The Soft Parade

Kiss the hunter of the green vest

Who has wrested before

With lions in the night


Zostają zaprowadzeni do stolika przez miłą hostessę. Przyciemnione światło tworzy na sali miły nastrój, który wypełnia całą salę. Will odwija z serwetki sztućce i przesuwa kciukiem po jej brzegach. Gdyby Hannibal nie znał w tym momencie wszystkich przejawów zdenerwowania Willa, uznał by go za niegrzecznego. Jest już jednak na tyle przywiązany do Willa, że postanawiapromising potraktować jego wiercenie się jako komplement.

Kelner przynosi Hannibalowi szklankę wody, przez co Will czuje się jeszcze bardziej niezręcznie kiedy zamawia włoskie wino Sangiovese. Upija z kieliszka spory łyk a potem odkasłuje i wbija wzrok w kartę dań w poszukiwaniu przystawki. Hannibal patrzy z rozbawieniem, na to jak William jąkając się lekko zamawia grillowane ostrygi. Hannibal zamawia pieczone daktyle i kelner zostawia ich samych. Po raz pierwszy odkąd usiedli mają chwilę czasu dla siebie dopóki kelner nie wróci z ich zamówieniami. Hannibal upija łyk wody.

-Czy to cię w ogóle boli? - Pyta nagle Will ze wzrokiem utkwionym gdzieś ponad ramieniem Hannibala. Hannibal dotyka gardła wolną dłonią i patrzy na to jak jego ruch natychmiast skupia na sobie wzrok Williama. Will oblizuje dolną wargę a Hannibal, usatysfakcjonowany, opuszcza dłoń.

-Już zaczęło się goić. - Hannibal osuwa się na oparcie krzesła i wyciąga odrobinę szyję. Usta Willa rozchylają się podczas kiedy jego oczy śledzą każdy ruch Hannibala. Za bardzo okazuje to co mu się podoba.

-Jeżeli o to chodzi...jeżeli chodzi o wczorajszy wieczór...

-Tak, Williamie.

-Co, „tak" ? - Will wygląda na skołowanego i niemiłosiernie mnie w dłoni serwetkę.

-Moja odpowiedź brzmi tak. Chciałem.

Hannibal jednocześnie słyszy i czuje zakłopotanie Willa. Jego twarz przypomina kolorem idealnie dojrzałego pomidora. To całkiem urocze. William jest tak pełen wyrazu. Hannibal ma ochotę posmakować jego rumieńca językiem; pragnie poczuć jego smak w ustach.

-Chciałeś. - Will wzdycha gwałtownie. Z jego ust wyrywa się krótki śmiech ulgi. Hannibal nagradza Willa uśmiechem i patrzy na jego rozszerzone źrenice.

-Uważam, że powinniśmy zrealizować nasze pragnienia kiedy wrócimy do domu.

-Naprawdę tak uważasz? - Will pociera policzek dłonią. Uśmiecha się szeroko. Wygląda naprawdę oszałamiająco kiedy się uśmiecha. - Jezu, martwiłem się tym cały dzień a ty drażniłeś się ze mną w zakładzie pogrzebowym. - Hannibal chichocze.

-To była strategiczna zagrywka mająca na celu odkrycie twojej reakcji. Trochę prostacka z mojej strony. Mam nadzieję, że mi wybaczysz.

-Cóż nie byłbyś sobą gdybyś czegoś dokładnie nie przemyślał i po prostu zaryzykował. - Mruczy Will, potrząsając głową.

-A czy ty byłeś gotów zaryzykować, Williamie?

-Przez chwilę czułem, że mnie do tego zmusisz.

-Nigdy nie byłbym wobec ciebie tak okrutny. Twoje zaufanie wiele dla mnie znaczy. - Uśmiech Willa słabnie. Na jego twarzy pojawia się wyraz zdziwienia. Rozświetla ją w naprawdę cudowny sposób, który na moment odbiera Hannibalowi oddech. To jego zasługa. To dzięki niemu Will tak się czuje, mógłby zrobić więcej, znacznie więcej jeśli mieliby więcej czasu. Teraz nic ich nie powstrzyma. Hannibal podarowałby Willowi cały świat. Will musi mu tylko na to pozwolić.

Uczucie znika z twarzy Willa, który otwiera usta aby coś powiedzieć, jednak nie potrafi odnaleźć odpowiednich słów. Pojawia się kelner z ostrygami i daktylami. W milczeniu zostawia je na stole wyczuwając, że przeszkodził im w bardzo ważnym momencie. Odchodzi nie zdając sobie jednak sprawy z tego jak ważny to był moment.

Kelnier znika a Will spuszcza wzrok, nie pamiętając co miał zamiar powiedzieć. Hannibal go nie ponagla.

Potrafi być niesamowicie cierpliwy kiedy czegoś pragnie. W tej chwili pragnie Willa i jego niezłomnej wiary, więc poczeka tak długo jak Will będzie tego od niego wymagał. Nagroda będzie większa niż wszystko inne co do tej pory zdobył; lepsza niż śmierć mężczyzn, którzy zabili Mischę. Lepsza niż jego miłość do Lady Murasaki, czy też miłość którą mu się odpłaciła zanim musiał ją opuścić. Hannibal czuje w kościach, że Will jest tym na którego czekał, tym który wraz z nim będzie kroczył ciemną stroną, który zawsze będzie po jego stronie. Will jest tym, który należy do niego.

Daktyle są nadziane kozim serem i owinięte chwilę Hannibal kontempluje użycie widelca, ale niedawno dowiedział się, że Will lubi kiedy on trochę się zapomina tam, gdzie czas wolny styka się z finezją, więc unosi jeden z owoców do ust palcami i gryzie. Will bierze przykład z Hannibala i zabiera się za swoje ostrygi, trzymając muszlę w dłoni używa widelca aby obluzować mięso. Will jest trochę nieporządny. Hannibal lubi mu się przyglądać. Palce Willa błyszczą się od oleju, z którym przygotowano ostrygi ale jego palce nie ślizgają się na widelcu. Udaje mu się poluzować mięso maleńkiego skorupiaka. Hannibal przełyka kęs i przygląda się temu jak Will żuje.

Hannibal pozwala Willowi złapać się w akcie podglądania i w momencie kiedy Will ma zacząć protestować wkłada drugą połówkę daktyla do ust. Jego palce dotykają przez ułamek sekundy jego dolnej wargi. Will przełyka dwa razy zanim udaje mu się oderwać wzrok.

Po jakimś czasie zjawia się kelner z zapytaniem o sałatki i dania głó wyciera usta serwetką i zamawia Zieloną Sałatkę i Gnudi ze szpinakiem. Hannibal nie jest zaskoczony, to najtańsze potrawy w karcie. Zamawia sałatę z kozim serem i dzikiego halibuta. Will wpatruje się w coś ponad ramieniem Hannibala jakby wiedział, że przyłapano go na oszczędzaniu i nie chce o tym rozmawiać.

Obaj kończą ostrygi i daktyle. Hannibal stara się za każdym razem dotknąć palcami dolnej wargi. Will przygląda mu się oczarowany i zażenowany, aby coś powiedzieć chociaż występ Hannibala trochę go deprymuje.

-To miłe z twojej strony, że zająłeś się pogrzebem Cassona. - Odzywa się Will po przełknięciu ostatniej ostrygi. Przespał prawie cały dzień, więc po drugiej lub trzeciej ostrydze wrócił mu apetyt. Wyciera serwetką koniuszki palców i dłoń na którą sok z ostryg zabarwił na lekko żółty kolor.

-Komendant Lewis chciał to zrobić, ale strata pracownika była dla niego trudna. Zaproponowałem, że to zrobię, żeby on nie musiał się tym martwić.

-To więcej, niż normalnie zrobili by ludzie. - Will kiwa głową.

Hannibal kończy ostatniego daktyla. Will przygląda się temu jak Hannibal oblizuje koniuszki palców. Nigdy nie zrobiłby przy stole czegoś tak wulgarnego, ale im bardziej zbliża się do Willa i dostraja do harmonię ich związku tym więcej reguł łamie.

-Szczególnie dla Cassona. - Will odkasłuje i odwraca wzrok.

-Nie był lubiany?

-No właśnie. - Will potrząsa głową. - Ale to co dla niego robisz...jest dobre. I bardzo miłe z twojej strony.

-Co dla niego zrobiłem...- zamyśla się Hannibal. - Jestem pewien, że gdybyś był w pełni władz umysłowych przyłączyłbyś się do mnie. - Will uśmiecha się, myśląc że to komplement dotyczący jego łaski i altruizmu a nie aluzja do ciemniejszej strony jego charakteru, którą Hannibal chce podkreślić i lepiej poznać.

Kelner przynosi im sałatki. Mimo, że danie Willa jest tanie i proste, robi wrażenie. Will miesza widelcem w liściach sałaty i nabija na niego kawałek marchewki zanim unosi go do ust i szybko zjada. Hannibal nie docenił jego apetytu. Najwyraźniej im bardziej zbliżają się do dania głównego, tym bardziej głodny staje się Will. Hannibal zjada swoją sałatę w milczeniu. Zastanawia się, czy głód Willa odnosi się także do innych aspektów jego życia i jeśli tak, to do jakich celów można by go wykorzystać.

W połowie sałatki, Will opróżnia kieliszek. Pojawia się kelner, który natychmiast go napełnia a potem dolewa wody do szlanki Hannibala. Kelner odchodzi do innego stolika, kiedy Hannibal coś zauważa.

Will odwrócił się nieco w prawo aby wyjrzeć przez okno na zapadający za nim wieczór. Jego ramię odsunięte jest trochę na bok, trzymając kieliszek przy jego ustach, jak gdyby w głębokim zamyśleniu. Nagle spogląda w dół porusza kieliszkiem, i odchyla głowę do tyłu przełykając wino.

Wino jest ciemnopurpurowe, ciemniejsze od siniaków na gardle Willa, ale winogrona z których je zrobiono pasowałyby idealnie. Soczyste, niemal ciemnogranatowe odbarwienie na skórze Willa pasuje do winogron Sangiovese. Will, przełykając, zauważa to jak Hannibal przygląda się jego szyi i jego usta układają się w powolny, ostrożny uśmiech. Hannibal chce go pocałować. Gdyby nie to jak bardzo Will potrzebuje w tej chwili pożywienia, prawdopodobnie rzuciłby się na niego przez stół aby posmakować jego uśmiechu.

Smakowałby ostro i kwaśno niczym wiśnie a jednocześnie łagodnie jak Will i winogrona Sangiovese. Kelner zabiera ze stołu puste naczynia. Pojawia się i znika bez słowa. Will wpatruje się badawczo w Hannibala. Hannibal nie pozwala mu odwrócić wzroku.

-Musimy czekać aż wrócimy do domu? - Pyta cicho Will, a jego głos zdradza jego zdenerwowanie. Czekając na odpowiedź Hannibala przygryza dolną wargę. Jasnoczerwony strup w jej środku wygląda na świeży.

-Myślałem, że powinniśmy z uwagi na szacunek dla Cassona.

-Nawet go nie lubiłem.- Słowa wymykają się zanim Will ma szansę je powstrzymać. Hannibal niemal widzi tryby obracające się w głowie Willa i próbujące zmusić go, aby poczuł się źle z powodu tego co powiedział. Ale Will po prostu zamyka oczy i wzdycha. - Dlaczego nie możemy być po prostu szczęśliwi jeśli tego chcemy?

-Jesteś szczęśliwy, Williamie? - Oczy Willa otwierają się, łapią spojrzenie Hannibala i już tam zostają.

-Bardzo. - Szepcze Will. Hannibal unosi się z krzesła i pochyla nad stołem aby pocałować usta Willa, to delikatny dotyk, łagodny, ale mogący szybko zmienić się w coś więcej.

Hannibal dotyka dłonią szczęki Willa, jego palce dotykają delikatnie jego włosów. Will unosi rękę i splata palce z palcami Hannibala. Hannibal przesuwa językiem po ustach Willa i przerywa pocałunek w momencie kiedy jego usta otwierają się jak kwiat w promieniach słońca. Chwila przemija i Hannibal się odsuwa. Will patrzy na niego spod wpół przymkniętych powiek. Jego usta są rozchylone i wilgotne od dotyku języka Hannibala. Język Willa przesuwa się po jego dolnej wardze w poszukiwaniu smaku Hannibala.

Will uśmiecha się do kieliszka kiedy kelner przynosi im Gnudi ze szpinakiem oraz porcję parującego halibuta. Jedzenie pachnie wybornie. Hannibal postanawia zostawić duży napiwek i osobiście podziękować szefowi kuchni.

Głód Willa, który odrobinę zelżał kiedy czekali na danie główne, teraz wraca z podwójną mocą. Will je na tyle wolno, żeby Hannibal nie musiał przypominać mu by zwolnił ale jednocześnie w tempie, którego drugi mężczyzna nawet nie stara się powielić. Po zjedzeniu trzech czwartych dania Will wreszcie naprawdę zwalnia na tyle aby Hannibal mógł go dogonić i kończą w tym samym momencie.

-Czy życzą sobie panowie deser? - Pyta grzecznie kelner, wpatrując się w na wpół opróżniony kieliszek Willa. Will patrzy na Hannibala unosząc brwi w niemym pytaniu, a może pytając o pozwolenie.

-Poproszę Malinowe Cassis. A ty Williamie?

Kelner znowu kieruje spojrzenie na Willa.

-Hmm...poproszę to samo. - Odpowiada Will, nerwowo przesuwając po stole nieużywaną łyżeczkę.

-Zaraz wrócę aby dopełnić pański kieliszek. - Kelner pochyla głowę i znika zanim Will ma szansę podziękować za wino. Hannibal zauważył, że dwa wypite kieliszki rozgrzały go od środka. Jego oczy lśnią. W dobrym winie jest coś ciepłego i cierpliwego, coś czego brakuje taniej whisky i najlepszemu piwu. Wino pomogło się Willowi zrelaksować. Hannibal znowu ma ochotę go pocałować.

-Co to jest malinowe Cassis? - Will ma lekki problem z wymówieniem francuskich słówek. Hannibal przygryza od wewnątrz policzek. Will jest lekko pijany a kelner po raz drugi dopełnia jego kieliszek z wyrazem rozbawienia na twarzy. Hannibal czułby się dotknięty gdyby nie fakt, że sam jest rozbawiony.

Kelner spogląda na Hannibala, który kiwa głową.

-To sorbet malinowy w czekoladzie podany z bitą śmietaną, creme de Cassis i Chambord. - Recytuje idealnie.

-A Chambord to...

-Likier malinowy, Williamie. - Hannibal nie potrafi powstrzymać uśmiechu.

-Brzmi smacznie. - Kelner zabiera butelkę i znika w kuchni ledwie powstrzymując śmiech.

-Wydaje mi się, że będzie ci smakowało. Pasuje do twojego wina.

-Sangiovese. - Wymawia słowo Will. - Malinowe Cassis. - Umyka wzrokiem w bok a potem uśmiecha się nieśmiało. - Chyba jestem pijany.

-Wypiłeś pół kieliszka wina na pusty żołądek. - Zauważa Hannibal. Will spogląda w dół na kieliszek.

-Masz rację. - Kelner przynosi im małe talerzyki z sorbetem. Mocna czerwień harmonizuje z jasną skórą Willa. Will unosi łyżeczkę do ust i nieśmiało próbuje zawartości. Hannibal przygląda się jego ustom zamykającym się wokół łyżeczki. W kąciku jego ust zostaje mała ciemnoczerwona kropka. Will zlizuje ją ignorując spojrzenie Hannibala -Mmm...-Mruczy do siebie w zamyśleniu uderzając w zamrożony deser łyżeczką.

-I co myślisz?

-Dobre. - Will uśmiecha się, pochłaniając kolejny kęs. Hannibal znowu chce go pocałować. Zamiast tego sam próbuje zamrożonego deseru. Nagle Will wybucha śmiechem.

-Co się stało, Williamie?

-Właśnie do mnie dotarło, że cały dzień chodzę po mieście z odciskiem twojej dłoni na szyi.

-Dobrana z nas para. - Mówi Hannibal, oblizując usta. Ich smak jest świeży i słodki. Usta Willa smakowałyby tak samo. Will smakowałby tak jak one.

-To prawda. - Stwierdza Will zawieszając spojrzenie na szyi Hannibala. Wpatrywał się w nią od czasu do czasu przez cały wieczór. Hannibal myśli, że chciał zrobić to ukradkiem, ale jego spojrzenie zawsze goni spojrzenia Willa. Tak bardzo chce wiedzieć co dzieje się w pięknym, chaotycznym umyśle Willa. Chciałby móc kontrolować to co do niego wnika, jeżeli byłoby to możliwe, pragnie sprawić by jego poglądy stały się także poglądami Willa, żeby jego emocje stały się emocjami Willa.

-Chcesz zobaczyć? - Pyta, dotykając palcami opatrunku. Willowi opada szczęka. - Pokażę ci później, w samochodzie. - Stwierdza po namyśle Hannibal. Will czerwieni się a Hannibal utwierdza w przekonaniu, że uwielbia sprawiać by Will czuł się nieswojo i, że musi robić to częściej. Ciemna czerwień zalewająca policzki i szyję Willa jest niczym mapa miejsc, które Hannibal chciałby zwiedzić językiem.

-Jeżeli nie miałbyś nic przeciwko temu. - Mówi cicho Will.

Kelner przynosi ich rachunek. Will potrząsa głową nie mogąc wydobyć siebie słowa a kelner uśmiecha się. Hannibal przygląda się wszystkiemu z rozbawieniem.

-Jeżeli można, chciałbym zamienić słowo z szefem kuchni. - Hannibal zwraca się do zbierającego naczynia kelnera.

-Proszę chwilę poczekać, proszę pana. Zaraz ją przyprowadzę.

Hannibal uiszcza rachunek, nie przywiązując uwagi to słów Willa nalegającego, że chce sam za siebie zapłacić, i dodaje spory napiwek. Will narzuca na siebie kurtkę i wstaje od stołu kiedy kelner wraca do nich w towarzystwiepiersiastej kobiety, która wyciera dłonie o ścierkę. Hannibal również wstaje. Ich kelner uśmiecha się szeroko i obejmuje kobietę ramieniem. Na pierwszy rzut oka widać, że są ze sobą związani.

-Heather Lachlan. - Kobieta wyciąga rękę do Hannibala.

-Doktor Hannibal Lecter. - Hannibal ściska jej dłoń. Ona odwraca się do Willa. - To mój współpracownik, Will Graham.

-Gnudi ze szpinakiem były wspaniałe. - Mówi Will, nerwowo przełykając komplement.

-A sorbet wyśmienity. - Dodaje Hannibal. Kobieta z wdzięcznością skłania głowę. - Jak długo pani tu pracuje?

-Ponad dziesięć lat, prawda Rudy?

-Przyszłej wiosny minie jedenaście, skarbie. - Mówi Rudy. - To znaczy...Wiosną minie jedenaście lat odkąd pani Lachlan zaczęła z nami pracować. - Mówi oficjalnym tonem. Heather posyła mu spojrzenie będące skrzyżowaniem rozdrażnienia i uwielbienia. Rudy uśmiecha się do niej niespeszony. Hannibal zauważa imię Rudolphus na jego identyfikatorze.

-Macie szczęście, że się odnaleźliście. Widać, że świetnie się uzupełniacie.

-Jego rodzice powtarzali nam, że nie powinniśmy razem pracować.

Rudy wzrusza ramionami.

- Cóż to adwokat i księgowa. Ich pojęcie pracy na cały etat różni się znacznie od naszego.

-Jeżeli wykonuje się pracę jaką się lubi czas przestaje być istotny. - Zauważa Will. Rudy wybucha śmiechem i przyznaje mu rację.

-Czym się panowie zajmują? - Pyta Heather, chowając ściereczkę do kieszeni fartucha.

-Jestem Agentem Specjalnym w FBI. - Will spogląda na Hannibala.

-A ja psychiatrą.

-Prowadzili panowie śledztwo w sprawie tych morderstw, prawda? - Pyta Heather marszcząc brew. - Will przytakuje skinieniem głowy. - Powinnam panom podziękować za uporanie się z tą kobietą. - Heather ściska ramię Rudy'ego, który nagle przycichł. Jej dotyk wydobywa go z zamyślenia. Jego oczy są wilgotne, ale po chwili na jego twarzy pojawia się uśmiech.

-Powinniśmy wznieść toast.

-O, nie. - Odpowiada Will, wznosząc do góry ręce.

-Williamie. - Hannibal spogląda na Willa. Patrzy jak uczucie paniki w jego oczach zmienia się w lekką niepewność a potem w akceptację. - Zajęliśmy wam wystarczająco dużo czasu. Nie chcielibyśmy dłużej przeszkadzać wam w obowiązkach.

-Proszę nie przesadzać. Amanda może zająć się stolikami a w kuchni mamy wystarczającą ilość personelu. - Mówi Heather, dyskretnie posyłając Rudy'emu zmartwione spojrzenie. On znowu ma smutne oczy. - No dalej, Rudy. - Rudy uśmiecha się i prostuje.

-Wino, Panie Graham? - Jego pytanie bardzo szybko poprawia Willowi nastrój. Rudy jest ciekawą osobą. Nie da się go nie lubić, a on wie jak utrzymać dobre nastawienie ludzi. Wymija Heather i znika w kuchni. Hannibal siada a Will bierze z niego przykład. Heather wsuwa się do boksu niedaleko Willa, nie za blisko, ale w małej odległości. Przez chwilę Hannibal ma ochotę zamienić się z nią miejscami ale wie że wyglądałoby to na dziecinną scenę zazdrości.

-Przyjaciel Rudy'ego, Joshua Green, był jedną z ofiar. Dorastali razem.

Will wbija spojrzenie w stół z poczuciem winy. To szósta ofiara: lat czterdzieści sześć, zginął od wielu ran kłutych podbrzusza z pośmiertnie okaleczonymi ramionami.

-Przykro mi, że nie udało się nam złapać jej wcześniej. - Chrypie, drżącą dłonią unosząc do ust kieliszek. Hannibal sięga nad stołem i kładzie dłoń na jego łokciu. Drżenie natychmiast ustaje. Will wypija dwa długie łyki i odstawia kieliszek. Palce Hannibala przesuwają się i owijają wokół przedramienia Willa. Will unosi wzrok i próbuje się uśmiechnąć. Co prawie mu się udaje.

-Jak długo jesteście razem? - Z powodu tego jak bardzo Hannibal jest skupiony na Willu, głos Heather wydaje się dochodzić z oddali. - Wiem, że to nie mój interes...ale... – Will spogląda na nią, potem na Hannibala i w końcu na stół. Wysuwa ramię spod ręki Hannibala, którego przez moment ogarnia wściekłość i ochota by poderżnąć kobiecie gardło za to, że odwróciła uwagę Willa w tak ważnym momencie. Ale palce Willa dotykają palców Hannibala, ciekawskie i zaskoczone. - Łączy was coś naprawdę niezwykłego. Tego nie da się nie zauważyć.

Will układa dłoń tak, że jego palce splatają się z palcami Hannibala. Powietrze w pomieszczeniu jest ciepłe. Hannibal oddycha głęboko. Heather unosi wzrok kiedy z kuchni wyłania się Rudy. - Coś naprawdę niezwykłego...- Mruczy pod nosem Will. Hannibal ściska jego palce a Will, zaskoczony, unosi wzrok.

Odwzajemnia uścisk, lekko się uśmiechając. Jego oczy błyszczą.

-Cappucino dla pani, kawa z likierem Grand Marnier dla pana doktora i szkocka dla agenta specjalnego. - Rudy zauważa świeżo opróżniony kieliszek Willa. - Chyba, że...

-Nie. - Will potrząsa głową. - Dziękuję za wino.

Rudy uśmiecha się do Heather. Ona odwzajemnia jego uśmiech odbierając od niego filiżankę.

-Za co wypijemy? - Pyta Hannibal unosząc swój napój prawą ręką tak, drugą nadal trzymając dłoń Willa. Will, trochę niepewnie, unosi szklaneczkę lewą dłonią. Rudy siada koło Hannibala, któremu to w zasadzie nie przeszkadza. W ten sposób wyrównują się proporcje.

-Za nowych przyjaciół i dobre jedzenie? - Proponuje Rudy.

-Za zdrowie, Rudy. I za nowych przyjaciół i dobre jedzenie. - Dodaje Heather. Uśmiecha się i stuka w szklaneczkę Rudy'ego. Hannibal uśmiecha się i dotyka szklanek trójki siedzących z nim przy stole ludzi. Wszyscy gawędzą jeszcze chwilkę dopóki Rudy nie zaczyna odbierać dziwne spojrzenia kelnerki, której prawdopodobnie na imię Amanda.

-Niestety, muszę was opuścić.- Mówi przepraszająco. - Drinki na koszt firmy. I dziękuję wam za pracę jaką wykonujecie. - Jego słowa są szczere, i trochę nieśmiałe. Szybko żegna się z Willem i Hannibalem i odchodzi zabierając do kuchni swoją szklaneczkę cydru i pusty kieliszek Willa i zabierając dzbanek z wodą odchodzi tanecznym krokiem w kierunku stolików. Hannibal przygląda mu się przez chwilę zastanawiając się gdzie się tego nauczył.

-Śmieszny jest, prawda? - Mówi czule Heather, spoglądając przez ramię aby po obserwować Rudy'ego przy pracy. - Kiedy skończył trzy lata matka wysłała go na zajęcia z baletu. Nie mówi o tym ludziom, ale dzięki temu jest smukły i pełen gracji, więc właściwie nie narzeka.

-Zauważyłem w nim coś dystyngowanego. - Will opróżnia szklankę. - Czy nadal ćwiczy?

-Nie z zespołem. Kilka razy przyłapałam go w naszej domowej kuchni. - Heather uśmiecha się również opróżniając szklankę. - Miło było panów poznać. - Wyciąga rękę w kierunku Willa, który puszcza dłoń Hannibala aby ją uścisnąć. Kiedy ją puszcza natychmiast znowu chwyta dłoń Hannibala. Heather uśmiecha się tajemniczo do Hannibala. - Uroczy jest. Chociaż otwiera się tylko kiedy jesteście sami, prawda? - Mówi czule, po matczynemu i Hannibal wcale nie czuje się zagrożony słysząc to.

Will czerwieni się aż po samą szyję a Hannibal naprawdę nie jest zazdrosny.

-Uważajcie na siebie chłopcy. - Kobieta zabiera dwie opróżnione szklanki i kieruje się do kuchni.

-Życzę pani dobrej nocy, panno Lachlan.

-Dziękuję Dobranoc Panie Doktorze, Williamie. - Will kiwa głową a potem zmierza w kierunku drzwi.

Powietrze jest chłodne i świeże dzięki deszczowi, który cały dzień marynował asfalt. Idą obok siebie, a ich ramiona ocierają się od czasu do czasu przez ich kurtki. Will spogląda na bezgwiezdne niebo za bardzo wypełnione deszczowymi chmurami aby na ziemię padł chociaż jeden promień księżyca na podświetlony na pomarańczowo przez samotną latarnię uliczną parking.

Will zatrzymuje się, kiedy mijają ostatnie okna i odwraca. Łapie Hannibala za bicepsy, w ten sam sposób jak wtedy kiedy był pod jego wpływem, i przyciąga do siebie tak że ich usta stykają się ze sobą gwałtownie. Hannibal odwzajemnia uścisk i otwiera usta przy smakujących sorbetem ustach Willa.

Hannibal prowadzi Willa tyłem pod ścianę budynku, zbierając jego chciwe jęki językiem. Hannibal czuje na ustach słaby żar alkoholu, słodko gorzki smak wina Sangiovese i słodki gęstego jak syrop likieru Chambord. Trzyma Willa blisko, tak że ich ciała stykają się ze sobą przez warstwy ubrań. Will wzdycha głośno i zaciska dłoń w pięść we włosach Hannibala po czym znowu go całuje.

Hannibal delikatnie przyciska swoje biodra do bioder Willa. Will wydycha głośno powietrze a jego usta przesuwają się z ust Hannibala aby zwiedzić jego szczękę i i brodę. Przesuwa kciukiem po opatrunku. Hannibal odchyla głowę aby spojrzeć Willowi w oczy. Usypiające właściwości alkoholu w zasadzie przeminęły. Spojrzenie Willa jest czyste kiedy odpowiada Hannibalowi. Jest figlarne. Kącik jego ust unosi się w pół uśmieszku. Podważa kciukiem opatrunek, drapiąc jego skórę paznokciami a potem chowa zerwany opatrunek do kieszeni kurtki i zabiera się za gardło Hannibala, zanim ten ma sposobność sprzeciwić się temu co zrobił Will.

-Właściwie, już go nie potrzebujesz. - Will wymrukuje w rząd zagojonych ranek po czym przygryza bok szyi Hannibala a potem przesuwa w dół chrząstki pierścieniowatej i zaczyna ssać. Hannibal mruczy przyzwalająco ale potem odsuwa szyję.

Obaj głośno oddychają, a kiedy Hannibal sięga dłonią w dół odkrywa rosnącą erekcję Willa podobną do jego własnej. Will jęczy przesuwając nosem po policzku Hannibala a potem całuje go w kącik ust przesuwa językiem po górnej wardze Hannibala.

-Powinniśmy stąd jechać. - Wzdycha Will, chociaż ociera się biodrami o biodra Hannibala, tak żeby ich krocza stykały się ze sobą. Przesuwa dłonią po jego klatce piersiowej i przygryza jego szczękę a potem całuje go w szyję. Wzdycha przy każdym oddechu i mocno nabiera powietrza ustami. - Prawda Hannibalu? Musimy już jechać.

-Tak, masz rację. - Odpowiada Hannibal i wyrywa się Willowi aby podejść do samochodu a Will wybucha śmiechem i biegnie zanim.

-Lubisz pozbawiać mnie tchu, prawda?

-Lubię wiedzieć, że mi wolno. - Odpowiada Hannibal drażniąc się z nim a potem odblokowuje zamki Nissana i wsiada za kierownicę. Will zajmuje siedzenie pasażera.

-O co ci chodzi? - Pyta. Jego uśmiech słabnie, chociaż w oczach widać radość.

-Wydawało mi się, że jasno widać iż zabiegam o twoje względy.

-Zawsze o mnie zabiegałeś. Tym razem jest inaczej.

-Wcześniej ze mną nie współpracowałeś.

-Wcześniej nie wiedziałem, że zabiegasz o moje względy.

-Teraz już wiesz. - Odpowiedział z konspiracyjnym uśmiechem Hannibal. - Okazałeś się wart zachodu.

-Co masz na myśli? - Will wybucha śmiechem, najwyraźniej niedowierzając, że w ogóle o tym rozmawiają. Hannibal przekręca kluczyk w stacyjce i wyjeżdża z parkingu.

-A jak myślisz?

-Proszę cię, tylko nie to. - Will potrząsa głową uśmiechając się od ucha do ucha. - Dlaczego mi po prostu nie powiesz?

-Muszę zachować pewne rzeczy w tajemnicy, inaczej się mną znudzisz.

-Akurat. - Sarka Will.

-Co masz na myśli? - Kątem oka, Hannibal zauważa, przyglądającego mu się Willa. Chce na niego spojrzeć, ale wie, że jeśli się odwróci Will się spłoszy. Może zmienić zdanie, i chociaż Hannibal potrafi być niezwykle cierpliwy jeżeli czegoś chce, a chce tego. Tej nocy pragnie tej jednej rzeczy, ponieważ Will jest gotów mu powiedzieć. Hannibal to czuje tuż pod powierzchnią, czuje jak Willowi brakuje tchu kiedy szuka odpowiednich słów.

Jego wzrok rzeczywiście umyka w bok, jednak kiedy Hannibal może poczuć się zawiedziony, Will odzywa się do niego.

-Pozwoliłeś mi zbliżyć się do siebie. Nikt inny przedtem tego nie zrobił. - Jego głos jest niski, to smutny dźwięk istoty zostawionej zbyt długo samej sobie, która wreszcie zdała się zobaczyć światełko na końcu tunelu, możliwość pięknej, jasnej przyszłości. Hannibal czeka, ale Will nie ma nic więcej do powiedzenia. Dojeżdżają do hotelu w pięć minut. Kiedy silnik gaśnie, Will nerwowo oblizuje usta. Hannibal odpina pas bezpieczeństwa i odwraca się do Willa.

-Ludzie się mnie boją. - Szepcze Will przez zaciśnięte zęby.

-Powinni się ciebie obawiać. - Mruczy Hannibal przesuwając dłonią po swoim znaku na szyi Willa. - Ale robią to z niewłaściwych powodów.

Will patrzy na niego pytająco.

-Dlaczego powinni się mnie bać?

-Ponieważ mógłbyś być czymś znacznie groźniejszym. - Odpowiada Hannibal całując go w policzek a potem w skroń. Will zamyka oczy i pochyla się w kierunku ust Hannibala dotykających jego włosów. - Mógłbyś być bardziej niebezpieczny niż tysiące seryjnych morderców, których tropią a oni nigdy nie zorientowaliby się, że powinni skupić się na tobie. - Hannibal całuje Willa w czoło i odpina jego pas bezpieczeństwa. - Ludzie powinni być ostrożni w twojej obecności, Williamie Graham. Nie jesteś porcelanową filiżanką. Nie jesteś obtłuczonym kubkiem.

-Jestem mangustą. - Will uśmiecha się dotykając ustami ust Hannibala. Hannibal go całuje.

-Możesz być czymkolwiek zechcesz. Nie tym co wmawia ci Jack. Nie tym co wmawiam ci ja.

Will przygryza wargi Hannibala a potem wsuwa język do jego ust. Ich języki poruszają się razem powoli chociaż coraz bardziej żarliwie kiedy zaczynają mocować się ze sobą w ich ustach. Hannibal wsuwa dłoń we włosy Willa i ciągnie, na tyle że Will przesuwa głowę odsłaniając szyję a Hannibal może się pochylić i posmakować sinego odcisku swojej dłoni na jego szyi tak jak tego chciał odkąd natknął się na Willa w domu pogrzebowym. Will jęczy czując powolne, zmysłowe liźnięcie, które Hannibal zostawia na odcisku własnego kciuka.

Jego palce łapią kurtkę Hannibala i mocują się z guzikami i suwakami dopóki nie mogą zacisnąć się na jego koszuli. Daje Hannibalowi trochę czasu na to aby mógł wessać ciemniejsze znaki w siniaki na jego szyi a potem przekręca głowę aby znowu go pocałować. Jęczy ponuro kiedy Hannibal odsuwa się od niego.

-Ten parking jest pod nadzorem, Williamie.

-Nie obchodzi mnie to. - Potrząsa głową Will. Hannibal wydaje z siebie zaskoczony syk czując zęby Willa u podstawy swej szyi.

-Przyślą tu pracowników ochrony, żeby nas rozdzielili.

-Niech tylko spróbują. - Odpowiada Will, przywołując uśmiech na twarz Hannibala.

-Williamie. - Hannibal składa na ustach Willa ostatni pocałunek. - Zniknąłeś na cały dzień, Jack i Alana pewnie zastanawiają się gdzie jesteś.

-Alana pewnie domyśla się, że jestem z tobą, tato. Powiedziałem jej, że idę cię poszukać. - Hannibal gryzie Willa w ucho. - Naprawdę tak jej powiedziałem. -Mruczy wzdychając, Will. - Nie potrafię się zachowywać jak gdyby nic między nami się nie zmieniło.- Will wygląda przez szybę na zaparkowane wokół samochody i początki malowidła na ścianie budynku. Hannibal zastanawia się co może ono przedstawiać. - Czy coś się między nami zmieniło? - Spogląda na swoją dłoń. Hannibal splata jego palce ze swoimi i mocno się trzyma.

-Czy chcesz, żeby coś między nami się zmieniło?

-Pytasz mnie czy lubię cię całować? Ponieważ tak to właśnie wygląda. - Will marszczy na chwilę brwi a potem wybucha śmiechem kiedy Hannibal przygryza dolną wargę. Odsuwa się na tyle aby móc spojrzeć mu w oczy, co robił całkiem często tego wieczora. Wpatruje się w usta Hannibala a potem przesuwa wzrok na jego nos.

-Nie zadaję pytań na które znam już odpowiedź, Williamie.

-Kłamca. - Uśmiecha się Will, całując Hannibala po raz ostatni a potem pochyla się aby otworzyć drzwiczki i uciec z samochodu.

-Nie obrażaj mnie. - Mówi Hannibal wysiadając z samochodu i zamykając go. Potem dogania Willa. - Obaj wiemy, że to jak zachowałem się w domu pogrzebowym było nie na miejscu.

-Naprawdę mam nadzieję, że to jedyny raz kiedy złapałem cię na zgrywaniu głupka. - Hannibal spogląda ciekawie na Willa. - No dobrze, nie zgrywałeś głupka. Ale byłeś ignorantem.

Temu, Hannibal nie może zaprzeczyć.

-Odsłonięcie przed tobą wszystkich moich sekretów, byłoby ryzykowne.

-Cóż, wygląda na to, że apetyt rzeczywiście rośnie w miarę jedzenia. - Mówi Will patrząc w dół na dłoń Hannibala dotykającą lekko jego dłoni. Hannibal ujmuje jego dłoń splatając razem ich palce. - Chociaż, mógłbyś być odrobinę mniej subtelny w swoich staraniach o mnie.

-Wydawało mi się, że jeśli będę bardziej stanowczy, uciekniesz mi niczym spłoszony koń. - Mówi z uśmiechem Hannibal aby pokazać Willowi, że się z nim droczy, że lubi sposób rumieniec wypływa na jego twarz niczym morze czerwieni. Pochyla się i przesuwa językiem po policzku Willa, tam gdzie czerwień jest najlepiej widoczna tuż pod skórą. Will czerwieni się jeszcze bardziej i zatrzymuje wpół kroku.

-Polizałeś mnie. - Wydaje się być kompletnie zaskoczony.

-Cóż, trudno tego nie zauważyć. - Hannibal prostuje się. Will całuje go w usta słodko i niewinnie zanim Hannibal może zapytać.

-Uważam pana za bardzo interesującego człowieka, Doktorze Lecter.

Will kieruje się w stronę chodnika prowadzącego do hotelu. Hannibal również rusza, więc ich palce pozostają splecione ze sobą. Will ściska jego dłoń i spogląda na niego nerwowo kiedy podchodzą do frontu budynku. Puszcza jego dłoń kiedy ich oczom ukazują się drzwi a Hannibal prawie nie zauważa straty. Zyskał coś o wiele bardziej obiecującego i bardziej stałego niż krótki dotyk dłoni. Pozwala by Will wszedł pierwszy do hotelu. W lobby jest kilka osób, chociaż Hannibal nie poznaje żadnej z nich. Jest już wpół do dziewiątej. Jedzie z Willem windą na czwarte piętro ale nie rozmawiają ze sobą ani nawet na siebie nie patrzą. Ich palce dotykają się ukradkiem powściągliwe lecz naelektryzowane; niewinne lecz zdeterminowane.

Drzwi windy rozsuwają się nagle i Will odsuwa dłoń wypuszczając spomiędzy swoich palców, palce Hannibala. Idą razem korytarzem. Hannibal zatrzymuje się przy drzwiach pokoju Willa i kładzie dłoń w dole jego pleców aby pocałować go na dobranoc. Will przedłuża pocałunek muskając ustami wargi Hannibala i po raz kolejny smakując jego język. Wygląda rozkosznie, kiedy Hannibal odsuwa się od niego.

Poprawia Willowi okulary i powstrzymuje nagłą ochotę posmakowania zarumienionej skóry na jego policzku. Will odwraca się by otworzyć drzwi i niechętnie znika w pokoju, patrząc po raz ostatni na Hannibala i zamykając drzwi. Hannibal idzie dalej korytarzem do swojego pokoju i kładzie się do spać.

Przed nimi długi dzień.