Rozdział IX

„Druga strona monety"

Las skończył się nagle, niczym ucięty nożem, a przed nimi zupełnie nagle rozpostarło się olbrzymie pole, na końcu którego niewyraźnie majaczyły zabudowania. Mgła, unosząca się nad ziemią sprawiała, że trudno było określić i kształt i przestrzeń, jaką zajmowały budynki.

Will zmarszczyła lekko brwi i zmrużyła oczy, usiłując dostrzec cokolwiek.

– Bez szans – westchnęła w końcu. – Nie zobaczymy niczego, jeżeli trochę się nie zbliżymy.

– Dlaczego mielibyśmy to robić? – zapytał Phobos.

– Pomyślmy… – Założyła ręce na piersi i ciągnęła mocno zirytowanym tonem. – Jest zimno, nie mamy najmniejszego pojęcia, gdzie jesteśmy, więc wypadałoby znaleźć jakichś ludzi, którzy by nam to powiedzieli. Wtedy moglibyśmy wrócić do domu.

Książę tylko wzruszył ramionami, więc uznała to za zgodę i pomaszerowała w stronę zabudowań. Ścieżka zdawała się sama układać pod jej stopami, a zejście po stromym zboczu okazało się o wiele łatwiejsze niż mogła przypuszczać.

Jednak w miarę jak zbliżała się do osady coraz bardziej, a budynki i otaczająca je palisada stawały się coraz wyraźniejsze, zaczęła zwalniać. Bo było jeszcze coś, co nie dawało jej spokoju, za to przywoływało zimne dreszcze raz po raz przechodzące wzdłuż kręgosłupa. Czuła coś tak szalenie niewłaściwego, coś co nie powinno istnieć, że zupełnie zaschło jej w ustach.

– Zatrzymałaś się – stwierdził Phobos, patrząc na nią z niejakim zainteresowaniem.

– Nie czujesz tego? – Odwróciła się w jego stronę i spojrzała niepewnie.

– Nie – odparł krótko. – Za to słyszę.

Will zamrugała gwałtownie i nadstawiła uszu, przymykając oczy. Ktoś kiedyś jej powiedział, że słuch się wtedy wyostrza. Nie miała pojęcia, czy to jest prawda, ale nie zaszkodzi spróbować.

Rzeczywiście, w powietrzu unosił się raczej głos. A raczej głosy.

Wznosiły się i opadały, początkowo wydawało się, że bez sensu, potem jednak udało jej się dostrzec w tym jakiś sens, dosłyszeć rytm.

Nie była w stanie rozpoznać słów, jednakże tętniące, raz ciche a raz głośniejsze dźwięki wrzynały się pod czaszkę i nie pozwalały o sobie zapomnieć, podczas gdy podświadomość dziewczyny, tknięta jakimś prymitywnym lękiem sprawiła, że miała ochotę oddalić się jak najszybciej od ich źródła.

– To tylko piosenka – wyszeptała Will i skuliła się nieco. – Tylko piosenka, ale jednak coś jest tak przerażająco niewłaściwe, że robi mi się zimno!

– Używają magii – stwierdził Phobos, omiatając ludzi chłodnym, beznamiętnym spojrzeniem. – Ale jest zupełnie inna od tej, którą znamy.

– Jest zła – Strażniczka zmarszczyła brwi.

– Nie – książę zaprzeczył. – Nie zła.

– Czuję wyraźnie – mruknęła dziewczyna. – Paskudna aura, aż ciarki przechodzą…

– Czy to, ze masz zły humor, determinuje, jaką jesteś osobą? – zapytał Phobos.

W pierwszej chwili nie zrozumiała, co to ma w ogóle wspólnego z ich rozmową. Moment później do niej dotarło.

Piosenka, która niosła magię, opierała się na emocjach. A one były wściekłością i desperacją, niosły ze sobą gorycz i słony smak łez i gniew tak silny, że w pierwszym odruchu chciałaby uciec, tylko po to, żeby nie znaleźć się na drodze tej furii. Nic dziwnego, że magia wydawała się zła.

– Skąd wiedziałeś? – zapytała.

W odpowiedzi uśmiechnął się tylko krzywo, a ona miała ochotę palnąć się w czoło.

Naturalnie, że wiedział. W przeciwieństwie do niej był w stanie niemalże od razu rozpoznać to przerażające uczucie, które niosła ze sobą piosenka, bo znał je doskonale.

– Myślisz, że powinniśmy coś zrobić? – wymamrotała cicho.

– Nie – pokręcił głową. – To emocje, a z nimi nie da się logicznie porozumieć. Zginęlibyśmy razem z tym, co próbują zniszczyć.

– Co chcą zniszczyć? – zapytała. Nie miała najmniejszego pojęcia, czym mogła być rzecz budząca tak silne emocje i jednocześnie wymagająca tak wielkich nakładów mocy.

A powietrze wokół aż tętniło od energii magicznej.

– Naprawdę tego nie rozumiesz? – Phobos spojrzał na nią, marszcząc lekko brwi, a wyraz jego twarzy był…

Will powstrzymała jęk, kiedy dotarło do niej, jak bardzo znowu się wygłupiła.

Chodziło o Kondrakar, jak zawsze. Meridiański książę rozumiał sytuację tych ludzi dużo, dużo lepiej od niej. Jego świat też był wykluczony przez Białą Twierdzę, też został odgrodzony od całej reszty wszechświata, zamieniony w klatkę.

Ci ludzie chcieli wolności, chcieli wyrwać się poza barierę stworzoną przez Wyrocznię, więc śpiewali pełną wściekłości, tętniącą od magii pieśń, jednak było to zbyt mało, żeby się uwolnić. I zemścić. Bo nie wątpiła, że właśnie to będą chcieli zrobić po przekroczeniu granicy.

– Powinniśmy iść, zanim nas znajdą – wymamrotała tylko.

Książę zerknął na nią przelotnie i skinął głową.

Znowu pozwolił jej iść przodem, zajęty własnymi myślami.

Nie była pewna, jak długo maszerowali. Czy raczej przedzierali się przez leśno-bagienne ostępy, szukając… w zasadzie, nie miała nawet najmniejszego pojęcia czego. Jakiegoś miejsca, będącego na tyle daleko, żeby można było w nim spokojnie odpocząć i zastanowić się nad sytuacją, nie ryzykując przy tym natknięcia się na lokalnych. Jeżeli istotnie, mieli jakiś zatarg z Wyrocznią, to jej obecność w tym świecie bardzo, ale to bardzo nie przypadnie im do gustu. Wolała nie sprawdzać, czy zdoła sobie poradzić przeciwko obcej i dziwnie prymitywnej formie magii.

Szczególnie, że coś wewnątrz niej uparcie twierdziło, że racja była po ich stronie.

W końcu zdecydowała się zatrzymać. Miejsce było równie dobre, jak każde inne, a jej nogi zdecydowanie protestowały przeciwko dalszemu marszowi.

Rozejrzała się po okolicy, oddychając głęboko chłodnym, czystym powietrzem.

Znajdowali się na trawiastym stoku jakiejś doliny, a wokół nie było śladu życia jakichkolwiek ludzi. Długie połacie zielonkawej roślinności ciągnęły się przez długie, długie metry i gdyby nie późna jesień, widok z całą pewnością byłby oszałamiający.

Niebo, ponad trawiastym stokiem było szarawe, zasnute cienkimi wstążkami chmur, październikowe do bólu. Na sam widok miała idiotyczne skojarzenia z rozpoczynającą się szkołą, deszczem i wstawaniu o nieludzkich porach. To było strasznie głupie, biorąc pod uwagę ich sytuację.

– Wydaje mi się, że trzeba wrócić, odkręcić to wszystko – wymamrotała na tyle głośno, żeby i on usłyszał i opadła na trawę. Najwyżej upaćka sobie spódniczkę na zielono. Ciężko będzie zauważyć, dziwaczna kolorystyka uniformów Strażniczek miała swoje zalety.

– Jest tylko jeden problem – westchnęła Will ciężko. – Zupełnie nie czuję… Sieci. Do tej pory nie wiedziałam, co to było, ale skoro od samego początku zamykałyśmy portale między światami, to w jakiś sposób musiałam nauczyć się ją wyczuwać. A tutaj jej nie ma, całkowita pustka.

– Jest tylko jedno rozwiązanie – stwierdził nagle Phobos. – Jesteśmy w świecie znajdującym się poza Siecią.

– Jak? – wykrztusiła Will.

– Nie mam pojęcia, jak – książę wzruszył ramionami. – Po prostu. Wygląda na to, że przeniosłem nas poza zasięg Wyroczni.

– Ale to przecież niemożliwe – dziewczyna sceptycznie uniosła brew. – Nie da się teleportować poza Sieć, bo zrobili ją właśnie po to, żeby nic nie mogło przeleźć. W obie strony.

– A jednak nam się udało.

– Tylko Wyrocznia byłby w stanie zerwać Sieć albo ją nałożyć – ciągnęła Will. – Nie wiem jak twoim zdaniem, ale moim, to masz zdecydowanie za dużo włosów, żeby udawać Himerisha.

Phobos uśmiechnął się krzywo. Wszystko, o czym mówiła Strażniczka, było prawdą. Tylko że w tej chwili był niemalże całkowicie pewien, że istotnie, znajdują się poza domeną Kondrakaru, a on z jakiejś nieznanej przyczyny potrafi zrobić to, do czego dążył przez całe życie.

To zdecydowanie nie było fair. Po długich latach spędzonych w Meridianie, który w wyniku działań Wyroczni równie dobrze mógł być więzieniem, odciętym od wszystkich innych światów, po kolejnych latach spędzonych na poszukiwaniu własnej siostry i nieudanej próby wyssania z niej mocy, dzięki czemu byłby w stanie przedrzeć się przez Sieć, umiejętność pokonania bariery po prostu się pojawiła.

– Najwyraźniej świat nie jest taki, jak nam się wydawało – stwierdził z pozoru obojętnym tonem. Albo to, albo coś się zmieniło, nagle i gwałtownie, tuż po tym, jak udało im się uwolnić z… gdziekolwiek byli. Nie miał nawet najmniejszego pojęcia, jak w ogóle się tam znalazł. W jego pamięci ziała wielka, czarna dziura, która obejmowała wszystkie wydarzenia, od porażki w Kondrakarze, do spotkania ze Strażniczką. Niewiedza go przerażała.

– Co się stało? – zapytała nagle Will, a on uniósł głowę, może odrobinę zbyt gwałtownie, zdradzając się tym samym z tym, co wolał zachować dla siebie.

– Co masz na myśli?

– Wszystko. – Wzruszyła ramionami. – Jeszcze niedawno toczyliśmy epicki pojedynek dobra i zła, a teraz siedzimy i rozmawiamy. A Kondrakar chciał mnie zabić tylko dlatego, że przestałam być przydatna. Nie chwytam tego.

– To się nazywa polityka – uśmiechnął się krzywo książę.

– Więc zaczynam doceniać zalety tyranii – przewróciła oczyma. – Rzeczy nie zmieniają się tak nagle.

Pokręcił tylko głową, udając rozbawienie ironią sytuacji. Jego umysł jednak pracował nad zupełnie inną kwestią, taką, na którą desperacko wręcz potrzebował odpowiedzi.

Czym się stał?

Bo to, że nie był sobą takim, jakim się pamiętał, było absolutnie pewne.

xxx

– Widziałyśmy Will – powiedziała Taranee, gdy tylko spotkała pozostałe dziewczyny.

Dookoła nich rozciągała się biała jak śnieg forteca Kondrakaru, spokojna i niewzruszona.

– Naprawdę? – Irma odetchnęła z głęboką ulgą i dosłownie osunęła się na posadzkę, bo kolana z ulgi odmówiły jej posłuszeństwa. – To świetnie! Już się bałam…

– Nie wiem, czy to taka szczęśliwa nowina – skrzywiła się Taranee. – Walczyłyśmy z nią.

– Wy co? – zapytała Cornelia, a na jej twarzy malował się wybitnie mało inteligentny wyraz. – Ale… dlaczego?

– Też chciałabym to wiedzieć – ciemnoskóra pokręciła głową. – Przybyłyśmy do Meridianu, walczyć z Phobosem, tak jak zostało powiedziane.

– Tylko że nie był sam – zdawało się, że Hay-Lin zbiera się na płacz. – Bo była z nim Will i stała po jego stronie, i oni z nami walczyli, i nie miałyśmy wyboru…

– Chwila, bo czegoś tu nie chwytam – wymamrotała Cornelia. – Możecie opowiedzieć to jeszcze raz, powoli?

– Nie ma wiele do opowiadania – Taranee nerwowo wzruszyła ramionami i odwróciła wzrok. – Zaczęłyśmy walczyć z Phobosem, ale wtedy pojawiła się Will i bardzo jasno dała nam do zrozumienia, że jest po jego stronie.

– Znaczy… powiedziała to? – Cornelia zamrugała zdumiona.

– Nie – Hay-Lin gwałtownie zaprzeczyła. – Żadne z nich nie powiedziało ani słowa, ani nawet nie zamrugało i to było upiorne!

– Czyli… to mogła być jakaś iluzja, czy coś – wysnuła przypuszczenie Irma. – Jakoś nie chce mi się wierzyć, żeby Will tak nagle zmieniła strony. Jesteśmy przyjaciółkami, do licha!

– To wszystko musi się jakoś łączyć – mruknęła Cornelia, w namyśle odruchowo zaczynając maszerować dookoła. Spódnica z furkotem falowała wokół jej kostek. – Pamiętacie, Tural też nie miał powodu, żeby kogokolwiek atakować, nie powiedział ani słowa… nawet powieka mu nie drgnęła.

– Więc? – Taranee poprawiła okulary i spojrzała na nią badawczo. – Do czego zmierzasz?

– Nie mam pojęcia! – warknęła blondynka. – Ale to z całą pewnością się jakoś łączy i musimy się dowiedzieć jak, żeby pomóc Will!

– Obawiam się… – zaczęła ostrożnie ciemnoskóra.

– Nie! – krzyknęła Cornelia. – Nawet nie próbuj tego powiedzieć! Ona musi żyć, nie z takich opresji wychodziła!

Ona też zaczęła płakać, co sprawiło, że Taranee poczuła się jeszcze bardziej nieswojo. To ona powinna tutaj stać i szlochać, bo to z jej ręki najprawdopodobniej zginęła przyjaciółka. Zabiła Will. Rozumiała ją lepiej niż ktokolwiek inny, zawsze wiedziała, co ma na myśli. Spędzały mnóstwo czasu razem… a teraz nie potrafiła nawet zmusić się do tego, żeby uronić kilka łez.

Cała ta sytuacja wydawała się surrealistycznym koszmarem, najgorszym jaki tylko mógł się przyśnić, tylko że nie potrafiła się z niego obudzić, a wszystko było zdecydowanie zbyt realne, żeby okazać się tylko nocną marą…

Potrząsnęła głową.

Być może po prostu wyczuwała, że Will nie umarła wtedy, w płomieniach. Wychodziła nietknięta z wielu koszmarnych sytuacji, nie wspominając o samym księciu, który jak się okazało potrafił pozbierać się nawet po upadku w nieskończoną otchłań.

Nawet jeśli dziewczyna zmieniła strony, to znaczyło tylko, że jej szanse na przeżycie rosły.

Poza tym… tu musiała zgodzić się z Cornelią. Przerażające, puste spojrzenie Turala wydawało się identyczne z tym, co widziała w oczach Phobosa. I Will.

– Czy to możliwe, że ktoś ich kontrolował? – zapytała na głos.

– Co? – Irma odwróciła się w jej stronę, na chwilę przerywając poklepywanie po plecach Cornelii. To było nawet trochę zabawne, jak te dwie ciągle się kłóciły o każdą bzdurę, a w trudnych sytuacjach garnęły się do siebie i rozumiały bez słów. Zupełnie jak Taranee i Will.

Hay-Lin siąknęła nosem i spróbowała się uśmiechnąć.

– Powinnyśmy z kimś o tym porozmawiać – powiedziała, starając się, żeby głos jej za bardzo nie drżał. – Może z tego wszystkiego, co już wiemy, ktoś inny zdoła wyciągnąć jakieś sensowne informacje i powie nam, co właściwie stało się z Will…

– Nie sądzę, żeby to był taki dobry pomysł – powiedziała Cornelia, odsuwając się od Irmy i ocierając twarz. Miała zaczerwienione oczy, włosy w nieładzie i kamienny wyraz twarzy, przerażająco poważny. – Wydaje mi się też, że powinnyśmy się stąd zabierać, żeby omówić to wszystko na spokojnie.

– Ale… – zaczęła Hay-Lin. Nie dokończyła, bo Taranee położyła jej dłoń na ramieniu i skinęła stanowczo głową. Irma przewróciła oczyma, ale również wydawała się popierać zdanie blondynki, więc Azjatka tylko westchnęła ciężko i podążyła za dziewczynami, gdziekolwiek postanowiły się teleportować.

Kondrakar zdawał się nie zauważać ich zniknięcia. Trwał cichy i śnieżnobiały, nieporuszony zupełnie losem wszechświata, mimo że działo się coś, co mogło wpłynąć na rzeczywistość, jaka tworzyła absolutnie wszystko.

Ale Kondrakar był tylko twierdzą, równie niemą i równie kamienną, jak wszystkie inne.

Różnił się tylko barwą, a to nigdy nie miało większego znaczenia.

xxx

– Księgarnia? – zapytała Hay-Lin, gdy otworzyła oczy.

– To chyba najbardziej oczywiste i najbezpieczniejsze miejsce – Taranee wzruszyła ramionami.

Miała rację, przynajmniej częściowo.

Tutaj nikt z ich rodzin i znajomych nie pojawi się nagle, przerywając rozmowę, wymuszając wymyślenie kolejnego usprawiedliwienia, bo coś nie zostało wykonane na czas, lub gdzieś znikły bez uprzedzenia. Poza tym, po wydarzeniach z Ksiegą Ludmoore`a, klucz do budynku przeszedł w ich ręce, więc teoretycznie mogły urządzić tu coś w rodzaju bazy wypadowej. Nie zmieniało to faktu, że wszystkie czuły się w tym miejscu przynajmniej nieswojo.

Nadal był w nim odciśnięty ślad obecności Cedrica, zupełnie jakby za chwilę miał wynurzyć się zza rogu i zacząć zrzędzić na hałas, jaki wywoływały.

Meble znajdujące się w piwnicy – regały z książkami, fotel, mały ozdobny stolik do kawy – pokrywała szara warstwa kurzu, bardzo dobitnie świadcząc, że nikogo od dawna tu nie było.

W ścianie, tam gdzie swego czasu znajdowała się ta przeklęta księga, tlił się lekkim, niebieskawym światłem nieaktywny portal.

Strażniczki nie poświęciły długiej chwili na kontemplację pomieszczenia. Miały kilka rzeczy do omówienia prywatnie. Bardzo prywatnie, więc musiały zatroszczyć się o to, żeby nie można było dosłyszeć ich słów znikąd.

Ustawiły się w kręgu i chwyciły za rękę, tworząc przypominającą bańkę mydlaną barierę, obejmującą cały pokój. Osłona nie była tak mocna, jak ta, którą udało im się stworzyć przy pomocy Elyon i Will, kiedy jeszcze Phobos udawał Endarno, ale nadal spełniała swoją funkcję. Dla pewności postanowiły nie próbować przekraczać jej granic; wyglądała zdecydowanie zbyt bańkowato, żeby podejmować zbędne ryzyko, nawet jeśli wydawało się to głupie.

– Więc? – zapytała w końcu Taranee, powstrzymując się przed przygryzieniem wargi. – Dlaczego tak bardzo nie chcecie, żeby w Kondrakarze dowiedzieli się, o czym rozmawiamy?

– Chcieli zabić Will – powiedziała Irma chmurnie.

– Co? – z trudem wykrztusiła Hay-Lin. – Ale… dlaczego?

– Bo bez niej i Serca Kondrakaru byłyśmy bezsilne – Cornelia odgarnęła włosy i powiodła wzrokiem po koleżankach. – Bali się, że kiedy nie damy sobie rady, to przyjdzie kolej na nich. Więc postanowili zrobić wszystko, żeby Serce można było przekazać dalej, zanim ktoś im zapuka do drzwi.

– To niesprawiedliwe – stwierdziła Hay-Lin wpatrując się w swoje buty.

– Wiem – westchnęła Irma. – Twoja babcia powiedziała nam, co się dzieje, ale jak dotarłyśmy do szpitala, to Will już nie było.

– Bo była już w Meridianie – dokończyła z nią Taranee, w zamyśleniu poprawiając okulary.

– Jest jeszcze jeden problem – wymamrotała Cornelia, poświęcając pełnię swojej uwagi kontemplacji swoich włosów. – Jej mama widziała Herolda.

– … co? – wykrztusiła Hay–Lin.

– No widziała – Irma wzruszyła ramionami. – Prawie na niego wpadła, kiedy szła odwiedzić Will. Odszedł z kwitkiem, bo jej już nie było.

Faktycznie, miały problem. Albo Kondrakar miał problem, zależy jak na to patrzeć. Biała Twierdza wolała nie ujawniać się publicznie i do tej pory każda interwencja w świat ludzi, czy też każda akcja strażniczek, były pieczołowicie maskowane. Lub wymazywane z pamięci przypadkowych świadków. Ale tym razem… Pani Vandom z całą pewnością nie tylko im zdążyła opowiedzieć o mężczyźnie w srebrzystej zbroi, który najprawdopodobniej chciał zamordować jej córkę. Nawet jeżeli nikt jej nie uwierzy i wezmą ją za wariatkę, to prędzej czy później znajdzie się osoba, która połączy fakty i pociągnie innych, sobie podobnych. To jak preludium do absolutnego chaosu, bo jeżeli ludzie bali się czegoś bardziej niż siebie samych, to była to niewidzialna kontrola, o której nie mieli pojęcia oraz rzeczy, których nie potrafili wyjaśnić. A magii nie da się wyjaśnić, nie w sposób, w jaki byłoby to absolutnie zrozumiałe dla każdego z osobna.

– Więc co teraz? – zapytała w końcu Irma, przerywając ponurą chwilę ciszy, jaka między nimi zapadła.

– Teraz wracamy do Kondrakaru – oznajmiła Taranee. – Wracamy i bardzo poważnie porozmawiamy z Himerishem na temat jego kompetencji.

– Nie chcesz chyba… – zaczęła Hay-Lin, patrząc na koleżankę z obawą.

Już raz dane im było publicznie omawiać decyzje Wyroczni, a użycie jego imienia zamiast tytułu nie wróżyło niczego dobrego. Szczególnie, że to właśnie Strażniczka Ognia zdecydowała się wtedy, na poprzedniej Dyspucie powiedzieć najwięcej. Zgodnie z planem Phobosa, który w tym czasie opętał ciało Endarno. Dzięki temu, co Taranee wtedy powiedziała, jego plan się powiódł i Himerish, pozbawiony pamięci, mocy i nawet własnego imienia, musiał opuścić Białą Twierdzę.

– Dlaczego nie? – ciemnoskóra wzruszyła ramionami. – Już poprzednio nie był nieomylny, a teraz ewidentnie przekroczył granicę.

– I co dalej? – zapytała sceptycznie Cornelia. – Nawet jeżeli doprowadzisz do kolejnej Dysputy, to nikt nie będzie cię chciał słuchać. Oni się boją, a Wyrocznia daje im poczucie bezpieczeństwa.

– Raczej decyduje o wszystkim za nich, a oni mogą sobie robić cokolwiek, bo za nic nie odpowiadają – prychnęła Irma.

– To im przedstawimy demokrację – Taranee wzruszyła ramionami. – Ateńską. Tam wszyscy byli równo odpowiedzialni.

– Wątpię, żeby ktokolwiek chciał cię słuchać – wymamrotała Hay-Lin. – Babcia mówiła, że Kondrakar jest niezmienny od… odkąd zaistniał.

– To im tę demokrację wprowadzimy po amerykańsku.

– Brawo i wszystkie skończymy jak Nerissa – prychnęła Irma. – To raczej nie jest dobry pomysł. W tej chwili.

– W tej chwili nie – potwierdziła Taranee. – Ale kiedy wszystko się uspokoi… będą potrzebne zmiany. Im dłużej na to patrzę, tym bardziej wydaje mi się, że Phobos miał rację.

– Hej, hej, nie przesadzajmy z tymi teoriami spiskowymi! – jęknęła Irma. – Ja rozumiem, że dobrze odegrał rolę Endarno jako oskarżyciela i w ogóle, ale…

– Ale co? – ciemnoskóra uśmiechnęła się krzywo. – Spójrz na to wszystko z dystansu. Najpierw Nerissa. Skorumpowana przez moc, jaką oferowało Serce Kondrakaru. A co zrobił Wyrocznia? Najpierw jej odebrał coś, co uzależnia bardziej niż najcięższe narkotyki, a kiedy próbowała to odzyskać, zabijając Cassidy, to zamknęli ją gdzieś w cholerę i na tym się skończyło.

– Do momentu, w którym wylazła i zaczęła sprawiać kłopoty – wymamrotała Irma.

– A ty byś się nie wkurzyła, jakby cię zamknęli na taką kupę czasu? – zapytała Cornelia, lepiej rozumiejąc, co Taranee miała na myśli. – Samą, bez nikogo, z kim można by porozmawiać?

– Dobra, pasuję – Strażniczka Wody uniosła ręce w geście poddania. – W areszcie wychodzą na spacery, udzielają się społecznie i mają psychologa.

– A to dopiero był początek – mruknęła Hay-Lin, pogrążając się we wspomnieniach.

Oprócz Nerissy i Phobosa był jeszcze Ari, który nie chciał w zasadzie niczego, poza uzdrowieniem własnego dziecka. Desperacja pchnęła go do skorzystania z mocy Yuy, a jedyną reakcją Kondrakaru na problem było wysłanie Strażniczek, żeby załatwiły sprawę.

Załatwiły ostatecznie, dotarło do niej, gdy przypomniała sobie pierwszą reakcję Orube, która wyruszyła z nimi. Pierwszym odruchem osoby przez długie lata trenowanej na wiernego wojownika sprawiedliwości i obrońcę Kondrakaru był atak i rozsmarowanie oponenta na ścianie, nie próbując nawet nawiązać dialogu. Jakimś cudem udało im się odkręcić sprawę i dogadać się, przy okazji poświęcając część swojej mocy aby ratować dzieciaka. Kondrakar powinien być szczęśliwy z pokojowego rozwiązania konfliktu, ale nie był. Potem, jakby za karę, nikt nie zrobił nic, żeby je chociaż trochę odciążyć, gdy okazało się, że oddana część mocy sprawiła, że ciągle doskwierało im zmęczenie i nie mogły prowadzić normalnego życia. Jakby dość miały zmartwień, wtedy jeszcze przyszło im tłumaczyć się z notorycznego zasypiania na lekcjach. I w kilku innych miejscach.

Obok Nerissy, Phobosa i Ariego była jeszcze Luba, tak bardzo konserwatywna w swoich poglądach i tak bardzo pragnąca zachowania Białej Twierdzy taką, jaką ją widziała, ze zwróciła się przeciwko Strażniczkom, które naruszały równowagę, naginały dawno ustalone prawa, zmieniały od wieków obowiązujące reguły.

A obok Nerissy, Phobosa, Ariego i Luby był Cedric.

Sługus Phobosa, mistrz kłamstwa i przebieranek, zmieniający swoją postać wedle własnej fantazji. Na tyle często, że zapomniał zupełnie, kim w ogóle jest, a Kondrakar, odbierając mu moc, pogorszył jeszcze sytuację. Jego śmierć nawet nie była głupia, ona nie miała najmniejszego prawa się wydarzyć. I nie miałaby, gdyby nie to, że nikt nie silił się na jakiekolwiek przeanalizowanie sytuacji skazańca z jego perspektywy. One też nie.

Wspomnienia twierdziły, że wręcz przeciwnie, jeszcze dolały oliwy do ognia. Teraz można to było dostrzec, gdy w końcu zaczęły analizować całą sytuację… nie stanowiło to przyjemnej refleksji.

– …i w końcu, Phobos – Taranee opadła ciężko na fotel, wzbijając przy tym tumany kurzu, które bohatersko zignorowała i starała się udawać, że oczy wcale nie zaczynają jej łzawić od wszędobylskiego pyłu. – Na pierwszy rzut oka tyran bez piątek klepki, rzeczywistość pewnie wiele od tego nie odbiegała. Ale kiedy odgrywał rolę Endarno… on miał rację. Punkt po punkcie. Widział wszystkie wady Kondrakaru, dużo lepiej niż my wtedy.

– Wykorzystał nas, żeby zdobyć władzę – przypomniała Irma.

– Co nie zmienia faktu, że miał rację – Taranee wzruszyła ramionami. – Poza tym był jedyną osobą, która tak naprawdę cokolwiek zrobiła odnośnie naszych problemów po tym, jak oddałyśmy część mocy…

– Wtedy jeszcze nas potrzebował – wzruszyła ramionami Cornelia. – Potem zrobił się zdecydowanie wredniejszy, nie wspominając o tym, że cała pomoc ze zmieniaczem czasu była też częścią jego planu.

– Nie analizujemy teraz tego, że chciał przejąć władzę nad Kondrakarem, tylko to, że był jedyną osobą, która w ogóle powiedziała cokolwiek krytycznego – upomniała ją Taranee.

– Chwała wielkiemu, krytycznemu księciu! – sarknęła Irma przewracając oczyma. – Rany, dziewczyny! Ja wiem, że się porąbało, ale nie przesadzajmy z tym wszystkim, on się nie zrobił nagle lepszy, dlatego że inni okazali się nie tak dobrzy, na jakich wyglądali!

– To nadal smutne – mruknęła Hay-Lin. – A teraz dodatkowo widać, ile rzeczy mogłyśmy zrobić inaczej, ilu nieszczęść uniknąć…

– Przeszłości nie da się cofnąć – blondynka pokręciła głową. – Co się stało, to się nie odstanie.

– Więc? – zapytała Taranee jakby nigdy nic, na podsumowanie swojego wywodu.

– Więc świat nie jest takim, jakim się wydawał – stwierdziła ponuro Irma. – A my więcej spartoliłyśmy, niż zrobiłyśmy dobrego.

– Czego się spodziewać po bandzie dzieciaków? – prychnęła Cornelia i przewróciła oczyma, gdy pozostałe Strażniczki żywo zaprotestowały. – No co? Taka prawda. Byłyśmy bandą gówniar, która nie potrafiła jeszcze spojrzeć na sprawę obiektywnie. Przyjmowałyśmy za pewnik to, co nam powiedzieli.

– I nie tylko my – powiedziała Hay-Lin drżącym głosem. – Babcia mówiła, że wszystkie Strażniczki zaczynały bardzo młodo. Żeby jak najbardziej ograniczyć konieczność zmian…

– …a raczej, żeby wyhodować sobie posłuszny oddział uderzeniowy – podsumowała Taranee. – I to Cedric miał być mistrzem manipulacji?

Zapadło ponure milczenie.

Nigdy tak naprawdę nie rozmawiały o tym, co się działo. Kiedy pojawiało się nowe zagrożenie, jak zwykli to określać w Kondrakarze, na szybko układały jakiś plan, biorąc za pewnik to, że z przeciwnikiem nie dało się rozegrać niczego na pokojowej stopie. Tutaj mogły mieć rację, wiele światów, w których walczyły, patrzyły na nie jak na zło wcielone, jak na wroga.

Nic dziwnego.

Kondrakar narzucał swoją wolę jako jedyną słuszną i sprawiedliwą, tak samo jak we wczesnym średniowieczu fanatycy religijni nawracali na jedyną prawdziwą wiarę ogniem i mieczem. Ale w przeciwieństwie do historii ludzkości, Biała Twierdza trwała niezmieniona, konserwatywna w swoich błędach, popełniając ich coraz więcej i więcej.

Bały się pomyśleć ile istnień ucierpiało, bo Strażniczki działały bezmyślnie wypełniając wolę Wyroczni, w imię wyższego dobra niszcząc cudze nadzieje.

To była najbardziej przerażająca rzecz, o jakiej można było pomyśleć, na tyle przerażająca, że świadomość chciała ją wypchnąć czym prędzej z umysłu i udawać, że taka idea nigdy nie pojawiła się w głowie. A zrobiła to tylko dlatego, że wszystkie fakty zostały im podsunięte pod nos i brutalnie wciśnięte w gardło.

– Mam tylko jedno pytanie – zapytała cichutko Hay-Lin. – Kto tu jest właściwie zły?

W odpowiedzi Irma roześmiała się histerycznie.