Z otwartych drzwi powiało ciepłym powietrzem. Gdzieś z tyłu i obok niego słyszał powitania i krótkie rozmowy prowadzone głównie w językach angielskim i niemieckim. Na spotkaniach roboczych nie krążyli za nimi asystenci, nie zapraszano regionów poszczególnych państw. Oznaczało to, że świta Francisa Bonnefoy'a ograniczyła się do mocno zniewieściałego Normandczyka i ubranej jak na imprezę na plaży Langwedocji, a obok Kirklanda raziła oczy marchewkowa osoba czujnego Szkota. Pozostali nie zabrali nikogo ze sobą.
Za oknami wciąż była jesień. Jakie to dziwne, bo u niego w domu dopiero co spadł pierwszy śnieg. W Brukseli życie toczyło się zupełnie innym tempem – może trochę szybciej, ale mniej stresująco. Ludzie nie doceniali tego, co mieli, więc na ulicach, tak samo jak w Polsce, widział mało uśmiechów.
Wspominał, jak wraz z innymi państwami Europy Środkowo-Wschodniej zostali tu po raz pierwszy zaproszeni. Oszołomieni i lekko przestraszeni zebrali się w małą grupkę i patrzyli z niedowierzaniem na popisy oratorskie Francisa. Bonnefoy mówił kwieciście o wspólnych wartościach, celach do osiągnięcia i rozciągającej się przed nimi świetlanej przyszłości. Francuz mimo tych kilku lat za nimi i brzemienia kryzysu wciąż zachowywał się jakby Unia należała wyłącznie do niego.
Feliks westchnął i zapatrzył się na pusty jeszcze stół. Nieważne, jak zakończy się jego plan, i tak nie będzie tu już dla niego miejsca. Może to ostatni raz, gdy przyjechał do Brukseli.
- Należysz tu tak samo jak inni – usłyszał obok ciche słowa.
Ludwig minął go i skierował się do krzesła oznaczonego karteczką z niemiecką flagą. Belgia była nieubłagana, jeśli chodziło o kolejność zasiadania przy wspólnym stole. Wymyślała najdziwniejsze konfiguracje państw, a przybywający tu mogli być pewni tylko jednego – obok nich usiądą najmniej lubiane w tej chwili osoby. Pewnie dlatego Ludwig starał się ukryć zbolałą minę. Z lewej strony miał karteczkę z flagą Francji, a z prawej – Wielkiej Brytanii. I z żadnym z nich nie mógł dojść do porozumienia w sprawie wspólnej polityki unijnej.
Kirkland miał Jones'a i świadomość, że w razie przerastającego go problemu zawsze może się zwrócić do wychowanka. Do Unii wstąpił tak od niechcenia. Wszystkie kraje Zachodniej Europy były w Unii, więc i on się na to zdecydował. Bonnefoy uważał EU za narzędzie, którym przymusi inne kraje, by go słuchały i uwielbiały, bo przecież z jego historią i ideałami wolnościowymi stanowił uosobienie szlachetnego serca Europy. Feliks co do tego nie zgadzał się, ale miał słabszy głos, więc niewielu go słyszało.
- Feluś!
Zafurkotała wokół niego zielona sukienka w kwiatki. Elizavieta wyściskała go trochę za mocno i entuzjastycznie wycałowała w oba policzki.
- Cześć. Dawno się nie widzieliśmy – uśmiechnął się do niej.
Jej widok zawsze poprawiał mu humor, choćby w najczarniejszej godzinie. Była piękną kobietą, chyba bardziej wojowniczą od jego Silesii i miało się wrażenie, że przynosi ze sobą słońce.
- Kopę czasu. Za długo – stwierdziła – To co tam u ciebie?
- Nic nowego. Stara bieda.
- E tam! – wymierzyła mu kuksańca w bok – Ty po prostu kochasz narzekać. Słyszałam, że radzisz sobie całkiem nieźle mimo tego szaleństwa wokół.
Ciekawe, skąd to słyszała, bo Feliks daleki był od niezłego samopoczucia.
- A u ciebie już wszystko w porządku?
- Ach, było trochę smrodu i brudu, ale już się ogarnęłam. Będę miała nauczkę na przyszłość, by lepiej uważać na chemikalia.
Dystyngowanym krokiem panicza z dobrego domu podszedł do nich Roderich Edelstein.
- Czemu ze mną już się nie witasz tak radośnie, Elizo?
- Bo nie wyglądasz już na faceta, który potrzebuje odrobiny czułości od byłej żony.
- Doprawdy? – uniósł w górę brwi.
Elizavieta uśmiechnęła się do niego zalotnie i ucałowała w policzek, ale nie tak entuzjastycznie jak Feliksa. Polak mógł z nią iść konie kraść, a z Edelsteinem dało się co najwyżej potańczyć na balu, i to pod warunkiem, że grano klasyczne utwory.
Austriak, jak na dżentelmena przystało, odsunął dla niej krzesło. Feliks usiadł z nimi. W sumie wyszło nienajgorzej. Belgia zwykle miała wizję zebrania, w której umieszczała byłe kraje komunistyczne razem, więc cieszył się, że nie siedzi znowu obok Torisa, który cicho ale dobitnie tłumaczy mu, że właściwie to Suvalkija powinna być jego. Na to Feliks niezmiennie odpowiadał, że gdyby tak mieli zrewidować granice, to Wileńszczyzna powinna wrócić do Polski. To stwierdzenie zamykało Torisowi usta i nie wracał do tematu Suwalszczyzny do następnego spotkania ku wielkiej uldze Polaka.
Belgia, czyli Beatrycze La Mar, wstała i dźwięcznym głosem obwieściła pierwszy temat dyskusji: ambasady Unii Europejskiej za granicą. I tak się zaczęło.
Veneziano był zachwycony pomysłem i jego szybką realizacją. Już niedługo zostaną otworzone pierwsze placówki. Obywatele krajów Europy w potrzebie zawsze będą mogli liczyć na wsparcie, gdziekolwiek się znajdą. Francis wtórował mu i oczywiście przypominał, że to on wyszedł pierwszy z inicjatywą. Trzeba stawiać na kreatywność i nowoczesne rozwiązania, dbać o ich wspólne interesy na świecie zdominowanym przez Jonesa i Wanga.
Feliks prawie ich nie słuchał. Siedział tym razem naprzeciwko Seana Finnegana-Kirklanda. Już sama marchewkowa czerwień włosów Szkota wytrącała ze skupienia nad rozmową. Ten w dodatku cały czas mamrotał pod nosem, za co niewątpliwie Arthur Kirkland kopał go po kostkach. Feliks wyłapał kilka soczystych przekleństw wypowiedzianych z silnym akcentem i uśmiechnął się pod nosem.
- Cholerni biurokraci! Ambasad się zachciało. Dobre sobie! Koszty, koszty... A kto będzie za to płacić? Nie mam zamiaru utrzymywać jakiegoś niedorozwiniętego gryzipiórka grzejącego tyłek na Bora Bora... Niech ich wszystkich diabli...
Berwald poświęcił się, by wybić Południowcom dobry humor z głów, więc rozmowa stała się jeszcze bardziej niewyraźna. Francis podniósł głos, więc Arthur też. Pozostali Skandynawowie ruszyli by poprzeć Szweda. Jeszcze moment, a dyskusja wymknie się spod kontroli, a to rozzłości Ludwiga.
Widział już setki razy, jak takie kłótnie się kończyły. Niemiec przywoływał wszystkich twardo do porządku, złościł się, stroszył brwi i zaczynał sugerować, że głupio zrobił dokładając się do tego europejskiego cyrku. Francuz od razu cichł i patrzył na niego spode łba, by się upewnić, czy Ludwig mówi poważnie. Za jego przykładem szły inne nacje.
Po prawej ręce Feliksa Roderich ułożył swoje notatki i dokumenty w równy stosik i odchrząknął.
- Ja nie zapłacę. – powiedział spokojnie.
Wokół niego utworzyła się i rosła strefa ciszy.
- Jak to nie? – oburzył się Francis – Wszyscy, którzy są w Unii, powinni płacić.
- Za nieudolne inicjatywy i nietrafione pomysły też? Nie sądzę.
- Co ty tam wiesz! Siedziałeś cicho przez chyba pół roku, to trzeba było siedzieć dalej.
Feliks zastanawiał się z boku, czy Francuz rzeczywiście nie zauważył licznych nieobecności Austriaka na wspólnych zgromadzeniach. Belgia zawsze zostawiała kilka miejsc dla niespodziewanych gości, więc luki przy stole nikogo nie dziwiły. Uważni na pewno dostrzegali puste krzesła z karteczkami w barwach nieobecnych państw, ale Francis raczej takimi drobiazgami nie zaprzątał sobie głowy.
- Statut ambasad jest niekompletny – ciągnął Austriak - Zbyt dużo niejasności pojawi się w trakcie realizacji tego projektu. Krótko mówiąc: ogromne koszty, zero efektywności. Ponadto placówki dyplomatyczne poszczególnych państw mają już wykształcone powiązania z miejscową ludnością, przydatne kontakty i renomę. Tego nie da się zbudować w jeden dzień.
Południowcy krzywili się boleśnie z każdym jego słowem. Feliks czuł, że Roderich specjalnie używa jak najbardziej sformalizowanego języka, na tyle jednak unikając fachowych słówek, by przekaz dotarł nawet do szczególnie opornych.
- Sugerujesz szpiegostwo – powiedział lekko urażony Kirkland.
Roderich wzruszył ramionami. Po jego prawej stronie Erik Olsen zatarł ręce z uciechy.
- Klawo jak cholera.
Tym sposobem Duńczyk rozładował napięcie na sali.
Belgia wydawała się Feliksowi trochę nieobecna duchem. Była blada i nie tryskała zwykłym optymizmem. Ręce drżały jej lekko, gdy przewracała kartki w swym notesie. Zanim przedstawiła kolejny temat, spojrzała na Polaka, jakby bardzo chciała go o coś zapytać, ale szybko pochyliła głowę.
- W związku z tym, że raczej nie uda nam się dziś dojść do porozumienia w sprawie ambasad proponuję przejść do kolejnego punktu obrad – powiedziała chłodno nie skupiając uwagi na innych nacjach – Ratowanie strefy Euro.
- A jest jeszcze co ratować? – Elizavieta mruknęła pod nosem, ale i tak przynajmniej połowa obecnych usłyszała jej pytanie.
Nikt jednak nie spieszył się z odpowiedzią.
- Myślę, że powinniśmy zacząć emitować euroobligacje – Luksemburg rzucił pierwszy pomysł – Takie pożyczki dla potrzebujących państw.
- A zapłacą?... – Kirkland znacząco zawiesił głos jakby domyślał się odpowiedzi.
- Gwarantem tych pożyczek byłaby cała unia walutowa – wyjaśnił radośnie Luksemburg.
- Mówisz to, co ci twój rząd każe mówić – zauważył Berwald poprawiając okulary na nosie.
- No i co z tego? Idea jest dobra.
- Jest gorzej – stwierdził Holender – Ty w to wierzysz.
- Doskonałe! – wypalił Francis rozkładając szeroko ręce – Jestem za.
- Ja też – Kirkland zachował większą powagę należą jego wiekowi i statusowi w Unii – Kto wprowadził u siebie Euro, niech zaprząta tym głowę. To nie mój problem.
Zignorował niemal wrogie spojrzenia Skandynawów i rozeźloną minę siedzącego obok niego Niemca.
- To może porozmawiamy o zniesieniu twojego rabatu – zaproponował Ludwig zimnym głosem godnym gróźb wypowiadanych przez samego Bragińskiego – Wystarczy wtedy i na nowe ambasady i na nawiązanie kontaktów z miejscową ludnością. Co ty na to?
- Byłbym skończonym kretynem pogarszając w takim momencie swoją sytuację.
- Pogarszając? Wszyscy w Unii byliby ci wdzięczni, gdybyś zaczął się rozliczać na równych prawach – teraz Ludwig się uśmiechał.
Większość nacji nigdy nie przyglądała się minom Niemca. Czasem bali się, gdy wpadał w gniew i zaczynał krzyczeć, ale poza tym nie zwracali uwagi na jego humory. Feliks wprost przeciwnie. Mając kogoś takiego za sąsiada musiał wykazać się znajomością i szybką interpretacją jego zachowania. Najdrobniejsze niuanse mogły decydować o istnieniu bądź zagładzie kraju Polaka.
Dlatego Feliks wiedział, że Arthur Kirkland zalazł dziś Ludwigowi za skórę i ten to sobie zapamięta.
- No, Kirkland, nie bądź skąpy.
- Nie mam nic więcej do powiedzenia.
Brytyjczyk wymienił nerwowe spojrzenia ze Szkotem. Sean uważał się za oszczędnego, a nie skąpego. Gdyby wdał się w kłótnię z pierwszym skarbnikiem Unii, nie wyszliby stąd do rana.
- Ja dbam o finanse własnego kraju – odezwał się ponownie Roderich – Emisja euroobligacji byłaby krzywdząca dla wszystkich tych państw, które pilnują swojego budżetu. Wy nie odrobiliście lekcji z ekonomii a my mamy być za to ukarani?
- Na tym polega zjednoczenie, mon cheri – powiedział Francis z błyskiem w oku – A tej lekcji chyba ty dobrze nie odrobiłeś. Wiesz, że zawsze możesz przyjść do mnie na korepetycje. Mój dom jest dla ciebie otwarty.
- Twój dom jest otwarty dla każdego. I dlatego co kilka tygodni masz burdy na ulicach.
Bonnefoy o każdej porze dnia i nocy był skory do flirtowania, ale Edelstein brutalnie zgasił tę próbę.
- Może wypadałoby poszerzyć krąg zainteresowanych też o kraje, które chcą niedługo wejść do strefy Euro – zasugerował cicho Tino.
- To, słuchajcie żółtodzioby, żebyście wiedzieli, w co się pakujecie – Erik pogroził palcem w kierunku Bałtów i Słowian, po czym uśmiechnął się szatańsko.
- Irlandia, Hiszpania, Grecja – Ludwig podniósł głos, a trzy wymienione przez niego państwa wyprostowały się na swoich krzesłach – Bierzcie się do roboty. I bez narzekania. W ciągu roku chcę widzieć, że pieniądze, które na was wydaliśmy, nie poszły na marne.
- Chcesz nas postraszyć, że Bank Centralny przejmie zarządzanie naszymi finansami – oburzył się Romano – To nie fair! To byłoby naruszenie naszej suwerenności. Tym bardziej, że w Banku siedzą same kartofle znad Szprewy!
- Ale braciszku, Doitsu nigdy by czegoś takiego nie zrobił! Prawda? – Feliciano spojrzał na Niemca z nadzieją, ale nie mógł dłużej robić maślanych oczu, bo Romano zaczął się denerwować.
Feliks stwierdził, że za długo siedział cicho. Jeśli żadne z wschodnich państw Unii do tej pory nie zabrało głosu, to już się nie odezwie. Wypadałoby, by i oni wtrącili swoje trzy grosze. Poza tym nie mógł usiedzieć dłużej w miejscu przysłuchując się innym.
- Popieram Ludwiga – powiedział krótko.
Zapadła grobowa cisza, którą po kilku długich sekundach przerwał Francis.
- Chory jesteś? – pochylił się w kierunku Polaka z bolesnym grymasem na twarzy – Ty się nigdy z nim nie zgadzasz. Nigdy! Już od kiedy przestałeś bić pokłony wystruganym bożkom po lasach, masz z nim na pieńku! Nawet religii nie chciałeś od niego przyjąć.
- To był Gilbert, nie Ludwig – Feliks poprawił go, ale Francuz jak zwykle słyszał tylko siebie.
- Chyba nie jest z tobą aż tak źle, byś dał się mu manipulować?
- Czuję się całkiem dobrze. Staram się nie dawać sobą manipulować.
- Więc odwołaj to!
- Ale Ludwig ma rację. Skoro płaci, to powinien i wymagać, nie? Mnie by krew zalała, gdyby ktoś beztrosko wydawał ciężko zarobione przeze mnie pieniądze. Jak wprowadzimy nadzór, jest większa szansa, że gospodarka się nie zapadnie. Kto nie umie rządzić, niech nie rządzi.
- Druhu, ranisz me serce! – Francuz chwycił się za swoją cienką koszulę.
Pozostali Południowcy odwrócili wzrok spodziewając się ekshibicjonistycznego wystąpienia, bo Francis generalnie wolał się rozbierać niż ubierać.
- Takie piękne tradycje! Wolność, równość, demokracja!...
- Bonnefoy, uratuję to twoje Euro, – przerwał mu Ludwig – choć od początku uważałem je za poroniony i mocno przedwczesny pomysł. Nauczono mnie, bym swoją pracę wykonywał rzetelnie i sumiennie, bym brał odpowiedzialność za to, co robię. Niestety nie nauczono mnie, bym nie oczekiwał tego samego od innych. Dlatego to wy musicie wziąć się w garść. Sobie nie mam nic do zarzucenia.
Po prawej ręce Feliksa Roderich Edelstein zdawał się promieniować, taka biła od niego duma, gdy patrzył na swojego przyjaciela i dalekiego kuzyna. Po lewej Elizavieta marszczyła brwi i przekrzywiła głowę lustrując kolejno Niemca, Austriaka i Polaka. Ci trzej coś kombinowali. Jeszcze w historii Europy tak dziwny sojusz nie miał miejsca.
Wesołych Świąt!
