IX. Duże słowo
Okey...teraz oficjalnie jestem potępiona.
Jeśli ktoś mi kiedyś powie, że dzisiejszy wieczór nie był dniem mojej „inauguracji" bycia posiadaczką przeklętych darów, to chyba go ryznę w łeb. Dosłownie.
To cud, że Ethana nie było w domu. Inaczej musiałby wysłuchiwać moich jęków i ciężkich oddechów przez co najmniej trzy godziny.
Łał...trzy godziny. Sporo jak na pierwszy raz.
Spodziewałam się przeszywającego bólu i dyskomfortu przez cały ten czas. A tymczasem skończyło się na tym, że był bis.
I znowu – dosłownie.
Dobra...trochę realiów. Nie jestem w tym specjalistką, ale muszę powiedzieć, że nigdy nie czułam się lepiej. Fakt, że straciło się dziewictwo z chłopakiem, który czekał z tym samym właśnie na ciebie, mimo iż wiedział, że możesz już nie wrócić, sprawia, że nie ma po prostu innego gościa, który byłby cię w stanie zaspokoić.
Po raz trzeci – dosłownie.
Podsunęłam nieco wyżej pościel na siebie, po czym przekręciłam się na bok i przytuliłam do Billy'ego, który nadal leżał spokojnie obok mnie, uśmiechając się łagodnie i przeczesując moje długie włosy palcami.
- Dziękuję. – tyle mu wystarczyło. Nie musiałam mu się tłumaczyć, za co dziękowałam. Billy i ja byliśmy takimi typami osób, które rozumiały się bez słów.
- To ja ci powinienem dziękować. – powiedział nagle Billy. Zerknęłam na niego uważnie, śledząc każdą zmianę w jego głosie i mimice twarzy. – Wróciłaś do Chamberlain, i niemalże od razu zgodziłaś się zaufać mi i odnowić ze mną przyjaźń... – tu nagle głos Billy'ego zmienił się w nieco ostrzejszy, podobnie jak i rysy jego twarzy. – Nienawidzę Chris. Nienawidzę. Najchętniej zabiłbym ją plastikową, stępioną łyżeczką.
Zaśmiałam się, słysząc ten absurdalny, a mimo to całkiem śmieszny tekst.
- Nie martw się. – zapewniłam go, przytulając się mocno do niego. Billy uśmiechnął się pod nosem, i przysunął mnie jeszcze bliżej do siebie. – Już niedługo Chris pozna, co to smak porażki i upokorzenia. I zapewniam cię, jej upadek będzie iście epicki.
- Ty jej naprawdę nienawidzisz. – zauważył nagle Billy. To stwierdzenie wydało mi się tak oczywiste i bezsensowne, że aż parsknęłam cicho śmiechem.
- No co ty? – zerknęłam przy okazji na zegarek na nocnej szafce.
Godzina dziewiąta wieczorem. Czyli Ethan mógł być tu lada chwila.
Na całe szczęście, nie musiałam nic mówić Billy'emu; sam doskonale zrozumiał mój wzrok. Dwie minuty później byliśmy już kompletnie ubrani i schodziliśmy na dół. Będąc na drugim stopniu od dołu, usłyszałam warkot znajomego samochodu.
To przyjechał Ethan.
- Powiedz mi jedno...Serena. – odwróciłam się do Billy'ego i zobaczyłam, jak bardzo stara się walczyć z jednym pytaniem. Nie zajrzałam w jego umysł, bo chciałam usłyszeć to pytanie prosto od niego, a nie kotłujące się w jego czaszce. – Dlaczego...dlaczego nie pozwalasz mówić mi do siebie swoim prawdziwym imieniem? – zamarłam, ale tylko na chwilę. Musiałam być silna – i dla siebie, i dla Billy'ego, i dla Ethana, i dla Carrie, i dla Margaret...no i dla moich rodziców. Nie chciałam, aby znowu widzieli mnie rozstrojoną emocjonalnie, drącą się po nocach i wołającą nieustannie imię Billy'ego.
- Ja...to po prostu budzi we mnie złe wspomnienia. Uwierz mi, dowiesz się o nich w swoim czasie, ale teraz...jeszcze nie jestem gotowa na takie szczegółowe zwierzenia.
Billy, na szczęście, znowu zrozumiał. Przytaknął tylko skinieniem głowy. Nagle jednak poczułam, jak chłopak przysuwa mnie blisko siebie i mocno przytula.
- Serena...wierz mi albo nie, ale kocham cię. – o rzesz jasna cholera, pomyślałam, zaciskając mocno powieki.
Powiedział to. Powiedział to przeklęte, magiczne słowo. To cholerne słowo, o które dopominałam się w swoich niezliczonych koszmarach, aby w końcu je wykrztusił. Że mnie kocha. Że mu na mnie zależy. Że już nigdy, ale to przenigdy mnie nie opuści.
No i w końcu to powiedział. Na jawie. Musiałam mu jakoś odpowiedzieć.
- Ja...też cię kocham. Nawet nie zdajesz sobie sprawy, jak mocno. – w tej samej chwili jednak drzwi od domu otworzyły się i do środka wpadł – dosłownie – Ethan. Widząc naszą dwójkę, szeroki uśmiech kota z Alki w Krainie Czarów rozświetlił jego mordkę.
- Cześć, Billy. – rzucił Ethan, zamykając za sobą drzwi. Nagle zerknął na mnie, uśmiechając się jeszcze szerzej – o ile to w ogóle było możliwe.
O co temu debilowi mogło chodzić?
- Serena...chyba mieliśmy mały samozapłon w ogródku. – cudem tylko nie zabiłam go na miejscu.
Jak on śmiał insynuować mi takie rzeczy?
- Znowu? – roześmiał się nagle Billy, łapiąc się framugi dla podpory. – Już raz dzisiaj tu był mały samozapłon. Dwa garnki o mało co nie zakończyły swojego żywota. Chyba musicie sprowadzić tu jakiegoś egzorcystę, bo dom wydaje się być nawiedzony.
- Och, nie martw się Billy...na pewno kogoś tu sprowadzimy. – Ethan nadal uśmiechał się szeroko, zupełnie jak jakiś wariat z domu opieki nad ludźmi, którym sufit zwalił się w młodym wieku na głowę. Rzuciłam mu mordercze spojrzenie, na co on tylko mrugnął do mnie znacząco, aż prychnęłam pod nosem.
Billy pożegnał się ze mną, po czym wyminął nadal zadowolonego Ethana. Niedługo potem już słyszałam tylko oddalający się warkot jego starego samochodu.
- Brawo, idioto. – syknęłam, strzelając z całej siły ręką o framugę – tą samą, której wcześniej Billy użył dla podpory. – Lepszych dwuznacznych tekstów i spojrzeń chyba nie widziałam.
- Sis, nie przejmuj się tak mną. – zażartował Ethan, usiłując przytulić mnie do siebie, ale tylko go od siebie odepchnęłam. – No więc...jak było? – zmroziłam go spojrzeniem. Znów zobaczyłam ten sam szaleńczy uśmiech.
- Nie twoja sprawa, gnomie. – sarknęłam, idąc do salonu i siadając na pierwszym lepszym fotelu. Ethan ze spokojem wyminął mnie, po czym usiadł naprzeciw mnie na drugim fotelu.
- Coś ci powiedział, zanim wpadłem tu i zrujnowałem wasz moment? Bo tak to wyglądało. – zamarłam na chwilę. Mówić mu czy nie?
- On...on powiedział, że mnie kocha. – w końcu, pomyślałam, patrząc się, jak uśmiech schodzi w tempie błyskawicznym z mordki Ethana.
- Jesteś pewna, że mówił na serio? – tylko przytaknęłam. Ethan głośno wciągnął powietrze. – To wielkie słowo, S. Jesteś pewna, że chcesz się z nim związać?
Spojrzałam się na brata, jakby urwał się z choinki i właśnie przedstawił mi się jako Ciastek.
- To chyba oczywiste, że tak. A po co innego tu wróciłam? – teraz to Ethan rzucił mu zagadkowe spojrzenie.
- Po zemstę? – zignorowałam go. Był idiotą, i sam doskonale o tym wiedział, ale nic sobie z tego nie robił. Kretyn jeden.
- Po to też. – odpowiedziałam mu, ignorując ponownie jego durne spojrzenie. – Ale to o Billy'ego chodziło mi cały ten czas. To jego chciałam ponownie spotkać, i zobaczyć, czy nadal coś do niego czuję. I czy on poczuje coś do mnie.
- Kiedy zamierzasz mu powiedzieć prawdę o sobie? – westchnęłam spazmatycznie, usiłując opanować furię, jaka mnie pochłaniała przez te jego idiotyczne pytania.
Czy to nie było oczywiste?
- W swoim czasie, Ethan. W swoim czasie. Gdy będę na sto procent pewna, że jest już gotowy.
