Makuta


– Szósta minuta!

Minęło dokładnie sześć minut. Słowa Natu najwyraźniej okazywały się być prorocze. Raashí powoli i sukcesywnie zdobywał przewagę w walce z Yoruichi. Jej legendarna szybkość nie miała żadnego znaczenia w porównaniu z mocą Vopo. Nawet nie mogąc korzystać z Widmowego Kroku wężooki nie miał żadnych problemów by poradzić sobie z jej Migoczącym Krokiem. Szybkość stała się nieistotna w tym pojedynku, liczyły się wyłącznie umiejętności walki.

Mężczyzna wymierzył pchnięcie z lewej dłoni. Kobieta odskoczyła w bok, unikając ciosu. Jednocześnie sama wymierzyła kontratak pięścią. Raashí wykonał szybki piruet, chwycił jej rękę i szeroko ciął, znów z lewej. Yoruichi zdążyła odchylić się do tyłu w ostatniej chwili. Dłoń zaledwie rozcięła jej włosy. Natu nie poprzestał na jednym ataku. Wykonał półobrót, po czym znów ciął, tym razem z dołu, z prawej ręki. Cofnęła się. Kolejny piruet, kolejne pchnięcie z lewej. Tym razem kobieta użyła shunpo, by zniknąć mu z oczu, pojawiając się tuż za plecami Natu. Mężczyzna jednak przewidział to zagranie. Odwrócił się szybko. Natychmiast dostrzegł Yoruichi, gotową do zadania ciosu. Wymierzyła silne kopnięcie z półobrotu. Raashí zrobił dokładnie to samo.

Rozległ się potężny huk, wywołany zderzeniem się dwóch energii. Natu swoim kontruderzeniem zatrzymał uderzenie kobiety. Oboje szybko się cofnęli, by nie dać przeciwnikowi szansy na atak.

Yoruichi otoczona była białą poświatą, wokół niej tańczyły błyskawice. Przez cały czas trwania walki nie zniosła Shunkō. To był jedyny sposób, by w ogóle zranić Raashí, a także jedyna możliwość obrony przed jego technikami walki. Podobnie Vorkas, którym Natu się szczycił, była to jego jedyna linia obrony, a także jedyna forma ataku. W kwestii wyszkolenia i umiejętności walki oboje stali na podobnym poziomie. Nadal jednak mężczyzna miał przewagę. Jedną, istotną przewagę. Był Raashí. Szybszym, silniejszym, bardziej wytrzymałym od zwykłego człowieka. Z tej przewagi korzystał w walce z Yoruichi, narzucając jej wyjątkowo szybkie tempo, czekając na to, aż się zmęczy. Ta strategia zaczęła przynosić owoce.

– Siódma minuta!

Kobiecie coraz trudniej było unikać jego ataków. Zmęczenie powoli zaczęło dawać się jej we znaki. Z kolei Natu nadal był w doskonałej formie. Sprawy przybierały bardzo niekorzystny obrót. Powoli brakło jej sił na utrzymywanie swojej techniki. A czas uciekał. W tej chwili wszystko wskazywało na to, że mężczyzna jednak zdoła spełnić swoją obietnicę. Pozostały dwie minuty.

Yoruichi mogła w tej chwili jedynie dać z siebie wszystko, by w przeciągu tych dwóch minut wykończyć przeciwnika.

Wystrzeliła błyskawicę prosto w Natu. Raashí zareagował natychmiast. Zgromadził energię w dłoni, po czym odbił piorun, posyłając go w powietrze. Kobieta bez ostrzeżenia pojawiła się tuż przed nim, wymierzając kopnięcie, prosto w jego głowę. Szybko się cofnął, jednak jej natarcie nie ustawało. Półobrót i kolejne kopnięcie. Natu wygiął się do tyłu, by uniknąć ciosu. Natychmiast się wyprostował, po czym również wykonał kopnięcie z półobrotu. Yoruichi szybko zablokowała ręką uderzenie. Druga ręka była już przygotowana do kontrataku. Uderzyła kolejną błyskawicą. Niszczycielskim ciosem, który miał zakończyć tą walkę. Tak się nie stało.

– Na taki pojedynek właśnie liczyłem.

Natu pojawił się tuż za nią, stając plecami do niej. Nim Yoruichi zdążyła się odwrócić, posłał ją w powietrze silnym impulsem energii. Szybko obróciła się, by móc wylądować na nogach. Tuż po tym, jak wylądowała Raashí pojawił się tuż przed nią.

– Więc i ja nie będę się oszczędzać.

Wykonał pchnięcie z lewej dłoni. Kobieta bez problemu uniknęła ciosu. Natu natychmiast uderzył ponownie. Kolejne pchnięcie, z prawej dłoni. Znów unik. I znów atak z lewej. I prawej. Mężczyzna zasypywał ją gradem ciosów, spychając Yoruichi do obrony. Z każdą chwilą przyspieszał coraz bardziej. Ciemnoskóra nie zamierzała czekać, aż w końcu ją trafi. Gdy nastąpił następny atak przykucnęła nagle. Natu był kompletnie odsłonięty. Wymierzyła cios w serce. Raashí zdołał jednak w porę zareagować. Lewą dłonią odbił pięść, po czym wymierzył kopnięcie. Kobieta zablokowała uderzenie ręką. Mężczyzna cofnął szybko nogę. Gdy tylko stanął na niej, wymierzył kolejne, proste kopnięcie. Yoruichi zdążyła zatrzymać cios. Jednak nie do końca…

Popełniła jeden błąd. Cios próbowała zatrzymać prawą ręką.

Cholera, nie znowu!"

Po raz kolejny poczuła silny ból w ramieniu. Do tej pory starała się oszczędzać prawe ramię, jednak tym razem nie było innego wyjścia. Rana na wylot ciała, którą Raashí pozostawił jej w poprzednim pojedynku znów dawała się jej we znaki.

Natu nadal napierał. W końcu przebił się przez jej gardę. Siła uderzenia wystrzeliła ją daleko w tył. Zdołała wylądować na nogach. Wężooki natychmiast skrócił między nimi dystans. Pojawił się tuż nad nią, wymierzając kolejne kopnięcie, tym razem z góry. Yoruichi musiała zrobić szybki unik. Dzięki shunpo wycofała się na bezpieczną odległość. Natu trafił w ziemię, wzbijając obłok kurzu. Kobieta na chwilę straciła go z oczu. Nagle jednak znów się pojawił, przed nią, wymierzając pchnięcie z lewej dłoni w głowę. Uchyliła się przed atakiem. W tym momencie Raashí momentalnie zniknął. Pojawił się za nią, wykonując cięcie z prawej strony. Ciemnoskóra zablokowała uderzenie.

Styl walki Natu zdecydowanie się zmienił. Do tej pory walczył pasywnie, starając się przede wszystkim zmęczyć przeciwnika. Jednak od momentu, w którym Yoruichi postanowiła go przycisnąć on również przeszedł do ofensywy. Atakował, szukał luk w jej obronie, cały czas zwiększał tempo walki. Spychał ją do defensywy, uniemożliwiając kontratak. Dla kobiety to nagłe przyspieszenie wydawało się nietypowe. W tym momencie styl walki Natu przypominał nawet jej własny styl. Choć nie mógł używać Sokanas walczył, jakby właśnie to robił. Uchylał się przed ciosem, znikał momentalnie, pojawiając się bez ostrzeżenia tuż za nią, gotowy do kontruderzenia. Umożliwiało mu to jego Kaago. Pola czasu, które tworzył pozwalały mu na spowalnianie ruchów Yoruichi. Z jej perspektywy wyglądało to jakby wykonywał bardzo szybki ruch, zupełnie jak Widmowy Krok. Vopo całkowicie niwelował jego niemożność używania tej techniki.

Jednak co innego przyciągnęło jej uwagę.

Nagle Yoruichi odczuła silne uderzenie czyjejś energii. Należała do Senke. Cały czas czuła Reiatsu jego i Eliana, nawet jeśli walczyli tak daleko. Jednak teraz coś się wydarzyło. W tym potężnym wyładowaniu energii duchowej Senke Reiatsu chłopaka znikło.

To był zły znak. Choć fakt, że przestała go wyczuwać mógł oznaczać, iż zdołał jednak nad sobą zapanować, to stało się to jednak zbyt gwałtownie. W takim wypadku mogło to oznaczać jedno…

Elian musiał być bliski śmierci. Albo gorzej…

Yoruichi nie potrafiła przyjąć do wiadomości faktu, że chłopak został pokonany. Nawet jeśli Senke był wyjątkowo potężnym przeciwnikiem trudno było jej w to uwierzyć.

– Zamyślona?

Niemal nie dostrzegła kolejnego ataku Natu. Mężczyzna impulsem energii odepchnął jej rękę, a drugą dłonią pchnął. Prosto w serce. Bez pudła. Raashí przeszył ją na wylot. Bezbłędnie wyczuł jej dekoncentrację i bezwzględnie ją wykorzystał. To jednak nie był jeszcze koniec walki.

Yoruichi nagle zniknęła mu z oczu. Domyślił się, co się stało. Wiedział o Utsusemi, najbardziej zaawansowanej z technik Migoczącego Kroku. Najwyraźniej użyła jej, by uniknąć trafienia.

Natu czekał na atak. Nie nadszedł jednak.

– Uciekamy? To nie w twoim stylu.

Spojrzał na lewą dłoń, którą zadał pchnięcie. Na koniuszkach palców znajdowała się krew.

Kobieta musiała się wycofać. Schowała się na gałęziach jednego z drzew. Przez swoją nieuwagę ten pojedynek omal się dla niej nie skończył. Zdołała umknąć w ostatniej chwili. Na jej klatce piersiowej, dokładnie na linii serca pojawiła się rana, z której sączyła się krew. Nie była poważna, jednak świadczyła o tym, jak bardzo niewiele brakowało, by dłoń Natu zagłębiła się bardziej.

Nie przejmowała się w tej chwili swoją walką. Myślami nadal była z Elianem. Starała się odnaleźć choć najmniejszy skrawek jego Reiatsu. Bezskutecznie.

Przecież nie zginął! To nie jest ktoś, kto tak łatwo daje się pokonać."

– Najwyraźniej również to zauważyłaś, Shihōin! - odezwał się Natu - Cóż, przykro mi to stwierdzić, ale dni tego chłopaka są już policzone! Najwyraźniej wasz mały plan nie zdał egzaminu!

Zamarła. Czyli wiedzieli już o wszystkim?

– Nietrudno się było domyślić, co kombinujecie! Próbując ściągnąć naszych żołnierzy w głąb Seireitei chcieliście rozbić naszą formację, zmuszając nas do walki na niebezpiecznym, miejskim terenie! Wtedy to stają się łatwym celem dla waszego Onmitsukidō! Likwidując każdą grupkę po kolei wyniszczylibyście nasze siły niemal bez wysiłku! Z kolei wasza dwójka miała powstrzymać mnie i naszego generała przed włączeniem się do tej walki! Jednak nie zawsze wszystko idzie po myśli…

Natu cały czas jej szukał. Próbował wyśledzić choć najmniejszy skrawek jej energii duchowej, którą oczywiście ukrywała przed nim.

– Samotnie porywać się na walkę z przeciwnikiem znacznie potężniejszym, wiedząc jaki będzie jej wynik… Tak… Ogromnie się ten chłopak poświęcił. Taki czyn był przejawem prawdziwej odwagi… albo kompletnej głupoty. I to chyba właśnie za głupotę zapłacił tą najwyższą cenę.

Mówił o chłopaku, jakby był absolutnie pewien, że nie żyje. To właśnie tak w nią uderzało. Nie przyjmowała do wiadomości, że Elian mógł zginąć. Przez cały ten czas wydawał się praktycznie niezniszczalny, w jakie tarapaty by nie wpadł, zawsze wychodził z nich cało. Trudno było uwierzyć, że teraz właśnie miałby…

Nagle Natu wystrzelił potężną falę energii. Prawą dłonią ciął w powietrzu, kierując falę w stronę drzewa. Tego, na którym była Yoruichi. Uderzenie rozpołowiło całe drzewo wzdłuż. Kobiety jednak już na nim nie było. W ostatniej chwili skoczyła, ukrywając się na kolejnym drzewie.

– Ósma minuta! Ty też nie jesteś w lepszej sytuacji! Nie możesz się wiecznie chować, Shihōin! Ten pojedynek dobiegnie końca już wkrótce! Pozostała mi minuta i mam zamiar dotrzymać swojego słowa!

Tego akurat była pewna. Nie mogła kryć się wiecznie. Prędzej czy później będzie musiało dojść do walki. Jednak Yoruichi obawiała się jej wyniku. Do tej pory nie była w stanie nawet go trafić, a on robił z nią, co chciał. Dalsza walka mogła się skoczyć dla niej nienajlepiej. Mogła podzielić los Eliana…

Opanuj się! Co się z tobą dzieje, do cholery?! Zachowujesz się jak jakiś dzieciak! Niby czego się boisz?! To tylko kolejna walka, jak każda inna! Musisz go po prostu pokonać, to wszystko…"

Nie, to nie było wszystko. Zdolności Natu wciąż stanowiły poważną przeszkodę. Jego Kaago wciąż skutecznie niwelował jej shunpo, co było jego największym atutem, a w walce wręcz wyraźnie ją przerastał.

Uspokój się… Myśl, przecież nie może być niezwyciężony. Musi mieć jakiś słaby punkt. Jego pola czasu muszą mieć jakieś luki. Myśl, kobieto, myśl!"

Jej umysł szalał w gonitwie myśli, starając się znaleźć rozwiązanie. Analizowała wszystkie walki z Natu, wszystkie jego ruchy, szukając czegoś, co mogło by jej pomóc. Nagle ją olśniło. Znalazła coś takiego… Jego nagła zmiana stylu, w porównaniu z początkiem pojedynku, czy też podczas ich pierwszego spotkania. Do niedawna korzystał z pól bez umiaru, zatrzymując czas niemal całkowicie. Teraz bardziej kontrolował swoje poczynania. Używał ich zaledwie do spowolnienia Yoruichi, by móc wykonać szybki ruch, co wyglądało zupełnie jak shunpo.

Poza tym przy ich pierwszym spotkaniu zdołała jednak go zranić. I to poważnie. Więc nie było to niemożliwe. A mogła to zrobić w bardzo prosty sposób…

– Może skończymy tą zabawę w chowanego, Shihōin? Rozumiem, że nie spieszy ci się zbytnio, ale nie należy przesadzać ze wszystkim….

Urwał nagle. Zmuszony był do wykonania szybkiego uniku. Biała błyskawica śmignęła mu tuż nad uchem. Wycofał się z jej zasięgu w ostatniej chwili. Tak nagły atak zdekoncentrował go na sekundę. Dla Yoruichi sekunda to było mnóstwo czasu. Gdy tylko posłała błyskawicę, sama wystrzeliła w jego stronę. Nim się zorientował była już nad nim, gotowa do kolejnego uderzenia. Wymierzyła potężne kopnięcie z góry. Natu zdołał jednak uskoczyć. Nie miał jednak czasu na odpoczynek.

– Komu się nie spieszy?!

Yoruichi pojawiła się tuż za nim, kierując ku niemu pięść. Raashí zorientował się jednak w sytuacji. Odwrócił się szybko, lewą dłonią odbijając cios, prawą zaś wymierzył pchnięcie prosto w serce. Kobieta nie uniknęła tego. Nie miała zamiaru. Ona również, w tym samym momencie wymierzyła kopnięcie. Atakując równocześnie z nim podjęła ogromne ryzyko, mogła liczyć teraz tylko na to, że Natu puszczą nerwy. Nie pomyliła się. Raashí nie ryzykował. W ostatniej chwili zrezygnował. Wykonując skok zniknął kobiecie z oczu. Pojawił się za nią, jednak nim zdążył uderzyć, ona również zniknęła. Czekał na kolejny atak, ten jednak nie nastąpił.

– Atakowanie z ukrycia… Ale czego miałem się spodziewać po byłej dowódczyni Onmitsukidō?

Starał się ją wyśledzić, jednak wyjątkowo skutecznie maskowała swoje Reiatsu. Jedyne, co mógł zrobić, to zachować czujność i czekać na kolejny jej ruch.

Nie czekał długo. Nagle Yoruichi pojawiła się tuż przed nim, natychmiast uderzając. Niewiele brakowało, by Natu nie oberwał błyskawicą, która najpewniej rozerwałaby go całego. Zdołał po raz kolejny uchylić się, dzięki mocy Vopo. Szybkim, błyskawicznym ruchem cofnął się. Szykował już równie szybki atak, jednak Yoruichi po raz kolejny zniknęła za sprawą Migoczącego Kroku.

– Twoje technika jednak ma pewne luki.

Jej głos usłyszał za sobą. Natychmiast się odwrócił, jednak tam jej już nie było. Kątem oka dostrzegł ją z prawej, jednak nie zdążył niczego zrobić, gdy znów zniknęła. Nie od razu zrozumiał, co się dzieje.

Yoruichi zaczęła krążyć wokół niego, coraz to szybciej i szybciej. Dzięki shunpo robiła to z morderczą szybkością, Natu ledwie ją widział, zaledwie powidoki, jakie pozostawiała.

– Przede wszystkim jest czasochłonna. Nie stworzysz pola, jeśli nie wiesz, w którym miejscu masz to zrobić. Musisz skupić się na skierowaniu energii w określony punkt. To tylko spowalnia twój refleks.

Nie przestawała przyspieszać. Raashí nie miał zamiaru czekać na jej atak. Wystrzelił dłońmi falę energii, która rozchodząc się wokół niego miała trafić Yoruichi, gdziekolwiek by nie była, czy za nim, czy przed. Jednak nim fala dotarła do celu jej już tam nie było. Ponownie się ukryła.

– Ta zabawa w chowanego zaczyna mi działać na nerwy…

Na to właśnie liczyła Yoruichi. Prowokowała, chciała go skłonić do wykonania ruchu, jednej konkretnej rzeczy.

– Teraz mi nie zwiejesz.

Złociste znaki na jego ciele rozbłysły, jasno jak nigdy dotąd. Zgromadził całą swoją moc, tworząc rozległe pole czasu, obejmujące całą okolicę. Spowolnił czas, jak bardzo tylko zdołał. Zaczął szukać. Niemal natychmiast zlokalizował kobietę, która próbowała przeskoczyć na kolejne drzewo. Powoli sunęła w stronę gałęzi. Jednak nie aż tak powoli…

Natu zdawał się tego nie zauważyć. Gdy tylko ją znalazł, ruszył do ataku. Już nie powoli, spokojnie, jak to miał w zwyczaju. Zaszarżował z pełną prędkością. Miał zamiar zakończyć wreszcie ten pojedynek, jak najszybciej. Yoruichi powoli odwracała wzrok w jego stronę. Raashí spojrzał na nią z diabelskim uśmiechem. Pewien był, iż to koniec walki. Miał rację…

Nagle jednak kobieta poruszyła się. Szybko.

Shunkō!

Używając Migoczącego Kroku była w stanie zniwelować działanie pola, które było słabsze od poprzednich. Domyśliła się, że tak zaawansowana technika wymagała ogromnych ilości energii duchowej. A tą Natu w większości wykorzystał podczas ich pierwszej walki, popisując się swoją mocą. Teraz nie był w stanie stworzyć pola, które może zatrzymać Yoruichi.

Gdy tylko się zbliżył wymierzyła potężne kopnięcie. Błyskawica dosięgła celu. Niszczycielskie wyładowanie wgniotło go w ziemię, tworząc sporej wielkości krater. Nie zdołał już tego uniknąć. Ten cios zdecydował o losie tego pojedynku.

Kobieta wylądowała na ziemi tuż przed kraterem.

– Dziewiąta minuta. - odparła - Dotrzymałeś słowa. Pojedynek dobiegł końca.

Nagle z ziemi wygrzebał się Natu. Wciąż był żywy, choć niewiele mu brakowało do śmierci. Był wyczerpany, uderzenie błyskawicy poważnie go zraniło, całe jego ciało było poparzone.

– Jak… ty to zrobiłaś, Shihōin?

– Zgubiła cię pewność siebie. Niezależnie od umiejętności nie należy traktować przeciwnika z góry, nie wolno tracić czujności. W przeciwnym razie kończysz tylko w jeden sposób.

Nie musiała tego kończyć. Doskonale już wiedział, jak.

– I wydaje ci się, że to koniec?

– Owszem. W tym stanie nie możesz już walczyć. Pozostaje już tylko cię dobić.

– Nie mówię o tej walce. Pokonałaś mnie, co z tego? Co niby teraz zrobisz? Ruszysz zatrzymać Senke? W takim stanie? Zgodzę się, sam fakt, że poradziłaś sobie ze mną z takimi ranami budzi podziw, jednak nie sądź, że z nim też ci się to uda. Szczególnie, że jesteś nie mniej wyczerpana ode mnie. On jeden wystarczy, żeby położyć całe Seireitei na kolana. I co? Nadal sądzisz, że jesteście w stanie wygrać tą bitwę?

– Tak, tak właśnie myślę.

Zaskoczyło go jej nastawienie. Yoruichi jednak nie byłaby tego pewna, gdyby nie jedna rzecz. Czyjeś Reiatsu. Natu też to poczuł.

– Najwyraźniej również to zauważyłeś, Raashí. - odrzekła

– Tak… Nie brak mu talentu… Sporo nadziei pokładasz, w tym chłopaku, Shihōin. Czy warto? Jesteś pewien, że da radę Senke? A może niech najpierw poradzi sobie sam ze sobą?

Spojrzał w kierunku źródła tego Reiatsu.

– Jesteś pewna, że to właśnie my jesteśmy waszym największym zagrożeniem?

Nie otrzymał odpowiedzi. Yoruichi w milczeniu podeszła bliżej niego. Ponownie uwolniła Shunkō.

– Wybacz, nie mam tyle czasu co ty.

Natu ostatnie raz spojrzał na nią. Nadal miał ten diabelski uśmieszek.

– Wiem to doskonale. Zatem powodzenia, może uda ci się go zatrzymać.

Wymierzyła ostatni cios, w serce. Błyskawicę, która rozerwała go na miliony części. Niebo rozświetliły pioruny. W świetle tych wyładowań Raashí Natu dokonał żywota.

Po chwili błyskawice znikły, Yoruichi zwolniła technikę. Stała tam przez chwilę w milczeniu.

Może uda mi się go zatrzymać… Nie mówił o Senke."

Ona również spojrzała w kierunku, w którym znajdowało się źródło energii. Wiedziała, do kogo należy, choć wiele temu przeczyło. Była pewna, że było to Reiatsu Eliana, choć teraz stało się zupełnie inne. Demoniczne, żądne krwi, bardziej przypominało Pustego. W żadnym ze swoich napadów szału ta moc nigdy nie była tak krwiożercza. Wyglądało to, jakby chłopak właśnie tracił resztki swojego człowieczeństwa…

Choć teraz Reiatsu było słabe, z każdą chwilą stawało się coraz silniejsze. Yoruichi wiedziała, że czasu jest coraz mniej. Cokolwiek to było trzeba zrobić wszystko, by nie wydostało się to na zewnątrz.

Ruszyła naprzód. Nie przejmowała się swoim zmęczeniem, czy ranami. W tej chwili liczyło się to, by ocalić Seireitei. I uratować go przed nim samym…

– Oby tylko nie było za późno.


Raashí Senke tymczasem kierował się w stronę miejsca, gdzie wylądował Elian. Nie zamierzał zakładać pochopnie, że zdołał go pokonać. Wiedział, że chłopak potrafi być kompletnie nieprzewidywalny. Wolał się upewnić.

Dotarł na miejsce. Znajdował się teraz na obrzeżach Seireitei, wśród jednych z wielu ruin, które teraz stały się codziennym krajobrazem. Stał na jednym z gruzowisk pośrodku którego znajdował się krater. Tu było właśnie miejsce zderzenia. Jednak chłopaka tam nie było. Senke nie wydawał się tym zaskoczony, wręcz się tego spodziewał. Na jego twarzy zagościł uśmiech.

– A zatem wszystko zgodnie z planem.

Elian zdążył się podnieść i ukryć, zanim Raashí się pojawił. Skrył się w ruinach, za jedną ze zniszczonych ścian. Zaskakującym był fakt, iż po tym trafieniu nadal mógł się ruszać. I to tak żwawo. Wydawało się niesamowitym, że chłopak był aż tak wytrzymały. Jednak dla niego było to przede wszystkim niepokojące.

Przecież nie miałem prawa tego przeżyć! Jakim cudem wciąż trzymam się na nogach?! Mało tego, czuję się doskonale. Jak to w ogóle jest możliwe? Ktoś mi pomógł? A może, co gorsza nie?"

Głośno myślimy, co?

To nie był Senke. Jednak kto inny? Przecież nikogo innego tu nie ma. Nie wyczuwał żadnego innego Reiatsu, choć niewykluczone, że energia Raashí maskowała… tego kogoś. Głos dobiegł znad niego. Spojrzał w górę, by dowiedzieć się, kto to. Czy raczej, CO…

Widząc tą istotę można było zrozumieć krzyk Eliana, nawet w tej trudnej sytuacji. Był przerażony widokiem TEGO, choć nie miał okazji bliżej się jej przyjrzeć.

Senke natychmiast go usłyszał. Skierował Rai w ścianę, za którą był chłopak i wystrzelił. Potężny promień sprawił, że ściana całkowicie wyparowała. To, co było za nią również nie miało szans. Elian na szczęście zdążył uciec, Widmowym Krokiem przedostał się do innego budynku. Ten był w lepszym stanie niż poprzedni. Pozbawiony był zaledwie sufitu. Nie wiedział, co stało się z tą istotą, którą widział.

– Cóż, chyba nie miał tyle szczęścia, co ja…

Chciałbyś, nie?

Tuż obok chłopaka stał oparty o ścianę… coś. Był dokładnie tego samego wzrostu, co Elian. Był wyjątkowo smukły, miał wydłużone palce i ręce. Był całkowicie pozbawiony twarzy, z wyjątkiem ust, który szczerzyły się w wyjątkowo szerokim, upiornym uśmiechu. Nie nosił ubrania, nie miał nawet skóry, okolony był białymi płomieniami.

Zawsze jesteś taki hałaśliwy? - mówił jakby podwójnym głosem - Jeszcze chwila i ten koleś by cię przysmażył. A nie jest mi to na rękę…

– Coś ty za jeden?!

Że ja? A, nikt taki. Różnie mnie nazywają, zależy kogo się spotka. Demon, morderca, pożeracz dusz, jeszcze kilka innych fajnych nazwisk. Jednak bardziej fachowi kolesie dali mi zupełnie inne imię. Makuta, i mnie osobiście dużo bardziej odpowiada…

– Nie pytałem o imię. Czym ty jesteś?

Makuta wydawał się tym pytaniem zaskoczony.

Jak to? Własnego mrocznego brata bliźniaka nie poznajesz?

– Co…

Wiedział, że nie kłamie. Jego głos cały czas wydawał się znajomy, tak bardzo podobny do własnego. Również dlatego nie czuł jego Reiatsu, a raczej czuł, jednak było ono wręcz identyczne z jego energią. To oznaczało, że ten cały Makuta mógł być tylko jednym…

– Ty jesteś…

Pewnie! Myślałeś, że kto inny ratuje ci cały czas tyłek? Ciągle robię wszystko, żebyś był w jednym kawałku, choć twoja głupota dawno powinna cię już zabić. Odbudowałem serce, gdy Linagi cię ustrzelił. Dałem ci siłę, kiedy walczyłeś z tamtą Shinigami, inaczej zabiłaby cię ze trzy razy. A teraz ratuję ci skórę przed jeszcze jednym Raashí.

– Co ty niby…

– Chowamy się?

Nad Elianem pojawił się Senke, celujący Rai w chłopaka, gotowy do strzału. Chłopak nie miał już czasu na reakcję. On nie…

No bez jaj!

Znów to poczuł. Dziwną euforię, nagły przypływ energii, którą musiał szybko spożytkować, inaczej cała moc rozsadzi go od środka. Znał to uczucie, choć teraz był w pełni świadom tego, co się z nim dzieje. Tracił nad sobą kontrolę.

Niemal nie poczuł, gdy nagle uniósł lewą dłoń.

Byakurai.

Biała błyskawica wystrzeliła w stronę Senke. Zaklęcie było potężne, w zupełności wystarczyłoby, żeby wypalić ciało mężczyzny na wylot. Raashí zdążył jednak uniknąć pioruna, który poleciał ku niebu. Zaskoczyła go ta reakcja chłopaka.

Sam Elian również był zaskoczony, choć bardziej tym, co stało się potem. Gdy tylko… ten drugi rzucił zaklęcie natychmiast odzyskał panowanie nad ciałem. Był pewien, że kompletnie stracił kontrolę.

Żeby się dać tak łatwo podejść?! Żarty se robisz?!

– Jak żeś to…

Dzielimy jedno ciało, pacanie! Wyobraź sobie, że twoja śmierć nie leży mi w interesie.

Chłopak nie wiedział, czemu się bardziej dziwić. Temu, że jego alter ego, demoniczna strona jego duszy, odzwierciedlająca pierwotne instynkty mordercy nagle zyskała własną świadomość, czy też to, że ten cały Makuta właśnie go uratował.

A, i lepiej się odwróć.

Nie wiedział, o co mu chodziło, jednak zrobił to. To była najbardziej trafna decyzja w jego życiu. Senke uniknął błyskawicy z pomocą Sokanas. Pojawił się tuż za chłopakiem, wymierzając pchnięcie prosto w jego serce. Elian zdołał w ostatniej chwili uskoczyć w bok. Raashí natychmiast wymierzył szerokie cięcie. Chłopak uniósł obie dłonie, by ostrzami zatrzymać klingę Rai. Rozległ się brzęk metalu uderzającego o metal. Senke nie przestawał napierać. Ścierali się ze sobą przez chwilę. Nagle mężczyzna zebrał energię i pchnął, odrzucając Eliana z ogromną siłą. Przebił się on przez ścianę, wylatując w powietrze.

Starczy mi tych wygłupów!

Uderzając w ścianę nie odczuł bólu. Zamiast tego znów pojawiła się ta euforia. Tym razem Elian był pewien, że tracił kontrolę. Widział, że jego skóra powoli zaczęła tracić kolor. Stracił czucie w rękach i nogach, nie mógł już nimi poruszać. Mógł jedynie widzieć, słyszeć, i mówić.

– Co ty…

Znowu ratuję ci tyłek! Skopię tego Raashí i będę miał to z głowy!

– Nie… - coraz trudniej było mu mówić - Kto ci pozwolił…

A ja! Mówiłem że twoja śmierć jest mi nie na rękę! Skoro sam sobie nie potrafisz poradzić, muszę to odwalić za ciebie!

– Nawet… nie pró…

Bo co?! Sam se poradzisz?! Chłoptasiu, ledwie sobie radzisz sam ze sobą, i ty niby…

– NIE WAŻ MI SIĘ!

Elian zebrał wszystkie siły, byle nie stracić świadomości. Ten krzyk był ostatnim wysiłkiem woli, próbującym utrzymać kontrolę. Zadziałał doskonale. Niemal natychmiast odzyskał panowanie nad ciałem. Makuta o dziwo ustąpił, choć nie wiadomo na jak długo.

Chłopak nie zdążył już jednak obrócić się w powietrzu, by uniknąć twardego lądowania. Wyrżnął w ziemię z całą mocą. Przekoziołkował jeszcze kilka razy, nim na dobre się zatrzymał. Mocno skonfundowany i obolały, jednak zdołał wstać o własnych siłach.

Cudnie, nie ma to jak walka na dwa fronty. Sam Senke sprawia mi spore problemy, teraz muszę jeszcze trzymać tego drugiego w ryzach. Ile tak wytrzymam?"

Raashí pojawił się nagle przed nim. Elian natychmiast był gotowy do walki, jednak ten nie atakował.

– Trzeba ci oddać, długo ze mną wytrzymałeś. - odezwał się - Choć z drugiej strony to że jeszcze żyjesz zawdzięczasz faktowi, że jak do tej pory nie widzę powodów, by cię zabijać.

– Co ty chcesz powiedzieć?!

Nic dziwnego, że te słowa dla chłopaka były zadziwiające, z racji tego, że Senke nieprzerwanie robi zupełnie coś odmiennego.

– Widzisz, w przeciwieństwie do Linaga jestem dużo bardziej cierpliwy. Nadal uważam, że możesz stać się wartościowym członkiem naszego klanu…

– Mowy nie ma!

– Ech, strasznie uparty jesteś. Rozumiem, że twój pierwszy kontakt z Klanem nie był zbyt udany, jednak w tej chwili to nie pora na wypominki. Liczy się to, co jest tu i teraz. Masz przecież swój rozum, widzisz chyba, że więcej zyskasz, dołączając do nas.

Elian nie przerwał mu.

– Gotei cię ogranicza, chłopcze, i doskonale o tym wiesz. Pełnoprawnym Shinigami jesteś tylko w teorii, nie zaufają ci nigdy w pełni, właśnie z racji tego kim jesteś. Twoich, jak to ich nazywasz przyjaciół również to dotyczy. Prędzej czy później strach weźmie nad nimi górę. Strach przed tobą i tym, co w tobie siedzi. W końcu i oni się od ciebie odwrócą. Dla kogo zatem to robisz? Kogoś nie wymieniłem? A może chodzi o Shichi?

– Zamilcz…

Jej imię, wydobywające się z ust Senke zadziałało na chłopaka niczym płachta na byka. On z kolei spodziewał się takiej reakcji. Na nią właśnie liczył.

– Och? A niby to z jakiej racji? - spytał Raashí niby to obruszony

– Już ty dobrze wiesz! Nie masz prawa wymawiać jej imienia, nie po tym, co…

– Mówisz o tym incydencie przed Seireitei? O tym, co usłyszała ode mnie? Nie powiedziałem nic, prócz prawdy, ona dobrze o tym wie. Wydaje ci się, że skrzywdziłem ją tym? Ja? Wydaje ci się, że to ja narobiłem jej mętliku w głowie, jednak zapominasz, z czyjego powodu opuściła nasz klan.

Nagle wściekłość zniknęła z twarzy Eliana, zastąpiona przez szok i przerażenie. Wiedział, co ma na myśli…

– C… Co ty sugerujesz?

– Dobrze to wiesz. Shichi obawia się reakcji swoich braci i sióstr, którzy do tej pory myślą, że nie żyje. Jak zareagują na wieść, że żyje, lecz postanowiła ich zdradzić? Może ty wyjaśnisz im, co sprawiło, że opuściła swój dom? Wszak to właśnie dla ciebie to zrobiła.

– Milcz…

Chłopak nie mógł tego słuchać. Cały czas starał się o tym nie myśleć, jednak teraz musiał w końcu się z tym skonfrontować. To on namówił Shichi, by została w Karakurze, opuszczając klan Raashí. Traktował ją jak własną siostrzyczkę, a ona traktowała go jak swojego braciszka. Gdy tylko się dowiedział, kim naprawdę jest nie potrafił się z tym pogodzić, nie przyjmował do wiadomości, że staną nagle po przeciwnych stronach barykady, zmuszeni do walki ze sobą. Jedyne, co przyszło mu do głowy, to zrobić wszystko, by zatrzymać ją przy sobie. Nie myślał wtedy o konsekwencjach. Teraz to się na nim mściło.

– Znam Shichi znacznie dłużej od ciebie. - Senke nie przerywał - Mimo jej wariactw nigdy nie posunęłaby się do czego takiego. Była wierna swojemu starszemu bratu, temu, który wziął ją do siebie, dał jej siłę, by mogła radzić sobie z trudami życia. Pod jego skrzydłami stała się dojrzałą dziewczyną, gotową do walki z ponurą rzeczywistością, choć nadal tkwi w niej dziecko. Małe, zagubione i bezbronne. Co ty jej dałeś? Fałszywą nadzieję na powrót do tych dziecięcych czasów, pełnych beztroski i zabawy. Tego właśnie dla niej chcesz? By znów stała się bezbronna, niegotowa do stawienia czoła temu brutalnemu światu?

Chłopak coraz gorzej radził sobie z tą sytuacją. W tej chwili był już bliski załamania. Zderzając się z twardą ścianą prawdy nie potrafił się przez nią przebić, pogodzić się z rzeczywistością i iść dalej. Obwiniał się za to, co stało się z Shichi, był wściekły wyłącznie na samego siebie, że to przez niego dziewczyna znalazła się w takiej sytuacji. Wręcz znienawidził samego siebie.

Oczy jego zaczęły nabiegać krwią…

Ej no, chyba nie będziesz tak spokojnie tego słuchać?

Znał ten głos, ale już nie przejmował się tym, co on oznacza.

Senke ciągnął dalej.

– Wciąż jest jednak szansa na odkręcenie tego. Wystarczy że wrócimy teraz do klanu, ja i Shichi, pod moim protektoratem nic złego się jej nie stanie, a i nawet dla ciebie znajdzie się tam…

Urwał nagle, czując czyjeś Reiatsu. Należało do chłopaka, ale było inne, niż do tej pory. Pełne żądzy krwi, demoniczne, potężne. Zupełnie niepodobne do niego.

Elian stracił już nad sobą kontrolę.

– Senke… z łaski swojej…

Oczy były już całkowicie czerwone, skóra straciła kompletnie swój kolor.

– ZAMKNIJ SIĘ!


Shichi pędziła przez ruiny Seireitei na złamanie karku. Była w stanie się poruszać tylko dzięki energii, jaką dawała jej Nikita. Sama nie doszła jeszcze do siebie po swoim wyczynie w koszarach Drugiego Oddziału, a walka z Nuku Sanukiem wcale jej stanu nie poprawiła.

Nawet teraz się nie oszczędzała. Korzystała z Sokanas, by przemieszczać się z morderczą prędkością z jednego punktu w drugi. Nie przejmowała się swoim zdrowiem, dla niej ważniejsze było to, co dzieje się z Elianem. Gdy tylko wyczuła ponownie jego energię duchową jeszcze przyspieszyła.

Shichi, uspokój się, nie możesz się prze…

– Nie interesuje mnie to! Onii-chan ma kłopoty, muszę…

I co masz zamiar zrobić? Chcesz walczyć z Senke? W twoim stanie sama jego moc duchowa cię położy. W ten sposób na pewno mu nie pomożesz.

– Później coś wymyślę! Nie mogę przecież stać bezczynnie! Trwa bitwa!

Właśnie dlatego powinnaś odpuścić. Twoje ciało wciąż jest w opłakanym stanie po tamtym skoku. Nie masz na tyle sił, by brać udział w walce. Jeśli wdasz się w jakąś potyczkę, będziesz tylko zawadzać. Odpocznij, odzyskaj siły, dopiero wtedy…

Nagle dziewczyna zatrzymała się. Bynajmniej nie miała zamiaru usłuchać Niki, była na to zbyt uparta. Coś innego przykuło jej uwagę.

– Czujesz to?

To było Reiatsu Eliana. Dotychczas słabe, ledwo wyczuwalne teraz przybierało na sile. Choć można było to uznać za dobry znak, dla Shichi był to przede wszystkim powód do niepokoju. Ta energia była inna od tej, jaką zawsze czuła od chłopaka, przepełniona żądzą mordu, nienawiści dla wszystkiego, co żywe. To nie mógł być Elian. A przynajmniej nie do końca on…

– Coś się z nim dzie…

Nagle Reiatsu gwałtownie wzrosło. Potężna fala energii dotarła do dziewczyny. Jej stężenie było ogromne, sprawiło że Shichi, już i tak osłabiona padła na ziemię, tracąc przytomność.

Nie tylko ona odczuła tą falę. Jej skutki widoczne były w całym Seireitei. Wszystko w odległości kilkunastu metrów od epicentrum dosłownie zniknęło. Ogromne ilości Reiatsu sprawiły, że budynki zawaliły się, wręcz rozłożyły, stając się cząsteczkami duchowymi, z których były zbudowane. Te, które były położone dalej rozpadały się. Fala dopełniła dzieła zniszczenia, który zaczęły działa, wszystko w odległości nawet kilku kilometrów nie miało żadnych szans. Pozostawały zaledwie zgliszcza.

Biada też temu, kto stał zbyt blisko epicentrum. Potężny napór energii duchowej był śmiertelnie niebezpieczny nawet dla Shinigami wyższej rangi. Na całe szczęście walki toczyły się dużo dalej, choć i tak większość odczuła uderzenie fali. Reiatsu ścięło z nóg niemal wszystkich, również żołnierzy Raashí. Na nogach trzymali się wyłącznie oficerowie obu stron, choć niewiele brakowało, by i oni padli nieprzytomni. Nawet moc duchowa na poziomie porucznika nie mogła się równać z tak ogromną energią. Jedynie kapitanowie mogli wyjść z tego bez większego szwanku.

Generał Yamamoto obserwował przejście tej fali z centrali Pierwszego Oddziału. Epicentrum było na tyle daleko, by niemal nie czuł tej energii. Jednak widział, co się dzieje. Towarzyszył mu oczywiście porucznik Sasakibe, któremu również nic nie było.

– Wymknął się spod kontroli. - odparł - Powinniśmy szybko coś zrobić, generale, inaczej Seireitei do reszty…

– Nie możemy tego zrobić! - przerwał mu nagle generał

Taka reakcja była dla Sasakibe zaskakująca, wręcz szokująca. Dla niego był niewiarygodne, żeby generał bagatelizował takie zagrożenie, szczególnie, że ze swojego balkonu sam widzi skalę niebezpieczeństwa. Yamamoto jednak miał powody, by tak mówić. O przypadłości Eliana dowiedział się między innymi z raportów, ale przede wszystkim z relacji kapitan Drugiego Oddziału, która miała okazję osobiście poznać alter ego chłopaka. Życiowa mądrość i doświadczenie pozwoliły generałowi złożyć te strzępy informacji w logiczną całość. Choć nie do końca, jednak wiedział na czym polega problem Eliana.

– W tej chwili jest skupiony na walce z głównodowodzącym armii wroga. Jeśli teraz spróbujemy go powstrzymać, trudno przewidzieć jego reakcję. Musimy zaczekać na koniec ich pojedynku.

Senke musiał cofnąć się na znaczną odległość, by nie zginąć pod miażdżącym Reiatsu Eliana. Nieistotne było, jak silny jest, gdyby tam pozostał nawet jego własna moc duchowa nie uchroniłaby go przed śmiercią.

Znalazł dogodny punkt obserwacyjny, kilometr dalej, by bezpiecznie móc przyglądać się poczynaniom chłopaka. Raashí nie był przerażony tym widokiem, w żaden sposób. Nie był nawet zaskoczony. Wręcz przeciwnie, patrząc jak demoniczna strona duszy Eliana powoli przejmuję kontrolę nad jego ciałem był z tego bardzo zadowolony. Nawet czuł pewną satysfakcję…

– Niesamowity potencjał. - mówił do siebie - Doprawdy, fascynujący z niego przypadek.

Nagle wszystko ucichło. Potężny napór Reiatsu ustał, choć nie oznaczało to końca. To był zaledwie początek. Teraz Elian ukazywał się… Nie, to nie był Elian. Już nie.

Teraz Makuta ukazywał się w pełnej krasie. Oczy jego stały się już całkowicie czerwone, nawet tęczówki straciły swój złocisty kolor, przybierając barwę miedzi. Skóra stała się niczym szkło przezroczysta, pod którą widoczne były mięśnie, można było dostrzec każdy ich ruch. Widoczne były tętnice i żyły, którymi przetaczała się krew, widoczne było nawet serce, które tą krew pompowało. Jego makabryczny wygląd wieńczyło sześć wydłużonych wyrostków kolczystych kręgosłupa, wychodzących przez głębokie rozcięcie na plecach, sięgające aż do kości.

Rozglądał się teraz po otoczeniu. Jego głowa powoli obracała się w prawo. Nie widział Senke, który znajdował się z lewej strony. Mężczyzna spokojnie obserwował chłopaka, będąc ciekawym jego kolejnych poczynań.

– A zatem, Makuta, co zrobisz teraz, kiedy jesteś już wolny?

Odpowiedź przyszła natychmiast.

Raashí w ostatniej chwili wyczuł drgnięcie energii. Demon w ułamku sekundy pojawił się tuż obok, użył skoku Sokanas, by skrócić dystans, po czym zaatakował, wymierzając kopnięcie w klatkę piersiową mężczyzny. Senke zdążył jedynie unieść Rai, by zatrzymać uderzenie. Na niewiele mu się to zdało. Sama siła ciosu wystrzeliła go w powietrze. Nie oszołomiła go jednak, Raashí był jak najbardziej przytomny. Na ziemi wylądował na nogach, unikając twardego lądowania.

Mocne uderzenie. Nie brak mu siły, nie ma co."

Kolejne drgnięcie. Tym razem zareagował dużo wcześniej. Wiedział, gdzie się pojawi. Odwrócił się. Makuta już tam był. Nie zamierzał atakować tym razem.

– Sorki za spóźnienie. - odparł - Ten chłoptaś jest strasznie uparty.

Z jego twarzy nie znikał ten demoniczny uśmiech. Senke domyślał się, że nie przyszedł tu na pogaduszki.

– Czego chcesz, Makuta? - zapytał - Teraz, gdy posiadłeś ciało swojego gospodarza. Jaki masz cel?

– A co ja mogę chcieć? Ja, zwykły mroczny brat bliźniak, jak ja może interesować się tylko jedną rzeczą. Zwycięstwem. Zwycięstwo jest dowodem siły. Siła daje mi moc sprzeciwiania się, pozwala być wolnym, niezależnym. Więc jeśli czegoś mam chcieć, to właśnie niezależności. Co do ciebie…

Spojrzał prosto na Raashí.

– Walka z tobą będzie niezbitym dowodem na moją siłę.

Zniknął.

Senke domyślił się, że znów zamierza zajść go od tyłu. Nie mylił się, wyczuł drgnięcie energii tuż za nim. Natychmiast się odwrócił, by zatrzymać atak. Jednak czekała go niespodzianka. Makuta tam nie było. Kolejne drgnięcie. Odwrócił się ponownie, w ostatniej chwili unosząc Rai, by zatrzymać atak.

Çynegí próbował go zmylić. Za pierwszym razem, gdy zaszedł Raashí od tyłu nie zaatakował. Liczył, że ten zareaguje na jego ruch. Nie mylił się. Za drugim razem już uderzył, kierując pchnięcie dłonią prosto w jego serce. Wężooki zdołał jednak zablokować cios. Demon nie poprzestał na tym. Drugą ręką ciął od dołu. Mężczyzna cofnął się. Chłopak natychmiast potem zniknął. Pojawił się po chwili nad Raashí, gotowy do kolejnego uderzenia. Posłał w stronę Senke potężny impuls energii, zdolny zrównać z ziemią całą okolicę. Oboje zniknęli w chmurze pyłu. Mężczyzna zdołał jednak uniknąć zmiażdżenia. Wyskoczył do tyłu, czekając na kolejny atak. Pewien był, że Makuta jeszcze nie skończył. Nie pomylił się.

Nie zauważył nawet, kiedy chłopak pojawił się obok niego. Nie zauważył też, kiedy wymierzył silne kopnięcie w brzuch. Raashí wystrzelił wysoko w górę.

Szybki jest…"

Nagle Çynegí pojawił się tuż przed nim.

– To wszystko, co umiesz?! Nie ograniczaj się tylko dlatego, że jestem w skórze tego mięczaka!

Makuta wymierzył kolejne uderzenie. Szerokie cięcie z lewej ręki. Senke zareagował zupełnie inaczej, niż można było się spodziewać. Uśmiechnął się.

– Nawet nie miałem zamiaru…

Gdy atak dosięgnął już celu nagle zniknął z oczu demona. W ułamku sekundy pojawił się za nim, z Rai gotowym do strzału. Uderzył całą mocą. Pojedynczym, szkarłatnym promieniem. Takim samym, jaki rozbił barierę, okalającą Seireitei. Makuta nie uniknął tego strzału. Przyjął cały impet uderzenia. Promień wystrzelił go z powrotem na ziemię. Zderzył się z kamienną podłogą, tworząc ogromny krater. Nie podnosił się już.

Senke również wrócił na stały grunt, lądując przed kraterem.

Mam nadzieję, że się udało. Gdy ten chłopak straci już przytomność, będzie nasz. W tym stanie bez trudu zabierzemy go do Mangāí, resztą zajmie się już sam Rexai."

Nagle wyczuł czyjeś Reiatsu. Ktoś się zbliżał.

To była Yoruichi. Dotarła w końcu na miejsce walki chłopaka z Raashí. Wiedziała że ich pojedynek nie dobiegł jeszcze końca, wciąż wyczuwała ich Reiatsu. Dlatego postanowiła zachować bezpieczny dystans. Znalazła dogodny punkt obserwacyjny, na dachu jednego ze stojących jeszcze budynków. Nie spodziewała się jednak tego, że Senke właśnie miał zamiar kończyć walkę.

Niemożliwe! W tak krótkim czasie zdołał go…"

– Wszystko wskazuje na to, że wasza jedyna nadzieja na ocalenie zawiodła.

Była pewna, że Raashí kierował te słowa właśnie do niej. Wężooki doskonale zdawał sobie sprawę z jej obecności. Upewniło ją w tym fakt, iż odwrócił się w jej stronę. Patrzył teraz wprost na nią.

– Zdaje się, że stracił już przytomność. Mam zamiar zabrać go do Mangāi, jeśli spróbujesz mi przeszkodzić…

– Te…

I on, i Yoruichi skierowali wzrok na krater. Makuta wcale nie został pokonany.

– Nieźle mnie urządziłeś, chłopie…

Kobieta natychmiast zauważyła zmianę. Nagle przestała wyczuwać jego Reiatsu. Z początku nie wiedziała, czemu. Zorientowała się, gdy przyjrzała się mu dokładniej.

Mimo tak ogromnej siły uderzenia Makuta był zupełnie nienaruszony. Promień, który zdolny był zniszczyć mury Seireitei na tym Çynegí nie zrobiło najmniejszego wrażenia. Szczególnie Senke wydawał się tym mocno zaskoczony. On z kolei wciąż wyczuwał jego energię.

Jego moc gwałtownie rośnie…"

– Coś tam jednak potrafisz! - demon znów się odezwał - Nawet poczułem tamto!

Chłopak nadal przechodził przemianę, choć nie tak widoczną, jak na początku. Oczy jego z rdzawej stały się krwistoczerwone, całkowicie zlewając się z kolorem reszty oka. Źrenica znacznie się rozszerzyła, niemal kompletnie przesłaniając tęczówkę. Teraz nie tylko skóra, ale też i włosy straciły swój kolor, błyszcząc srebrem. I o ile było to w ogóle możliwe, jego uśmiech stał się jeszcze szerszy, jeszcze bardziej upiorny.

– Dzisiaj to sobie zaszaleję!

Senke musiał szybko uskoczyć przed potężną falą energii, która rozpołowiłaby go, gdyby nie unik. Niemal nie zauważył, kiedy Makuta rozpoczął natarcie. A dopiero się rozkręcał…

Çynegí bezbłędnie przewidział, gdzie skieruje się Raashí, tam właśnie ruszył. Nim mężczyzna dobrze stanął na nogi już był przy nim, szykując już kolejny atak. Wykonał cięcie z góry, które Senke zatrzymał klingą Rai. Druga dłoń już wymierzała pchnięcie. Mężczyzna szybko się cofnął. Makuta znów pchnął. Cios został zablokowany ostrzem. Kolejne pchnięcie. Znów zatrzymane. I znów.

Jedyną rzeczą, która dotąd ratowała Senke było to, że chłopak atakował bardzo przewidywalnie. Demon polegał wyłącznie na swojej sile i szybkości, walczył bez jakiegokolwiek pomyślunku. Tylko dzięki temu mężczyzna jak do tej pory nie został trafiony bezpośrednio. Pozostawał jednak pewien problem…

Nagle chłopak zmienił rytm walki. Kolejnego pchnięcia nie wykonał jak wcześniej wprost, uderzył tym razem bardziej z dołu. Senke zatrzymał i ten atak. Dłoń jednak ześlizgnęła się z klingi. Makuta obrócił się, po czym wykonał szerokie cięcie prawą ręką. Raashí zablokował mieczem i ten cios, jednak siła uderzenia była na tak duża, że klinga Rai odbiła w bok. Mężczyzna był chwilowo odsłonięty. Çynegí miał zamiar to wykorzystać. Kolejny cios już sunął w kierunku wężookiego. Nie było to jednak pchnięcie z otwartej dłoni, jak zazwyczaj. To był zwykły cios pięścią. Nie do końca…

– Niespodzianka!

Jego rękę otoczyły białe błyskawice. Senke doskonale wiedział, czym one są. Wiedział też, że bezpośrednie trafienie nimi zakończy tą walkę. Uskoczył w bok. Makuta trafił w powietrze, jednak z jego dłoni wystrzelił potężny piorun, niszczący wszystko, co stanęło na jego drodze. Raashí był zaskoczony tym atakiem. Nie tylko on…

Yoruichi nadal ich obserwowała. Nadal nie mogła uwierzyć w to, co widziała. Widok Eliana w tej demonicznej postaci… A była jeszcze bardziej zszokowana, gdy zobaczyła ostatni atak chłopaka.

– Shunkō?

Nie uczyła go tej techniki, była tego absolutnie pewna. Widział ją raz, może dwa, jednak to było zbyt mało, by mógł z niej w pełni korzystać. Najwyraźniej dla Makuty to było wystarczające.

Senke również nie mógł wyjść z podziwu. Wycofał się na znaczną odległość, z pomocą Sokanas. Przyglądał się teraz Yoruichi.

Sądząc po jej zachowaniu nie uczyła go tego. Niesamowite! Był w stanie powtórzyć tą technikę tylko przyglądając się. Nie widziałem jeszcze Makuta, który potrafiłby coś takiego. Co jeszcze potrafi?"

– Gdzieś się wybierasz?

Makuta szybko zlokalizował mężczyznę, po czym wystrzelił niczym rakieta w jego kierunku. Jedyne, co Raashí mógł zrobić, to unik. Wyskoczył w górę.

Nie ma rady, trzeba szybko to zakończyć!"

Skierował Rai w jego stronę, gotowy do strzału. Jednak Çynegí nagle zniknął mu z oczu.

– I gdzie ty celujesz?

Demon pojawił się tuż za nim. W tej chwili białe błyskawice otaczały go całego. Korzystał z pełnej mocy Shunkō. Pięść pędziła już w stronę Senke. Mężczyzna zdążył odwrócić się, by zablokować uderzenie. Cios był jednak na tyle potężny, by wystrzelić go z powrotem w dół. Raashí szybko się obrócił w powietrzu, by uniknąć twardego lądowania. Makuta z kolei opadał swobodnie na ziemię, kilkadziesiąt metrów od mężczyzny.

Idealna pozycja do strzału.

Senke natychmiast uniósł Kaago. Posłał w stronę chłopaka kolejny promień, jeszcze nim ten zdążył wylądować. Znacznie potężniejszy od wszystkich innych. Chciał mieć pewność, że tym razem go wykończy. Makuta jednak zdążył dostrzec atak. Gdy tylko wylądował stanął na wprost mężczyzny. Ułożył obydwie ręce przed sobą, wyprostowane, jakby chciał przyjąć całą siłę uderzenia właśnie na nie. Tak właśnie zrobił. Promień trafił dokładnie pomiędzy dłonie, zatrzymując się na nich.

Więcej mocy!"

Raashí zwiększał moc promienia, mając nadzieję, że Çynegí w końcu ulegnie. Jednak Makuta nadal bez problemu zatrzymywał promień. Nie tylko, Senke zauważył coś niepokojącego. Może i chłopak zatrzymał strzał, jednak cała ta energia musiała gdzieś uchodzić, odbijać się od jego dłoni. Tego nie robiła. Coś innego więc musiało się z nią dziać. Po chwili dostrzegł co.

Znam tą technikę…"

Senke wiedział, o Koryūheki, Barierze Smoka Pustki, jednak tak jak w przypadku Shunkō nie spodziewał się, że chłopak zna tą sztukę. Raashí zwolnił promień. Gdy to zrobił spostrzegł coś innego.

Zadaniem bariery jest pochłonięcie i rozproszenie wszelkiej energii, jaka na nią natrafi. Jednak energię zgromadzoną w ten sposób można wykorzystać inaczej. Tak jak Makuta. Użył Kardas, by wchłonąć całą moc promienia i zgromadzić ją w swoim własnym ciele. Jego przezroczysta skóra zaczęła mienić się szkarłatem, podobnie jego białe dotychczas włosy. Tak ogromną ilość energii bardzo trudno jest utrzymać. Prędzej czy później musiała znaleźć ujście.

Çynegí otworzył szeroko usta. Przerażająco szeroko. Były na tyle szerokie, że Makuta bez trudu mógł rozewrzeć szczęki aż do stu osiemdziesięciu stopni. Skóra i włosy powoli zaczęły odzyskiwać dawną barwę. Minęła chwila…

Nagle wystrzelił promień. Demon zebrał całą energię, jaką wchłonął do gardła. Stamtąd wypuścił jeszcze bardziej wzmocniony, krwistoczerwony pocisk, lecący wprost na Senke. Był gotowy na podobne zagranie z jego strony, wykonał szybki skok, by zejść z zasięgu. To było jedyne rozsądne wyjście. Wszystko, z czym promień miał bezpośredni kontakt natychmiast przestało istnieć. Ogrom energii topił nawet kamienny chodnik, żaden budynek, jaki miał to nieszczęście natrafić na ten pocisk nie miał prawa dłużej już stać, a tym bardziej nic żywego nie mogło przetrwać czegoś takiego.

Yoruichi nadal obserwowała to przerażające widowisko, z dachu jednego z budynków. Jedynie szok, jaki odczuwała sprawił, że nie od razu zauważyła, że niszczycielski pocisk, który Senke zdążył już uniknąć, a który kierował się teraz właśnie na nią. Gdy już się zorientowała, było już za późno, by przed nim uskoczyć. Budynek na którym stała wyparował w jednej chwili. Nie pozostały po nim już nawet ruiny, jedynie pusta przestrzeń.

Samej kobiecie jednak nic się nie stało. W sekundę przed uderzeniem poczuła, jak ktoś łapie ją za rękę i ciągnie za sobą. Nagle znalazła się zupełnie gdzie indziej, w ruinach innego budynku, kilka kilometrów dalej. Z początku była zdezorientowana tą nagłą zmianą otoczenia.

– Wszystko dobrze, Yoruichi-sama?

Natychmiast rozpoznała ten głos.

– Shichi?

Dziewczyna szybko odzyskała przytomność po przejściu miażdżącej fali energii. Nadal była w kiepskim stanie, zarówno po wydarzeniach w koszarach Drugiego Oddziału, jak i walce przed bramą Centrali Medycznej, a ten morderczy napór Reiatsu wcale jej zdrowia nie poprawił. Mimo tego pierwsze, co zrobiła gdy tylko się obudziła, to znów skierowała się w stronę epicentrum fali, gdzie walczył Senke. I przede wszystkim Elian. Po drodze zauważyła Yoruichi oraz lecący ku niej potężny, szkarłatny promień. Widząc brak jej reakcji skoczyła w jej stronę, chcąc jak najszybciej ją odciągnąć. Na szczęście zdążyła, choć było to dla niej ogromnie ryzykowne. Nie tylko dlatego, że znalazła się w zasięgu niszczycielskiej mocy.

Shichi leżała w tej chwili na ziemi, oparta plecami o ścianę, niemal pozbawiona życia. By móc uratować Yoruichi musiała wykonać kolejny wyjątkowo szybki skok Sokanas, co w jej stanie było śmiertelnie niebezpieczne. Teraz niewiele dzieliło już ją od śmierci. Ogromne ilości Reiatsu, jakie przez nią przepływało zrobiły ogromne spustoszenie w jej ciele. Najbardziej ucierpiały mięśnie, na których skupiała się technika, wszystkie były niemal całkowicie rozerwane, uniemożliwiając dziewczynie jakikolwiek ruch. Z wielkim trudem przychodziło jej również oddychanie, uszkodzona przepona sprawiała, że nawet najmniejsze tchnienie sprawiało jej ogromny ból, dlatego też oddychała bardzo płytko. Jej serce także było już na granicy wytrzymałości, puls z minuty na minutę był coraz słabszy. W każdej chwili mogło się zatrzymać.

– Co tu robisz? - Yoruichi była mocno zszokowana, widząc ją w tym stanie - Nie powinnaś…

– Nic mi… nie będzie…

Shichi, pomimo tak poważnych obrażeń próbowała się podnieść. Aż trudno było uwierzyć, jak wiele siły miała ta dziewczyna, skoro w ogóle była w stanie się poruszać. Jednak nieważne jak wiele siły miała, jej organizm był zbyt wycieńczony. Gdy próbowała stanąć na nodze natychmiast straciła równowagę. Nie była w stanie się utrzymać. Najpewniej upadłaby, a głową uderzyłaby o ścianę, gdyby nie reakcja Yoruichi.

Oblężenie, walka z Natu, przerażający widok, jakim był Makuta w pełnej krasie, teraz widok Shichi w stanie wręcz agonalnym. To zdecydowanie było zbyt wiele wrażeń, jak na jeden dzień. Kobieta jednak cały czas zachowywała zimną krew. Gdy tylko zobaczyła, jak dziewczyna upada natychmiast pojawiła się przy niej, by ją złapać. Następnie powoli położyła ją z powrotem.

– Nie ruszaj się. W tym stanie nie powinnaś się forsować.

– Nie ma się mną co przejmować. - odparła srebrnowłosa - Elian jest teraz w dużo gorszym stanie.

– Elian?

Przez to całe zamieszanie Yoruichi na chwilę zapomniała o chłopaku. Ale tylko na chwilę, wszak w tej chwili to on był największym zagrożeniem dla Seireitei.

– Makuta czerpią siłę z gniewu i nienawiści. - zaczęła tłumaczyć Shichi - Gniew skupia się zawsze na konkretnej osobie. Kiedy stanie się zbyt silny wtedy on przejmuje kontrolę nad swoim gospodarzem. I ma tylko jeden cel: zabić. Tą jedną konkretną osobę, na której skupia się jego gniew. I wszystkich, którzy wejdą mu w drogę.

– Czyli możemy tylko obserwować?

Sytuacja wyglądała nieciekawie. W tej chwili cała bitwa zależała od tego jednego pojedynku. Jeśli Senke zdoła jakoś pokonać chłopaka zabierze go ze sobą. Z drugiej strony moc Makuty rośnie sukcesywnie z każdą chwilą. Jeśli ten stan utrzyma się jeszcze dłużej, jego potęga zniszczy całe Seireitei. Trudno powiedzieć, co w tej chwili jest gorsze.

– Zdaje się, że sporo wiesz na ten temat.

– Miałam do czynienia z Çynegí, Klan wykorzystuje ich…

Shichi przerwał potworny ból, promieniujący przez całe ciało. Organizm dawał dziewczynie do zrozumienia, że jest już całkowicie wyczerpane i wyniszczone. Bolały ją nawet czubki włosów, a ból był tak silny, że niemal nie straciła przytomności. Omal nie zsunęła się ze ściany na ziemię, jednak Yoruichi w porę ją przytrzymała.

– Później mi opowiesz. Teraz musisz odpoczywać.

Ułożyła dziewczynę z powrotem.

Jest o włos od śmierci. Nawet jeśli jest Raashí może długo nie wytrzymać. Wzięłabym ją do Czwartego Oddziału, ale drogę zagradza tamta dwójka. Poza tym w jej stanie transport byłby zbyt ryzykowny."

– Ech… Możemy jedynie czekać.


Moja wina."

Pustka. Nieprzenikniona ciemność, w którą coraz bardziej zagłębiał się Elian. Nie widział niczego, nie słyszał niczego, nie czuł niczego. Całkowicie pozbawiony zmysłów zagłębiał się coraz bardziej w tą próżnię. Jak długo w niej był? Sekunda, minuta, dzień, miesiąc, rok? Jeszcze dłużej? Stracił nawet poczucie czasu. Jedyne, co upewniało go, że wciąż istnieje było poczucie winy.

Nadal myślał o Shichi. Wciąż obwiniał się o wszystko, co złego ją spotkało do tej pory.

Przecież gdyby nie ja, nigdy by do tego nie doszło. Przeze mnie siódemeczka jest teraz w tak kiepskiej sytuacji. Owszem, nie byłem w stanie myśleć o niej jak o wrogu, ale co mi strzeliło do głowy, żeby ją odciągać od jej… Jakby nie spojrzeć, ten Klan jest jej rodziną. Z mojego powodu opuściła swoją rodzinę, dopuściła się zdrady wobec niej, to przeze mnie ma teraz kłopoty. Senke ma rację, co takiego mogę jej niby dać? Tylko ułudę szczęścia, która w końcu zniknie, już zniknęła, przecież od początku było to kłamstwem, które prędzej czy później musiało…

Co to ma znaczyć?!

Potężny, niczym dzwon głos, który natychmiast przebudził go z transu. Chłopak odzyskał swoje zmysły. Najpierw odczuł siłę grawitacji, przyciskającą go do ziemi. Czuł, że leży na plecach. Otworzył oczy. Podniósł się szybko, by móc rozejrzeć się po okolicy. Był w jaskini. W dobrze sobie znanej jaskini.

– Biały?

Strasznie szybko się poddałeś, jak na kogoś tak upartego.

Odwrócił się. Tersaali był tuż za nim. Smok położył się na ogromnym głazie, wpatrywał się w Eliana swymi wielkimi, jaszczurzymi oczyma. Chłopak był zaskoczony jego widokiem.

– Ja tutaj? Co tu robię?

Ściągnąłem cię tu, żeby ratować resztki twojej świadomości. Twoje głupie poczucie winy wpędziło nas w niezłe tarapaty.

– Tarapaty? Co masz na myśli?

To co słyszysz. W tej chwili twój Makuta rozrabia w Seireitei. Chyba już dawno się zorientowałeś, że twoje alter ego zaczyna rosnąć siłę. Ukształtowało własną świadomość. Powinieneś zdusić go szybko w zarodku, nim sprawy wymknęły się spod kontroli. Jednak ty wolałeś wpędzać się coraz to bardziej w poczucie winy, co tylko go wzmacniało. Przejął władzę nad twoim ciałem i próbował zniszczyć twojego ducha, by móc kompletnie nad nim zapanować. Jako Elian przestałbyś istnieć. Pozostałby tylko Makuta.

Chłopak pamiętał widmo, z którym rozmawiał. Widmo będące ucieleśnieniem demona. Jeśli potrafił już przybrać cielesną formę znaczyło to, że zyskał naprawdę sporo siły. I wykorzystał to…

Dlatego jesteś tutaj. Zapieczętowałem cię we własnym umyśle tak, by nie miał do ciebie dojścia. To było najlepsze wyjście z tej sytuacji. Nawet jeśli w tej chwili nikt i nic nie stoi mu na przeszkodzie i demoluje całe Seireitei.

– Że co?! Jak to demoluje Seireitei?!

W tej chwili Makuta w pełni kontroluje twoje ciało. Twoją świadomość przeniosłem do swojego umysłu. Jesteś teraz razem ze mną zapieczętowany w twoim mieczu.

Elian już miał coś powiedzieć, Tersaali go jednak ubiegł.

Dlaczego? Gdybyś tam został, natychmiast by cię pochłonął. W ten sposób masz jeszcze szansę, by przetrwać i odzyskać ciało. O ile weźmiesz się w garść.

– W garść…

Nagle w chłopaka uderzył silny podmuch powietrza. Smok postanowił na niego dmuchnąć. Potężny strumień z nozdrzy mało Eliana nie przewrócił.

– Ej, co to ma…

Tersaali wstał. A kiedy z ziemi podnosi się ogromny, wielkości dwupiętrowego budynku jaszczur, nie wróży to niczego dobrego. Chłopak wyglądał przy nim jak mrówka. I tak też się czuł. Miał złe przeczucia co do zamiarów smoka.

ZECHCESZ MI WYJAŚNIĆ, CO DO CIĘŻKIEJ CHOLERY SIĘ Z TOBĄ DZIEJE?!

Ogłuszający ryk przetoczył się przez całą jaskinię, zwielokrotniony przez odbijające się od ścian echo. Elian w tym momencie skurczył się jeszcze bardziej, przechodząc na poziom mikroba.

Ostrzegałem cię! Wiedziałeś co będzie, jeżeli stracisz kontrolę! Przez swoją bezmyślność naraziłeś całe Seireitei! Wierzyć się nie chce, że ktoś tak twardogłowy dał się tak łatwo zmanipulować!

– Zmanipulować? O czym ty…

Smok nachylił się nad chłopakiem, kierując swój pysk prosto na niego. Jego ogromny łeb był niebezpiecznie blisko. Elian instynktownie się cofnął.

A nie przyszło ci do głowy, że ten cały Senke od początku cię prowokował?

Jasne, że nie przyszło mu to do głowy. W ogóle o tym nie myślał. Po prostu dał się ponieść emocjom…

Mówiłem, że w walce z Raashí nigdy nie należy tracić czujności. Zbyt łatwo dałeś mu się odczytać, dostrzegł twoją słabość. Uczucia jakie żywisz do tej srebrnowłosej dziewczyny, twoje wątpliwości względem niej, czy na pewno postąpiłeś dobrze. Senke wykorzystał to, byś stracił kontrolę nad sobą. Twój umysł zamknął się w sobie, skrywając się za barierą poczucia winy. Twoje ciało zaś przejął Makuta.

Elian słuchał. Wiedział że Tersaali miał absolutną rację.

– Nie powinienem jej zatrzymywać. To przeze mnie Shichi jest teraz w takim stanie. Gdyby nie ja, byłaby bezpieczna, nic by jej nie groziło. Senke miał rację, nie powinienem jej tu ściągać, to nie zdarzyłoby się…

Czy miał rację, czy nie, nikt nie ma prawa cię oceniać. Podjąłeś decyzję, którą uważasz za słuszną, dla ciebie tylko to powinno się liczyć.

Chłopak nie był zbytnio przekonany jego słowami. Nadal był rozdarty, wciąż uważał, że Shichi cierpi właśnie przez niego, przez to że zdecydowała się pozostać z nim. Gdyby nie to, Klan nie uznałby ją za zdrajczynię. Przez niego dziewczyna odwróciła się od swojej rodziny, a ona odwróciła się od niej. Nieważne jaką, ale Raashí są jej rodziną. Nie miał prawa w to ingerować.

Słuchaj teraz uważnie, chłopcze. Makuta w tej chwili szaleje po Seireitei, walcząc z Senke. Cały jego gniew skupił się właśnie na nim. Im dłużej trwa ich walka, tym jego nienawiść jest większa i tym bardziej rośnie w siłę. Ten Raashí jest wyjątkowo potężnym przeciwnikiem, jednak nawet on nie jest w stanie go powstrzymać na długo. Jeśli pozwolisz, by ta walka trwała dłużej, cały Dwór czeka zagłada.

Na pewno nie pocieszył tym Eliana. Słysząc to chłopak był w jeszcze większym szoku, niż wcześniej.

W tej chwili musisz się skupić. Jesteś jedynym, który może go zatrzymać, jednak jeśli masz to zrobić musisz wziąć się w garść. Musisz uwolnić się od wszelkich negatywnych emocji, które go karmią. W szczególności od twojego bezpodstawnego poczucia winy.

– Co? Bezpodstawnego? Skąd niby przyszło ci to do głowy?

Jestem pewien, że ta dziewczyna wiedziała, co robi, gdy zdecydowała się pozostać z tobą.

– A skąd to możesz wiedzieć?!

Szok przerodził się we wściekłość. Chłopak tak bardzo wpędził się w poczucie winy, że nie przyjmował do wiadomości, że w rzeczywistości mógł nie być niczemu winien.

– Tak dobrze znasz się na ludziach?! Co?! Czytasz w ich myślach?! Na jakiej podstawie mówisz, że Shichi wiedziała w co się pakuje?! Nie jest tak głupia, gdyby tak było nie zrobiłaby tego! To przeze mnie, to ja przywiązałem ją do siebie, stworzyłem iluzję szczęścia, o którym zawsze marzyła, tylko dlatego porwała się na coś tak idiotycznego…

Może sam ją o to spytasz?

Tersaali zachowywał stoicki spokój. Nie zamierzał się z nim wykłócać, to do niczego by nie prowadziło, Elian był zbyt uparty. Musiał podejść go w inny sposób.

Chłopak z kolei był skonfundowany tą postawą. Spodziewał się raczej kolejnego ryku i tyrady w stylu: „jak on śmie się odzywać do niego w taki sposób?"

– Spytać? Niby jak…

Zwyczajnie. Nie przekonam cię do swoich racji, więc to jest najlepszy sposób na rozstrzygnięcie tego sporu. Zapytaj ją o to, wtedy wszystko się wyjaśni. Oczywiście, jeśli zdążysz, nim zostanie obrócona w proch razem z resztą Seireitei.

– Co niby masz na myśli?!

W tej chwili jest zagrożona. Makuta w swoim szale najpierw uderza, potem zadaje pytania. Nie przejmuje się tym, jak wiele osób zabije i kim oni są. Nic nie jest w stanie go powstrzymać, z wyjątkiem ciebie.

Smok wiedział, że poczucie winy Eliana brało się z jego uczuć do Shichi. Chłopak chciał ją chronić za wszelką cenę. Tersaali próbował wykorzystać to, by przekuć jego poczucie winy w determinację.

Poskutkowało.

– Co zatem mam zrobić?

Smok ponownie położył się na skale.

Musisz wrócić. Przenieść się z powrotem do swojego ciała i walczyć z Makuta. W tej chwili ta bitwa od zależy od tej walki. Jeśli wygrasz, wszystko się ułoży. Jeśli nie, Seireitei czeka zagłada.

– A Senke? Nawet jeśli uda mi się pokonać… tego drugiego, pozostaje jeszcze on.

Jeśli ci się uda, nie będziesz musiał się nim przejmować. Zapewniam cię.

Chłopak nie wiedział, co smok na ma myśli. Jednak zaufał jego słowom.

– Skoro tak twierdzisz…

Elian odwrócił się. Był już gotowy. Miał zamiar natychmiast wyruszyć.

Może kopniaka na szczęście?

Aż wzdrygnął się na myśl o kopniaku, którego autorem miał być trzydziestometrowy jaszczur. Spojrzał na niego przerażony.

– Chy… chyba podziękuję…

Miał nadzieję, że jednak się na to nie porwie, choć można się było po nim spodziewać wszystkiego. Tego jednak się nie spodziewał. Tersaali na całe szczęście nie miał zamiaru sprzedać mu kopa. Leżał tak samo jak wcześniej. Elian dostrzegł pewien szczegół. Kąciki ust smoka uniosły się.

– Chwila… Ty się uśmiechasz? To był żart? Zaraz… Ty masz poczucie humoru?!

W głowie mu się to nie mieściło. Wielki, dumny smok, który miał chłopaka za niewydarzoną istotę niższego sortu… Nie wpadłby na to, że ktoś taki może żartować.

Ciebie to dziwi? My żartowaliśmy między sobą od zawsze. Wymyśliliśmy dowcipy jeszcze zanim wasza rasa pojawiła się na tym świecie.

Taki tekst był zdecydowanie w jego stylu. Elian również się uśmiechnął.

– Masz rację, poprawiłeś mi humor.

To dobrze, przyda ci się to. Nie trać czasu, ruszaj.

– Nie zamierzam. W końcu wiele roboty przede mną.


Senke wyskoczył w górę, by uniknąć pocisku. Jego sytuacja nie była najlepsza. Nie panował już nad sytuacją. Miał nadzieję, że zdoła szybko spacyfikować chłopaka, jednak zdecydowanie się przeliczył. Nie był w stanie go zatrzymać. Nagle Makuta wystrzelił w górę, lecąc w stronę mężczyzny. Ani na chwilę nie stracił go z oczu. Szykował kolejny atak. Senke miał niewiele czasu na reakcję.

Cholera jasna! Za szybki."

– Znajdź!

W stronę Çynegí wystrzeliły cztery szkarłatne pociski. Ścigające. Gdy tylko skierowały się w jego stronę ułożyły się w rząd i w takiej formacji pędziły w stronę Makuta. Ten zareagował natychmiast. Lewą dłonią ciął w powietrzu, posyłając w ich stronę potężną falę energii, która miała je unicestwić. Tak się nie stało…

– Musisz bardziej się postarać, chłopcze!

Każdy z pocisków rozdzielił się na dwoje, bez problemów unikając ataku. Nagle gwałtownie przyspieszyły. Były już zbyt blisko, by demon zdążył zareagować. Pociski dosięgły celu. Cztery z nich przestrzeliły ręce i nogi, dwa trafiły w płuca. Ostatnie dwa celowały w serce.

Nawet Makuta nie są w stanie walczyć z takimi ranami. Nim się zregeneruję będę w stanie coś wykombinować…"

– Śpimy?!

Çynegí nie zatrzymał się. Nawet takie rany nie robiły na nim większego wrażenia. Nie czuł bólu, bez żadnych problemów mógł poruszać kończynami, pomimo tego, że zostały przestrzelone na wylot. Bez przeszkód mógł dalej walczyć.

– Taką ograną sztuczką chciałeś mnie zatrzymać?!

Gdy już zbliżył sie do Senke zaatakował prawą dłonią. Mężczyzna uniósł Rai, by zatrzymać cios. Nie spodziewał się jednak tego, co zrobił Makuta. Chwycił w dłoń ostrze Kaago.

– Musisz się bardziej postarać, kolego!

Mocno szarpnął, ciągnąc mężczyznę w dół. Ten nie zdążył odpowiednio zareagować. A demon szykował kolejny atak. Ponownie otworzył usta w ten przerażający sposób. Po raz drugi wystrzelił szkarłatny pocisk. Çynegí zachował część energii, którą wchłonął ze strzału Rai. Trzymał ją właśnie na taką okazję. I tym razem nie spudłował. Promień trafił w Raashí, posyłając go w dół, uderzając nim o ziemię z ogromną mocą.

Z tego ataku mężczyzna nie wyszedł już bez szwanku, choć na jego szczęście ten strzał nie był tak potężny, jak poprzedni, gdy Makuta zużył większość Reiatsu, jakie wtedy zabsorbował. Mimo wszystko Senke był mocno poraniony, całe jego ciało było poparzone, a uderzenie w ziemię połamało mu klatkę piersiową, omal nie łamiąc kręgosłupa. Choć brzmi to bardzo poważnie, nie są to obrażenia dla Raashí śmiertelne, dla mężczyzny jednak były wyrazem siły, z którą przychodzi mu się mierzyć.

Jest źle! Wiedziałem, że chłopak jest wyjątkowy, jednak nie spodziewałem się, że jego Makuta może być aż tak potężny. A to nie wszystko, co potrafi, tego jestem pewien. Jeśli ta walka potrwa dłużej, mogę tego nie przetrwać. Muszę szybko coś wymyślić."

Nie miał na to zbyt wiele czasu. Nagle wyczuł drgnięcie Reiatsu. Wiedział, co on oznacza. Ułamek sekundy później demon pojawił się tuż obok niego, gotowy by kontynuować swoje natarcie. Wymierzył pchnięcie w jego serce. Senke szybko zatrzymał cios. Çynegí znów pchnął. Mężczyzna znów zablokował atak. I jeszcze raz to samo. Makuta atakował nieprzerwanie, narzucał takie tempo, że Raashí mógł się jedynie cofać i blokować jego ataki.

– No co, i to już?! Wyczerpałeś już swój repertuar?! Nie żartuj!

Nagle Senke natrafił na ścianę. Makuta zdołał go przyprzeć do muru. Ponownie wymierzył pchnięcie. Mężczyzna znów je zablokował. Çynegí napierał jednak dalej, próbując przebić się przez jego gardę. I wszystko wskazywało na to, że jednak zdoła to zrobić.

– Jakim cudem ten dzieciak miał z tobą takie kłopoty?! Zaczyna mnie nudzić ta walka! Po prostu szybko to skończę i znajdę sobie kogoś bardziej wy…

– Makuta…

– Czego?!

Z początku myślał, że to Senke. Jednak gdy poczuł czyjąś rękę na ramieniu zorientował się, że pojawił się ktoś jeszcze. Wiedział dobrze kto…

Elian ścisnął ręką jego ramię, jakby próbował je zmiażdżyć.

– Wynocha ze mnie, ale już!

Mocno szarpnął. Jego ciało zastygło, a chłopak wyciągnął z niego samego demona, owego białego stwora, którego już wcześniej spotkał. Nie był w stanie wyjąć go całego naraz, zdołał wyciągnąć do tej pory jedynie jego lewe ramię. Wykonanie tego wymagało ogromnej siły. Nie fizycznej, ale siły woli. Wszystko bowiem tak naprawdę działo się tylko w jego umyśle, Senke nie widział tego przedstawienia.

Elian ciągnął dalej. Demon był mocno zaskoczony jego obecnością.

– Przecież ty nie żyjesz! Już cię zniszczyłem!

– Zwracaj większą uwagę na to, co robisz.

Po minucie chłopak wyciągnął już jego górną połowę. Nie było to wcale proste, chłopak musiał w to włożyć mnóstwo siły, w końcu Makuta nie miał zamiaru tak po prostu oddawać kontroli.

– Wystarczy już twoich podrygów. Wynoś się z mojego ciała.

O nie…

Nagle Elian poczuł dłoń na ramieniu.

Mam lepszy pomysł…

Çynegí odwrócił głowę o sto osiemdziesiąt stopni, tak gwałtownie, że aż trzasnęły mu kręgi szyi. Uśmiechnął się diabolicznie, tak szeroko, że usta omal nie sięgały mu za tył głowy. Po chwili otworzył oczy. Te, których jeszcze przed sekundą nie miał. Były krwistoczerwone, tęczówka całkowicie przysłaniała białka. Pionowa źrenica była z kolei tak wąska, iż niemal się zamknęła. Makuta odparł:

Skoro ci tak tęskno do tego truchła, zapraszam serdecznie!

Chwycił Eliana drugą dłonią. Teraz to on zaczął go wciągać. Chciał go wessać do siebie, by móc go ostatecznie pochłonąć. Chłopak nie miał zamiaru dać się złapać. Zebrał wszystkie siły, by jednak go wyciągnąć. Jednak Makuta miał asa w rękawie. Kilka asów.

Z jego torsu wystrzeliły nagle ręce. Więcej rąk, które pochwyciły Eliana.

Ależ bardzo cię o to proszę, chłoptasiu! Ugoszczę cię… JAK PRZYSTAŁO NA MROCZNEGO BRATA BLIŹNIAKA!

Senke dostrzegł fakt, iż chłopak nagle zamarł. Domyślił się, co się działo.

Najwyraźniej jego gospodarz nadal ma siłę walczyć. To daje mi szansę."

Ostrzem Rai odepchnął dłoń. Następnie skierował klingę ku dołu, gromadząc w niej całą energię, jaka mu pozostała.

Nova!

Potężny, oślepiający błysk szkarłatnego światła rozświetlił okolicę. Moc tego błysku była ogromna, światło sprawiało, że wszystko, co miało nieszczęście być zbyt blisko zostało natychmiast spalone. Niszczycielska kula światła spopieliła wszystko w promieniu kilkuset metrów.

Takiej mocy nawet ten Makuta się nie oprze…"

Był pewien, że chłopak nie zdołał się obronić. Mylił się…


Elian otworzył oczy. Nie był już w Seireitei. Znalazł się w lesie. Bardzo dziwnym lesie. Choć ziemia była kompletnie sucha i wyjałowiona, drzewa jakimś cudem na niej rosły. One również nie były zwyczajne. Niewiele wyższe od chłopaka, pozbawione liści, składały się wyłącznie z pnia oraz odchodzących od niego gałęzi, mocno powykrzywianych, rozdzielających się na coraz to mniejsze gałązki. Wszystkie drzewa płonęły białym ogniem. Natychmiast rozpoznał te płomienie.

Więc jestem w swoim wewnętrznym świecie. Czy też raczej jego…"

I się nie mylisz, chłoptasiu.

To był Makuta. Elian nie mógł ustalić skąd on mówi. Miał wrażenie, jakby mówił z wielu stron jednocześnie, jego głos brzmiał bardziej jak echo.

No, to skoro już tu wpadłeś, może zostaniesz na dłużej?

Chłopak spodziewał się w tej chwili ataku. Czekał cierpliwie, aż demon się ujawni. Nie spodziewał się jednak tego, co się wydarzyło….

Wyczuł ruch. Atak z prawej strony. Szybko się obrócił, blokując uderzenie ręką. To nie był jednak Makuta. Jedna z gałęzi drzewa zmieniła się w rękę. To ono właśnie zaatakowało. Na coś takiego nie był w ogóle przygotowany…

– Co to…

Kolejny atak nastąpił z tyłu. Chłopak zdążył uniknąć ciosu. Tak, to było kolejne drzewo. Z niego też wystrzeliła kolejna dłoń, która wymierzyła cios w Eliana. Ponownie zablokował cios, jednak w tym samym momencie inne drzewo przypuściło atak. Trzy ręce złapały chłopaka i próbowały wciągnąć go do jednego z pni.

Nie sądzisz, że mam w tej chwili przewagę liczebną?

Domyślił się już, czym są te drzewa. Rozpoznał te ręce, okolone białym ogniem. Należały właśnie do Makuta. Najwyraźniej były one w jakiś sposób z nim połączone. Albo to właśnie on nimi był. Jeśli miał rację, to wiedział już, co się stanie, gdy te drzewa go dopadną.

Sōkatsui!

Szybkie zaklęcie pozwoliło mu się wyrwać. Błękitny promień nie zdołał zniszczyć drzewa, jednak pozostawił w nim sporą dziurę. Po chwili drzewo się zregenerowało, jednak by to zrobić musiało najwyraźniej zaprzestać ataku. To pozwoliło Elianowi się wydostać.

W tej chwili muszę się przede wszystkim stąd wydostać i go znaleźć."

Zatem chłopak pędził przed siebie, unikając ciosów. Robił to wyjątkowo zręcznie, żadna ręka nie była w stanie go sięgnąć. Jednak niewiele mu to pomagało. Im dłużej biegł, tym bardziej miał wrażenie, jakby stał w miejscu. Biegł długo, bardzo długo, a mimo to nie potrafił się wydostać z tego lasu.

– Cholera, nie mam tyle czasu!

Zatrzymał się. Drzewa natychmiast przypuściły atak. Elian nie miał zamiaru przed nimi uciekać. Skoro nie mógł się z nich wydostać, musiał je zniszczyć. Zebrał Reiatsu wokół swoich rąk. Dłonie i przedramiona zaczęły mienić się na fioletowo.

Hadō no 54, Haien!

Obiema dłońmi ciął w powietrzu, tworząc purpurowy okrąg energii, na tyle potężny, że wszystko, co będzie mieć z nim kontakt płonęło nie pozostawiając po sobie nawet popiołu. O to właśnie chodziło. Wszystkie drzewa w pobliżu chłopaka zostały całkowicie unicestwione.

Ech, gdyby to było takie proste…

Gdy fala rozeszła się w miejscach, gdzie stały drzewa pojawiły się ogniska białych płomieni. Stawały się coraz większe, a po chwili zaczęły nabierać kształtu. Przekształcały się w drzewa, takie same, jak te, które wcześniej zniszczył.

Ta sytuacja wyglądała beznadziejnie. Elian nie mógł przecież walczyć tak w nieskończoność. Prędzej czy później opadnie z sił, na co Makuta tylko czeka. A chłopak nie widział sposobu, by jakoś się z tego impasu wyrwać.

Atakowanie ich, czy unikanie ich ciosów nie daje żadnego rezultatu. Cholera, nie mogę bawić się z nimi w nieskończoność! Jeśli mam się stąd wyrwać muszę znaleźć Makuta. Ukrywa się pewnie w jednym z drzew. Tylko w którym? Są tu ich miliony! Nie ma czasu, by przeszukiwać wszystkie. Do jasnej…"

Cała ta sytuacja zaczęła chłopaka irytować. Nie widział sposobu, by wydostać się z lasu, był wobec tych drzew kompletnie bezsilny, na miejsce każdego zniszczonego wyrastało nowe. Poza tym demon bawił się z nim w chowanego. I wyjątkowo go to śmieszyło…

– Starczy tych wygłupów! - zakrzyknął, nie wytrzymując w końcu - Pokaż się!

Dało to znacznie większy efekt niż się spodziewał. Drzewa stojące najbliżej zniknęły, równie szybko, jak się pojawiły, za wyjątkiem jednego.

Rany, aleś ty uparty!

Drzewo stojące naprzeciw chłopaka poczęło się zmieniać. Przybrało formę bardziej ludzką, z przerażająco szerokim uśmiechem na twarzy oraz krwistoczerwonymi oczyma. Makuta w końcu się ujawnił.

Chyba będę musiał się zająć tobą osobiście.

Wyskoczył w powietrze. Elian szybko się zorientował, że demon leci wprost na niego, chcąc uderzyć z góry. Szybko odskoczył do tyłu. Zdążył, nim Çynegí w niego uderzył. Zamiast tego rąbnął w ziemię. Chłopak szybko stanął na nogi, pewien, że Makuta na tym nie poprzestanie. Nie mylił się, ten natychmiast pojawił się przed nim, gotowy do ataku. Wymierzył pierwszy cios pięścią, lewy sierpowy w głowę. Elian uchylił się. Drugi atak, również sierpowy z drugiej pięści. Uniknął również jego. Kolejny cios tym razem w tors. To uderzenie musiał już zablokować, co było błędem. Siła uderzenia wystrzeliła go do tyłu. Prosto na drzewa, które już sięgały swoimi dłońmi w stronę Eliana. Najwyraźniej Makuta właśnie to miał zamiar zrobić. Chłopak musiał szybko zareagować, inaczej zostanie przez nie pochłonięty.

Skierował lewą dłoń w ich stronę.

Sōkatsui!

Potężny, błękitny promień uderzył w najbliższe drzewa, nie pozostawiając po nich nawet popiołu. Elian mógł spokojnie wylądować na nogi. Gdy tylko stanął zauważył coś dziwnego.

Nie odrastają…"

Nie widział białych ognisk w ich miejscu drzew, nie pojawiały się z powrotem. Z kolei te które zaklęcie jedynie uszkodziło nie regenerowały się. Chłopak uznał, że może to mieć związek z faktem, iż Makuta się ujawnił.

Nie miał czasu się głębiej nad tym zastanawiać. Nagle Çynegí pojawił się tuż za nim, wymierzając już kolejny cios. Elian szybko się odwrócił i chwycił jego pięść. Demon natychmiast wyprowadził kolejny cios drugą ręką. Chłopak zrobił z nią to samo. Nie miał zamiaru puszczać. W tej chwili oboje nie byli w stanie atakować. Jednak ktoś nic sobie z tego nie robił…

A co to? - odezwał się Makuta - Zabrakło rączek?

Z jego torsu wysunęła się ręka, która chciała chwycić Eliana. Ten natychmiast puścił jego pozostałe ręce, po czym wyskoczył do tyłu, nie dając się złapać.

Zdaje się, że pod względem rąk do walki mam ogromną przewagę!

Jego trzecia ręka ukryła się, lecz tuż potem pojawiła się następna. Wystrzeliła z jego klatki piersiowej w kierunku chłopaka. Uskoczył w bok. To na pewno nie było wszystko, czym Makuta dysponował…

I więcej!

Z jego torsu wystrzeliły kolejne ręce. Cała ich setka. Wszystkie skierowały się w stronę Eliana. Mógł ich jedynie unikać. Nie było to jednak proste, uchylać się przed stoma ciosami naraz. Musiał szybko skończyć tą walkę, zanim któraś ręka dosięgnie celu. Musiał przejść do ataku.

Kolejne ręce ruszyły w jego stronę. Otoczyły go, mając zamiar przeprowadzić zmasowany atak. Makuta pod tym względem miał zdecydowaną przewagę liczebną. Z kolei Elian miał przewagę szybkości. Płonące dłonie nie dosięgły celu. Chłopak zniknął w jednej chwili. Użył Sokanas, by w ułamku sekundy pojawić się za nim, gotowy do uderzenia. Wymierzył pchnięcie dłonią prosto w serce. Bez pudła. Przebił Çynegí na wylot. Niestety… To nic nie dało.

I jesteś pewien, że to był dobry pomysł, chłoptasiu?

Jego rana zrosła się natychmiast, z ręką Eliana wewnątrz. Nie był w stanie jej wydostać. Nagle poczuł w niej piekący ból. Ręka zajęła się białym ogniem, a płomienie postępowały coraz bardziej w głąb jego ciała. Wiedział czym są te płomienie. Makuta próbował go wchłonąć.

Çynegí nie zamierzał czekać. Z jego pleców wystrzeliły kolejne dłonie. Chłopak musiał szybko coś zrobić. Zebrał całą moc w ręce, która tkwiła w ciele Makuty i pchnął ją w górę. Wyrwał swoje ręce, przepoławiając go, po czym cofnął się o kilka kroków. Coś takiego powinno zakończyć walkę, jednak nie w jego przypadku. Demon powoli zaczął się regenerować, jego połówki się zrosły. Makuta był znów w jednym kawałku.

Dobra, to było niezłe…

Odwrócił się.

Czyli jak chcesz, to potrafisz!

Znów uderzył. Setki rąk ponownie wystrzeliły w stronę chłopaka. Elian znów musiał użyć Sokanas, tym razem po to, by uciec z zasięgu. Udało mu się, jednak nie spodziewał się, że Makuta zdołał to przewidzieć. Pojawił się tuż przed nim. Jego prawdziwa ręka już leciała w jego stronę. Chłopak nie zdążył zorientować się w sytuacji. Uniósł jedynie gardę, choć niewiele mu to już dało.

Dłoń Makuty zacisnęła się na jego przedramieniu, ostre palce wbiły się głęboko w ciało. Białe płomienie zaczęły powoli go trawić. Nieważne jak silny czuł ból, Elian nie przejmował się nim. Musiał znaleźć sposób, by się wyrwać. Çynegí nie zamierzał jednak stać spokojnie i czekać. Setki wijących się niczym węże dłoni zaczęły kierować się w jego stronę. Chłopak miał mało czasu. Jeśli szybko czegoś nie wymyśli, to będzie koniec.

Cholera, muszę się wyrwać. Szybko! Myśl! Musisz z tego jakoś wybrnąć. Musisz mu uciec, myśl, myśl… Musisz się wydostać, natychmiast…"

Nagle zdarzyło się coś niespodziewanego. Ręka, która trzymała Eliana rozerwała się, dłoń po prostu odpadła. Chłopak natychmiast wykorzystał okazję, wycofał się jak najdalej się tylko dało. Miał naprawdę mnóstwo szczęścia.

Resztki dłoni zniknęły. Na przedramieniu Eliana pozostały głębokie rany po pazurach Makuty. Nie przejmował się tym, rana już teraz zaczęła się zrastać. Co innego zaprzątało mu głowę. Fakt, że jakimś cudem się wydostał…

Nie wierzę, że ręka odpadła sama z siebie. Jak to się stało?"

Gdybyś tylko czasem pomyślał…

To nie był Makuta. Ten głos usłyszał w swojej głowie. Mógł należeć tylko do jednej osoby.

– Tersaali?

Ktoś jeszcze siedzi ci w głowie? Jestem tu, bo najwyraźniej nie pojmujesz, na czym ta walka polega.

– Na czym polega? Potrafię walczyć, jeśli o to…

Nie o tym mówię. Wydaje ci się, że to walka, jak każda inna. Nic bardziej mylnego. Zapominasz chyba, że znajdujesz się w swoim wewnętrznym świecie, tu przede…

– Chwila. Moim wewnętrznym świecie? - chłopak wydawał się tym zdziwiony

Nawet się nie zorientowałeś? Jesteś przecież swoim ciele, swoim umyśle. Makuta jest zaledwie niewielkim fragmentem twojej podświadomości, który odseparował się i zaczął żyć własnym życiem. To on stara się przejąć nad tobą kontrolę, chcąc stłamsić twoją świadomość.

– Więc co…

W tej walce nie chodzi o siłę fizyczną. Tu zwycięża siła woli. Dzięki niej Makuta był w stanie tak wpłynąć na ten świat. Dzięki sile woli jest w stanie przejmować władzę nad twoim ciałem. Jest niewątpliwie silny, skoro aż tak się rozpanoszył. Jednak ty masz nad nim istotną przewagę. To twój wewnętrzny świat. To ty masz nad nim pełna kontrolę. Jedyne, co jest ci potrzebne to siła woli.

Demon w międzyczasie zbierał siły. Wyrastający z jego pleców rój wijących się rąk schował się. Najwyraźniej by zregenerować się musiał z nich zrezygnować. Jego prawa dłoń zaczęła odrastać. Po minucie odzyskała swój kształt.

Zaczynasz być irytujący. Myślałem, że potrafisz coś więcej, niż tylko uciekać.

– Nie martw się…

Elian wiedział już, co ma robić. To, co powiedział mu smok dodało mu otuchy. Wiedział jak wygrać tą walkę, co go uspokoiło. W tej chwili stał naprzeciw demona całkowicie opanowany, gotowy do zakończenia tego pojedynku.

– Nigdzie nie zamierzam już uciekać.

Makuta uznał to za sygnał do ataku. Jego lewa ręka wydłużyła się, ruszając w kierunku chłopaka. Z ciała Çynegí wystrzeliły pozostałe dłonie, podążając za swoim pierwowzorem. Elian był absolutnie spokojny. Nie przejmował się tym atakiem, nawet nie drgnął.

– Nie możesz mnie trafić.

Przyjął wszystkie uderzenia. Większość ciosów trafiła w ziemię dookoła, wzbijając obłok kurzu. Jednak niektóre ręce z pewnością dosięgły celu. Tak przynajmniej uważał Makuta. Nie wiedział, co chłopak teraz potrafi.

Ręce, które miały w niego trafić rozszczepiły się tuż przed nim, uderzając w ziemię. Elianowi nic nie było. Zupełnie nic. Makuta był tym faktem bardzo niepocieszony. Głównie dlatego, że nie zdołał go trafić, ale również jego postawą. Wiedział, skąd wziął się jego spokój…

– Wyjaśnijmy sobie jedno, koleżko. - odparł chłopak - To jest mój umysł, mój świat. Ty jesteś tu tylko intruzem.

Nawet jeśli to nie mój świat, to zaraz nim będzie!

Wszystkie ręce Makuty oddzieliły się od jego ciała, z wyjątkiem tych prawdziwych. Zaczął gromadzić energię. Ogrom energii. Skupiał ją w lewej ręce, którą uniósł, celując prosto w Eliana.

Wystarczy że wykończę cię tu i teraz!

Chłopak domyślał się, co Çynegí ma zamiar zrobić. Musiał uciekać z zasięgu. Jednak Makuta to przewidział. Resztki jego wężowych rąk zaczęły się rozdzielać, tworząc wokół niego gęstą sieć płonących białymi płomieniami narośli. Elian nie miał możliwości ucieczki. Mimo to był spokojny. Czekał…

Promień wystrzelił. Oślepiająco biały promień, o potężnej mocy niemal natychmiast uderzył w klatkę, w której był chłopak. Ten zniknął w białym świetle. Gdy po minucie demon zwolnił promień nie było tam już niczego. Wszystko zamieniło się w pył.

Mocny w gębie… I nic poza tym. Nie możesz się ze mną równać…

– Nie możesz mnie trafić. Już ci to mówiłem.

Elian znów obronił się przed atakiem. Nawet tak potężne uderzenie nie wyrządziło mu żadnej szkody. Stał teraz za Makutą, z otwartą dłonią skierowaną prosto na niego.

Çynegí natychmiast się odwrócił.

Chyba zapomniałeś, że lepiej do mnie nie podchodzić!

Otworzył szeroko usta, mając zamiar wystrzelić kolejny promień. Był pewien, że z tej odległości nie spudłuje.

– Zabraniam.

To mówiąc, chłopak zamknął dłoń. Znikąd pojawiły się stalowe pręty, które wbiły się w szyję demona. To natychmiast go unieruchomiło. Nie był w stanie się poruszyć, nie mógł już niczego zrobić.

– Powiem ci to jeszcze raz: ja tu rządzę. Nie masz tu żadnej władzy.

Wszystko wskazywało na to, że Çynegí już mu nie zagraża. On sam chyba już się z tym pogodził.

Dobra robota, chłoptasiu…

Jego oczy zaczęły się zamykać wbrew jego woli. Nie zatrzymał tego. Gdy tylko się zamknęły, powieki zrosły się. Najwyraźniej tracąc kontrolę Makuta stracił możliwość rozwoju swojej formy, cofając się do stanu pierwotnego. Znów jego twarz składała się wyłącznie z ust, które nie przestawały się uśmiechać demonicznie.

Nie wyobrażaj tylko sobie, że ze mną skończyłeś. Nie możesz mnie zniszczyć. Jestem tobą. Twoim cieniem. Dopóki ty istniejesz, będę tu cały czas. Jeśli raz mnie załatwisz, wrócę. Nie pozbędziesz się mnie.

– Nawet jeśli, wystarczy że utrzymam cię w ryzach.

Ziemia wokół Makuty zaczęła się rozpływać, stając się srebrną, metaliczną cieczą. Zaczęła okalać go od stóp, kierując się coraz wyżej. Powoli pochłaniała jego całego.

Będę czekać. Póki co to ty jesteś górą. Pamiętaj jednak, że wciąż tu jestem. Wystarczy że popełnisz jeden maleńki błąd, wystarczy mała chwila nieuwagi. Będę na to czekać, a gdy choć na chwilę stracisz kontrolę, zapomnisz o mnie ja wrócę. I uderzę jeszcze potężniejszy niż możesz sobie wyobrazić.

Nagle Çynegí rozpłynął się, razem z metaliczną substancją wsiąknął w ziemię.

– Nie myśl sobie, że tak po prostu na to pozwolę.

Ta walka dobiegła końca. Płonące drzewa zniknęły, pozostały same równiny.

– Cóż, w tym świecie zrobiłem już porządek.

Zamknął oczy. Gdy się obudził, był już z powrotem.


Pył opadł. Kula szkarłatnego światła zniknęła po minucie, pozostawiając ogromną dziurę w ziemi, w jej zasięgu nie było już niczego. Jedynie Senke przetrwał tą eksplozję. Stał w samym środku krateru, starając się zebrać siły. Użycie tej techniki kosztowało go wiele wysiłku. Skierował się w stronę krawędzi.

– Skończyło się. Teraz pozostało już tylko go zabrać…

– Nie sądzę.

Na krawędzi krateru tuż przed mężczyzną stał Elian. Nic mu nie było po przejściu fali uderzeniowej. Mało tego, czuł się doskonale. Chłopak emitował ogromne ilości Reiatsu, było go niemożliwie dużo, emanował białym światłem, jego oczy nadal były koloru miedzi, choć białka oczu zachowały swój dawny kolor. Jego włosy były też białe, tak jak wcześniej. Wyglądało to, jakby jeszcze nie w pełni powrócił do poprzedniego stanu, jakby częściowo wciąż był Makuta. Choć był w pełni świadomy. I przede wszystkim zdziwiony tego, jak się czuł. A czuł się znakomicie, jego ciało wypełniała niesamowita moc. Nie wiedział tylko, czy to był dobry znak.

Mówiłem, że nie będziesz się musiał przejmować Raashí.

Słowa smoka natychmiast zdmuchnęły wszystkie wątpliwości.

– Przyznam, że przez chwilę w to nie uwierzyłem.

Gdy Makuta przejmuje kontrolę nad ciałem gospodarza uwalnia gwałtownie całą swoją moc, którą czerpie z gniewu i nienawiści. Kiedy ponownie zostaje zepchnięty do podświadomości ta energia nie znika już tak szybko, gdyż takie skoki mocy mogłyby cię zabić. Energia uchodzi powoli i można byłoby ją wykorzystać. Jednak gospodarz traci większość sił, próbując odzyskać kontrolę nad sobą, swoim umysłem i ciałem. Gdy się to udaje, zwyczajnie traci przytomność. Ty mogłeś odzyskać siły, gdy przeniosłem cię do swojego umysłu, dlatego wciąż masz jej na tyle, by stać o własnych nogach.

– Zatem dałeś mi moc Makuty do pełnej dyspozycji.

A ty musisz teraz to wykorzystać, by zakończyć pojedynek z Senke.

– Cwana z ciebie bestia…

Raashí z kolei nie mógł się nadziwić. Widok Eliana przede wszystkim go intrygował.

– Spośród wszystkich znanych mi mieszańców, jesteś pierwszym, który mnie tak zaskakuje. Ciekaw jestem, co jeszcze ukrywasz.

– Dopilnuję, żebyś był usatysfakcjonowany.

Elian złożył dłonie. Jego Zanpakutō przez cały ten czas było w Shikai. Chłopak postanowił je znieść. Ukryte ostrza zmieniły się w białe światła, które skryły się wewnątrz dłoni. Zaczął je powoli rozdzielać. Pomiędzy nimi pojawiła się virdana, która zawisła przed nim w powietrzu.

– Nie sądzisz, że moc twojego miecza dawała ci większe szanse na zwycięstwo?

– Nie martw się. Jak sam zdążyłeś zauważyć, ukrywam jeszcze kilka sztuczek. Poza tym od początku powinienem z tobą walczyć jak szermierz z szermierzem.

– Bardzo honorowo. Nawet jeśli wiesz, że na tym polu nie masz ze mną szans.

Chłopak uniósł prawą dłoń, by sięgnąć do rękojeści miecza.

– To tylko twój punkt widzenia.

– Ach tak? - Raashí przybrał pozycję, gotowy do walki - Zatem pozwolę ci zacząć.

Elian chwycił virdanę.

Wystarczyła mu jedna tysięczna sekundy, by skrócić dystans pomiędzy nim a Senke i przystąpić do ataku. Mężczyzna zdążył w ostatniej chwili unieść miecz, by zatrzymać cios, lecący ku jego głowie. Nie spodziewał się tak szybkiego ataku. Chłopak stał teraz tuż obok niego.

Przyspieszył."

Raashí przystąpił do kontrataku. Odepchnął miecz Eliana, obrócił się i ciął z prawej. Chłopak cofnął się o krok, po czym i on uderzył. Pchnął, celując w serce. Mężczyzna odbił cios, po czym skierował koniec Rai w serce przeciwnika. Wystrzelił pojedynczy szkarłatny pocisk. Elian zdążył szybko zareagować. Szybko obrócił miecz, by zasłonić się klingą, ostrzem zablokował strzał, po czym wykonał obrót i zaatakował. W połowie młyńca odbił pchnięcie, jakie Senke wymierzył w jego plecy i gdy już skończył ciął szeroko. Mężczyzna uchylił się i uderzył ponownie, obrócił się schylony na jednej nodze, drugą wymierzył silne kopnięcie z dołu. Chłopak musiał wygiąć się mocno do tyłu, by uniknąć trafienia. Omal nie stracił równowagi, cofnął się o kilka kroków, by utrzymać się na nogach. Raashí tymczasem sam stanął na nogi i zaatakował po raz kolejny. Zgromadził energie na klindze swego Kaago, i ciął z góry, uwalniając potężną falę energii, całą jej moc kierując na chłopaka. Elian był jednak przygotowany na ten atak.

Niemal natychmiast po tym ataku Senke poczuł chłód stali srebrzystej klingi virdany, rozcinającej mu lewy bok. Chłopak nie tylko zdążył uniknąć ciosu. Zdołał nawet zajść go od tyłu, w drodze zadając mu ranę, po czym zniknął mężczyźnie z oczu. Wszystko z przerażającą szybkością.

Raashí nie spodziewał się takiego obrotu spraw. Szybko skierował swój wzrok w lewo, jakby szukał tam chłopaka. Jednak dawno go tam już nie było. Stał za nim.

– Przestajesz nadążać?

Senke natychmiast się odwrócił, gotowy do ataku, jednak chłopak znów zniknął. Po sekundzie wyczuł drgnięcie energii tuż za sobą. Znów się odwrócił. I znów nikogo nie dostrzegł. Nagle dostrzegł ruch po swojej prawej. Potem po lewej. I jeszcze raz po prawej. Elian zaczął krążyć wokół mężczyzny z oszałamiającą prędkością, którą dawało mu Sokanas. Miał zamiar zdezorientować go w ten sposób i uderzyć w odpowiednim momencie. Przynosiło to efekty. Raashí już i tak był skołowany tym, iż chłopak go zranił. Taka rana nie mogła przynieść mu żadnych szkód, jednak nie takie było jej zadanie. Była dowodem na to, że Elian jest w stanie sięgnąć Senke swoim mieczem, przełamać jego obronę i przeprowadzić udany atak. Mężczyzna to wiedział. Zdawało się, jakby zaczął odczuwać pewien niepokój. Jednak ten stan trwał tylko chwilę.

Nieważne jak bardzo ta sytuacja była nietypowa, potrafił w takich momentach zachować zimną krew. Zaczął obserwować ruchy chłopaka. Z początku było to niemal niemożliwe, dostrzegał jedynie drgania powietrza, jednak po kilku chwilach jego wzrok był w stanie nadążyć za jego ruchami. Mógł walczyć dalej.

– Sama szybkość nie wystarczy w walce ze mną.

Elian nie przestawał krążyć. Nagle coś zbiło go z rytmu. Raashí bez ostrzeżenia pojawił się tuż przed nim. Zareagował natychmiast, skoczył ponownie, oddalając się o kilkanaście metrów. Gdy tylko stanął na nogi skierował wzrok w miejsce, gdzie był Senke. Był…

Chłopak nagle odczuł piekący ból w swoim lewym boku. Pojawiła się tam wypalona rana, dokładnie w tym samym miejscu, w którym chłopak ciął Raashí.

– Jak dla mnie jesteś aż za wolny, skoro już chcesz wiedzieć.

Mężczyzna stał za nim, z klingą Rai wycelowaną prosto w niego. Elian natychmiast uniósł miecz, czekając na kolejny atak. Ten jednak nie nadszedł.

– Muszę ci pogratulować, chłopcze. - odrzekł Senke, opuszczając ostrze - Pierwszy raz mam okazję walczyć z kimś tak utalentowanym. Nic dziwnego, że Gotei właśnie ciebie wysłało do walki ze mną. Taki był wasz plan, nieprawdaż?

Elian był lekko zaskoczony tymi słowami. Raashí dostrzegł to.

– Oczywiście, że wiedziałem o tym planie. Prawdziwy strateg potrafi przewidzieć zamiary swojego wroga. To jasne, że celem twoim i twojej ciemnoskórej znajomej było zatrzymanie mnie i Natu, byśmy nie dołączyli do bitwy. Mądre posunięcie. Spośród naszej armii nasza dwójka jest tu najsilniejszymi graczami, nic dziwnego, że postanowiliście nas zatrzymać. Ja sam na waszym miejscu zrobiłbym podobnie. Czy też zrobiłem.

– Co? - chłopak był coraz bardziej zdziwiony - Co masz na myśli?

– Cóż, wszyscy wielcy geniusze myślą podobnie. To jasne, że kapitanowie są waszą główną siłą militarną. By odnieść zwycięstwo należałoby się pozbyć najpierw ich, nie sądzisz? Nawet jeśli nie mogę zająć się tym osobiście, mam kogoś, kto mnie wyręczy. Swoje własne siły specjalne. Nie martw się, są zdolni wykończyć kogoś rangi kapitańskiej. A co do pozostałych Shinigami… Niestety, ale moi żołnierze mają nad nimi znaczną przewagę. Zatem ta bitwa jest dla was przegrana.

Dla chłopaka to, co mówił Senke było niestety nad wyraz logiczne. Był pewien, że Raashí przygotował się na każdą ewentualność. Jednak nie tylko on…

– Jak długo trwa bitwa? - zapytał Elian

– Słucham?

– Jak długo trwa ta bitwa, którą to właśnie przegrywamy? Dwie godziny, trzy? Chyba nawet dłużej. Wasza armia ma ogromną przewagę, powinniście wybić nas wszystkich już dawno. To samo z kapitanami, jest ich w końcu niewielu, twoje „siły specjalne" powinny już z nimi skończyć, nieprawdaż? Zatem czemu ta bitwa jeszcze trwa?

– Do czego zmierzasz?

Senke nie rozumiał tego pytania. Miał wrażenie, że chłopak coś knuje. Elian nie odzywał się. Odpowiedział mu w inny sposób. Z ziemi wokół niego wystrzeliły w górę czerwone nici, setki nici. Raashí natychmiast domyślił się, czym są.

Nici duchowe? Potrafi używać Reiraku?"

Reiraku, technika umożliwiająca śledzenie energii duchowej istot. Materializując ją w postaci tych duchowych nici można zlokalizować ich źródło. Wszystkie czerwone nici należały do Shinigami.

– Jest ich znacznie więcej. - odrzekł Elian - Twoja armia strasznie się grzebie. A co ważniejsze…

Większość nici znikła, pozostało zaledwie kilka.

– Te należą do kapitanów.

Było ich dokładnie tyle, co kapitanów, Senke był tego pewien. Miał pewność, że Elian nie blefował.

– Zapomniałeś chyba, że my też mamy swoje siły specjalne. Nie spodziewałeś się chyba, że przystąpimy do bitwy bez żadnego pomyślunku? Może i macie przewagę liczebną, tylko jakie to ma znaczenie w ciasnych uliczkach, których tu nie brakuje? Siły są wyrównane. Prawie. My mamy kapitanów, wy te całe siły specjalne, które raczej odeszły już w zapomnienie, tego Natu i ciebie. Wasza dwójka jest jednak trochę zajęta. Więc mam wrażenie, że ta bitwa nie będzie już trwać długo.

Walki przeniosły się do centrum Seireitei, żołnierze Raashí coraz bardziej spychały siły Gotei. Cała bitwa sprowadzała się do serii potyczek w wielu rożnych miejscach. W tej chwili przewaga była po stronie najeźdźcy, jednak to się zmieniło. Shinigami rozpoczęli odwet.

Północno-zachodnie centrum. Kolejna z potyczek dobiegała końca. Ta była zwycięska dla Raashí.

– Nawet się nie starają… - odparł jeden z żołnierzy, najpewniej dowódca - Cele zlikwidowane, kierujemy się dalej w stronę centrali oddziałów.

– Doskonale!

Usłyszał głos za sobą. Wszyscy żołnierze natychmiast się odwrócili.

– Idealne okazy! Mam nadzieję, że jesteście na tyle wytrzymali, że będę w stanie was zabrać żywych do laboratorium.

To był Kurotsuchi Mayuri, wyraźnie zafascynowany widokiem żołnierzy. Sięgnął ręką po Zanpakutō, przypasany przed nim, nie zaś z boku, jak normalnie.

– Rozszarp, Ashisogi Jizō.

Celem Raashí były nie tylko koszary oddziałów. W Seireitei znajdowały się również pałace, w których mieszkała arystokracja. Do jednego z nich wdarli się żołnierze klanu. Tworząc wyłom w murze otaczającym jeden z nich dostali się do ogrodów.

– Tu też nikogo nie ma. - odparł żołnierz

– Przeszukać całą rezydencję. - rozkazał dowódca - Może znajdziemy tu coś godnego uwagi.

Skierowali się w stronę wejścia do pałacu. Zatrzymała ich jednak potężna energia duchowa. Drzwi do rezydencji otwarły się. Stanął w nich Kuchiki Byakuya.

– Kto pozwolił wam wchodzić na moją posiadłość?

Dobył już swój miecz. Uniósł go przed sobą. Ostrze zaczęło mienić się różowym światłem.

– Rozprosz się, Senbonzakura.

Poza zwykłymi żołnierzami byli również oficerowie, dowódcy zaprawieni w bojach, znacznie bardziej niebezpieczni od pozostałych. Nawet kapitanowie mogliby mieć problemy w walce z nimi. Poza jednym…

– Ken-chan…

– Nie teraz, Yachiru.

– On jest silny, prawda?

– Jasne. W życiu nie czułem tak krwiożerczej energii. Musi być bardzo silny. To będzie moja najlepsza walka w życiu…

Zaraki Kenpachi kierował się w stronę epicentrum ogromnej mocy duchowej, gdzieś na południu. Na jego plecach siedziała sobie jego porucznik, Kusajishi Yachiru. Bardzo drobna dziewczynka, z różowymi włosami. Nie odstępuje go na krok. Z pewnym pojedynczym wyjątkiem…

Nagle Zarakiemu drogę zagrodziła grupa żołnierzy, uzbrojonych w długie lance. Gwardziści klanu Raashí, elitarni żołnierze. Kenpachi czuł ich siłę. Wiedział że ma do czynienia z potężnym wrogiem. I bardzo się z tego cieszył.

– Yachiru, możesz zejść?

– Będziesz z nimi walczyć?

Kenpachi wyszczerzył się w przerażającym uśmiechu.

– Ano.

Dziewczynka zeskoczyła z jego pleców. Lansjerzy w tym momencie skierowali swoją broń w jego kierunku.

– Wyglądacie mi na silnych. Przyda mi się mała rozgrzewka.

Dobył Zanpakutō, długi, wyszczerbiony miecz.

– Dawajcie! Wszyscy naraz!

Kapitanowie rozpoczęli kontratak. Uderzyli z całą mocą. W jednej chwili losy bitwy zmieniły się diametralnie. Żołnierze Raashí w starciu z dowódcami oddziałów nie mieli żadnych szans.

Senke czuł to. Wyczuwał ich Reiatsu oraz Reiatsu żołnierzy. Wiedział, że cała sytuacja obróciła się na jego niekorzyść.

– Myślałem, że zdołasz przewidzieć skutki rozproszenia swoich sił po całym Seireitei, szczególnie że kapitanowie nadal stanowią zagrożenie. - kontynuował Elian - Znałem twój plan bitwy od początku. Wysyłając swoje oddziały na nieznany sobie teren musiałeś go zabezpieczyć. Po to wysłałeś swoje oddziały specjalne, by związały dowódców w walce. Jednak zapomniałeś chyba o Onmitsukidō. Zapewne Suì-Fēng wraz ze swoją grupą przechwyciła twoich zabójców, nim zdążyli złapać trop. Pozostał jeszcze problem z tobą i Natu. Wasza dwójka w zupełności wystarczy, by przechylić szalę na naszą niekorzyść. Twierdzisz że szybkość nie wystarczy, by cię pokonać. Właśnie to zrobiłem. Jedyne, co musiałem zrobić to znaleźć ciebie, nim ty znajdziesz mnie. Tak kończy się ta rozgrywka. Szach-mat!

Senke wysłuchał Eliana z niesamowitym spokojem, biorąc pod uwagę, iż chłopak właśnie go pokonał w jego własnej grze.

– Więc ty ułożyłeś ten plan bitwy… Ciekaw jestem, jak na to wszystko wpadłeś?

– Sam mówiłeś: wielcy geniusze myślą podobnie. Twój plan opierał się na wszystkim, co sam bym zrobił w takiej sytuacji. Twoim błędem było niedocenienie Gotei i mnie. Powinieneś się zabezpieczyć na taką ewentualność.

– Racja. Ale…

Senke wcale nie niepokoił się. Wręcz przeciwnie. Był w doskonałym humorze.

– Skąd wniosek, że tego nie zrobiłem?

Chłopak wyczuł nagły wzrost mocy. Domyślał się, co za chwilę się stanie. Uniósł lewą dłoń.

Hadō no 81, Dankū.

Nie pomylił się. W momencie, gdy rzucił zaklęcie mężczyzna skierował Rai prosto na niego, wystrzeliwując kolejny szkarłatny promień. Ten szybko zatrzymał się na barierze, jednak na krótko. Bardzo szybko się przez nią przebił, co było szokujące. Dankū jest w stanie bez problemów zatrzymać zaklęcia Kidō do dziewięćdziesiątego poziomu. Jednak nawet technika na najwyższym poziomie potrzebowałaby czasu, by rozbić barierę. Tymczasem pocisk dosłownie wypalił w niej dziurę, jakby to była kartka papieru. Elian musiał szybko uskoczyć w bok, inaczej sam by tak skończył.

Co to do diabła było…"

Nie mieściło mu się w głowie, że można tak łatwo przestrzelić tą barierę. Nie miał wiele czasu, by się nad tym zastanawiać. Nagle Senke pojawił się przed nim, uderzając mieczem z prawej. Chłopak szybko uniósł virdanę, blokując uderzenie. Mężczyzna nie przestawał napierać.

– Wiesz, czemu ja zostałem generałem tej armii? Wiem doskonale, jak należy obchodzić się z mieszańcami.

W pewnym momencie pchnął lekko. Przynajmniej na początku wydawało się to lekkie. Raashí w to pchnięcie włożył ogromne ilości Reiatsu, które wystrzeliło Eliana w powietrze. Odleciałby poza zasięg wzroku Senke, gdyby nie zatrzymał się na ścianach budynku, jednego z niewielu, jakie jeszcze stały.

Chłopak nie był w stanie zrozumieć tego nagłego przypływu mocy. Mężczyzna już i tak był wyjątkowo wymagającym przeciwnikiem. Teraz okazało się, że cały czas trzymał jeszcze jednego asa w rękawie…

Wszystko wyjaśniło się, gdy wygramolił się z gruzów i skierował wzrok na Raashí. Nie spodziewał sie takiego widoku. Skóra Senke stała się całkowicie przezroczysta, widział wszystkie mięśnie, grające pod nią. Białka jego oczu stały się krwistoczerwone, zaś tęczówki całkowicie czarne. Elian pierwszy raz miał okazję widzieć coś takiego. Nawet jeśli sam już kilka razy wyglądał podobnie.

– Wiem, bo sam jestem mieszańcem, Çynegí jak ty. - odezwał się mężczyzna - To dlatego wszyscy ci żołnierze czują przede mną taki respekt. Nie myślałeś chyba, że jesteś jedyny?

Chłopak był w całkowitym szoku. Spodziewał się, że wężooki cały ten czas nie walczyć z pełną mocą. Jednak nie przyszło mu nawet do głowy to, że mężczyzna skrywa taki sekret. Nie tylko to było szokujące. Choć mogłoby się wydawać, że nie panuje nad sobą, Senke był w pełni świadomy.

– Nie wszyscy mieszańcy mogą poszczycić się taką potęgą. - odparł Raashí - Większość z nich jest niezbyt utalentowana, jeśli chodzi o Reiryoku, tak jak moi żołnierze. Są jednak inni, jak ty, czy ja, o znacznie większej mocy duchowej. Właśnie takich zwie się Çynegí. Poza swoją własną mocą dysponują czymś jeszcze. Istotą, skrywającą się w jego podświadomości, znaną jako Makuta. Są ona pozostałością po Pustych, drzemiących wewnątrz ludzkich dusz jeszcze za życia. Gdy Çynegí zaczyna zdawać sobie sprawę ze swoich zdolności, przechodzi trening. Staje się coraz potężniejszy, a Makuta wraz z nim. W końcu demon zyskuje własną świadomość i stara się przejąć kontrolę nad tobą. Możesz albo ulec, albo samemu przejąć nad nim władzę, zyskując całą jego siłę, czerpaną z gniewu, nienawiści do wszystkiego, co żywe. Wiesz już, do czego ta siła jest zdolna. Wystarczy, że się rozejrzysz. Jesteś pewien, że którykolwiek kapitan, czy nawet sam generał nie jest w stanie z tym walczyć. Twój Makuta jest wyjątkowy, przyznaję, lecz ty nie potrafisz nad nim jeszcze w pełni zapanować, teraz zdołałeś jedynie go stłumić. Ja zdominowałem swojego demona, w pełni kontroluję jego przerażającą moc. Sam więc widzisz, że ja sam jeden wystarczę w zupełności, by zakończyć tą bitwę.

Elian wiedział, że Senke nie kłamie. Wiedział, do czego jest zdolna moc Makuty. Widział rany Suì-Fēng po walce z jego własnym demonem. I wystarczyło się rozejrzeć, by uświadomić sobie, że walka z czymś takim póki co wykracza poza możliwości Shinigami. W tej chwili jedyną istotą, która może pokonać Çynegí jest inny Çynegí. Chłopak doskonale o tym wiedział.

Nie trać czasu. Twoja moc spada, musisz szybko zakończyć ten pojedynek.

Nie musisz mi tego mówić."

– Po co to wszystko? - zapytał Elian - Co cały wasz klan kombinuje?

– Tak, pewnie cię to ciekawi… - odparł Raashí - Nie sądzisz chyba, że tak po prostu ci to powiem. Mogę zaledwie powiedzieć, że masz mistrz pragnie dokończyć swoją pracę.

– Twój mistrz? Kto to?

– Mógłbyś poznać go osobiście, gdybyś tylko zechciał się przyłączyć. Zdziwisz się, ale wciąż uważam, że przejrzysz na oczy.

– Już przejrzałem. Wielokrotnie, widząc co twoi znajomkowie robią z ludźmi.

Elian uniósł virdanę, jej koniec kierując w stronę Senke.

– Moje stanowisko już znasz.

Senke również uniósł miecz.

– Jak wolisz.

Ruszył do przodu, szarżując na chłopaka. Ten zareagował natychmiast. Skierował lewą dłoń w jego stronę.

Byakurai!

Wystrzelił błyskawicę w momencie, gdy Senke był już bardzo blisko. Raashí oczywiście uniknął uderzenia. To jednak zatrzymało jego szarżę. I umożliwiło chłopakowi przejście do natarcia. Gdy Raashí uskoczył w bok, Elian ruszył jego śladem. Wykonał cios, pchnięcie celujące w serce. Senke zdołał odbić jego miecz, odsłaniając go na atak. Kontratakował, wymierzając cięcie z góry. Chłopak cofnął się o krok. Raashí znów jednak przejął inicjatywę. Znów zaatakował, tym razem od dołu. Elian próbował zablokować atak, ale cios był na tyle silny, że niemal wytrącił mu miecz z ręki. Był całkowicie odsłonięty. Mężczyzna wymierzył pchnięcie. Miecz przebił jego lewe płuco. Przynajmniej tak przez chwilę myślał. Chłopak nagle zniknął, Senke trafił zaledwie powidok jaki po nim został. Z pomocą Widmowego Kroku Elian wycofał się na bezpieczną odległość. Wężooki jednak był na to przygotowany.

– Znajdź!

Raashí bez trudu wyśledził, dokąd kieruje się chłopak. Tam właśnie skierował ostrze Rai. Wystrzelił jeden pocisk. Elian ciął w powietrzu, gdy tylko promień się do niego zbliżył. Zamiast zniszczyć go, pocisk rozdzielił się na dwoje. Oba zrobiły szybki zwrot i ponownie skierowały się w stronę swojego celu. Chłopak wiedział już, że musi szybko znaleźć sposób na pozbycie się ich. Zaczekał na moment, gdy będą bardzo blisko.

Hadō no 54, Haien!

Wystrzelił ze swojego miecza purpurowy dysk energii, który niemal natychmiast sięgnął szukających pocisków. Gdy tylko się zderzyły, nastąpiła eksplozja. Pociski nie zostały jednak zniszczone, o czym chłopak szybko się dowiedział, gdy jeden z nich śmignął mu obok ucha. Dwa promienie rozdzieliły się na dziesięć.

– To był błąd…

W tej chwili Elian musiał borykać się aż z dziesiątką pocisków. Nie próbował już ich niszczyć, tylko ich unikał. Nawet jeśli było ich tak wiele nie miał z tym problemów. Promienie nie były w stanie w żaden sposób go dosięgnąć. Choć nie były w stanie go trafić chłopak wiedział, że nie to jest ich celem. Znał już tą taktykę walki…

Senke czekał na odpowiedni moment do ataku. W końcu wystrzelił. Pojedynczy promień skierowany w serce. Ku jego zaskoczeniu, nie trafił. Elian nagle zniknął.

Znał już ten manewr, z walki z Linagim. Tym razem był bardziej uważny, czekał aż Raashí uderzy. Gdy wystrzelił, wydostał się z kordonu ścigających pocisków z pomocą Sokanas. Wyskoczył w górę, wysoko nad mężczyznę.

Skierował lewą dłoń w jego kierunku.

Hadō no 73, Sōren Sōkatsui!

Dwa bliźniacze, błękitne promienie uderzyły z góry prosto w Senke. Nie zdążył w żaden sposób tego uniknąć. Zaklęcie uderzyło w niego całą swoją niszczycielską mocą. Nastąpił wybuch. Elian czuł ciepło nawet będąc tak wysoko. To było wyjątkowo potężne zaklęcie, najpotężniejsze jakim chłopak dysponował. Miał nadzieję, że to wystarczy, by unieszkodliwić przeciwnika.

Wylądował z powrotem na ziemi.

– Udało się?

Wiedział, że nie. Nadal czuł jego Reiatsu. Nawet taka moc nie była w stanie zagrozić Senke.

Pył opadł. Raashí tuż przed uderzeniem skulił się, przyjmując całe uderzenie na grzbiet. Z długiego rozcięcia na jego plecach wyrastało siedem długich wyrostków, które mieniły się szkarłatną poświatą. Elian nie wiedział jak, jednak mężczyzna w jakiś sposób je wykorzystał, by osłonić się przed zaklęciem.

– Chyba nie myślałeś, że są tylko na pokaz? - odparł Raashí

Nagle ruszył w jego kierunku. Nie potrzebował Sokanas, by pędzić w stronę chłopaka z morderczą prędkością. Elian musiał szybko coś zrobić. Dwoma palcami lewej dłoni nakreślił przed sobą świetlisty, złoty trójkąt, na którego wierzchołkach pojawiły się ostrza, kształtem przypominające dzioby.

Bakudō no 30, Shitotsu Sansen!

Trzy złote dzioby wystrzeliły w kierunku Senke. Trafiły, wbijając się w ramiona i brzuch, zatrzymując go w miejscu. Choć można było to uznać za sukces, wcale tak nie było. To zaklęcie wiążące ma na celu przygwożdżenie przeciwnika do ściany, co pozwala wykluczyć go z walki, lub też robi z niego łatwy cel do ataku. Raashí z kolei tylko stanął w miejscu. Świetliste dzioby cały czas starały się ciągnąć go za sobą, jednak on stawiał im opór. I to bez większych problemów. Elian był w szoku. Nie spodziewał się, że można w taki sposób opierać się zaklęciom Kidō.

Z kolei Senke wydawał się jakby podirytowany.

– Chyba przestałeś się starać…

Szarpnął gwałtownie ciałem. Dzioby natychmiast pękły, mężczyzna bez problemu przerwał zaklęcie. Równie szybko zniknął chłopakowi z oczu. Elian nie spodziewał się tego.

Cholera, gdzie on…"

Poczuł drgnięcie za swoimi plecami. Zdążył się tylko obrócić, by dostrzec jak Senke posyła w jego stronę falę energii. Odruchowo uniósł miecz, by zatrzymać uderzenie. Skutecznie, jednak fala wciąż napierała, pchając chłopaka do tyłu. Opierał się fali, jednak ta cały czas go spychała, Elian sunął po ziemi coraz szybciej.

Nie mam czasu na takie wycieczki krajoznawcze!"

Zebrał energię, ile tylko jej miał, po czym całą mocą odrzucił falę, kierując ją w bok. Ten manewr odsłonił go na atak.

Dokładnie w tym momencie Elian poczuł rozdzierający ból w lewym ramieniu. Senke nagle pojawił się przed nim, wymierzając cios. Klinga pozostawiła głębokie rozcięcie, zaledwie kilku centymetrów brakowało, by chłopak nie stracił tej ręki.

– Mam wrażenie, że zacząłeś mnie lekceważyć, skoro kierujesz przeciw mnie tak beznadziejne zaklęcia.

Raashí nie zamierzał poprzestać na tej jednej ranie. Choć dla chłopaka nawet tak głęboka rana nie była poważna, zdecydowanie dawała mu się we znaki. Z trudem bronił się przed gradem ciosów, jaki fundował mu Senke.

Pierwszy atak nastąpił z góry. Elian zdołał zablokować cios, jednak Raashí, napierając dalej pozostawił rozcięcie na jego policzku. Następnie pchnął, kierując ostrze w serce. Chłopak cofnął się, unikając ciosu. Dostrzegając okazję wymierzył kontratak, uderzając z prawej. Senke zareagował natychmiast, podbijając jego miecz i wymierzając cięcie w klatkę piersiową. Elian nie zdołał się obronić. Czując chłód stali odruchowo odskoczył. Mężczyzna nie dawał mu jednak szansy na ucieczkę. Uderzył ponownie, kierując cios w lewe ramię, jakby chciał dokończyć dzieła. Chłopak sparował cios. Kolejny atak skierowany był w głowę. Ponownie zablokował uderzenie. Tak samo następne, pchnięcie ponownie skierowane w lewe ramię.

Elian przystosował się już do morderczego tempa, jaki narzucał mu Senke, choć nadal był spychany do obrony.

– Zdaje się, że skończyły ci się sztuczki, chłopcze.

Niechętnie musiał mu to przyznać.

Miał rację. Nie mam już niczego, czym mógłbym go zdjąć. Wszelkie zaklęcia wiążące przerywa, a ofensywne nie robią na nim wrażenia. Wyczerpałem swój asortyment…"

Tu się mylisz.

To był głos Białego Smoka.

Zapominasz chyba, czego uczyłeś się przez ostatnie miesiące, odkąd jesteś w Seireitei. Jedna, jedyna technika, której nawet Raashí nie powstrzymają. Twierdzisz, że najlepiej uczysz się w trakcie. Zademonstruj mi to.

Elian wiedział, o czym mowa. Gdy tylko trafił do Seireitei Tersaali zaczął uczyć go techniki, nie należącej do sfery Magii Demonów, czy technik wykorzystywanych przez Raashí. Była to forma magiczna, używana przez samego Białego Smoka, coś czego nikt do tej pory nie poznał. Był pewien, że ta technika w walce przeciw Senke będzie idealna. Musiał jednak go najpierw unieruchomić…

Kolejny zatrzymany cios. Elian odepchnął jego klingę. Ruszył do ataku. Wykonał obrót, by zwiększyć impet uderzenia i wymierzył cios, który miał pozbawić przeciwnika głowy. Senke zmuszony był się uchylić. To wykorzystał chłopak. W mgnieniu oka zniknął. Pojawił się ułamek sekundy później za mężczyzną, kilkadziesiąt metrów dalej. Nim Raashí zdążył zareagował chłopak uderzył.

Hadō no 63, Raikōhō!

Złota błyskawica wystrzeliła. Senke zdążył jednak zareagować. Piorun uderzył w klingę Rai, zatrzymując się na niej. Chłopak nie przerywał zaklęcia, wciąż napierał. Nie dawało to jednak żadnych skutków.

– Wciąż nie odpuszczasz… Jednak nie zmienia to faktu, że nie możesz mnie zranić w ten sposób.

Zgromadził energię na ostrzu, po czym skierował ją w stronę chłopaka. Wystrzelił promień, który bez problemu rozbił zaklęcie. Elian spodziewał się tego i w porę zwolnił zaklęcie, by móc się obronić. Uniósł lewą dłoń, dwoma palcami nakreślając pionową linię.

Kyōryūheki!

Stworzył barierę tuż przed sobą. Gdy tylko promień w nią trafił cała jego energia została odbita i skierowana z powrotem. Promień wrócił do Senke. Choć był tym mocno zaskoczony wiedział, co należy robić. Nim pocisk go dosięgnął skoczył, by po chwili pojawić się tuż obok chłopaka.

– Cały czas zaskakujesz…

Rai już było wycelowane w Eliana, gotowe do strzału. Był na to gotowy. Wiedział, gdzie się pojawi. Tam skierował dwa palce dłoni.

Bakudō no 61, Rikujōkōrō!

Z palców wystrzeliła żółta energia, która przekształciła się w sześć świetlistych ramion. Oplotły się one wokół brzucha Raashí, unieruchamiając go. Senke był zaskoczony takim obrotem spraw, choć nie wyglądał na zbyt przejętego. Elian domyślał się czemu. To zaklęcie nie zatrzyma go na długo. Nie zamierzał jednak na tym poprzestać. Odskoczył od mężczyzny.

– Mówiłem, że mam jeszcze kilka sztuczek.

Uniósł przed sobą otwartą dłoń, po chwili ją zamknął.

Bakudō no 63, Sajō Sabaku!

Senke otoczyły emanujące złotą energią łańcuchy, po chwili go owinęły, związując ręce. Oba zaklęcia wiążące razem miały większą moc, niż oddzielnie. Jednak na Senke to nadal mogło być mało. Elian to wiedział.

– I trzy!

Chłopak uniósł ręce, rozkładając je na boki, następnie ułożył je przed sobą, splatając wskazujące i środkowe palce.

Bakudō no 99, Kin!

Raashí oplotły czarne tkaniny. Następnie stalowe bloki zaczęły przybijać tkaninę razem z Senke, ściągając go w dół. Jednak pomimo potrójnego związania mężczyzna nie uległ do końca. Nadal stał o własnych nogach, choć nie mógł się z tego uwolnić.

– Kończmy to, Senke!

Stanął bokiem do mężczyzny. Po raz kolejny uniósł dłonie. Lewą, na całej długości wyprostowaną, prawa z dłonią ułożoną na lewym ramieniu. Dłoń lewa była wyprostowana. Czubek najdłuższego palca rozjaśnił się białym światłem, które po chwili objęło całą dłoń. Światło było coraz silniejsze, aż dłoń całkowicie w nim zniknęła. Biała poświata objęła też resztę ręki. To nie było wszystko. Kula światła, okalająca dłoń zaczęła przybierać nowy kształt, bardziej owalny. Z jej końca, od strony nadgarstka zaczęło wyrastać siedem świetlistych nici, które można byłoby porównać do roślinnych pędów. Nie bez powodu. Owal dalej zmieniał swoją formę, przekształcając się w zamknięty kwiat.

Senke nie miał pojęcia, czym jest ten kwiat. Nie chciał się dowiedzieć…

– Widzę, że wciąż próbujesz…

Zaczynał przełamywać potrójne zaklęcie, które go trzymało. Promienie oplatające brzuch zaczęły słabnąć, stalowe łańcuchy pękać, czarna tkanina rwać. Raashí nie potrzebował wiele, żeby zerwać więzy.

– Mówiłem ci. Wciąż masz za mało mocy, żeby mnie po…

Nagle urwał, czując ukłucie w ramieniu. Nie wydawało się to niczym istotnym. Mężczyzna dostrzegł jednak, co spowodowało to „ukłucie".

Cienki, biały promień przebił się przez jego prawe ramię. Natychmiast, bez żadnego oporu, co dla Senke było szokujące. Jego własna energia duchowa, której miał ogromne ilości powinien zatrzymać taki promień bez większych problemów. Tymczasem ten jeden strzał wyrządził więcej szkód, niż wszystkie zaklęcia, jakimi do tej pory raczył go chłopak razem wzięte.

Promień wystrzelił ze świetlistego pąku, który powoli zaczął się otwierać. Zarówno kwiat, jak i siedem pędów zaczęły jaśnieć coraz bardziej.

– Ja również nie lubię, kiedy się mnie lekceważy, Senke.

Elian zgromadził wszystkie siły, jakie miał w to jedno zaklęcie. Całe Reiatsu, jakie zdobył dzięki Makucie, jakie użyczał mu Tersaali oraz całą moc, jaka jemu samemu pozostała. Wszystko zgromadzone w jeden atak, który miał ostatecznie zakończyć tą walkę. W zaklęcie, które pokona Raashí Senke.

Kwiat zakwitnął.

Kōryū Myōkka!

Trwało to zaledwie ułamek sekundy. Wnętrze kwiatu uwolniło całą moc, jaką zebrało. W jednej chwili. Potężny, niszczycielski, biały promień skondensowanej energii duchowej wystrzelił w stronę Raashí. Nikt i nic nie było w stanie tego zatrzymać, nawet on. Uderzenie spopieliło wszystko, z czym weszło w kontakt, nikt i nic nie mogło przetrwać tak morderczej temperatury, którą wytwarzała tak oszałamiająca ilość Reiatsu.

Promień przez kilkanaście sekund bombardował okolicę oślepiającym światłem, widocznym w całym Społeczeństwie Dusz. W końcu zniknął, pozostawiając po sobie wypaloną ścieżkę, szeroką na dziesiątki metrów i długą na kilka kilometrów, na której drodze nie było absolutnie niczego. Również Senke zniknął, kompletnie spopielony przez tą niszczycielską energię. To był koniec pojedynku. I koniec bitwy.

Elian był niesamowicie szczęśliwy z tego, że to był już koniec. Nie potrafił się jednak z tego cieszyć. Zaklęcie wyssało z niego wszystkie siły, jakimi dysponował. Stracił całą moc Makuta, jak i swoją własną. Z trudem mógł ustać na nogach. Czuł jakby miał zaraz odpłynąć.

Szlag, chyba… przesadziłem…"

Nagle stracił czucie w nogach. Chłopak runął bezwładnie na ziemię. Tracił przytomność. Ostatnim, co pamiętał było to, że czuł jak ktoś go łapie…


Elian powoli otworzył oczy. Oślepiło go światło, widział zaledwie białą plamę. Nie miał pojęcia, gdzie jest, kiedy jest i czy w ogóle jest.

Co się… To możliwe, że jestem… Czy… Umarłem?"

Myślał że nie przeżył tej walki, jednak nie czuł się tak, jak wcześniej. Nie czuł już tej potwornej słabości, która sprawiała, że nie mógł poruszyć nawet palcem, a wręcz przeciwnie, jego samopoczucie było… całkiem niezłe…

– Już nie śpisz?

To też nie był żaden głos z zaświatów. I wydawał się chłopakowi znajomy…

Po chwili odzyskał wzrok na tyle, że mógł się rozejrzeć po okolicy. Pierwsze co ujrzał to błękit nieba. I czyjąś uśmiechniętą twarz.

– Wygodnie ci?

Natychmiast tą twarz poznał. Był z lekka zaskoczony tym, co robiła tu Yoruichi. I nie wiedział, co miały znaczyć jej słowa. Dopiero po chwili zrozumiał. Trochę mu zajęło zorientowanie się, że jego głowa leży na czymś miękkim, co zdecydowanie nie było ziemią. W końcu wpadł na to…

Leżał właśnie na jej kolanach.

– Co jest?!

Szok i konsternacja z jego strony. Zareagował automatycznie, podrywając się gwałtownie do góry. Ku jej zaskoczeniu…

– Cóż, chyba wszystko z tobą w porządku…

Serce Eliana biło jak szalone, chłopak z trudem łapał oddech. Było to dla niego wyjątkowo dziwne uczucie, jeszcze niedawno czuł, jak się zatrzymywał, jego serce niemal stanęło.

Gdy stracił przytomność był pewny, że to już koniec. Był pewny, że nie przeżyje… A teraz… Czuł się całkiem normalnie, jego stan zmienił się tak gwałtownie, że dla niego był to prawdziwy szok.

– Ja… Żyję?

– Z pewnością. Martwy nie byłbyś taki ruchliwy.

Do chłopaka jej słowa jakby nie docierały. Rozglądał się po zniszczonej przez jego walkę z Senke okolicy. Zachowywał się, jakby nie wiedział gdzie jest, zupełnie jak po utracie pamięci, zdezorientowany wpatrywał się z osłupieniem w ruiny Seireitei…

Nagle jego mózg zaskoczył. Gwałtownie odwrócił głowę w stronę Yoruichi.

– A Raashí? Bitwa?

– Już po bitwie. Wszystko zgodnie z twoim planem. Wróg wpadł w pułapkę, rozproszyli się, a kapitanowie szybko z nimi się rozprawili. Ja zajęłam się Natu, a ty… Cóż, ostatecznie zakończyłeś tą bitwę.

Elian uspokoił się, słysząc tak dobre wieści. Było już po wszystkim. Odetchnął z ulgą, ciesząc się, że wszystko dobrze się skończyło.

Już myślałem, że nie dam rady. Raashí zostali odparci, a po takiej klęsce długo się nie pozbierają. Seireitei jest bezpieczne, i to na długi czas. Niech to diabli, naprawdę niewiele brakowało…"

Zagłębiony w swoich myślach był jakby nieobecny. Szybko jednak wrócił z powrotem. Yoruichi widząc jego zadumaną minę postanowiła gwałtownie wyrwać go z tego transu, sprzedając mu cios pięścią w ramię. Cios, który zwykłemu człowiekowi to ramię by urwał.

– Hej! Za co to?!

– Przestań się tak wszystkim przejmować! - zakrzyknęła - Jeszcze przed chwilą Seireitei było na skraju załamania, niewiele brakło do jego unicestwienia, niewiele brakowało i byłoby po nas. I to właśnie ty nas od tego uchroniłeś, pokonując Senke. Gdyby nie ty, nikt by go nie powstrzymał. Powinieneś być z siebie dumny!

Chłopak zaniemówił. Wiedział oczywiście, jak ważny był jego pojedynek, jednak słysząc z ust Yoruichi takie słowa kompletnie nie wiedział, co powinien w tej chwili powiedzieć. Nie zależało mu na żadnych zasługach z tego tytułu, zrobił to, co uważał za słuszne.

– Nie myślałem o tym w ten sposób… - odparł do siebie

– Nie powinieneś umniejszać swoich wyczynów. Chociaż to dość szlachetnie, że nie oczekujesz nagród z tego powodu. Mimo wszystko powinieneś być bardziej pewny siebie. Dziś wygrałeś w bitwie, w której nikt inny nie dałby sobie rady. I po tym wszystkim nadal jesteś w całkiem niezłym stanie.

Tak, to Elianowi wydało się dziwne. Po tak wyczerpującej walce chłopak nie powinien czuć się tak rześko, jak po dobrze przespanej nocy. Przecież jeszcze przed chwilą czuł się, jakby był już jedną nogą w grobie. Leżąc wtedy przy Yoruichi miał wrażenie…

Coś sobie przypomniał…

– Tak właściwie… - zaczął dosyć nieśmiało - Co moja głowa robiła na twoich kolanach?

Kobieta jakby czekała na to pytanie.

– A co? Spodobało ci się?

Posłała w jego stronę uśmiech, wpatrując się w niego przy tym dość dziwnie, jakby… lubieżnie. Wprawiała tym Eliana w zakłopotanie.

– E… Mówiąc „podobało" masz na myśli…

– Czy było ci dobrze?

Tym pytaniem jeszcze bardziej wgniotła go w ziemię. Nie dało się nie doszukać w tym dwuznaczności. Chłopak w tej chwili kompletnie nie wiedział, co ma robić. A Yoruichi najwyraźniej dobrze się przy tym bawiła.

– No… na pewno było wygodnie… - starał się wybronić - Całkiem… miło. E… A co z Shichi? Powinienem chyba sprawdzić, co z nią.

Taktyka uniku. Elian podniósł się z miejsca.

– Zmieniamy temat, co? - Yoruichi wstała wraz z nim - Niech ci będzie. Wybiorę się tam z tobą…

– Nie, to nie jest aż tak konieczne…

– Uwierz mi, że jest. Mnie też w końcu przyda się wizyta w Czwartym Oddziale.

– Jak, co…

Dopiero teraz zauważył jej rany. Niemal zapomniał o tym, jakich obrażeń doznała w trakcie pierwszej walki z Natu, a najwidoczniej nabawiła się i nowych. Teraz był zakłopotany już z nieco innego powodu.

– A… tak, to… chodźmy.

Oboje ruszyli, całkiem spokojnie.

– Tak z ciekawości, co z Suì-Fēng?

– Szczerze mówiąc, nie wiem. Minęłyśmy się zaledwie raz podczas bitwy. O ile wiem Onmitsukidō zajmuje się teraz wyłapywaniem niedobitków. A czemu pytasz?

– Cóż, po prostu byłem ciekaw, w sumie trochę…

– Martwisz się o nią? - Yoruichi zbliżyła się do Eliana BARDZO blisko

– E… Tak jakby? - chłopak był trochę zdziwiony jej zachowaniem

– Ciekawe. Nie zauważyłam, żebyście byli w mocno zażyłych stosunkach. Chociaż… Przez dwa miesiące cie nie było, więc może w między czasie ty i Suì-Fēng…

Chłopak zaczynał rozumieć, do czego to zmierzało.

– Nie! Że niby twoim zdaniem ja z nią?!

I dalej ciągnęli ten temat, przekomarzając się po drodze.


Jeśli chodzi o Suì-Fēng, wszystko było z nią dobrze. Była w tej chwili w koszarach Pierwszego Oddziału razem z innymi kapitanami na zebraniu. Pierwszym po bitwie. Byli tam wszyscy dowódcy oddziałów.

– Bitwa dobiegła końca. - mówił generał Yamamoto - Armia wroga została rozbita i wyparta z Seireitei. Ta porażka znacznie nadwyrężyła siły klanu Raashí, najprawdopodobniej przez długi czas nie ośmielą się tu powrócić. To daje nam czas na odbudowanie zniszczeń, jakie po sobie pozostawili. Oraz zajęcie się innymi sprawami.

Atmosfera w auli była wyjątkowo gęsta. Kapitanowie wiedzieli, czym są te „inne sprawy". To właśnie z ich powodu zwołano zebranie, dobrze o tym wiedzieli. Domyślali się, o co może chodzić, podczas bitwy sami odczuli skutki tych „spraw".

– Ta walka pokazała nam coś więcej, niż tylko ogrom siły, jaką dysponuje Klan, i z którą przyjdzie nam się jeszcze zmierzyć. Ujawniła inne zagrożenie, być może znacznie większe niż Raashí. Zagrożenie bliższe nas, niż mogłoby się wydawać.

Yamamoto umilkł na chwilę. W sali zapanowała absolutna cisza. Żaden z kapitanów się nie odzywał, czekając w skupieniu na ciąg dalszy.

– Kapitanowie Gotei 13. Wspólnie musimy zastanowić się nad dalszym losem porucznika Drugiego Oddziału, Ahage Eliana, a w szczególności istotą, którą nazywają Makuta.