałośnie? Chyba za bardzo obrosłeś w piórka…

Aber ponownie wzruszył ramionami.

— On nie skończy dobrze, zobaczysz, on nie…

— Aber — zaczął ostrzegawczo Marius — bądź tak uprzemy i przestań wypowiadać się na temat Toma, bo jak nie, to cię przeklnę. I przejdź wreszcie do rzeczy. Chcę już wrócić na swoje miejsce, bo tu jest zbyt zimno.

— Dobra — spasował Aber, podnosząc ręce w geście poddania. — W porządku. Zresztą nieważne. Donovan wychodzi pod koniec listopada i…

— Ciszej! — syknął Marius, oglądając się przez ramię.

— Bo to nie tak, że wszyscy wiedzą, że został zapuszkowany w Azkabanie — wymamrotał Aber, chociaż zniżył głos. — W każdym razie, rodzice planują świąteczne przyjęcie i jestem pewien, że naprawdę by się ucieszył, gdybyś się na nim pojawił.

Marius westchnął, zatapiając twarz w dłoniach.

—Aber, wiesz, że nie mogę.

— A właśnie, że możesz! Chrzanić imprezę u Malfoyów.

— Naprawdę nie mogę. Tom chce nas wszystkich tutaj…

— Teraz to ty gadasz o tym cholernych ważniaku — wysyczał Aber, patrząc jadowicie w stronę foteli ustawionych wokół kominka. — Naprawdę jest dla ciebie ważniejszy niż rodzina?

— Nie rozumiesz! — wybuchnął Marius, znowu chowając głowę w dłoniach. — On ma te swoje wszystkie wspaniałe plany dotyczące magicznego świata. Plany, o których ludzie tacy jak my mogą jedynie marzyć, ale nie Tom. Tom jest w stanie je urzeczywistnić. A ja nie chcę znaleźć się po przegranej stronie, Aber, i nie sądzę, byś ty również tego chciał.

— Zapomnij — warknął Aber, zrywając się na nogi i obracając głowę ku grupce piątorocznych Ślizgonów. — Zapamiętam, by powiedzieć Donovanowi, że gdy on spędzał swoje ostatnie nastoletnie lata w łapskach Dementorów, jego kuzyn prowadził się z jakimś półkrwi ważniakiem, snując dziecinne plany o rządzeniu światem.

— Aber — zawołał Marius, ale bez większego przekonania. Zapadł się głębiej w fotel, odchylił do tyłu głowę i przymknął oczy.

Uwielbiał Toma, naprawdę. Sama myśl o tym, że w magicznym świecie szykowała się rewolucja, a on miał znaleźć się w jej centrum, zapierała dech w piersi. Los obdarzał ich szansą odciśnięcia swojego piętna na świecie, zmieniania go. Ale czasami Marius nie mógł odpędzić się od wrażenia, że Riddle sprawiał więcej kłopotów, niż był wart.


Jak zawsze podziękowania dla Snow za niezawodną betę. Jeżeli jakieś błędy zostały, to biorę je na siebie. Mea culpa.


T/N


Ekhm... Wiem, zamilkłam na… w zasadzie to wolę nawet nie sprawdzać na ile. Ale uwierzcie, czasami czuję się tak, jakby pochłonęła mnie ogromna czarna dziura, która wypluwa mnie tylko na weekendy, bo akurat wtedy robi sobie wolne. Już nie będę rozwodzić się nad tym, że od jakichś trzech miesięcy wychodzę z domu o siódmej rano, a wracam o ósmej wieczorem, tak padnięta, że nie mam nawet ochoty czytać, a co dopiero pisać, bo podejrzewam, że wielu z was może prowadzić podobny tryb życia (no dobra, mam nadzieję, że tak jest, bo istnieje szansa, że w takim razie mnie zrozumiecie i nie zlinczujecie^^).

A skoro już się tłumaczę…

Ten rozdział zamieszczam tylko dlatego, że udało mi się go przetłumaczyć jeszcze wtedy, gdy miałam urlop (heh, kiedy to było…), a Snow ostatnio znalazła chwilę, by go zbetować. Co do aktualizacji Mrocznego… rozdział wciąż tłumaczę, ale idzie mi to wyjątkowo opornie… Ale pocieszam się tym, że byle do 19 grudnia… Bo wtedy znowu wracam do mojego ukochanego, znormalizowanego trybu życia, gdzie pracuję tylko popołudniami.

Wytrzymacie? :)

PS Mnie też brakuje co czwartkowych aktualizacji… :(