– Miałaś rację, Gith – zaczął Yun Qi, zdejmując płaszcz i odrzucając warkocz na plecy. – Oni coś knują.

– Zamieniam się w słuch.

– Rzeczywiście przewodzi im ten cały Zerthimon, ale zawsze jest z nim jeszcze pięć osób. Zapamiętałem ich imiona. Całe dowództwo, można by powiedzieć; tyle że bez wyraźnie przydzielonych ról.

– Trochę mi zajęło, zanim zaczęłam odróżniać jego aurę od pozostałych – dodała Itaya, potrząsając dziesiątkami krótkich warkoczyków. – Przypomina jakby krąg światła, słaby na zewnątrz, a w centrum silnie skoncentrowany, jak płomień. Przy czym „płomień" to pewne uproszczenie, bo bardziej kojarzy mi się z rozwijającym się kwiatem albo…

– Myślę, że to wystarczy – zaśmiała się Gith. – A co z jego… oddziałem? Jaki dokładnie zasięg mają te spotkania?

– Zależy, co się tam dzieje. Jak zaczyna się robić głośno albo przekazują sobie energię, to zaraz wszyscy się zlatują. W środkowej sali czasem o niego wypytują; tych z pierwszej od lewej interesuje głównie alkohol i halucynogeny.

– W każdym razie ten Zerthimon próbuje ich uczyć psioniki, chociaż sam rozumie ją jakby przez mgłę i używa jakiejś prymitywnej terminologii. W niczym nie przypomina to mojego własnego treningu… – Itaya zrobiła krótką pauzę, wahając się, czy powinna dokończyć wypowiedź. – Ale działa.

– Widziałam wtedy, jak psionicznie wyleczył chorego – przytaknęła Gith. – Udało ci się ustalić, jak to robi?

– Najpierw nawiązuje zwykłe połączenie telepatyczne. Potem odczytuje aurę i próbuje na nią wpłynąć siłą woli, jeśli jest w jakiś sposób zakłócona. Zwykle wspomaga się przy tym swoją ulubioną metaforą z rozpalaniem i gaszeniem ognia. – Itaya zachichotała pod nosem. – Ci robotnicy za każdym razem wpadają w histerię.

– Nie wszyscy – wtrącił się Yun Qi. – Zawsze przychodzi tam taki jeden, który rozpowiada wszystkim o runie na jego ramieniu.

– Być może dlatego ta jego psionika jest taka zachowawcza. Ogranicza się głównie do defensywy. Chociaż przyznam, że nauczył się kilku pomysłowych technik.

– Na przykład?

– Normalnie powierzchowne myśli wycisza się, skupiając uwagę na czymś z zewnątrz. Ale on robi coś zupełnie odwrotnego – wycofuje się do wewnątrz i koncentruje się na czymś mocniej utrwalonym. Jak wspomnienie albo zamierzenie. Albo imię.

– Imię?

– Spróbujmy, Gith – zachichotała Itaya. – Popatrz na mój naszyjnik i pomyśl o czymś.

Chciałabym znowu przypasać swój własny miecz, pomyślała. Wkroczyć na arenę w pełnej zbroi i błysnąć ostrzem w powietrzu, aż wszystkim zawiruje przed oczami od odblasków światła.

Itaya szybkim ruchem zerwała naszyjnik, ukryła go za plecami i przytknęła palce do skroni.

– Myślisz o arenie, prawda? Przez chwilę widziałam cię nawet w twoim pancerzu. Teraz wyobraź sobie coś innego i wycofaj się do wewnątrz.

Gith zamknęła oczy. A jeśli to nie będzie jej dane? Czy jeśli kiedyś trafi do komnaty portali, zdobędzie się na odwagę? Może trafić w jeszcze gorsze miejsce i błąkać się bez celu po Sferach do końca swoich dni.

(Energia pochodząca z zewnątrz sięgnęła po nią jak promień światła przenikający półprzejrzystą błonę okienną.)

Ale i tak spróbuje. Spróbuje ją znaleźć, bo przecież wie na pewno, że komnata mieści się niedaleko stąd, że gdzieś na końcu tego ponurego kompleksu tuneli naprawdę jest wyjście. I cóż z tego, że obok nie ma już Vanthaonara, skoro będzie z nią Vlaakith?

– Nie mam pojęcia – odpowiedziała Itaya.

Gith popatrzyła na nią błędnym wzrokiem.

– Nie mam pojęcia, o czym myślisz. Którą technikę wybrałaś?

– Zamierzenie.

– Ciekawe. Ja intuicyjnie wybrałabym wspomnienie. A ten Zerthimon zwykle mówił o imionach. Cóż, szybko się uczysz. Wygląda na to, że wymyślił dobrą metodę – przyznała niechętnie. – Przynajmniej jak na robotnika.

– Sama widzisz, Gith – odezwał się Yun Qi. – Nie sądzę, żeby kierowała nimi czysta ciekawość. Oni dosłownie się zbroją. Pytanie tylko, przeciwko komu.

– Jestem pewna, że wkrótce się dowiemy – uśmiechnęła się z satysfakcją. – Obserwujcie ich dalej.


Gith zbliżyła pochodnię do ogniska, a Vlaakith bez przekonania powtórzyła jej gest. To dlatego, że jeszcze nie wiedziała, co dzisiaj je czeka. Tym razem nie poprzestaną na kilku pobliskich salach i wyruszą dalej, aż dotrą do najodleglejszych komnat. Aż znajdą wyjście.

– Pospieszcie się – usłyszała nagle głos Tav'naira. – Wyprawy wróciły do podziemia.

Już od wejścia uderzył ich hałas rozmów, krzyków i pieśni, tak różny od tego, co stało się ich codziennością, że wydawało jej się, jakby naprawdę przekroczyła portal.

Zayyir siedział przy ognisku w centralnej części komnaty, obserwując swój oddział z wysokiej sterty koców. Kiedy jego oczy napotkały spojrzenie Gith, tylko obrócił kamienną twarz w bok, po części w oczekiwaniu, po części pyszniąc się swoim kunsztownym jastrzębim pióropuszem – pamiątką z Arborei, z każdą wyprawą bogatszą o nowe pióra. Gestem dłoni nakazał swojej zwiadowczyni i psionikowi ustąpić im miejsca. Dopiero z bliska zauważyła jego naszyjnik z dziwacznych kości powyginanych w fantazyjne kształty, odcinający się biało na ciemnej przeszywanicy. Siedząca tuż obok niej zwiadowczyni nosiła kolczyki z podobnych, spiralnie skręconych wapiennych skorup.

– Jak się udały łowy, jastrząbku?

– Długo by opowiadać. Ale, jak mniemam, przyszłaś tutaj wiedziona nieprzepartą ciekawością i taka odpowiedź cię nie zadowala. Wobec tego pozwól, że najpierw uwarzymy jakiś mocniejszy eliksir.

Psionik Zayyira szturchnął ją łokciem i wcisnął jej do rąk misę, do której nalał z bukłaka ziołowego alkoholu. Następnie wyjął z kieszeni małą szklaną fiolkę i ostrożnie odmierzył kilka kropli płynu, zabarwiając napój na krwistoczerwony kolor.

– Co to za wynalazek?

– Nasz pan przed wyprawą zaopatrzył nas w różne mikstury na wzmocnienie. Trochę poeksperymentowaliśmy i z tą wyszło najlepiej.

Pociągnęła jeden słodko-gorzki łyk i natychmiast poczuła, jak po jej ciele rozchodzi się fala nienaturalnego, magicznie indukowanego ciepła. Zayyir przechylił swoją misę i szybko opróżnił ją do dna.

– Od czego by tu zacząć – odezwał się wzmocnionym nagle głosem. – Wylądowaliśmy u wybrzeży jakiejś wysepki na Aquallorze, pewnie tak samo jak wy.

Gith nie powiedziała nic, udając, że delektuje się nalewką. Zayyir nie czekał na odpowiedź.

– To był świeżo otwarty portal, więc najpierw musieliśmy uporać się z obstawą. Mówię ci, nie ma nic gorszego niż testowanie nowego portalu. Już na powitanie sprowadzili na nas wielką falę. Kiedy otoczyliśmy ostatniego, zdążył jeszcze pomodlić się o deszcz i przez trzy dni padało jak diabli. Po walce, tak jak zawsze, rozbiliśmy obóz i postawiliśmy kaplicę Ilsensine. W międzyczasie dopadliśmy zostawione na brzegu tratwy i wypłynęliśmy na łowy. Nagle ktoś krzyczy, że smok mu się zaplątał w sieć.

Przywlókł tego smoka na brzeg, a ten magicznie rozkazuje nam, żeby go wypuścić, bo jest jakimś tam pomniejszym bogiem morza i zaraz naśle na nas taką falę, że zmyje wszystko z powierzchni wyspy. Potem zobaczył naszego pana i wspaniałomyślnie uznał, że jednak obędzie się bez fali, a na dodatek dorzuci nam całą skrzynię kosztowności ze swojego podwodnego pałacu. Ale nie zdążyliśmy ubić interesu, bo nasz pan też go zobaczył. Podłączył się do niego telepatycznie i wpuścił go do morza na przeszpiegi, a ja wyłapywałem echa impulsów zwrotnych.

O Ilsensine, co ja wtedy widziałem – Zayyir uśmiechnął się błogo do wspomnień. – Zatopiony statek porośnięty wodorostami, miasto o spiralnych iglicach zbudowane pod wodą, ludzi z rybimi ogonami… Zupełnie straciłem ochotę na żeglowanie po powierzchni.

W zamyśleniu nalał sobie ziołowego alkoholu i mocno doprawił go eliksirem regenerującym.

– Mieliśmy dużo szczęścia, bo kilka oddziałów wyrzuciło gdzieś na pełnym morzu. A ty, Gith? Bardzo zmoczyłaś sobie piórka podczas lądowania?

Gith podniosła do ust misę, która okazała się być zupełnie pusta.

– I gdzie są Itaya i Yun Qi? Chyba wam się nie potopili?

– Skądże, jastrząbku.

– Tylko mi tu nie jastrząbkuj. Zgaduję, że coś tu jest na rzeczy. Czy to coś gorszego niż ostatnim razem? Znowu wytłukli wam pół oddziału?

Zerknęła kątem oka najpierw na Vlaakith, potem na Tav'naira.

– Nie byliśmy na Aquallorze, Zayyir.

– To dokąd was wysłali? – zdziwił się.

– Donikąd. Zostawili nas tutaj, żebyśmy uschnęli z bezczynności.

Zayyir zmierzył Gith nieodgadnionym spojrzeniem spod pióropusza jastrzębich lotek i znad pióropusza języków ognia.

– Cóż za rozczarowanie – powiedział w końcu. – Myślałem, że osiodłaliście dzikie hippokampy, spotkaliście nieumarłego wieloryba, upolowaliście legendarnego morskiego potwora albo…

– Obawiam się, że nie osiodłaliśmy dzikich hippokampów.

– Więc chcesz powiedzieć, że nie widzieliście nawet zmiennokształtnych ryboludzi?

– Okoliczności nieco obniżyły nasze aspiracje – ucięła Gith. – Teraz mamy tylko jeden bardzo prosty i realistyczny cel. A twoja pomoc będzie dla nas nieoceniona.

– Przydałby nam się wreszcie prawdziwy trening – odezwał się Tav'nair. – Niestety nasz nowy pan lubuje się głównie we wprowadzaniu nas w jakiś bezproduktywny psioniczny trans.

– Tak mi przykro – rzucił Zayyir, zajęty oglądaniem zdobień na powierzchni misy. – Ale zupełnie nie wiem, co mogę dla was zrobić.

– To bardzo proste – powiedziała. – Następnym razem, kiedy będziesz wracać ze zbrojowni, weźmiesz ze sobą nasze miecze i przyniesiesz je do naszej komnaty.

– Chyba za dużo wypiłaś, Gith – odpowiedział chłodno. – Dobrze wiesz, czym grozi przechowywanie zakazanych przedmiotów. Nie mówiąc już o broni.

– Dlatego wezmę to ryzyko na siebie.

– To nie ma najmniejszego sensu. Po prostu rób wszystko, co chce ten twój nowy pan i wszystko samo się ułoży.

Gith prychnęła w odpowiedzi.

– Wiesz, przypomniałaś mi o takiej jednej. Bardzo dobra wojowniczka, też dowodziła oddziałem. Tak się spodobała swojemu panu, że wszędzie ją ze sobą zabierał. I pewnego dnia zabrał ją na rytuał. Rzecz jasna, nie w charakterze ofiary. Jak stamtąd wróciła, zrobiła się bardzo, bardzo cicha. A potem wręcz odwrotnie – zrobiła się bardzo, bardzo głośna. Opowiadała wszystkim dookoła o tym rytuale i mówiła, że powinni się zorganizować. Tylko że nikt nie chciał się organizować. Więc w końcu sama dopadła gdzieś broń i rzuciła się na swojego pana.

Zayyir westchnął ciężko, kręcąc głową jakby w głębokim oburzeniu.

– I co dalej?

– Jak to „co dalej"? Koniec historii. Jej dowództwo zawlokło to, co z niej zostało, na Pola Łupin. Dodam, że nie w jednym kawałku.

Zapadła grobowa cisza. Znad pobliskich ognisk unosiły się wesołe dźwięki pieśni przetykane cienkimi piskami fletu i podbite miękkim dudnieniem bębnów.

– Znałem też takiego jednego, któremu zabili pana na Ysgardzie…

– Zayyir, posłuchaj mnie.

– To ty mnie posłuchaj. Broń dostaje się tylko do ćwiczeń i na wyprawy. I to nie my o tym decydujemy.

– Skoro nie możesz niczego stamtąd wynieść, to zabierz nas do środka – wtrąciła się Vlaakith. – W swoich własnych szeregach.

Zayyir zmarszczył brwi i oparł podbródek na złożonych dłoniach.

– Robi się trochę późno, nie uważacie? Cóż, miło się rozmawiało. Przyjdźcie tu jeszcze kiedyś.

– Co chcesz w zamian? – wycedziła przez zęby.

– Zdaję się na twoją pomysłowość.

– Mogłabym przynieść ci coś z targu. Zawsze tamtędy przechodzimy.

– O Ilsensine – roześmiał się Zayyir. – Gith, masz jakieś pomysły, które nie mają nic wspólnego z kradzieżą? Zresztą co to za satysfakcja obwieszać się cudzymi trofeami? Wolę sam sobie coś upolować.

Gith milczała przez dłuższą chwilę. A potem sobie przypomniała.

– Itaya w ostatnim czasie nauczyła się paru nowych psionicznych sztuczek – uśmiechnęła się tajemniczo.

– Ciekawe, gdzie. Mówiłaś, że nie wysyłają nas na treningi.

– Jesteś zainteresowany czy nie?

– Nie wiem. Czy to cokolwiek, czego już byśmy nie potrafili? Nasi psionicy razem uczyli się mieszać przeciwnikom zmysły i przejmować ich energię.

– To raczej sztuczki natury defensywnej. Takie, dzięki którym nikt nie będzie mógł czytać w twoich myślach i wykradać ci wspomnień.

Zayyir przyjął to z tak przekonującym spokojem, że gdyby go nie znała, mogłaby uwierzyć, że nie zrobiło to na nim najmniejszego wrażenia.

– Niech ci będzie. Przyprowadź ją do nas, to sobie porozmawiamy. Ale nic nie obiecuję. Wiesz, słyszałem o jednym wojowniku, którego pan wykradł wspomnienie demonowi z Otchłani…

Następne kilka wieczorów Itaya spędziła u dowództwa Zayyira. Pewnego razu wróciła z dwoma wojownikami i poleceniem, by Gith wysłała na ich miejsce dwóch ze swojego oddziału. To było niewiele – znacznie mniej niż oczekiwała – a jednak na krótko dane było jej poczuć, jakby nastąpił dla nich pewien przełom; nawet jeśli żaden przełom nie nastąpił i mógł nie nastąpić nigdy. Zayyir co prawda nie ryzykował życiem, ale wybrał jej prośbę ponad wolę swojego pana. Była mu za to wdzięczna. I nie tylko jemu.

Był jeszcze ktoś, komu chciała podziękować.


W oddali z zatłoczonej podłogi zerwał się nagle jakiś człowiek. Próbował najpierw obudzić swoich sąsiadów, a kiedy to nie przyniosło skutku, sam podniósł z ziemi coś, co wydawało się bardzo, bardzo ciężkie. I natychmiast potknął się o kogoś leżącego obok. Zerthimon i Rabyel spojrzeli po sobie. Kobieta bez słowa wstała od ogniska i zaczęła się przedzierać przez przepełnioną noclegownię.

Wróciła dużo później, z opuszczoną głową i posępną miną.

– Zrobiłaś wszystko, co mogłaś – powiedział, gdy w milczeniu usiadła obok.

– Czy wiesz, kim był ten człowiek, Zerthimonie? – szepnęła, niespokojnie oglądając się za siebie.

– Znałaś go – raczej stwierdził, niż zapytał. – Czy był jednym z twoich towarzyszy?

– Wszyscy myśleli, że uleczyłeś go z trucizny. Nie wiadomo na pewno, dlaczego zmarł, ale… – urwała. – Mówili o tobie. Tak dziwnie na mnie patrzyli, kiedy zapaliłam za niego płomień. Znowu możemy mieć kłopoty.

– Coś mi się widzi, że będziemy musieli poszukać sobie nowego miejsca na nocleg – westchnął Nihaar. – Jeśli dobrze pamiętam, przy dole z ciałami jest dosyć przestronnie.

– Nigdzie nie odejdziemy – syknęła Yahara. – To nie my jesteśmy tymi, którym powinni czynić wyrzuty.

Jej wzrok powędrował w górę, wysoko nad jego głowę. Ukradkiem trąciła Raj'garha w bok.

– Czego chcesz? – warknął Raj'garh.

– Jestem ze środkowej sali – odezwał się zbolały głos. – Powiedzieli mi, że znajdę tu tego słynnego uzdrowiciela, Zerthimona.

Nikt nie odpowiedział. Postanowili pozostawić tę decyzję jemu. Zerthimon odwrócił się i zobaczył słaniającego się na nogach człowieka z zabandażowaną dłonią, który wodził oczami między nim i Raj'garhem.

– Usiądź i powiedz, co ci dolega – odpowiedział w końcu.

– Więc to ty? – ucieszył się tamten. – Posłuchaj, dostałem jakichś strasznych oparzeń od tych roślin, od kilku dni nie chcą zejść. Wcześniej pracowałem w warsztacie, nie wiem, dlaczego mnie przenieśli, teraz same problemy…

Pospiesznie rozwinął bandaż i zbliżył do ogniska zaczerwienioną, nabrzmiałą pęcherzami rękę, ciągle brudną od ziemi. Zerthimon nie wiedział, jak mu pomóc. Z niemałym trudem odczytał słabą aurę przypominającą omdlałą, chłodną mgiełkę. Ten człowiek też niedługo umrze z wyczerpania.

Zamknął oczy i rozkazał płomieniowi rozproszyć mgłę.

– Jak długo to potrwa? – usłyszał zniecierpliwiony głos.

– Czy czujesz jakąś różnicę? – zapytał głos Yahary. – Czujesz się silniejszy?

– Może i czuję, ale nie widzę. Kiedy to zadziała?

– Musisz być cierpliwy – powiedział słabszym głosem Zerthimon, otwierając oczy. – Na razie mogę tylko przekazać ci moją energię.

– Tylko tyle? – zawahał się tamten. – Myślałem, że masz na to jakieś ziołowe wywary, maści, opatrunki… Czy ty w ogóle jesteś tym uzdrowicielem?

Nie zdołał wykrztusić z siebie ani słowa. Nikt dotąd nie zwątpił w niego z tak niewinną naturalnością. O co właściwie pytał ten człowiek? O jego imię, o człowieka, o którym szeptano przy ognisku, czy może tylko o jego zdolności? A jeśli on sam nie uznawał się za uzdrowiciela, to kim stał się przez cały ten czas, odkąd znalazł na Polach sztylet?

Mężczyzna zrezygnowany machnął poparzoną ręką, obwiązał ją bandażem i szybko podniósł się z miejsca.

– Trudno, znajdę go sobie gdzie indziej. A już miałem nadzieję…

– Widzisz, Zerthimonie – zaśmiał się Raj'garh, odprowadzając odchodzącego wzrokiem, aż zniknął w ciemności. – Znowu jesteś oszustem. A do tego jeszcze złodziejem.

Zerthimon rozłożył na ziemi koc i rozwiązał dziurawy płaszcz, powoli układając się do snu. Przetarty materiał słabo chronił przed zimnymi, twardymi skałami podłogi, ale niektórzy nie mieli nawet tego.

Jego własne imię wyrwało go z półsnu.

– Zerthimonie – powtarzał zniecierpliwiony szept. – Zerthimonie, obudź się.

Szept nie należał do żadnego spośród jego towarzyszy; w ciszy unosiły się ich spokojne, miarowe oddechy. Pochodził od obcej aury, silnej i wyrazistej, przypominającej krąg płomieni tańczących wokół zimnej otchłani. Zerthimon spojrzał w górę i zobaczył nieznajomą postać szczelnie otuloną płaszczem. Klęczała tuż nad nim, ale tylko na jednym kolanie, po żołniersku. Na krótko uchwycił ocienione kapturem spojrzenie.

– Czy możesz wstać? – powiedziała nieco głośniej, niskim, lekko chrapliwym głosem i dziwnie stanowczo, jakby wydawała rozkaz.

Zerthimon wolno podniósł się z posłania.

– Wiemy, czego dokonałeś, Zerthimonie – powiedziała „wiemy", choć nie było z nią nikogo więcej. – Wysłuchaliśmy wielu twoich nauk. I chcemy ci za nie podziękować.

Wyciągnęła spod płaszcza niewielkie zawiniątko i podsunęła mu je pod nos. Niemal natychmiast uderzył go zapach przebijający przez materiał pakunku. Zapach alg, grzybów i ciasta. Zapach jedzenia.

Bez namysłu wyrwał jej pakunek z rąk, wycofał się pod ścianę, żeby mu go nie odebrała i trzęsącymi się rękami rozdarł materiał. Powinien podzielić ciasto pomiędzy swoich towarzyszy, myślał, odrywając pierwszy kawałek. Zostawi im połowę, postanowił, odrywając kolejny. Zasługują na to bardziej niż on, który tylko naraża ich na niebezpieczeństwa. Rabyel dla niego wzgardziła nawet dodatkowym posiłkiem. O Ilsensine, jak bardzo to ciasto różniło się od mdłej masy, którą zwykle dostawał. Jeszcze tylko jeden kawałek, a resztę zostawi dla innych.

Przyjrzał się pustej już chuście; z wściekłością zmiął tkaninę i rzucił ją na ziemię. Bezwładnie oparł się plecami o kamienną ścianę i ukrył twarz w dłoniach. Zakapturzona postać znów przyklękła naprzeciwko niego.

– Odejdź – powiedział łamiącym się głosem, wciąż zakrywając oczy dłońmi. – Proszę cię, odejdź.

– Na Ilsensine, aż tak was tutaj głodzą?

– Nasz pan… – zająknął się. – Nasz pan daje na wszystko, czego potrzebujemy.

– Wasz pan chyba zapomniał o najbardziej podstawowej sprawie.

– Nasz pan nigdy o niczym nie zapomina. To ja się zapomniałem. Ale jutro ciężko to odpracuję.

– Jutro? – podchwyciła. – Mogę wtedy przynieść ci coś więcej. Co na to powiesz?

Zawahał się. Zgadzając się, zaprzeczyłby swoim poprzednim słowom. Czy taki właśnie był jej zamiar? Czy chciała go wydać jego panu?

– Posłuchaj, Zerthimonie. Niedaleko stąd jest komnata o ścianach z ametystu. Na pewno ją znajdziesz, wystarczy, że przed wejściem do noclegowni skręcisz w ostatni korytarz po lewej stronie. Tam zostawię ci żywność.

Gdy odjął trzęsące się dłonie od twarzy, zakapturzonej postaci już nie było.