Ha ha! Nie spodziewaliście się mnie tak wcześnie. Wykorzystałem chwilę wolnego i zdołałem w ekspresowym tempie skrobnąć ten rozdzialik. Dziękuję za komentarze, myślę, że czytając je bawię się co najmniej równie dobrze jak wy przy tej historii. Miłego czytania i cierpliwości, bo oczywiście rozdział zakończony w standardowym już dla mnie stylu. (PS: Koniec ciągle się zbliża. Trochę go odroczyłem, ale gdzieś już majaczy wielki finał i rozwikłanie wszystkich węzłów, które do tej pory się nagromadziły).

/EDIT

Miałem zmienić tylko zakończenie, ale troszeczkę poprawiłem całość (w pierwszej scence właściwie każda kwestia została trochę podciągnięta). Nie jest to nic, przez co trzeba by było czytać ten rozdział od nowa (takie drobnostki, jak uzbrojenie niedźwiedzi, czy troszkę inne wejście Po do sali i kilka żarcików więcej). Najważniejsze, że Tygryska jest bardziej Tygryską niż wcześniej ;)


Słowa lamparcicy wybrzmiały w pustym pomieszczeniu. Po słyszał przytłumione rozmowy dochodzące zza drewnianej ściany. Miał nieodparte wrażenie, że słyszał Tygrysicę.

– Bardzo fajnie, ale kim właściwie jesteś? – zapytał z nutą niepokoju w głosie.

– Myślę, że słyszałeś o mnie. – Podeszła bliżej, poruszając przy tym delikatnie biodrami. – Ostatnio nie bywałam w okolicy, bo coś zatrzymało mnie w królewskim pałacu na dłużej.

Po, gdy oczy przyzwyczaiły się do półmroku, zrozumiał – nie bez dreszczu na plecach – że miał przed sobą kogoś, kogo podobiznę kiedyś wystrugał i postawił na półkę z wielkimi osobistościami kung-fu.

Su Wu.

Dawno temu, jeszcze zanim został Smoczym Wojownikiem, przypadkiem poznał malarza, który spotkał kiedyś legendarne łajdaczki. Artysta zgodził się sporządzić z pamięci portret każdej z nich za drobną opłatą, a to wystarczyło Po, by wykonać trójkę figu… bohaterów akcji.

Jednak ani portret, ani figurka nie odzwierciedlały parszywego wyglądu lamparcicy. Z tak zuchwałym uśmiechem niejeden złoczyńca mógłby obserwować płonące miasto, chwilę po tym, jak sam je podpalił. Nie zestarzała się też zbyt mocno. Przez zawsze ściągnięte brwi i obwódki wokół oczu jedynie miejscami przebijała się szara sierść, Postura kocicy dawała do zrozumienia, że przez lata w więzieniu nie zapomniała jak się walczy.

– Su Wu – powiedział poważnie Po. – Przyznam, że nie wiem, czy cieszyć się z tak mocarnego spotkania, czy przygotowywać do walki. Z tych emocji chyba powiedziałem to na głos. Nie powinnaś może siedzieć w więzieniu?

– Powinnam – powiedziała z nonszalanckim uśmiechem, przymrużając nieco bledsze z oczu. – Ale nasz wspólny znajomy pozwolił mi wyjść ciut wcześniej, niż te niesprawiedliwie osądzone kilkaset lat.

– Wspólny znajomy? Nie wiem co próbujesz sugerować, ale nie uwierzę, by którykolwiek z mistrzów z rady Gongmen mógł pomóc ci uciec z więzienia.

Su Wu fuknęła ostentacyjnie.

– Chodzi mi o Shandiana, głąbie. Byłabym mu nawet wdzięczna, ale przecież nie robił tego za darmo.

– A, o niego – powiedział zniechęcony. Jeszcze jeden grzech na konto karmelowego myszoskoczka. Wypuścić największą łajdaczkę w Chinach mógł tylko on. – Cóż, będziecie musieli się ustawić w kolejce do Chorh-Gom.

Kącik ust lamparcicy uniósł się wysoko. Pokiwała przed nosem wskazującym palcem.

– Nie śpieszyłabym się tak na twoim miejscu z tym wsadzaniem do więzienia. Jeszcze możemy się dogadać. Nie widzę powodu, dla którego nie miałabym ci wydać Shandiana i tej twojej koleżanki. W zamian jednak ty i Jadeitowy Pałac nie będziecie się wtrącać w rychłe ułaskawienie mnie i moich sióstr. Wydaje mi się, że masz już tam coś do powiedzenia, prawda?

– Może. A co z mieczem?

– Miecz oczywiście zostanie tutaj. Mam dla niego lepsze zastosowanie, niż leżenie na stojaku w Jadeitowym Palacu – Obejrzała się i spojrzała przez jeden z lufcików. – Szybka decyzja. Z tego co widzę, masz niewiele czasu.

Podeszła jeszcze bliżej. Po zauważył, że trzymała w ręku papierowy kubek, do którego przymocowano cieniutką, naprężoną nitkę, przewleczoną przez lufcik w ścianie. Bawił się podobną rzeczą w dzieciństwie. Nitką dało się przekazać dźwięk na dość dużą odległość. Tylko po co to było Su Wu?

Z kubka nagle doszły trzy szybkie stuki, które nawet on usłyszał.

– Czas minął – powiedziała lamparcica. – Odpowiadaj.

– Przyszedłem tu po Tygrysicę, Shandiana, Gao i miecz. Nie zamierzam zmieniać zdania.

– Czyli tak czy inaczej się rozczarujesz. Zabij ich – powiedziała do kubka i popatrzyła na pandę. – Oboje.

W jednej chwili Po zrozumiał. Su Wu zza ściany kierowała poczynaniami kogoś w loży. Ponieważ uciekła z więzienia, nie mogła się oficjalnie pokazywać. Tylko dlaczego to zrobiła, skoro wydawała się tak pewna swojego ułaskawienia.

Dopiero później dotarło do niego, co właściwie powiedziała lamparcica. Zabij ich. Oboje. Znaczy mężczyznę i kobietę. Znaczy Gao i… Tygrysicę?

Lodowaty strach rozlał mu się w klatce piersiowej. Nie myślał. Rzucił się przed siebie, lamparcica zgrabnie zeszła mu z drogi. Nie było czasu na wychodzenie przez drzwi. Skoczył na drewnianą ścianę z lufcikami. Wyglądała na niezbyt solidną. Chociaż w tym momencie nawet kilkutonowa skała mogłaby się taka wydawać.


Kilka chwil wcześniej.

Przykurczone mięśnie i nadwyrężane ścięgna paliły ją bólem, który pulsował w rytm kroków niosącego ją woła. Ciało nadal jej nie słuchało. Mogła jedynie patrzeć na wąski przesmyk czystego, popołudniowego nieba pomiędzy dachami coraz wyższych i bogatszych budynków. Usłyszała dźwięk zamykanych okiennych drzwiczek i przyśpieszone kroki przechodniów, którzy nagle uznali, że skręcili nie w tę uliczkę co trzeba. Nikt nie miał zamiaru wchodzić w drogę bandzie kilkunastu oprychów.

W głowie nadal wybrzmiewały słowa, którymi prosiła Po, by się ukrył. Nie chciała zostać sama, jednak to miało wtedy najmniejsze znaczenie. Byliby zdani na łaskę pani Han, gdyby złapano ich razem. Według Yin Yinga wieszczka podobno darzyła szacunkiem mistrzów z Jadeitowego Pałacu. Tygrysica jednak już wiedziała, że słowa kruka są mniej warte niż pył na ulicy.

W ciemnych zakamarkach umysłu jej umysłu budziły się lęki. Nie obawiała się o siebie, nawet teraz myślała, czy nic się za niego nie stanie. W jakiś sposób ciągle czuła się za niego odpowiedzialna. Była pewna, że przynajmniej spróbuje ją odbić. I przez to wpadnie w pułapkę, którą na pewno spróbują na niego przygotować. A Tygrysica będzie temu współwinna. Jedyne co będzie mogła zrobić, to biernie się przyglądać. Bo znowu nie była wystarczająco czujna. Bo znowu zawiodła. Przeklęty Yin Ying. Przeklęty Shandian. Przeklęte Jinzhou.

Byli już przy wejściu do areny. Tutaj nikogo nie dziwił widok bandy nosorożców, wołów oraz opasłego Tygrysa. Kocur nadal niósł Gao w worku. Najwyraźniej także nie miał pewności co do Yin Yinga, a sokół w pazurach był jedyną gwarancją otrzymania jakiejś formy wdzięczności za pomoc w jego ujęciu.

Kan Ren kazał obstawić wejścia do areny i wypatrywać Smoczego Wojownika. Krzyknął donośnie, karząc zgromadzonej w poczekalni ciżbie zrobić sobie przejście. Byli już właściwie na miejscu. Tygrysica z wściekłością pomyślała o swoim bezużytecznym ciele. Musiała coś zrobić. Wszystkie siły poświęciła na to, by przemóc ból i blokadę mięśni. Byłaby pierwszą osobą w Chinach, która pokonałaby blokadę Chi w ten sposób, ale po prostu nie miała innego pomysłu. Chciała tylko poruszyć małym palcem u ręki. Syknęła cicho. Walczyła długo, ale nie udało się. Oczywiście. Nie była przecież Smoczym Wojownikiem – pomyślała i zrobiło się jej niedobrze od tej całej bezradności.

– Przestań, kiciu – powiedział do niej Kan Ren. Wszyscy w poczekalni starali się nie okazywać zainteresowania nimi, lecz w tle odgłosów dochodzących z areny zaczął przewijać się szelest szeptów. – Nie ma nic przyjemnego w patrzeniu, jak ktoś sobie robi krzywdę. Nie lubię być w ten sposób wyręczany.

Uśmiechnął się szpetnie. Kan Ren twarz miał tępą jak przystało na typowego osiłka, ale w spojrzeniu krył się błysk inteligencji. Tygrysica podejrzewała, że największy z wołów jako jedyny dostał woreczek z przyprawą, bo miał na tyle rozumu, by nie cisnąć jego zawartością pod wiatr albo w oczy któregoś z kompanów.

– Może polubisz, gdy ktoś tobie zrobi krzywdę – zawarczała cicho.

– Ostra z ciebie kotka. Ale bardzo nierozsądna. W przeciwieństwie do tego twojego chłoptasia – dodał z sarkastycznie. – Z tobą na rękach pewnie by nam nie uciekł.

Tygrysica zapragnęła ze wszystkich sił uderzyć Kan Rena. Mogła poruszyć żuchwą, więc, gdy wchodzili do pomieszczenia obok poczekalni, spróbowała przynajmniej zębami zadać wołowi jakiś ból. Ten jednak w porę się zorientował i odsunął rękę.

– Jeszcze raz spróbujesz mnie ugryźć, kiciu, to wciągnę cię po tych schodach za uszy – burknął i rozejrzał się po pokoju. – Gdzie jest Mei? Znowu będzie miała pretensje, że wchodzimy bez jej pozwolenia. Jak ja jej nie cierpię. Rządzi się tu, jakby to była już jej arena.

Coś więc było nie tak jak zwykle. Czyżby Po już tu był? Tygrysica chciała zobaczyć więcej niż sufit i zaniepokojony pysk woła. Spróbowała ze wszystkich sił obrócić głowę. Znów nic to nie dało. Nie wszystko da się załatwić siłą, czasem wystarczy tylko odrobina spokoju.

Powoli, bardzo powoli, spróbowała jeszcze raz. Zaskoczona stwierdziła, że to działa. Po chwili widziała już dwie szafy, biurko i przewrócone krzesło. To ostatnie mogło znaczyć wszystko, ale dało jej pewną nadzieję.

– Nie ma jej, idziemy – rzucił w końcu Kan Ren po krótkiej rozmowie z tygrysem i wszedł z nią po schodach. Za nim ruszyło trzech oprychów. Na pierwszym piętrze tygrys przywitał jowialnie wojowników w szatni, którzy oczekiwali na swoje walki. Chciał z nimi porozmawiać, ale wół i nosorożce nie zamierzali na niego czekać.

Na wyższym piętrze drogę zastawiła im okratowana brama. Wół nie próbował naciskać klamki – od razu zrobił sobie przejście solidnym kopniakiem.

– Nie rozumiem – powiedział jeden z nosorożców, ten bez bagażu. – Po co ta krata, skoro każdy chłop z szatni mógłby ją wyważyć?

– To nie krata dla tych na dole, a dla tych na górze – odpowiedział wół. – Bez niej niektórzy nie czuli się tu bezpiecznie.

Nosorożec przygryzł wargę, próbując rozgryźć sposób myślenia bogaczy. Niewiele z tego wynikło.

Na wyższym piętrze przeszli przez część widowni przeznaczonej dla gości z wyższych sfer i znów weszli po schodach, tym razem na najwyższe piętro. Zatrzymali się dopiero w małym korytarzyku, oświetlanym jedynie przez pochodnie zawieszone na zdobionych kinkietach. Tygrysica patrzyła jak płomień odbija się w oczach srebrnego lamparta na ścianie. Prawie jak Tai Lung – pomyślała.

Nosorożec bez bagażu wyszedł naprzód i zapukał masywną pięścią do drzwi. Chyba jako jedyny nie wydawał się spięty. Może był tu pierwszy raz?

– Jeżeli pani Han zna przyszłość, to dlaczego czekamy? – zapytał.

– Zamknij się – odparł natychmiast Kan Ren. Zdecydowanie uważał, że ściany mają tutaj uszy.

– Dokładnie – przytaknął poważnie Tygrys.

Drzwi otworzył im smukły pantera, o futrze czarnym jak smoła. Na sobie miał elegancki i zwiewny strój w stonowanych barwach, a przy pasie trzymał przytroczony miecz. Coś w jego postawie mówiło, że nie należał do zbyt wylewnych osób. Otaksował wszystkich w pełnym skupieniu i gestem pozwolił wejść.

Loża pani Han okazała się przestronnym pomieszczeniem, a za odgradzającymi balustradami rozpościerał się widok na całą arenę. Nie brakowało tu bogatych zdobień, płaskorzeźb, a przy jednej ze ścian stała nawet potężna drewniana rzeźba smoka i feniksa w miłosnym uścisku. Nie można było jednak wyzbyć się wrażenia, że niemal każdemu elementowi pokoju wiele brakowało do ideału. Farba nie zawsze pokrywała dany element równo, gdzieś ukruszył się kawałek złota, rzeźba miało lekko zachwiane proporcje. Wyglądało to tak, jakby nadzorujący pracę nie robił tego zbyt sumiennie.

Tygrysica szybko domyśliła się, co było powodem takiego stanu rzeczy. Pani Han była niewidoma. Oczy patrzące pustym wzrokiem spod stożkowatego kapelusza miała zaatakowane mocno już zawansowaną jaskrą.

Stara lamparcica była tak drobna i koścista, że właściwie tonęła w przygniatających ją złoto-czerwonych szatach. Przypominała zasuszony, pokolorowany pień drzewa, który wrósł się w olbrzymią, jaskrawoczerwoną kanapę gęstą plątaniną korzeni i przez najbliższe kilkaset lat nie zamierzał się już nigdzie ruszyć. Jej obstawa składała się z dwóch potężnych niedźwiedzi, zakutych w grube, czarno-złote zbroje, o ornamentach tak gęsto wygrawerowanych, że od samego patrzenia Tygrysicę rozbolały oczy. Nawet Kan Ren wydawał się przy tej dwójce ledwie podrostkiem.

Przy jednym z nich, na drewnianym stojaku, kotka dostrzegła Miecz Bohaterów. Pani Han najwyraźniej nie miała problemów z chwaleniem się kradzionymi rzeczami. Nigdzie jednak nie było Shandiana.

Staruszka otworzyła usta jak w transie i wyrysowała w powietrzu jakieś skomplikowane kształty, wskazując gdzieś w okolice tygrysicy. Jeszcze przed chwilą wydawało się, że jakikolwiek ruch spowoduje, że ze staruszki posypie się warstwa kurzu. Nikt z otoczenia nie zwrócił uwagi na jej zachowanie. Najwyraźniej było to całkowicie zwyczajne. W końcu była wieszczką. Normalne zachowania są dla nich nie na miejscu.

Pantera stanął kilka metrów przed staruszką, obok jedynej w pomieszczeniu kolumny, wyznaczając niewidzialną linię, której oprychy nie mogą przekroczyć. Ci profilaktycznie zatrzymali się wcześniej.

– Nie tego się spodziewałam – wychrypiała ledwie słyszalnie wieszczka z cieniem uśmiechu na twarzy, jakby właśnie powiedziała żart, który tylko ona rozumiała. – Chciałam byście przyprowadzili do mnie sokoła. Czy prosiłam kogokolwiek z was: przyprowadźcie mi tu razem z Gao Tygrysicę. Co się stało? Yin Ying spotkał ją po drodze i nie mógł się oprzeć przed wypróbowaniem zakazanych technik, których go osobiście nauczyłam?

Kan Ren przełknął ślinę. Mało się przy tym nie zakrztusił.

– Przepraszam. Yin Ying niedługo tu przyjdzie i wszystko wyjaśni. Został ciężko ranny w walce ze Smoczym Wojownikiem. On i ta tutaj byli razem z Gao, gdy mieliśmy go porwać.

Wyglądał jakby chciał ugryźć się w język. Z tego co pamiętała Tygrysica, miał się w ogóle nie odzywać.

– Rozumiem, że Smoczego Wojownika nie udało się złapać?

– Ma pani rację.

– Lepiej więc żeby rzeczywiście Yin Ying przyszedł niedługo, najlepiej zanim zapomnę jaką wykazał się głupotą. Połóż ją na taborecie.

Szeroki mebel stał przy balustradzie i okazałby się pewnie dość wygodny, gdyby Tygrysicę nie bolała każda część ciała. Nie zastanawiało ją to, skąd wieszczka wiedziała, że jest z Jadeitowego Pałacu oraz to, że rozpoznała ją. Wydawało się to oczywiste, że ktoś taki wiedział więcej niż powinien.

Kotka skupiła się na tym, by nic co się wydarzy, jej nie umknęło. Na szczęście wół obrócił ją do wnętrza pomieszczenia. Wystarczyło tylko znów powoli poprawić ułożenie głowy. A gdyby spróbować tym samym sposobem rozruszać palce? Zaczęła od rozruszania ręki, którą miała pod sobą.

– Najpierw krótsza sprawa – oznajmiła stara lamparcica. – Wypuście Gao. Ale skrzydełek mu nie rozwiązujcie.

Tygrys wyszedł w uniżonym ukłonie przed szereg oprychów i rozwiązał worek. Wyrzucił Gao, tak jak wysypuje się ryż na podłogę. Sokół wbił się dziobem w deski, nie mogąc uchronić się przed upadkiem. Z trudem wstał na łapy i rozejrzał się obojętnym wzrokiem po pomieszczeniu. Zatrzymał się na dłużej jedynie na Mieczu Bohaterów, a w jego oczach na moment zabłysła ciekawość.

Pantera przeciął szybkim ruchem szabli przeciął więzy na jego dziobie.

– Ten sam tandetny wystrój co kiedyś – powiedział Gao. Zrobił to takim tonem, jakby przygotowywał te słowa przez cały pobyt w worku. Wyszło jednak dość przygnębiająco. Jeżeli był wcześniej w nim jakiś duch walki, w restauracji został złamany.

– Prawie się stęskniłam za twoim gładkim głosem – odpowiedziała stara lamparcica i bezceremonialnie podłubała sobie w uchu, uchylając nieco kapelusz. – Choć coś mi się nie zgadza. Prawdziwy Gao powinien w tym momencie zasypać mnie wyzwiskami i groźbami, w których to jego ojciec rozciera mnie na proch. Prawda? Zawsze był z ciebie taki uroczy urwis.

– I tak jesteś ślepa, więc jaka to dla ciebie różnica czy to ja?

– Trochę lepiej – Odsłoniła w parodii uśmiechu pożółkłe zęby i dziury po brakujących kłach. Ściągnęła brwi i znów zaczęła wywijać ręką skomplikowane gesty. – Ale coś się w tobie zmieniło. Tak, już wiem. Prawda boli, co nie?

– Nic nie wiesz, starucho – syknął Gao.

– Może tak, może nie. Właściwie to kazałam cię przyprowadzić, by powiedzieć ci, że posiedzisz sobie przez najbliższy czas w zamknięciu. Żadnych pałaców i komnat oczywiście.

– Bo jak można proponować coś, czego się nie ma – prychnął sokół. – Po co wam jestem? Przecież od zawsze uważasz, że nic nie znaczę i nie będę znaczył.

– Nie powiedziano ci? Zainteresowałeś się nie tym przedmiotem, co trzeba. Nawet teraz czuję jak zaprząta ci on myśli. Ale to nie jest główny powód, a raczej pretekst. Jak zwykle chodzi o twojego ojca. Liczę na to, że ma z tobą jeszcze dobre stosunki. Przy pomyślnych wiatrach dziś w Jinzhou zajdą wielkie zmiany. Tak… Zaraz – ucięła nagle. Spoważniała, zdenerwowana podniosła głowę na tygrysa.

– Dlaczego nikt nie powiedział mi, że tu jesteś, niedorajdo? Pozornie niczym różnisz się od oprychów Yin Yinga. Ten sam krąg znajomych, to samo wątłe Chi, ale lojalności w tobie za grosz. Wynocha. Spróbuj rozpowiedzieć o czymkolwiek, co tu widziałeś, a jeszcze dziś pożegnasz się z życiem. Niech ktoś wypłaci mu należność za fatygę z dzieciakiem.

Tygrys nie protestował, ale też nie zarzekał się, że będzie milczał jak grób. Osiągnął dokładnie tyle, ile pewnie się spodziewał. Zarobił i zyskał być może cenną informację. Wziął od pantery kilka monet i dziwnie lekkim krokiem pokierował się do drzwi. Te otworzyły się zanim do nich doszedł.

W progu stanął Shandian. Jego pulchna, niemal pluszowa twarz była zupełnie z innej bajki, pośród ponurych pysków oprychów.

– Posuń się, mały – powiedział kot.

Myszoskoczek nawet się nie odezwał. Uśmiechnął się kwaśno, jakby usłyszał bardzo słaby żart, i dotknął błyskawicą na końcu ogona głowę tygrysa. Zaiskrzyło. Oprych zaryczał z bólu i w konwulsjach runął na ziemię. Gdy Shandian oddalił błyskawicę, kot zabełkotał niewyraźne „przepraszam" i wyczołgał się za próg.

– Kto by się spodziewał, że tak szybko można nauczyć kogoś manier – rzucił wesoło myszoskoczek i zamknął drzwi. Ruszył pewnym krokiem w stronę pani Han, gdy nagle zatrzymał się zszokowany. – Zaraz, co ONA tutaj robi?!

Wlepił swoje błękitne oczy w Tygrysicę. Było w tym zdziwieniu coś teatralnego. Z drugiej strony Shandian cały czas zachowywał się, jakby tylko grał sam siebie.

– Drogi Shandianie – zaczęła spokojnie staruszka. – Chciałabym, żebyś pamiętał, iż jesteś tu tylko gościem. Nie możesz tak sobie wchodzić bez pukania i razić prądem moich, bądź co bądź, współpracowników – przy okazji niech ktoś sprawdzi, czy ten idiota poradził sobie z zejściem. W razie czego schowajcie go tak, żeby nie straszył gości

Jeden z niedźwiedzi wyszedł ciężkim krokiem z pokoju. Tygrys nie odczołgał się zbyt daleko, sądząc po wyraźnych pojękiwaniach za drzwiami.

– Na czym to ja skończyłam… A! Przede wszystkim zaś nie podoba mi się twój ton.

– Droga pani Han – przedrzeźnił ją Shandian i zaczął powoli podchodzić w stronę staruszki. – Po pierwsze, nie wszedłbym tu bez pukania, gdybym został wcześniej należycie potraktowany. Jednak odkąd przyniosłem, zgodnie z umową, Miecz Bohaterów, wydaje mi się, że stałem się tu ignorowany. I to pomimo, że zaznaczałem, iż zależy mi na szybkim wypełnieniu umowy z pani strony.

Pantera położył łapę na rękojeści szabli, gdy Shandian był przy Gao i niebezpiecznie blisko niewidzialnej linii. Myszoskoczek jednak zatrzymał się dokładnie obok czarnego kota.

– Inną sprawą jest to – kontynuował – że chyba pani nie rozumie, co tu właśnie ma miejsce. Ci idioci przyprowadzili Tygrysicę i to bez Smoczego Wojownika. Podejrzewam więc, że po prostu go nie złapali, a to znaczy, że prędzej czy później się tu zjawi. Jeżeli czegoś nie zrobimy, na pewno spróbuje odebrać miecz, a to trochę może przeszkodzić w sfinalizowaniu naszej współpracy. Stąd też mój ton. Tamtego tygrysa poraziłem, bo jest zwyczajnym gburem. Dodam, że przemilczałem obecność Gao, bo akurat tego spodziewałem się, po tym jak powiedziałem, że mnie śledził.

– Dzięki stary – powiedział sokół tonem, którym mógłby żartować przyszły wisielec.

Staruszka chwilę milczała. Zamlaskała głośno, ale Shandian nie popędzał jej. Podszedł do Tygrysicy i otaksował ją spojrzeniem, jakby upewniał się, co jej było. Momentalnie odwrócił się na pięcie, okazując, że jego cierpliwość powoli się kończy i oczekuje wreszcie jakiejś odpowiedzi.

Tygryska zauważyła, że w ręce, którą chował przed innymi za plecami, Shandian coś trzymał. Nadal też miał szablę, z którą przyszedł do Jadeitowego Pałacu.

Do pomieszczenia wszedł z powrotem nieco zasapany niedźwiedź i stanął obok staruszki. Wyszeptał kilka słów do jej ucha, lecz ona palnęła go łapą i kazała podejść z drugiej strony. Nikt poza Tygryską nie zwrócił na to uwagi, ale niedźwiedź obszedł kanapę znacznie szerszym łukiem, niż powinien. Dopiero wtedy przekazał to, co chciał. Pani Han pokiwała głową, dochodząc najwyraźniej do jakiegoś ważnego wniosku.

– Za dużo mielisz ozorem – powiedziała w końcu cierpko.

Shandian stał tak blisko Tygrysicy, że ta zauważyła jak drgnął na te słowa. Powoli, tak by nikt poza nią tego nie zauważył, zaczął rozwijać w ręce złożoną wiadomość.

– To prawda, że przestałeś być potrzebny – kontynuowała pani Han – szczególnie, że nie mogę spełnić twojej prośby. Myślałeś, że jestem głupia i powiem ci jak wejść do Góry Dziesięciu Tysięcy Demonów? Że pozwolę, by armia upiorów zalała ten kraj, zabiła moje wnuczki? Akurat ja doskonale wiem co tam siedzi i uwierz mi – nie wpuściłabym tam nawet muchy, a co mówić takiego węża jak ty. Jednak pomogłeś mi dwa razy i nie mogę cię teraz po prostu zabić. Pozwolę ci więc opuścić miasto. Dostaniesz też jakiś drogocenny artefakt z mojej kolekcji. Jednak nigdy tu nie wracaj.

Shandian pokręcił głową zawiedziony.

– Nie mam takich zdolności jak ty, ale zacząłem podejrzewać, że tak to się skończy, gdy wysłałaś mnie po Miecz Bohaterów. To nie mogła być tylko twoja zachcianka i, niestety, rzeczywiście nie była. Dzięki temu jednak już dowiedziałem się, jak wejść do jaskini. Mimo to przyszedłem tu, ponieważ nie chciałem uwierzyć, że legendy o prawdomówności Pani Han są aż tak przesadzone. Bo cóż to za wieszczka, która kłamie?

Staruszka poruszyła się na krześle.

– Przyszedłeś tu, bo pilnowało cię kilkunastu moich ludzi. Poza tym emm… – zawiesiła głos na moment – Poza tym masz rację, okłamałam cię, złamałam dane słowo. – Niemal wszyscy w pomieszczeniu drgnęli nerwowo. Takie zachowanie pani Han nie mogło się zdarzać często. – Tylko co związku z tym? Zagrozisz mi, że o tym rozpowiesz?

– Nie muszę. Ale chyba nie myślisz, że Tygrysica złoży przysięgę bandytce?

Kocica w złości zacisnęła niemal już rozruszaną już rękę i przez to znów nie miała nad nią władzy. W co ten szczur ją wciągał? Wtedy Shandian całkowicie rozłożył karteczkę, którą trzymał za plecami. Widniał na niej napis – „Przygotuj się do walki. Nie jestem waszym wrogiem". Pewnie – zakpiła w myślał. A demony zamierzasz wypuścić rekreacyjnie.

W pomieszczeniu panowałaby absolutna cisza, gdyby nie gwar z widowni. Jeden z nosorożców ostrożnie ściągnął plecak Po, pantera znów położył dłoń na rękojeści, niedźwiedzie zaś podniosły zza kanapy potężne, długie maczugi zwane kostnymi kwiatami.

Do pomieszczenia ktoś zapukał. Nikt jednak nie ośmielił się podejść do drzwi.

– Na co czekacie? – zapytała staruszka. – Wpuście go!

Pantera skinął głową i pobiegł otworzyć drzwi. Gościem okazał się Yin Ying, w pełni sił i w czystym stroju.

– Wielce szanowna pani Han – zaczął oficjalnym tonem.

– Zamknij się jeśli ci życie miłe. Przez ciebie mamy tu mały problem – warknęła staruszka, a kruk posłusznie stanął w rzędzie razem z oprychami, posyłając tylko krótkie spojrzenie w stronę Kan Rena. – Muszę się tego dowiedzieć od Tygrysicy. Akurat słowom mistrzów z Jadeitowego Pałacu zazwyczaj można wierzyć. Powiedz, moja droga: zatrzymasz wszystko, co się tutaj usłyszałaś i widziałaś dla siebie? Uwierz mi, za bardzo nie masz wyjścia.

Tygrysica wytrzymała jej puste spojrzenie, choć ból w jej ciele dziwnie się zwiększył. Co oznaczało, że nie miała innego wyjścia? Zabije ją? Dlaczego to co do tej pory usłyszała było tak ważne? Mało to razy wieszczki kłamały?

Po, jeżeli gdzieś tu jesteś, lepiej się pośpiesz. Ponowne rozruszanie dłoni poszło jej tym razem szybciej, ale potrzebowała znacznie więcej czasu, by móc walczyć albo uciekać. Co ten Shandian sobie myślał, pisząc, by się przygotowała?

Wtedy zobaczyła, że kilka ciemnych dziur w jednej ze ścian zaświeciło na moment lichym światłem. Musiało być tam tajne pomieszczenie i właśnie ktoś do niego wszedł. Nie mogła liczyć, że to Smoczy Wojownik. Znając jej dzisiejsze szczęście ktoś raczej zasadzał się tam, by ją skrycie zabić. Mimo to spróbowała zagrać na czas. Nie miała zresztą wyjścia.

– Zanim odpowiem – powiedziała najgłośniej jak była w stanie, wystarczająco, by przebić się przez wiwaty na widowni poniżej. – Muszę wiedzieć dlaczego jest to tak ważne, bym milczała? Szczerość za szczerość.

Stara lamparcica znów czekała chwilę z odpowiedzią.

– Niech ci będzie, choć nasz kochany Shandian już chyba dość dobitnie zauważył dlaczego. Zaufanie to towar dość cenny dla wieszczki. Nie wiem czy wiesz, ale nawet król Jinzhou przychodzi się do mnie radzić. Liczę też w najbliższym czasie na jego wsparcie, a słowo mistrzyni kung-fu z Jadeitowego Pałacu nawet dla niego jest wiele warte. Dobrze wie, że nie macie interesów w kłamstwie.

– Co masz na myśli, mówiąc wsparcie? – zapytał Gao, który do tej pory tylko biernie przysłuchiwał się rozmowie. Staruszka w ogóle o nim zapomniała.

– Czy ja z tobą rozmawiam? Dlaczego on tu jeszcze stoi? Zresztą, nie ważne, chcesz Tygrysico szczerości, proszę bardzo. Uprzedzam jednak wszystkich, jeżeli cokolwiek z tego co powiem wydostanie się dziś poza to pomieszczenie, będę zmuszona zabić każdego.

Odetchnęła. Machnęła kilka razy ręką przy kapeluszu, jakby łapała pajęczą sieć.

– Król Jinzhou, tak jak i ja, od dawna uważał, że powinniśmy znaleźć pretekst, by odsunąć od władzy panoszący się w mieście ród sokołów. Zajmują najwyższe stanowiska urzędnicze, bogactwem przewyższają króla, no i z tego co wiem, planują wybudować jeszcze większą arenę do walk niż ta tutaj. To kwestia czasu, gdy zagrożą naszemu monarsze. Ten smarkacz jest kluczem do tego, by raz na zawsze zrobić z nimi porządek.

Niedługo pod arenę przyjdą oddziały opłacane przez sokoły, by go odbić. Gao jest synem najważniejszego członka rodu, więc liczę, że nie nikt tam nie potraktuje mojego fortelu pobłażliwie. Ich atak na arenę, w której przypadkowo rozgrywają się zawody, wydaje się wystarczającym pretekstem, by zbrojnie ukrócić ich zapędy. Tylko że, niestety, król jest bardzo podejrzliwy i w razie jakiś wątpliwości co do mojej lojalności, zerwie naszą umowę. Możliwe, że nawet tysiąc istnień postawionych na szali może go do mnie wtedy nie przekonać.

Nosorożce wymienili ze sobą zaniepokojone spojrzenia. Jednak tylko oni, Tygrysica oraz Shandian byli zaskoczeni. Pozostali musieli już wiedzieć o planie.

– Teraz chyba wiesz wszystko, Tygrysico. Decyzja należy do ciebie, choć wiem, że nie zmieni ona tego, co się wkrótce stanie.

– Zadziwiasz mnie – rzucił Shandian. – Trzymasz w arenie tysiąc zakładników. To nie mógł być twój pomysł. Nie planowałaś tego, gdy poszedłem do Jadeitowego Pałacu!

– Najwyraźniej się pomyliłeś – oznajmiła pani Han. – Jeżeli wszystko pójdzie zgodnie z planem, nikomu nic się nie stanie. Sokoły poddadzą się i opuszczą miasto. Nie pytaj skąd wiem. – Uśmiechnęła się niewesoło. – To jak? Będziesz cicho?

Obróciła głowę w stronę Tygrysicy. Ta nie mogła się zgodzić i przyłożyć ręki do czegoś podobnego, nawet jeżeli wymagało to od niej tylko milczenia. Nie mogła też skłamać, ponieważ nie pozwalał jej na to honor. Nie umiała schować go teraz w kieszeń, tylko dlatego, że nikt inny w tym pomieszczeniu go nie posiadał.

Wzrok wszystkich skupiał się wyłącznie na niej. Pomyślała, że to chyba już koniec. Kącik jej ust zadrżał. Po… szkoda, że nie zdążyłeś.

– Nie.

Chwila oczekiwania. Staruszka wyglądała na rozczarowaną. Z jakiegoś powodu popukała kilka razy w kapelusz. Nagle przełknęła ślinę.

– Cóż… W takim razie zabijcie ich oboje.

Dalej wszystko potoczyło się błyskawicznie. Ku zaskoczeniu Tygrysicy, Shandian zamiast uciekać, bądź próbować walczyć, odwrócił się i kilkoma błyskawicznymi dotknięciami odblokował przepływ energii w jej ciele. Dlatego kazał się jej przygotować – od początku wiedział, że tak się to potoczy.

Nagle karmelowy myszoskoczek okazał się jedynym sprzymierzeńcem. Oboje stanęli w bojowych pozach oczekując przeciwników przy balustradzie. Dwoje na siedmiu. Żaden z oprychów nie wyglądał na zaniepokojonego tym, że Tygrysica nagle ozdrowiała. Niedźwiedzie założyły hełmy. Jeszcze nigdy nie walczyła z kimś tak szczelnie zakutym w metal.

Nagle coś potężnie uderzyło w ścianę naprzeciwko. Wątłe belki się nadłamały, lecz jakimś cudem wytrzymały.

– Auć! – dało się słyszeć w całym pomieszczeniu. – No nic, jeszcze raz.

Wszyscy oczekiwali w konsternacji. Za drugim razem Po przebił się przez drewno, zrobił pojedyncze salto i wylądował wśród połamanych desek. Za nim upadła pochodnia, która do tej pory wisiała spokojnie na ścianie i strzeliła płomienia oraz iskrami. Zawsze lubił efektowne wejścia – pomyślała Tygrysica.

Dawno tak się nie ucieszyła na jego widok.

– To jak? – zapytał Po. – Kto pierwszy w kolejce po sprawiedliwość?

O dziwo wszyscy okazali się chętni.