Rozdział 9

Jego spotkanie z boginem zakończyło się kilkugodzinnym pobytem w Skrzydle Szpitalnym. Pani Pomfrey nie chciała go wypuścić nawet po wielu zapewnieniach, że czuje się już całkowicie dobrze. Kobieta za to wcisnęła w niego tyle czekolady, że można by stwierdzić, iż zmierzył się z prawdziwym dementorem a nie jedynie z boginem. Nalegała również, żeby noc spędził w szpitalu na obserwacji. Obiekcje do tego pomysłu, które przedstawił Harry, zostały całkowicie zignorowane, zwłaszcza po tym, jak do sprawy wmieszał się profesor Lupin.

Więc niezadowolony Harry leżał na swoim łóżku, w duchu gratulując sobie drugiej wizyty w Skrzydle Szpitalny w pierwszym tygodniu zajęć, kiedy niespodziewanie usłyszał delikatny głos obok siebie:

— Chyba nie przepadasz za tym miejscem, co? — zapytał z rozbawieniem profesor Lupin.

Harry spojrzał na niego nieco zdziwiony jego obecnością tutaj, ale niechętnie skinął głową. Starszy mężczyzna westchnął nagle, z zakłopotaniem przeczesując swoje pełne siwych pasem włosy. Harry przyglądał mu się z zaciekawieniem. Mężczyzna nie był taki znów stary, a jednak jego oczy mówiły, że przeszedł w życiu więcej niż by sobie życzył.

— Przepraszam cię, Harry — wypalił niespodziewanie mężczyzna. — Powinienem był pomyśleć, że zareagujesz na swojego bogina w nieco gorszy sposób, ale nie chciałem, żebyś poczuł się słabszy od innych. Nie pomyślałem jednak, że przyjmie on formę dementora. Naprawdę mi przykro, mam nadzieję, że nie masz mi tego za złe.

Przez chwilę, Harry przyglądał mu się badawczym spojrzeniem. Nie rozumiał za co mężczyzna go przeprasza. To w końcu on nie wykonał zadania, choć wszyscy inni to zrobili. Minęło kilka sekund, nim zdobył się na głośne wypowiedzenie swoich myśli.

— Nie ma pan za co przepraszać, profesorze — stwierdził z lekkim zakłopotaniem. — To raczej ja powinienem pana przeprosić za zrujnowanie pańskiej lekcji.

— To nic takiego. — Mężczyzna machnął zbywająco ręką. — Najważniejsze, że tobie nic się nie stało.


Piątek zaowocował w kilka ciekawych, choć niekoniecznie miłych wydarzeń. Historia magii jak zawsze była nudna, a eliksiry morderczo wyczerpujące, zwłaszcza, że Snape nie szczędził sobie przykrych komentarzy. Większość uczniów zdawała się zauważać, że darzy szczególną niechęcią profesora Lupina i od jego pojawienia się w szkole jest w jeszcze gorszym nastroju niż zwykle (co było dość trudne do osiągnięcia).

Transmutacja również nie należała do luźnych lekcji, a wróżbiarstwo, na którym profesor Trelawney dobre trzy razy zalała się łzami, patrząc w jego filiżankę, nie poprawiło mu humoru.

Tak więc po męczącym dniu, Harry powlókł się do biblioteki. Dziś odbywał się pierwszy trening quidditcha. Niestety, ręka Harry'ego nie była jeszcze do końca wyleczona i musiał zrezygnować z treningów w najbliższych dwóch tygodniach. Oliver nie był zbyt zadowolony, ale w końcu stwierdził, że Harry i tak jest świetnym graczem i trzy bądź cztery ominięte treningi nie powinny zrobić mu dużej różnicy, jednak, kiedy tylko wróci do zdrowia, ma ćwiczyć jeszcze bardziej zaciekle. Harry na ogół bardzo lubił Olivera, ale czasami jego zapał był wręcz przerażający.

Zamiast być na boisku, Harry siedział więc w bibliotece z Ronem i Hermioną nad ich esejami z eliksirów. Biorąc pod uwagę, że Snape ostatnio i tak miał paskudny humor, zamierzał szczególnie przyłożyć się do eseju, żeby nie dawać stronniczemu nauczycielowi nowych powodów do kpin.

— Harry? — odezwała się niespodziewanie Hermiona.

Chłopiec spojrzał na nią zaskoczony. Był pewien, że do tej pory nie popełnił jeszcze żadnego błędu w eseju, zwłaszcza, że temat był dość prosty. Dlaczego więc Hermiona przerwała mu pisanie?

— Tak?

— Wiesz, zastanawiałam się — zaczęła niepewnie i sposób w jaki odgarnęła włosy za ucho świadczył, że jest zakłopotana. — Nie chciałabym cię urazić, ale wszyscy wiemy jakie jest twoje wujostwo i w związku z tym zastanawiałam się, co z twoim formularzem?

No tak, całkiem zapomniał powiedzieć przyjaciołom o braku zgody na wycieczki do Hogsmeade. Wciąż bardzo żałował, że nie dane mu będzie zobaczyć wioski z jej słynnymi atrakcjami, jednak pogodził się z tym faktem, kiedy tylko dowiedział się o wymaganej zgodzie pisemnej.

— Będziecie musieli opowiedzieć mi jak tam jest — powiedział z przygnębieniem. — Mój wuj nie podpisał formularza.

— Przykro mi, Harry — mruknęła Hermiona, patrząc na niego ze współczuciem.

Chłopiec wzruszył obojętnie ramionami.

— Nie mów, że się tego nie spodziewałaś. Wiele razy mówiłem wam, jaki jest mój wuj. Kto jak kto, ale ty na pewno spodziewałaś się, że nie podpisze tego durnego pozwolenia.

— Może spróbuj zapytać McGonagall? — zaproponował Ron, któremu niespecjalnie uśmiechała się wizyta w Hogsmeade bez swojego najlepszego przyjaciela.

— Nie sądzę, żeby się zgodziła — odpowiedziała Hermiona, nim Harry zdążył otworzyć usta. — Szczególnie teraz, kiedy Black jest na wolności.

— Hermiona ma rację — przyznał niechętnie Harry. — McGonagall osobiście ostrzegała mnie przed Blackiem, nie mam co liczyć na wyjście z zamku dopóki go nie złapią. Mam wrażenie, że nasza kochana opiekunka domu, osobiście tego dopilnuje.


Kiedy wracali do wieży Gryffindoru, Harry uświadomił sobie, że zapomniał zabrać z biblioteki książkę do eliksirów. Przeprosił przyjaciół i wrócił się szybkim krokiem do pomieszczenia wypełnionego książkami. Po drodze patrzył z niepokojem na zegarek. Niedługo miała wybić godzina policyjna. Nie żeby Harry przejmował się czymś tak trywialnym jak zasady, ale nie marzył mu się szlaban w pierwszym tygodniu. Zwłaszcza gdyby złapał go taki Snape, na przykład! Wzdrygnął się na samą myśl o szlabanie z tłustowłosym dupkiem. To byłoby okropne. Każdy uczeń wiedział, że szlabany ze Snapem należą do najgorszych. Na nieszczęście Harry miał zaszczyt bycia najbardziej znienawidzonym przez Snape'a uczniem.

Szedł więc najszybciej jak umiał. Do godziny policyjnej zostało dziesięć minut. Był pewien, że zdąży. Wieża Gryffindoru nie znajdowała się w końcu tak daleko. Był już prawie na miejscu, zostały mu do pokonania dosłownie trzy zakręty, kiedy dostrzegł przed sobą wielkiego, czarnego psa. Coś podpowiadało mu, że jest to dokładnie ten sam pies, którego spotkał wtedy w łazience Jęczącej Marty.

Następnego dnia po tym spotkaniu Harry nie był pewien, czy pies przypadkiem nie był jedynie sennym majakiem bądź wymysłem jego wybujałej wyobraźni, lecz teraz stał on tuż przed nim – żywy i jak najbardziej prawdziwy. I Harry nagle zdał sobie sprawę, z czym kojarzy mu się ten pies. Nasłuchał się o nim aż za dużo w ostatnich dniach. Ponurak. Czyżby nauczycielka wróżbiarstwa miała rację? Czyżby pisana była mu śmierć. Przełknął ciężko ślinę. Wielki pies wlepił w niego swoje ślepia, a Harry'ego zadziwiło jak bardzo ludzko one wyglądają. Nie widział jeszcze psa, który miałby oczy w kolorze intensywnego błękitu. Może się nie znał, ale nie sądził, by ponuraki miały takie oczy. Może powinien zapytać Trelawney?

Nim chłopak zdążył jakkolwiek zareagować, pies odwrócił się w stronę przeciwną niż wieża Gryffindoru i zaczął biec. Harry sam nie wiedział, co go podkusiło, żeby pobiec za nim.

Echo jego kroków odbijało się od ścian. Nim się obejrzał, dotarł do drzwi wejściowych, które były lekko uchylone. Otworzył je szerzej i rozejrzał się po dworze. Dostrzegł ściganego przez siebie psa na granicy Zakazanego Lasu i ruszył biegiem w jego stronę. Ten jakby na niego czekał, a kiedy był już naprawdę blisko, obrzucił go zachęcającym spojrzeniem i powoli wszedł do lasu. Harry się zawahał. Ostatnia wizyta w tym miejscu skutecznie zniechęciła go do wchodzenia tam choćby na krótką chwilę. Długo zbierał się w sobie i kiedy już miał przekroczyć linię drzew, usłyszał za sobą znajomy głos.

— Harry?

Chłopak przeklął szpetnie w myślach. No to się wpakował. Powinien był iść prosto do wieży, a nie szlajać się za bezdomnym psem. Teraz profesor Lupin, który właśnie zmierzał w jego kierunku na pewno zabierze go do profesor McGonagall. Opiekunka jego domu będzie wściekła, zwłaszcza nie byłaby to pierwsza taka wyprawa, na której został przyłapany. Jeszcze gorzej jeśli nauczyciel zdecyduje się zabrać go do dyrektora. Przecież starszy mężczyzna prosił go o zaprzestanie nocnych wędrówek. Wiedział, że Dumbledore nie będzie na niego krzyczał ani nie odbierze Gryffindorowi punktów, jednak Harry miał wrażenie, że rozczarowanie w oczach starszego mężczyzny jest znacznie gorszą karą.

Odwrócił się w stronę nauczyciela, starając się zdusić narastającą panikę.

— Profesor Lupin — wydusił, niespodziewanie czując okropną suchość w gardle.

— Harry, jest już kilka minut po ciszy nocnej. Co robisz na błoniach? To niebezpieczne, mogłeś się natknąć na dementorów.

Harry popatrzył na niego w szoku. Całkiem zapomniał o dementorach, którzy patrolują okolicę. To byłoby straszne, gdyby będąc sam natknął się na te okropne istoty.

Profesor Lupin wbrew oczekiwaniom Harry'ego nie był zły. Wydawał się jedynie zaniepokojony. Odprowadził chłopaka do wieży i poinformował, że następnym razem będzie zmuszony poinformować McGonagall. Na koniec posłał mu pocieszający uśmiech i życzył dobrej nocy.

Harry nadal lekko oszołomiony przeszedł przez dziurę pod portretem. Był piątek, więc wiele osób jeszcze nie spało. Pierwszym, co rzuciło mu się w oczy była Hermiona, która z twarzą pokrytą łzami ruszyła do dormitorium dziewczyn. Ron natomiast wydawał się być wściekły. Rzucił stojącemu obok Krzywołapowi mordercze spojrzenie i ruszył w stronę schodów prowadzących do dormitorium chłopców.

Harry patrzył na to niezmiernie zdziwiony. Wzrokiem wyłowił Ginny, która wpatrywała się miejsce, gdzie zniknął jej brat.

— Hej, Ginny — przywitał się. — Nie wiesz, co stało się Ronowi i Hermionie?

Dziewczyna spojrzała na niego, odkładając na bok książkę, którą trzymała na kolanach. Odgarnęła z oczu swoje długie, rude włosy i wzruszyła lekceważąco ramionami.

— Pokłócili się — powiedziała tonem, który wskazywał, że niezbyt ją to interesuje.

— Nie wiesz, o co?

— O głupotę. Kot Hermiony chciał zjeść Parszywka. Ron się wściekł, bo Hermiona uznała, że to normalne. Skończyło się na ostrej wymianie zdań i płaczu Hermiony. Zresztą sam ją widziałeś.

— Tak — mruknął Harry. Zdjął okulary i przetarł zmęczony twarz. — Kiedyś zwariuję przez tę dwójkę — stwierdził i usłyszał cichy chichot Ginny.

— Ale i tak nie zamieniłbyś ich na nikogo innego, mam rację?

Odpowiedział jej znużonym uśmiechem, który był dla niej wystarczającą odpowiedzią.

Przez chwilę oboje siedzieli w przyjemnym milczeniu, które nagle przerwał Harry:

— Wybacz, nie spałem ostatnio za dobrze, pozwolisz, że pójdę już spać?

Dziewczyna przez chwilę patrzyła na niego zaskoczona, po czym pokiwała gorliwie głową.

— Jasne, śpij dobrze, Harry.

— Ty też, dobranoc.


Przez cały weekend Ron i Hermiona byli na siebie śmiertelnie obrażeni. Harry po kilku godzinach spędzonych w ich towarzystwie miał serdecznie dość napiętej atmosfery, jaka między nimi panowała. Wymawiając się więc złym samopoczuciem, wymknął się do swojego dormitorium. Wyszedł stamtąd dopiero na obiad, który postanowił zjeść obok Neville'a i Ginny.

— Więc... Jak minęło wam lato? — zapytał, przerywając kłopotliwą ciszę.

Neville wydawał się zaskoczony chęcią rozmowy z jego strony, natomiast Ginny natychmiast się ożywiła. Zaczęła opowiadać o wszystkich niezwykłych miejscach, jakie zobaczyła w Egipcie, a jej oczy lśniły przy tym radośnie.

Harry i Neville słuchali jej z zainteresowaniem, od czasu do czasu, rzucając sobie rozbawione spojrzenia, kiedy dziewczyna zaczynała żywo gestykulować rękami.

Tak więc Harry całą sobotę, a właściwie jej resztę, spędził z Neville'em i i Ginny. Okazało się, że do tej pory prawie nie znał tej dwójki. W niedzielę postanowił odwiedzić bibliotekę. Od wydarzenia w pociągu był okropnie ciekawy, czym tak właściwie są dementorzy. Do tej pory wiedział, że strzegą Azkabanu i gdzie się nie pojawią, tam zjawia się też smutek. Chciał jednak wiedzieć o nich coś więcej i, przede wszystkim, chciał znaleźć zaklęcie, które pomogłoby mu się bronić.

Poza tym była jeszcze jedna sprawa, o której chciałby dowiedzieć się więcej. Syriusz Black. Ten człowiek nie dawał mu spokoju. Skoro już chciał go zabić, to Harry chciał chociaż wiedzieć dlaczego. Fakt, że przyjaźnił się z jego ojcem był w oczach Harry'ego dość naciąganym powodem.

Tak więc zaczął szukać informacji o dementorach i prawdę mówiąc, dowiedział się nieco więcej niżby sobie życzył. Czytając o pocałunku dementora czuł okropne mdłości i nawet zaczął współczuć Blackowi. To musiało być okropne, spędzić w towarzystwie tych bestii dwanaście lat.

Znalazł też osobną lekturę o Azkabanie. Kiedy kończył czytać, już wiedział, że nie powinien współczuć Syriuszowi Blackowi. Na tak długi okres czasu, do Azkabanu nie trafiało się za byle co. Na dożywocie można zostać skazanym za nieliczne rzeczy.

Pierwsza – świadome użycie zaklęcia niewybaczalnego na istocie żywej i rozumnej.

Druga – świadome odebranie życia drugiej istocie rozumnej.

Trzecie – świadome służenie Temu-Którego-Imienia-Nie-Wolno-Wymawiać (śmierciożerstwo).

— Więc Black musiał dopuścić się czegoś strasznego. Takiej osobie nie można współczuć — mruknął sam do siebie Harry, kiedy skończył czytać.

Zainteresowało go pojęcie „śmierciożerstwo". Właśnie miał poszukać czegoś na ten temat, kiedy usłyszał głos Hermiony:

— Tu jesteś, Harry! — zawołała uradowana, narażając się na nieprzychylnie spojrzenie pani Pince. — Wszędzie cię szukaliśmy — dodała już ciszej.

— My? — zapytał, unosząc brew. — To znaczy, że pogodziłaś się z Ronem?

— Tak i właściwie to należą ci się przeprosiny. Ostatnio zachowywaliśmy się strasznie samolubnie.

— Daj spokój, Hermiono — machnął lekceważąco ręką.

— Czytałeś o Azkabanie? I dementorach? Dlaczego? — zapytała dziewczyna, nagle przyglądając się okładkom książek.

— Byłem ciekaw — odparł zbywająco, nie chcąc zagłębiać się w temat. — Chodź już, Ron będzie się niecierpliwił.

— Och, racja. Miał cię poszukać w dormitorium, pewnie jest w pokoju wspólnym.

— Więc chodźmy!

Harry ruszył w stronę wyjścia, w duchu przysięgając sobie, że wróci tu za tydzień, kiedy tylko znajdzie trochę czasu.