Podczas gdy kiedyś był nowy rozdział codziennie, ten jest aż po dwóch miesiącach, najgorsze jest to, że mam początek i sam koniec, ale zupełnie nie mam środka!


Przez parę następnych dni Feliciano nadal czuł się przy mnie skrępowany, na lekcjach, na przerwach, nigdzie oprócz tego się nie widzieliśmy. Miałem wiele teorii ale ta w którą zdecydowałem się wierzyć najbardziej mówiła, że jest obrzydzony moją byłą relacją z jego matką, lub moim wiekiem... kurczę mi też słabo się robi, jak myślę o tym, że faktycznie mógłbym być tym jego ojcem, gdyby tylko mnie nie zdradziła! Czy naprawdę tak trudno było jej ze mną po ludzku zerwać?! To nie tak, że byliśmy jakimś małżeństwem czy coś!

Ale tamtego dnia postanowiłem olać nieśmiałość i zawstydzenie jakie mnie ogarniały gdy patrzyłem na Feliciano zdając sobie sprawę z wielu więcej rzeczy.

Coś takiego nie mogło zepsuć tego wszystkiego! Nie w taki głupi sposób! Nie, napewno coś takiego nie będzie powodem stracenia osoby, która rozjaśniła mi życie! Na pewno nie.

Po lekcjach złapałem go kiedy szedł do domu, cwany ja zapamiętałem drogę, a zatrzymanie go na terenie szkoły byłoby ryzykowne.

Powiedział człowiek, który ostatnimi czasy tylko ryzykuje.

Wziąłem zdziwionego Feliciano za rękę, może trochę za mocno, ale zatrzymał się i spojrzał się na mnie wyczekująco.

A ja nadal nie umiem panować nad samym sobą, nie dosyć, że nie mogłem wykrzesać ze swoich ust żadnego słowa, to jeszcze ten przeklęty rumieniec znowu mnie atakował, czy on nigdy nie zrozumie, że nie chcę go nigdy więcej widzieć? Jest jak ta natrętna była, która nie rozumie już nawet nie aluzji, lecz ostrych słów prosto z mostu i za każdym razem wraca aby cię męczyć.

-F-Feliciano, czy poszlibyśmy...-kurde nawet nie pomyślałem gdzie chcę go zabrać!- yyy, na... spacer?-ostatnie słowo wyrzuciłem z siebie jak strzała, robiąc głupawy uśmieszek i pozwalając nowej fali czerwieni przykryć jeszcze większą przestrzeń na mojej twarzy.

Feliciano mrugnął parę razy, po czym uśmiechnął się troskliwie, jak dobrze, że nie komentuje mojego rumieńca, zwykle non stop wypomina mi gdy jestem nieśmiały, co sprawia, że jestem jeszcze bardziej nieśmiały, a on jeszcze bardziej się śmieje! Po prostu tego nienawidzę, ale co mogę zrobić?

-Ve! Luddy! Myślałem, że już mnie nie lubisz!

-Ja?!-odrzuciło mnie w tył, byłem pewny, że to on mnie nie lubi! Ale nie powiem mu tego przecież!-Dlaczego tak myślałeś?

Ale on zamiast mi odpowiedzieć rzucił mi się w ramiona stając na palcach, żeby móc wtulić swoją twarz w przestrzeń pomiędzy moją szyją a ramieniem.

Pochyliłem głowę i pocałowałem jego włosy natychmiast tego żałując.

-Luddy jest taki słodki gdy wstydzi się okazywać mi uczuć i robi to tylko gdy nie patrzę!

-Feli! Nie krzycz tak, całe miasto nie musi, ba! Nawet nie może wiedzieć. I przestań się zachowywać jak przedszkolak.

-Ale Luddy, przecież ty wolisz małe dzieci!

-Co?!-odrzuciło mnie w tył jeszcze bardziej- Nie rób ze mnie pedofila!

-Ve? To kim jesteś?

Chciałem iść w ciemny kąt pokołysać się przytulając brzuch do ugiętych kolan, płakać i myśleć nad swoim życiem, albo znaleść najbliższy most, lecz nie mogłem zdecydować co jest lepsze, więc postanowiłem po prostu powoli i spokojnie wycofać się, uciec, ukryć się i nigdy nie przechodzić z powrotem do szkoły, najlepiej wyjechać z miasta i kontynuować sprawdzający się wcześniej plan nie odzywania się nigdy do nikogo. To w końcu proste, ludzie=wszystkie problemy na świecie, aby uniknąć problemów trzeba unikać ludzi.

Feliciano zrobił to, uderzył w mój słaby punkt, w coś przed czym okłamywałem samego siebie ze skutkiem wystarczającym, ale teraz on też wie, więc jak mam kontynuować okłamywanie?

Może mam rację, może to dobry moment, żeby uciec i nigdy nie wrócić?

Tak jak pomyślałem, to od razu zrobiłem, w końcu wcielenie tego przygłupiego planu w życie nie może być takie okropne? Co było złego w życiu jak robot? Mogłem to ronić całe życie, mogę i teraz...

Kogo ja okłamuję?! Nie mogę odejść, jak mam się zmusić?

Moja samodyscyplina umarła śmiercią tragiczną w momencie gdy bliżej poznałem Felicano, to smutny fakt, którego nie da się zaprzeczyć, niestety.

Zanim w ogóle zdążyłem zmusić moje nogi do posłuszeństwa mój umysł wrócił do ciała i zobaczył machające przed oczami dłonie, od których zakręciło mi się w głowie i złapałem je słysząc w między czasie "Zepsułem Ludwisia, pomocy, czy ktoś mnie słyszy?!" zmuszając do przestania.

-Naprawiłeś się! Dzięki Bogu, już myślałem, że po tobie!

-Przez ciebie było blisko!

-Przepraszam Ludwiś, już nigdy więcej nie będę ci uświadamiać smutnej prawdy!

Tego nie wytrzymałem, odwróciłem się i cały zły, a za razem zawstydzony zacząłem iść ignorując wołania chłopaka i to jak wieszał się na mnie.

-Ludwisiu...

-Nie nazywaj mnie tak, ile razy mam powtarzać, nie jestem ani Ludwiś, ani Luddy, ani żadne kretyńskie przezwisko, jakie wymyślisz z braku tych dwóch!

Miałem zadowolony, że w końcu ucichł wrócić do domu i utopić się w najbliższej wannie, gdy usłyszałem z początku cichy szloch.

Odwróciłem się i zobaczyłem jego wielkie jak zawsze, zaczerwienione, bursztynowe oczy, które błyszczały się i migotały od napływających do nich łez.

Zamarłem patrząc, jak jego dolna warga trzęsie się i zawija jakby była na jakiejś mocnej imprezie i pragnęła popisać się swoimi umiejętnościami w tańcu.

Wielkie potoki łez spływały po jego pulchnych policzkach, jedne leniwie, drugie jak konie wyścigowe sławnego na świecie Feliks Łukasiewicza.

Wyciągnąłem rękę, żeby wytrzeć jego policzek z łez.

Dlaczego on zawsze musi zachowywać się jak przedszkolak? I dlaczego serce musi zawsze mi mięknąć przez tego przedszkolaka?!

Zawsze wiedziałem, że jego matka nie nadaje się na matkę. Że nie wychowa dzieci, i w niczym się nie pomyliłem! Wychowała dwóch bachorów z jakimś zmutowanym loczkiem włosów, jeden jest agresywny i rządny mordu na wszystkim co si rusza, przeklina jak nikt, a drugi nigdy nie opuścił przedszkola. Plus oboje mają niezdrową obsesję do pasty.

Wróciłem do rzeczywistości widząc, że Vargas się trzęsie.

Szybko zdjąłem swój zamszowy płaszcz, ale zatrzymałem się sekundę przed nałożeniem go na Feliciano.

Klątwa.

Ale szybko skarciłem się za to, że w ogóle o tym myślałem, jestem poważnym, dorosłym człowiekiem, nie będę wierzyć w jakąś głupią klątwę, którą mój brat musiał wymyślić gdy pił z Antonio i Francisem. Nie, nie będę w to wierzył.

Chociaż Francis był więcej niż pewny, że zna jakiegoś czarodzieja, który umiał rzucać klątwy.

Nazywał go Wielki Arthur Wszechmocny, czy jakoś tak.

Nie ociągając się dłużej pomimo ostrzeżeń naciągnąłem wielki płaszcz na małe ciałko Feliciano.

Przytuliłem go mocno do siebie, nie wierzę, że to mówię, ale...

-Wszystko jest dobrze Feli, możesz mnie nazywać jak chcesz.

-Ve!

-Walcz z tym Feli, jesteś od tego silniejszy!

-Ve?

-Nie! Masz z tym walczyć, to natręctwo, ale razem je pokonamy!

-Ve?!

-FELICIANO VARGAS!


Krótkie, wiem, jest trzecia a ja mam wyrzuty sumienia za nie wstawianie nic od dłuższego czasu.