Podziękowania za poprawki dla mrocznej88, Mysiszczurek i Pearlady.
Rozdział 9
Po tym jak Lord Voldemort zniknął, Hermiona musiałasprawdzić te drzwi. Cóż, kiedy ktoś mówi, że wyjścia nie ma, jest zazwyczaj w człowieku coś, co każe mu sprawdzić tę teorię. W zamkniętych drzwiach po prostu było coś, co wywoływało potrzebę upartego potrząsania nimi. Nigdy nie słyszała, by komuś udało uwolnić w taki właśnie sposób i, rzecz jasna, w tym przypadku również żadnej niespodzianki nie było – drzwi nie ustąpiły.
Hermiona rzuciła torbę na solidną, drewnianą podłogę i rozejrzała się po swoim nowym otoczeniu z nadzieją, że może uda jej się dociec, gdzie się znalazła. Nigdy nie wiadomo, pewnego dnia wiedza na temat, gdzie mieści się siedziba Czarnego Pana mogłaby okazać się… użyteczna?
Nieee, nikt w całej Anglii nie chciał tego widzieć.
Zachichotała, wyobrażając sobie zszokowane spojrzenia członków Zakonu, gdyby oświadczyła im, że wie, gdzie mogą go znaleźć. Nie, żeby w ogóle istniała taka możliwość. Jako praktykantka Lorda była zmuszona utrzymywać jego sekrety w tajemnicy na mocy magicznej umowy, którą podpisała. Mimo to, dość zabawne było wyobrażanie sobie reakcji wszystkich w tej hipotetycznej sytuacji.
Jednakże sytuacja była zbyt hipotetyczna, jako że wciąż nie udało się jej odgadnąć swojego położenia. Drapiąc się po głowie, ponownie rozejrzała się po sypialni. Była ogromna, nawet według standardów, do których była przyzwyczajona w związku z tym, że jej rodzice byli wziętymi dentystami. Pod samą ścianą stało wielkie, królewskie łoże z baldachimem. Między kolumnami rozpinały się najbardziej ohydne różowo-niebieskie, wzorzyste zasłony, jakie widziała w życiu. Przyjrzała się rzeźbieniom na kolumnach, szukając w nich jakiegoś pocieszenia dla jej poczucia smaku. Niestety – całe były pokryte wężami.
Ślizgoni i ich powalająca oryginalność.
Dwie szafki nocne po obu stronach łóżka cieszyły się podobnymi rzeźbieniami i wykonane były z takiego samego drewna jak łóżko. Otworzyła pustą – niestety – szufladę jednej z nich i po chwili skrzywiła się, widząc zdobienie żyrandola, które nosiło ten sam obrzydliwy, kwiecisty wzór, co zasłony łóżka. Pomyślała, że przypadkowy pożar mógłby okazać się zbawienny dla wystroju wnętrza w tym pokoju.
Komplet wypoczynkowy, zawierający dwa zaskakująco wygodne krzesła i drobny, okrągły stolik, stał w rogu pokoju, po prawej stronie od łóżka i blisko drzwi, przez które wyszedł Voldemort. Po tamtej stronie ściana była pusta i raczyła jej oczy drewnianą okładziną i obrzydliwą, różową – tak, to nie pomyłka – różową tapetą. Po obu stronach drzwi na tapecie były widoczne prostokątne przebarwienia. Najwyraźniej coś tam wcześniej wisiało, coś, co mogłoby stanowić jakąś podpowiedź – portrety, być może.
Nad masywną komodą, stojącą pod ścianą przeciwległą do łóżka, wisiało ogromne lustro. Po jego lewej stronie znajdowała się imponująca szafa, a po prawej były drzwi prowadzące do łazienki. Na ostatniej ścianie, obok zaczarowanego okna, stał wysoki regał, który sięgał samego sufitu. Wszystkie meble były zrobione z ciemnego drewna, które, choć nie była tego całkowicie pewna, wyglądało jej na dębowe. Każdy mebel w pokoju okazywał się być pusty i pokryty podobnymi, wymyślnymi zdobieniami.
Tylko biurko, ustawione pod zaczarowanym oknem, zdawało się zupełnie nie pasować do reszty. Miało białe, metalowe nogi i przejrzystą, szklaną powierzchnię blatu. Było zbyt nowoczesne, by stanowić oryginalny element tego wnętrza. To samo odnosiło się do stojącego przed biurkiem krzesła.
Ikea?
Zachichotała, wyobrażając sobie Lorda Voldemorta na zakupach. Cóż, bez wątpienia nie miałby problemu z opróżnieniem sklepu do czysta. Nie byłoby żadnego czekania w niedorzecznie długich kolejkach, by zapłacić za swoje przedmioty. Chwila, Lord Voldemort płacący za produkty? Hej, Granger, to jest dopiero nieziemski pomysł! Zachichotała głośniej, jeszcze raz rozglądając się wokół.
Gdzieś tu musiała znajdować się jakaś wskazówka. Stanęła w centrum pomieszczenia, z dłońmi opartymi na biodrach. Co wiedziała na pewno? Sypialnia wydawała się stara i były w niej węże… Wykorzystywał więc czyjś dom! Podskoczyła w ekscytacji, by zaraz zmarszczyć brwi. Mógł przecież przemienić to miejsce w taki sposób, by doszła do takich właśnie wniosków.
Ale różowa tapeta? Nie, wykluczone. Musiał korzystać z czyjegoś domu. Z czyjego?
Na Merlina, węże i staromodny wystrój wcale nie zawężały jej pola odnośnie jego popleczników. Westchnęła i przysiadła na białej narzucie. Cóż, przynajmniej coś wydedukowała, a to zawsze było lepsze niż nic. Położyła się i rozciągnęła ręce za głową, nogi obijając o brzeg łóżka. Zaczęła tworzyć w głowie listę możliwych kandydatów. Lestrange, Dolohov, Mulciber, Nott, Rosier, Rookwood… Malfoy.
Hermiona prychnęła. Czy to nie byłoby coś? Draco dostałby ataku serca, gdyby wiedział, że zatrzymała się w jego rodzinnej siedzibie – i byłoby jednego kandydata mniej. Nie zniósłby choćby myśli o tym, że szlama mogła skazić obecnością jego dom – czysty horror. Zaczęła śmiać się niekontrolowanie, aż wreszcie łzy popłynęły po jej twarzy i musiała złapać się za obolały od śmiechu brzuch.
Jezzzu, cała ta sytuacja wcale nie była zabawna; ani trochę.
Skończyła, leżąc nieruchomo na boku. Co ona do diabła sobie myślała? Zidiociała do reszty? Jak bardzo głupią, egoistyczną i nieodpowiedzialną rzeczą było z jej strony przyjęcie propozycji Voldemorta! Jęknęła, dochodząc do wniosku, że powinna przestać tak kwestionować samą siebie, ponieważ najpewniej nie miało to jej pomóc w tej sytuacji. Musiała wziąć prysznic i przespać się trochę. Tak, spanie brzmiało dobrze. Było zbyt późno czy zbyt wcześnie, zależy jak na to spojrzeć. Nie zajęło jej wiele czasu wyszykowanie się do snu i wlezienie pod kołdrę. Odpłynęła niemal natychmiast z nadzieją, że jej sny nie będą zawierały tych paskudnych zasłon.
~o~o~o~
– Chcesz, bym zrobił to teraz? – zadrwił Snape. – Czy raczej wolisz, bym trochę poczekał, aż ułożysz swoje epitafium?
Dumbledore uśmiechnął się. Ulgę przynosiła mu myśl, że nie minie rok, a będzie martwy. W pewnym sensie Kamień Wskrzeszenia dał mu to, na co liczył – możliwość ponownego zobaczenia Ariany. Nawet jeśli stało się to za sprawą klątwy i z niewielką pomocą Toma. Ale po kolei, wpierw musiał upewnić się, że Tom nie będzie bezpośrednio odpowiedzialny za jego śmierć. Katastrofą byłoby, gdyby ta różdżka dostała się w jego ręce. Musiał też chronić Dracona, a wraz z nim wszystkich, którzy mieli zostać narażeni na niebezpieczeństwo przez działania, które chłopak miał najpewniej przedsięwziąć, by wykonać powierzoną mu misję.
Severus. Severusowi można było zaufać w takich sprawach.
Rozmawiali jeszcze przez jakiś czas. Wreszcie Snape zgodził się zabić go, kiedy nadejdzie czas, po czym zostawił dyrektora samemu sobie. Dumbledore umieścił miecz Godryka z powrotem w gablocie i rozejrzał się po gabinecie, patrząc na swoje otoczenie w inny sposób niż zazwyczaj – przez okno na okrągłej ścianie zobaczył spowite ciemnością i rozjaśnione światłem księżyca hogwarckie błonia, a we wnętrzu chrapiące portrety, ogromne, odrapane pazurami biurko, Tiarę Przydziału na półce, jego kolekcję srebrnych flakonów i Fawkesa.
– Hogwart niewątpliwie jest piękny, Fawkesie – powiedział łagodnie, siadając na krześle, po poklepaniu ptaka po łebku.
Feniks zaśpiewał cicho.
Dumbledore westchnął i podniósł pierścień. Dwa miał z głowy, ale jak wiele musiał ich jeszcze odszukać? Każda liczba mogła być właściwa. Coś podpowiadało mu, że było nią siedem, właściwie przesądzały o tym prawa numerologiczne, ale musiał być pewien. Horacy znał tę liczbę – ten mężczyzna nie zmodyfikowałby swoje pamięci bez powodu. Horacy…
W zamyśleniu obrócił pierścień w dłoni. Horacy nigdy nie powiedziałby mu prawdy, ale jeśli by to dobrze rozegrać, mógłby wyjawić ją Harry'emu. Musiał odnaleźć Slughorna i sprowadzić go z powrotem do Hogwartu. Potrzebował, by ten czarodziej znalazł się w pobliżu Harry'ego i vice versa.
Co w takim razie powinien zrobić z Severusem? Stanowisko nauczyciela Obrony zostało w końcu przeklęte przez Toma. Gdyby dał tę posadę dotychczasowemu Mistrzowi Eliksirów, mogłoby go to zabić – zwłaszcza biorąc pod uwagę to, że Severus szpiegował dla niego Lorda Voldemorta. Istniała duża szansa, że klątwa pomogłaby Czarnemu Panu ujrzeć, gdzie leży prawdziwa lojalność Severusa. Z drugiej strony Horacy nie posiadał żadnych kwalifikacji w dziedzinie czarnej magii i z pewnością oczekiwałby obsadzenia go na dawnym stanowisku, zwłaszcza biorąc po uwagę jego wiek i próżność. Dumbledore wątpiłby też w to, czy Horacy w ogóle odważyłby się przyjąć stanowisko nauczyciela Obrony Przed Czarną Magią. Plotki o tym, jak bardzo ryzykowna jest to praca, z pewnością do niego dotarły. Nie. Jeśli chciał go namówić do powrotu, nie mógł mu zaoferować przeklętej posady. To musiały być Eliksiry.
Więc, jak miał uchronić Severusa przed działaniem tej klątwy? A może już to uczynił? Pozostał mu tylko rok życia. Jeśli Severus zabije go w przeciągu roku, będzie musiał opuścić Hogwart tak czy owak, a to pozostawało w zgodzie z klątwą. Tak, to musiało być rozwiązanie. Otworzył szufladę biurka i z ulgą umieścił pierścień koło pamiętnika. Wszystko układało się w całość jak kawałki gigantycznej układanki.
Feniks zaskrzeczał.
Dumbledore powoli podniósł głowę, zamykając przy tym szafkę i chowając ranną dłoń pod blatem biurka.
– Tom, co mogę dla ciebie zrobić?
– Potrzebuję akt uczennicy – odparł krótko Lord Voldemort.
– Naturalnie – odpowiedział uprzejmie Dumbledore.
Sięgnął po pierwszą teczkę ze sterty dokumentów i podał ją Lordowi Voldemortowi, który zmrużył podejrzliwie oczy, nagle rozumiejąc, że najwyraźniej jego potrzeba została przewidziana. Czarny Pan przyjął teczkę, cofnął się o krok i już miał zniknąć, kiedy Dumbledore przemówił.
– Zamykam przejście dla Opiekunów do mojego gabinetu, Tom. Jeśli w przyszłości będziesz miał potrzebę skontaktowania się ze mną, użyj Nebi lub zwróć się do Gellerta. Dla niego zrobię wyjątek.
– Zmartwiony, Albusie, że mógłbym znaleźć sposób na obejście zabezpieczeń, które nałożyłeś na to miejsce, by uchronić się przed Ciemnymi Opiekunami mającymi ochotę na przechadzkę poza twój gabinet? – zaszydził Lord Voldemort, wymachując wokół różdżką.
– Powiedzmy, że jestem ostrożny.
– Cóż, ja nie czuję i najpewniej nie poczuję potrzeby kontaktowania się z tobą – odparł zimno Voldemort i deportował się z teczką Hermiony w dłoni.
– Świetnie – powiedział Dumbledore i machnął wokół różdżką, zamykając każde otwarte połączenie poza jednym.
Uśmiechając się szeroko, zagłębił się w swoim fotelu. Ta jedna chwila była powodem, dla którego utrzymał połączenie przez tak długi czas. Wszystko wydawało się iść zgodnie z planem. To, że Tom poczuł już potrzebę przeczytania jej akt, znaczyło, że połknął haczyk.
~o~o~o~
Zirytowana Hermiona przemierzała sypialnię w tę i nazad. Było tu już całą wieczność! No dobrze, w rzeczywistości przebywała tu tylko od kilku dni, ale dla niej to była wieczność. Nie widziała absolutnie nikogo, odkąd porzucił ją bez różdżki w tym okropnym pokoju. Pewnie, posiłki były dostarczane na jej stolik codziennie i jasne, towarzyszyły im duże stosy książek na temat ludzkiego zachowania i mózgu, kontroli umysłu i sposobów atakowania go. Do tego dochodziła najwyśmienitsza literatura z dziedziny Legilimencji i Oklumencji, która nie miała absolutnie nic wspólnego z wyznaczonym jej zadaniem. I, nie oszukujmy się, to nie były rzeczy, po które sięgnęłaby w domu sama z siebie. Z pewnością ten człowiek słyszał o czymś takim jak sowy, prawda?
Niezadowolona, kopnęła drewnianą ramę łóżka; mocno.
Hermiona była zupełnie w lesie ze swoim zadaniem dotyczącym kontrolowanego rzucania zaklęć. Zwoje i książki, które przytargała ze sobą, nie były w stanie pomóc jej rozwikłać zagadkę cofania już rzuconego zaklęcia. Bez różdżki nie mogła poddać weryfikacji niczego, co udało jej się ustalić i nie miała pojęcia, czy to, co napisała do tej pory, miało jakikolwiek sens. To było niesamowicie frustrujące. Z reguły wiedziała, czy doszła do poprawnych wniosków. Teraz, pozostawało jej jedynie mieć nadzieję, że była na właściwym tropie, a to akurat nie należało do jej mocnych stron – ślepe zawierzanie przypadkowi. Była perfekcjonistką we wszystkim, co robiła.
I wszyscy ci cholerni Opiekunowie z ich całkowitą obojętnością na jej straszną sytuację – dla niej mogli przepaść marnie! Wystarczająco złą rzeczą było, że musiała zachowywać jego sekrety dla siebie. A teraz była w dodatku cholernym więźniem, i nie miało dla niej znaczenia to, w jak komfortowych warunkach ją przetrzymywano, naprawdę. Jakby nie mogli wcisnąć gdzieś zawczasu jakieś małej, malusieńkiej zasady o NIE więzieniu swojego praktykanta!
Przystanęła naprzeciw swojego zawalonego papierami biurka i zaczarowanego okna za nim, które wydawało się kpić z jej niemożności skończenia tego eseju. Za każdym razem, kiedy zacinała się z pisaniem, gapiła się w głupi widoczek. W tej chwili ukazywał się jej ocean, ale miał zmienić się w las za… (spojrzała na zegarek) trzy godziny, szesnaście minut i czterdzieści pięć sekund.
Na brodę Merlina, nudziła się niemiłosiernie. Rzecz jasna, książki, w które ją zaopatrzył, były interesujące; tyle że Hermiona przeczytała je już trzykrotnie, stworzyła odpowiednie notatki i tak dalej. A bez różdżki nie była w stanie przetestować żadnego z przytaczanych zaklęć. Chwilowo nie miało znaczenia to, jak bardzo kochała czytać. Kiedy czytanie było jej jedynym wyjściem, doprowadzało ją ono do szału.
Cóż, być może to był właśnie jego plan – doprowadzenie małej szlamy do szaleństwa.
Warknęła, podniosła „Podstawy Legilimencji" i gwałtownie rzuciła książką o drzwi, obracając się z powrotem ku cholernemu oknu i zupełnie nie dbając o los wspomnianego grubego tomiszcza.
~o~o~o~
– Dorotheosie.
Krępa wiedźma o kwadratowej szczęce i szarych włosach skinęła mu lekko głową. Weszła do środka, niosąc małą aktówkę pod pachą. Minęła go, idąc pewnym krokiem. Jednocześnie, marszcząc brwi, zerkała przez swoje okularki na unoszący się przed nią pergamin. Jej różdżka zapewniała stały, odpowiedni dystans między nią a jej lekturą. Jeśli była choć jedna rzecz, z której słynęła Amelia Bones, to była to umiejętność radzenia sobie z wieloma rzeczami na raz.
– Pani Bones, cóż za ulga, widzieć panią z powrotem. Czy powinienem... – Dorotheos urwał swoją przemowę, jako że czarownica zdążyła już dotrzeć do schodów. Zniknęła mu z pola widzenia, zanim zdołał powiedzieć cokolwiek.
– Dawlish! – zagrzmiała Amelia przez dom.
– Tak, pszepani? – zabrzmiało zaraz za nią.
Odwróciła się.
– Otrzymałeś moją notatkę?
– Tak, i zebrałem zespół. Włączyłem do niego Proudfoota i Tonks.
– Dobrze, to bardzo kompetentni Aurorzy. Upewnij się, że wpierw wręczysz ich imiona Albusowi i jeśli się zgodzi – podpisała dokument, który przy okazji podsunął jej Dawlish – chcę, by was troje stacjonowało w Hogwarcie, dopóki nie uporamy się z tymi najbardziej niecierpiącymi zwłoki sprawami.
– Jakieś postępy za granicą? – spytał Dawlish z ciekawością.
– Może, John… Może – odpowiedziała z małym uśmiechem.
Mężczyzna odetchnął z ulgą, co sprawiło, że Amelia posłała mu twarde spojrzenie, poprawiwszy okulary na nosie.
Dawlish wzruszył przepraszająco ramionami.
– Przepraszam, pewnie myślisz, że nie ma ze mnie żadnej pociechy w tej sprawie, ale wiem, że nie przyjęłabyś przeczącej odpowiedzi. Jesteśmy już zbyt obciążeni i naprawdę potrzebujemy jakiegoś zaplecza. Wyszkolenie w pełni wykwalifikowanego Aurora zajmuje trzy lata, a obecnie tracimy jednego za drugim.
– Wiem, John, zostałam poinformowana o tym, co się stało.
– Dwunastu naszych najlepszych ludzi zginęło na szkolnym placu zabaw; a później Emmelina Vance, Florian Fortescue, Ollivander… i to tylko ci, o których napisano w Proroku Codziennym. Ale jestem pewien, że na twoje biurku trafi pełna lista – powiedział ponuro.
Amelia skrzywiła się.
– Nie mogę powiedzieć, że czekam z niecierpliwością, by móc to przeczytać. Może wrócisz do domu, John? Ja dzisiejszej nocy nigdzie się nie wybieram i jestem przekonana, że twoja rodzina ucieszyłaby się, mogąc zobaczyć cię z powrotem.
John prychnął.
– Najpewniej zapomnieli już, jak wyglądam. Pewnie nawet nie dostanę się do środka.
– Och, jestem pewna, że twoje rozwichrzone włosy okażą się dostatecznym dowodem dla twojej żony. Jeśli nie, będziesz musiał po prostu pokonać swoje własne zabezpieczenia. Idź.
– Cóż – odparł John, nie bez wahania. – Ostatnio byłem dość zawalony pracą. Jeśli jesteś pewna, że nie będziesz mnie potrzebować, jestem tu ostatni i…
– Tak, jestem pewna. Daj spokój, John. Rufus nalegał na zamienienie mojego domu w fortecę. Ja sama ledwie mogę się tu dostać. Tylko głupiec chciałby mnie tu dopaść. Łatwiej byłoby mnie namierzyć, kiedy jestem w drodze do ministerstwa albo kiedy siedzę w swoim biurze. Poza tym, idę do łóżka zaraz po tym, jak porozmawiam z Rufusem, więc nie krępuj się – rozkazała uprzejmie, machając rękoma ku schodom.
– W takim razie udam się do biura i spróbuję uporać z częścią zaległej papierkowej roboty. Jeśli byś jednak poczuła potrzebę udania się gdzieś, będę w rozsądnej odległości, by móc ci towarzyszyć.
– Jeśli odkryję, że nie poszedłeś do domu, osobiście wywalę cię z tej pracy.
– Nie możesz zwalniać żadnych Aurorów, brakuje ci siły roboczej. A tak a propos – czy to nie jest wprost idealna pora na powrócenie do sprawy mojej podwyżki? – John podniósł brwi i zarechotał.
– Podwyżki? – zapytała Amelia. – Oczywiście, ale jeśli chcesz, bym pomyślała o podwyżce, pozwól, że zerknę wpierw do twojej kartoteki, i sprawdzę, jak wielu aresztowałeś ostatnio śmierciożerców. A wraz z podwyżką płacy przychodzą dodatkowe obowiązki związane z…
– Faktycznie, chyba trafię dziś do domu – przerwał jej Dawlish, cofając się do klatki schodowej i unosząc ręce w geście poddania się.
– Myślę, że to nie jest zły pomysł – odparła, śmiejąc się. – Ach, i John, proszę, wyprowadź stąd Wildshire'a. Wciąż mu się wydaje, że jestem zainteresowana jego pomysłami, a dziś jakoś nieszczególnie mam humor na słuchanie przez pół nocy jego nieustającej gadaniny. Mam zamiar wcześnie iść spać.
– Zrobi się – odparł Dawlish.
– Będę wdzięczna – wymamrotała Amelia i udała się do gabinetu.
Nastąpił krótki rozbłysk z jej różdżki i bariery na jej gabinecie zaczęły ustępować – pojedynczo i po kolei. Bones jęknęła.
– Materiał do zapamiętania – zwolnić Niewymownego Hoggersa za marnowanie mojego czasu.
W końcu drzwi się otworzyły i weszła do środka. Ponownie machnęła różdżką i jej aktówka pofrunęła na biurko. Kolejne machnięcie i otworzyły się drzwi szafy, odsłaniając szumiący, szary ekran.
– Rufus Scrimgeour – wypowiedziała, jednocześnie rzucając zaklęcie niewerbalne wokół gabinetu, które jednocześnie zamykało wszystkie drzwi i okna i na powrót ustawiało wszystkie zabezpieczenia.
Naprawdę, jeśli Hoggers potrafił sprawić, że wskakiwały na swoje miejsce tak szybko, dlaczego nieskończoność musiało trwać znoszenie ich? Cóż, przynajmniej nic nie mogło się tu przedostać. Mogła być pewna, że wiadomość, którą miała do przekazania, będzie bezpieczna. Nie dostrzegła, że stojące przy biurku, wysokie, skórzane krzesło nie było skierowane w jej kierunku.
– Amelio – powiedział przyjaźnie Rufus, pojawiając się na ekranie. – Dobrze widzieć cię z powrotem. Proszę, powiedz mi, że przynosisz ze sobą dobre wieści. Niczego innego mi teraz nie potrzeba.
– To zależy, co rozumiesz przez dobre wieści, partnerze.
Uśmiech Rufusa poszerzył się.
– Udało ci się.
– Oj, nie, nie, nie – odparła, zaskoczona, podnosząc dłonie i potrząsając gwałtownie głową. – Nie uprzedzajmy faktów. Rozmawiałam z kanadyjskimi i amerykańskimi głowami biur aurorskich, ale są wyjątkowo niechętni mieszać się w coś, co oni postrzegają jako wewnętrzne sprawy innego kraju. Wiesz, jakie panuje powszechne przekonanie. Twój bałagan, ty go sprzątasz. Nie masz pojęcia, ile razy musiałam wysłuchiwać długich list czarnoksiężników, z którymi muszą uporać się we własnych krajach, ile nasłuchałam się o brakach funduszy i siły roboczej.
Scrimgeour uśmiechnął się szeroko.
– Byłem szefem Biura Aurorów, Amelio. Pamiętam te niekończące się debaty. Ale znam też ciebie i twoją niemożność przyjęcia odmowy. Z pewnością byłabyś w stanie przekonać ich, że to może nie pozostać tylko naszym wewnętrznym problemem?
– Cóż, właśnie taką taktykę przyjęłam i… – urwała, by przybrać zbójecki uśmiech – zarówno Edgar, jak i Jean mają pojawić się tu w przyszłym tygodniu.
– Tak! – Scrimgeour uniósł pięści. – Na Merlina, kobieto, jesteś genialna. Gdybyś była tu w tej chwili, dałbym ci porządnego buziaka.
– Dlatego też rozmawiamy, zachowując odpowiedni dystans – odparła sucho Amelia. – Wciąż nie możemy być niczego pewni. Powiedziałam, że się pojawią; nie powiedziałam, że zgodzili się przysłać nam wsparcie.
– Ale… – ciągnął Rufus, obserwując ją wyczekująco.
Amelia westchnęła, spuszczając głowę. Jednak kiedy uniosła twarz, malował się na niej przewrotny uśmiech.
– Ale tak między nami – mogę mieć pomysł, jak ich przekonać.
Rufus praktycznie tryskał radością.
– Będzie jak w starych dobrych czasach. Potrzebujesz, bym grał złego czy dobrego Aurora?
Amelia zaśmiała się.
– Postaraj się być przede wszystkim dobrym Ministrem Magii, Rufusie. Nie chciałabym, byś poczuł się przytłoczony nowymi obowiązkami.
– Oj tam, ja również potrafię robić wiele rzeczy na raz.
Prychnęła.
– Tak, ja dobrze pamiętam, jak kiedyś udało ci się jednocześnie podpalić cygaro i podłożyć ogień pod swój…
– Amelio, nie wspominajmy takich starych incydentów. Skupmy się na tych problemach, które są przed nami, w porządku?
–– Szczegóły podam ci jutro, ale jestem przekonana, że uzyskamy wsparcie, jeśli zachowamy w rozmowach z Edgarem i Jean umiar i ostrożność. Chociaż, nie musielibyśmy rozgrywać tego aż tak ostrożnie, gdyby Ministerstwo nie obcięło budżetu mojemu departamentowi.
– To była sprawka Korneliusza, nie moja.
– Nie zauważyłam, byś ty podniósł mi budżet.
– Załatw mi Jean i Edgara, a rozważę to – odparł zręcznie Rufus.
– Och, jest ministrem przez sekundę i już zamienia się w polityka – zakpiła Amelia, ale zaraz spoważniała i dodała: – Stoi.
– Stoi – potwierdził Rufus. – Widzimy się z samego rana?
– Oczywiście. I tę obietnicę chcę mieć na piśmie, Rufusie – dodała Amelia, machając mu ostrzegawczo palcem, chwilę przed tym, jak miał już zamiar się odwrócić.
– Nie ufasz mi? – zapytał z oburzeniem.
– Nigdy nie ufaj politykowi w kwestii swoich pieniędzy.
Rufus prychnął.
– Co ja bym bez ciebie począł?
– Naturalnie byłbyś całkowicie zagubiony i bezradny jak zawsze.
Śmiech Rufusa rozległ się w jej gabinecie. Amelia machnęła różdżką, by zakończyć transmisję. Ekran zgasł i zamknęły się przed nim drzwiczki. Odwróciła się od szafy i machnęła różdżką nad swoją teczką. Otworzyła się z cichym kliknięciem. Wyleciały z niej dokumenty i zaczęły rozmieszczać się w odpowiednich szufladach. Jej krzesło zaskrzypiało. Amelia uniosła wzrok, marszcząc brwi, kiedy zobaczyła, że obraca się ono wokół.
– Nie mógłbym się nie zgodzić – odparł spokojnie siedzący w jej krześle Lord Voldemort, gładząc z zamiłowaniem różdżkę w swojej dłoni.
Okulary spadły jej na podłogę. Błyskawicznie wystrzeliła w jego kierunku zaklęcie. Puste teraz krzesło eksplodowało. Amelia zanurkowała szybko pod biurko, kryjąc się w miejscu, które przed chwilą zajmował. W samą porę, ponieważ dosłownie cal za nią przemknął zielony strumień klątwy. Wzniosła różdżkę ponad głową i wzięła go na cel dla całej zawartości jej półek. Jej głowa obróciła się w lewo i w prawo. Nie przestając rozglądać się po otoczeniu, otworzyła szufladę za jej plecami. Nie patrząc, zaczęła przeczesywać w pośpiechu dłonią jej zawartość. Musiała znieść te przeklęte zabezpieczenia, by się stąd wydostać, ale to zabierało trochę czasu – czasu, którego nie miała. Przemienił zwykłe przedmioty w ostre sztylety i one wszystkie skierowały się w jej kierunku. Biurko podleciało do góry i straciła swą osłonę.
– Protego!
Wyczuła poszukiwany kamień w dłoni w chwili, gdy kilka sztyletów przebiło się przez jej osłonę i trafiło w ciało. Spróbowała nabrać powietrza. Krew wytrysnęła w więcej niż jednym miejscu, a co gorsza – ręka, w której trzymała różdżkę, również mocno ucierpiała, przez co niemal upuściła swoje jedyne narzędzie obrony. Rzuciła kamień na ziemię, co spowodowało ogromny wybuch i aportowała się w inne miejsce w komnacie. Kiedy tam się dostała, wszystko zatonęło w ciszy i ciemności.
Traciła dużo krwi, powinna natychmiast opatrzyć swoją ranną rękę. I ledwo stała, przeszyta tymi wszystkimi nożami. Ale nie odważyła się choćby drgnąć czy spróbować zaklęcia leczącego, które z pewnością by ją zdradziło. Do diabła, była przekonana, że samo dudnienie jej serca mogło wskazać mu jej położenie.
Gdzie on był?
Jej słuch wyostrzył się. Nastawiła się na wyłapywanie najdrobniejszych dźwięków. Stała tam, gotowa uderzyć, kiedy tylko cel stanie się osiągalny. W czarnym jak smoła otoczeniu zrobiło się przy tym dziwnie cicho. Zaczynała czuć zawroty głowy. Mrugnęła parę razy, próbując utrzymać koncentrację. Drogi Merlinie, nie pozwól mi zemdleć – pomyślała, przerażona.
Stawało się dla niej oczywiste, że nie wytrwa dużo dłużej. Musiała uczynić pierwszy ruch, ale w którym kierunku? Wypalanie na chybił-trafił bez wątpienia przesądziłoby sprawę. Czy ciemność się pogłębiła? Zacisnęła powieki i spojrzała ponownie. Serce podeszło jej do gardła, kiedy dotarło do niej, że faktycznie powietrze zagęszczało się szybko, dusząc ją. On wykonał już swój ruch, a ona go przegapiła!
Kaszląc, upadła na czworaka, co sprawiło, że ostrza poruszyły się w niej, pogłębiając rany. Jej usta opuścił stłumiony krzyk. Nie mogła oddychać, za nic nie mogła nabrać powietrza! Machnęła różdżką i stworzyła wyłom w duszącej ciemności. Wnet świeże powietrze napełniło jej płuca. Zdołała nabrać tylko kilka porządnych oddechów, zanim chmura przemieniła się w czarny, palący popiół, który zwalił się na nią. Jej próba aportacji nie powiodła się, brakowało jej energii, by się odpowiednio skupić. Przeturlała się na bok, dobrze wiedząc, że to popchnie niektóre z ostrzy głębiej. Zatrzymała się na dwóch, spowitych czernią nogach. Czerwone oczy spojrzały na nią bezlitośnie. Różdżką wyleciała jej z ręki. Jednak przyszła po nią śmierć.
– Nie… nie wygrasz – wydusiła z siebie, krztusząc się.
Przykucnął, opierając łokcie na kolanach i z zamyśleniem obracając różdżkę w dłoniach.
– Przewidujesz, że jak długo twój departament zdoła oprzeć się mi bez tego wsparcia?
Jej plecy wygięły się, nastąpił kolejny atak kaszlu. Krew strużką wypłynęła z jej ust.
– Zgaduję, że rok – powiedział, przechylając głowę. – Może dwa, jeśli Scrimgeour zastosuje odpowiednie środki ostrożności, ale oboje wiemy, że nic takiego nie zrobi – nie, kiedy ty nie poinstruujesz go odnośnie kierunku działań.
– Nie bę… nie będzie walczył z tobą sam.
– Myślę, że będzie. Sądzę, że pomoc, o której myślisz, nie nadejdzie – nie, kiedy pod koniec tygodnia zostaną tak zawaleni pracą… Widzisz, każdy amerykański Auror, włączając w to głowę ichniejszego departamentu, będzie zajęty ocenianiem zniszczeń po tym, jak uskok San Andreas zanotuje największe przesunięcie w historii. Po tak ogromnej katastrofie ich priorytetem z pewnością nie będzie przybywanie tutaj.
Pełen satysfakcji uśmieszek wdrapał się na jego wężową twarz, kiedy ujrzał przerażenie malujące się na twarzy Bones.
– I biorąc pod uwagę niechęć, którą Jean darzy Rufusa, nie będę musiał przejmować się również wysyłającymi swoje wsparcie Kanadyjczykami, zwłaszcza jeśli nie będziesz miała sposobności pokierowania rozmowami w odpowiednim kierunku. – Podniósł się i wycelował w nią swoją różdżkę. – Nie mów, że naprawdę sądziłaś, że ja, Lord Voldemort, zwyczajnie pozwolę ci na ściągnięcie do kraju większej liczby Aurorów?
Uśmiechnął się zimno nad ledwo oddychającą kobietą i kontynuował:
– Było miło rozmawiać z tobą, Amelio Bones, ale osobiście uważam, że czasem zmiana reżimu jest nieunikniona. Avada Kedavra!
Zielone światło wypełniło pokój, rozświetlając śmierć Dyrektor Departamentu Przestrzegania Praw Czarodziejów. Lord Voldemort spojrzał z zadowoleniem na sponiewierane i pozbawione życia ciało. W taki dzień wspaniale było być Czarnym Panem. Korzystając z wiedzy, w którą zaopatrzył go Dorotheos Wildshire, usunął i odnowił zabezpieczenia wokół gabinetu, po czym opuścił dom przez frontowe drzwi, jak zwykły odwiedzający. Nad ranem Prorok Codzienny wypuści zapewne wydanie specjalne.
~o~o~o~
Hermiona założyła ręce na siebie i wpatrzyła się ze złością w fale, zupełnie jakby winą zaczarowanego okna było to, że tu tkwiła. Kiedy głośny łomot, którego się spodziewała, nie nastąpił, okręciła się szybko wokół, by natychmiast znieruchomieć. Ujrzała przed sobą bardzo rozbawionego Lorda Voldemorta, który obserwował ją bacznie, trzymając książkę do Legilimencji w swojej wyciągniętej ręce.
