Za mało tragizmu? Będzie jeszcze tragiczniej xD
Rozdział IX
O ile wyczekiwanie na koniec rozejmu było nerwowe, tak teraz było jeszcze gorzej. Napięcie osiągnęło apogeum; podrywali się na każdy dźwięk, rzucali niespokojne spojrzenia i słuchali krótkich, agresywnych rozkazów, bo nawet Ardiel miał trudności z opanowaniem się.
Pracowali w ciszy. Kurogane, wiążąc mocnymi sznurami zaostrzone pale w zasieki, myślami był daleko.
Gdyby nie pamiętne spotkanie ze smokiem, miałby wrażenie, że ta cała sytuacja z Alduinem jest tylko bajką. Wiedział o atakach innych bestii, wiedział o tym, że Legion próbuje z nimi walczyć i nawet nauczył się już, gdzie są ich słabe punkty, ale zamieszanie omijało jakimś cudem Samotnię. Kurogane miał wrażenie, że to co dzieje się w całym Skyrim, obchodzi go bokiem i wcale nie był z tego powodu niezadowolony.
Pojawienie się legendarnego bohatera, którego nigdy nie widział… Do Samotni docierały jedynie plotki o jego poczynaniach, bo współpracował z Gromowładnymi, i jedyne pewne wiadomości dotyczyły uwięzienia jakiegoś smoka w Białej Grani czy rady pokojowej w klasztorze Siwobrodych na najwyższym szczycie Skyrim, Gardle Świata.
Potem przez pewien czas panowała cisza… a następnie spłynęła ku im wiadomość, że świat został ocalony. Kurogane podejrzewał, że opóźniono tę informację, bo nawet Smocze Dziecię nie byłoby w stanie zaraz po walce z aedrą, daedrą czy jakim tam stworzeniem nadprzyrodzonym smok Alduin był, przemknąć do Markartu i stanąć w szeregach buntowników.
Wyprostował się, ciągnąc za linę i obrzucił okolicę wzrokiem. Znajdował się przed Samotnią i wraz z dwoma innymi żołnierzami kończyli drugi zasiek. Dwa rzędy ostrych pali zamykały drogę w górę, ku stolicy. By je minąć, Gromowładni musieliby albo latać, albo być kozicami górskimi. Jeśli był wśród nich Dovakhiin, pewnie był w stanie zniszczyć je Krzykiem, ale liczono na to, że paliki zatrzymają ich choć na trochę.
Dwa kolejne zasieki odgradzały dolną drogę prowadzącą do portu. Statki zostały rozproszone, część z nich wprowadzono do magazynu, a część na otwarte morze.
Na murach Samotni i wieży strażniczej, między pierwszymi i drugimi zasiekami ochraniającymi Samotnię stali łucznicy w gotowości.
Szturm nie będzie łatwy, pomyślał Kurogane z mściwą satysfakcją. Napastnicy będą podani na tacy. Tu nawet nie ma gdzie się schować.
Obok niego przebiegł Astav w szacie bojowej, krótszej i nieograniczającej ruchów. Przy pasie miał miecz, a obiema rękami rzucał pułapki. Ziemia na kilka metrów przed pierwszą linią zasieków zalśniła runami ognia, mrozu i błyskawicy.
Kurogane znów się obejrzał. Na murach widział już machiny. Gdyby nie Dovakhiin, byłby już pewny zwycięstwa.
– Siedź na dupie i się nie wychylaj – mruknął jeszcze do pewnego maga gdzieś w magazynie Kompanii Wschodniocesarskiej, sprawdzając czy obowiązkowy pas z fiolkami mikstur jest pełny.
Po lewej miał mikstury lecznicze, które goiły rany. Przeliczył je w myślach. Po prawej znajdowały się wszelkiego rodzaju mikstury wzmacniające. Chyba nie doceniałem alchemii, mruknął do siebie, przesuwając palcem po łatwych do wyjęcia korkach. Mikstury łagodzące ból płynący z poparzeń, z zaklęć mrozu czy błyskawicy zdecydowanie mogły się przydać, tak jako jak uniwersalne odtrutki. Mag wykonał kawał dobrej roboty.
Jakby na myśl o Fayu amulet na jego szyi, a właściwie gdzieś w okolicach mostka, lekko i przyjemnie się rozgrzał.
Gdzieś w oddali pojawił się dym. Kurogane wytężając wzrok, stwierdził, że to musi być gdzieś koło Smoczymostu. Więc dranie są już blisko. Miał nadzieję, że tamtejsi nie przepuścili ich bez walki.
– Do tyłu! – Krzyknął do nich Ardiel. Ruszyli w kierunku murów, by nie być w zasięgu strzał buntowników. Cztery oddziały piechoty stanęły w milczeniu przy murach, dwa kolejne stało w gotowości w porcie.
Łucznicy na murach sprawdzali łuki. Ardiel robił to samo, dodając im słowami otuchy.
– Te dranie nie mają pojęcia o szyku bojowym – mruknął do nich. – Lecą na oślep, po staronorsku. Dajcie łucznikom trochę ich przerzedzić, potem ruszacie na mój znak. Ja szyję stąd. Postarajcie się jak najszybciej wyeliminować Dovakhiina. W dupie mam, że jest legendą.
– Jeśli komuś to będzie przeszkadzało, to można trzasnąć go przez łeb tak, żeby obudził się dopiero jutro? – Podchwycił Torsten, który w końcu pewnie wychował się pośród norskich legend i wierzeń.
Elf zastygł z dłonią na majdanie łuku i spojrzał na żołnierza z zastanowieniem.
– Tak – stwierdził po chwili. – Ale możecie jeszcze mu jeszcze związać ręce… i odciąć język. W sumie to on może się jeszcze przydać. Tak samo z Ulfrykiem – dodał podniesionym głosem. – Jeśli się uda, brać go żywcem. Jeśli nie… cóż, ja płakać nie będę, najwyżej Tulius się zawiedzie. – Elf uśmiechnął się złośliwie.
Kurogane spojrzał na solidną, ale drewnianą bramę, której mieli bronić. Miał nadzieję, że powstrzymają Gromowładnych nim wedrą się do miasta. W środku czekały kolejne oddziały, ale zdecydowanie chciał uniknąć walki w mieście. Chociaż tutaj było mniej przestrzeni, za murami było zbyt dużo miejsc, których Kurogane nie chciał widzieć zniszczonych.
Czekali. Kurogane patrzył na niebo. Świtało, czyli przygotowywali się pół nocy. Nie czuł zmęczenia, mimo że od prawie doby był na nogach. Miał coś do wykonania.
W ciszy poranka, przerywanej jedynie ich oddechami i irytującym brzdękaniem cięciwy trącanej palcem – Ardiel chyba robił to nieświadomie – w pojawiającej się mgle usłyszeli najpierw tętent kopyt, a dopiero potem ujrzeli jeźdźca.
Ardiel odbił się od muru, o który się opierał i sięgnął po łuk, ale jeździec okazał się cesarskim żołnierzem. Wyhamował konia na kilka metrów przed zasiekami, by nie wjechać w magiczne pułapki i zamachał listem. Elf szybko i zwinnie przebiegł przez przedpole, przeskoczył przez zasieki nie czyniąc sobie krzywdy i ominął runy. Żołnierze w milczeniu czekali, aż Ardiel odbierze wiadomość od posłańca i po nich wróci.
Jeździec zawrócił konia, pomknął w dół na pobliską farmę i wrócił po kilku minutach już pieszo. Ostrożnie przeszedł przez zasieki, a tymczasem Ardiel już wydawał rozkazy.
– Są blisko, idą na nas – oznajmił mocnym głosem, by słyszeli go łucznicy na murach. – Na ich czele idą Dovakhiin i Ulfryk. Wiecie co robić.
– Za Cesarstwo!
Rok dwieście pierwszy Czwartej Ery, pomyślał Kurogane wysuwając Srebrnego Smoka z pochwy. Cesarstwo pokonuje bunt Gromowładnych i utrzymuje Skyrim w swoich granicach, co jest pierwszym krokiem do odzyskania dawnej chwały…
We mgle zamajaczyły się sylwetki wojowników. Tylko wojowników, bo Ulfryk tak jak większość Nordów nie ufał magii. Obecność magów nie była spodziewana… Kurogane patrzył na potężne sylwetki, dzierżące w dłoniach miecze, ciężkie topory i młoty i pomyślał, że i broni dystansowej nie lubią.
Na ich czele szedł Ulfryk Gromowładny. Wysoki, dobrze zbudowany mężczyzna w futrzanym płaszczu, o jasnych włosach… Kurogane przypomniał sobie o Incydencie Markarckim wiele lat wcześniej.
Gdy zakończyła się Wielka Wojna, ten człowiek był niezwykle oburzony traktatem pokojowym. Wtedy Pogranicze znajdowało się pod władzą rdzennych mieszkańców, którzy wówczas zrobili z Nordami to, co niegdyś oni z nimi – wypędzili. Ulfryk zebrał ludzi i użył Thu'um, ruszając na miasto. Incydent Markarcki oznaczał rzeź, która się wtedy wydarzyła. Niedźwiedź Markarcki nie brał jeńców i nie słuchał argumentów, a wraz z Renegatami ginęli niewinni…
Kurogane spojrzał po towarzyszach broni, obserwujących nadciągających Gromowładnych i czekających na rozkazy.
I Cesarstwo nie było święte. W tej wojnie obie strony miały swoje racje i powody do nienawiści. Fay miał rację. Trzeba będzie wielu lat, nim w Skyrim zapanuje spokój.
– Łucznicy – Ardiel wziął głęboki wdech, unosząc łuk. – Szyć, na Osiem Bóstw! Nałóż! Mierzaj! Puść!
Niebo nad głowami na moment pociemniało, gdy pierwsze strzały przemknęły im nad głowami. Kurogane mocniej zacisnął dłoń na rękojeści. Z góry widzieli doskonale, jak maszerująca przed nimi grupa setki, może dwusetki Gromowładnych łamie szyk. Z dzikim okrzykiem ruszyli do przodu. Kilkunastu padło.
– Nałóż! Mierzaj! Puść! – Wrzasnął po raz kolejny Ardiel, samemu czyniąc to samo co łucznicy na murach. Był jedynym łucznikiem na ziemi i Kurogane wiedział, że elf liczy na nich, jeśli chodzi o jego życie. Że im ufa. Kurogane nie zamierzał zawieść tego zaufania.
– Nałóż! Mierzaj! Puść!
Gromowładni dopadli pierwszych zasieków. Drewno rozpadło się jakby uderzył w nie rozpędzony wóz. W rozpraszającej się mgle Kurogane dostrzegł Smocze Dziecię.
Był wysoki, muskularny i ubrany w stalową zbroję, z rogatym hełmem na głowie. Jego Krzyk roztrzaskiwał zasieki, a jego podmuch Kurogane czuł aż tutaj.
– Do broni! – Zakrzyknął Ardiel. – Atak! Za Cesarstwo!
Drugie zasieki przerwane. Fala norskich wojowników ruszyła pod górkę, pobrzękując rynsztunkiem i krzycząc. Oddziały Cesarstwa ruszyły do przodu, najpierw powoli równym szykiem, potem trochę szybciej, gdyż nierówność terenu działała na ich korzyść.
Obie armie starły się w połowie drogi. Kurogane spojrzał jeszcze na Ardiela, stojącego samotnie i szyjącego gorliwie z łuku, a potem wpadł w wir walki.
– Fus Ro Dah! – Smoczy język rozbrzmiał ponad szczękiem metalu i Kurogane poczuł, że jakaś nadludzka siła odrzuca go w tył. Upadł na ziemię między swoich i czyjaś pomocna ręka pomogła mu natychmiast wstać.
– Skurwysyny! – Wrzasnął Astav nieludzkim głosem i wyciągnął przed siebie obie ręce. – Tak was załatwię, że do Sonvgardu was nie puszczą, bo was Shor nie pozna!
Kurogane wywrócił oczami, gdy spomiędzy palców Bretona pomknął jaskrawy promień, a potem starł się z jakimś Nordem. Spomiędzy stali uskrzydlonego hełmu kryjącego prawie twarz błysnęły nagle niebieskie jak niebo oczy, na których widok Kurogane zawahał się na ułamek sekundy.
Cios przeciwnika, zadany mieczem, minął ramię Kurogane o cal. Cesarski odpowiedział uderzeniem, które zostało zablokowane. Cios, blok, cios, blok, odskok... Kurogane nagle uderzył mieczem w rękojeść broni Norda, a siła uderzenia sprawiła, że ten się zachwiał.
Następny cios, który Kurogane wyprowadził, był ostatnim w tej potyczce. Srebrny Smok stał się czerwonym, gdy ostrze przecięło poziomo powietrze i trafiło idealnie w miejsce, gdzie stal nie chroniła ciała, pomiędzy blachę zbroi a hełm.
Krew Dziecka Niebios rozprysła się w powietrzu, gdy ciało upadło ciężko na kolana, a oddzielona od niego głowa potoczyła się na bok, brocząc krwią. Kurogane cofnął się o krok i powoli podszedł do głowy. Ostrzem miecza zsunął z niej oblepiony czerwienią hełm.
Mężczyzna miał obcą twarz i ciemniejsze włosy. Wielu Nordów miał oczy tak niebieskie jak Fay…
Kurogane wrócił do walki. Zobaczył, jak mimo przewagi Cesarstwo cofa się coraz bardziej – byli lepiej wyszkoleni, liczniejsi, posiadali w szeregach magów, ale byli bezradni w bezpośrednim starciu z Dovakhiinem…
– Yol Toor Shul! – Smocze Dziecię zionęło w żołnierzy ogniem tak, jakby samo było smokiem. Wokół niego tłoczyło się już kilku żołnierzy, próbując dosięgnąć go, gdy tylko odwracał się w inną stronę.
Gdzieś z boku szalał Ulfryk Gromowładny ze swoim ogromnym młotem, jego boku nie ustępował wielki wojownik z niedźwiedzią skórą na plecach… Brama padła, a buntownicy wtargnęli do środka. Bitwa przeniosła się na ulice Samotni, a zgromadzone tam oddziały natychmiast do niej dołączyły.
Kurogane kątem oka zobaczył, jak Torsten upada na kolana, a nad nim staje Gromowładny z uniesionym toporem, jak kat nad ofiarą.
Nie zdążyłby. Ale Astav zdążył. Z furią, jakiej Kurogane nigdy się po nim nie spodziewał, dopadł Gromowładnego jednocześnie z własnym zaklęciem. Mężczyzna nagle zamarł, trafiony czarem paraliżu, a potem plunął krwią, gdy miecz Bretona wbił się w jego trzewia i wyszedł plecami, opleciony jelitami i błyskającymi iskrami elektryczności.
Z magami nie było żartów, zwłaszcza, gdy byli w bojowym nastroju.
Kolejny przeciwnik, z którym mierzył się Kurogane, był wystraszonym chłopaczkiem w za dużym hełmie, który opadał mu na oczy. Aż poczuł żal, gdy posłał go na ziemię, która stała się jeziorem błota i krwi.
Znikąd Dovakhiin znalazł się tuż obok niego i ledwo Kurogane go dostrzegł, już leżał na ziemi, a Srebrny Smok toczył się po nierówności terenu z dala poza zasięgiem jego rąk.
Na tle pożogi – coś płonęło w oddali – i szalejącej bitwy Smocze Dziecię unoszące w rękach miecz i otwierające usta w Krzyku faktycznie wyglądało jak bóg z norskich legend.
Udało mu się zablokować cios fizyczny szklanym sztyletem. Leżąc, zaciskał zęby, czując nacierającą na siebie siłę, ale wiedział, że gdy tylko Dovakhiin Krzyknie mu w twarz, cały jego wysiłek pójdzie na marne.
– Krii Lun…
Nim ostatnie słowo przedwiecznego smoczego języka przebrzmiało, niosąc mu zagładę, Thu'um urwało się. Dovakhiin, umazany krwią wrogów i sojuszników, wybraniec bogów, chodząca legenda i poskromiciel Alduina, wypuścił z rąk miecz. Dłońmi osłoniętymi śliskimi od posoki rękawicami sięgnął do gardła, tam gdzie wbijała się aż po lotkę strzała.
Kurogane nie czekał. Dokończył dzieła, wbijając sztylet w to samo miejsce. W dupie miał legendy.
Widząc upadek bohatera, norska siła nagle się załamała. Z okrzykiem niedowierzenia patrzono, jak Smocze Dziecię zrywa się, odbiega na bok w ostatnich przebłyskach siły, która nagle go opuściła, przyciskając do lejącej krew rany ręce i upada gdzieś z boku.
– Na nich! – Wrzasnął jeszcze Ulfryk, ale niewiele to pomogło.
Gromowładni stracili nagle wiarę w zwycięstwo. Nadal walczyli, ale to Legion wygrywał. Kurogane, czując piekący ból na policzku, gdzie czyjeś ostrze minęło go o włos, właśnie pozbawiał broni kolejnego przeciwnika.
– Litości – wyszeptał młody, młodszy od niego Gromowładny, chociaż norscy wojownicy nigdy nie prosili o litość. – Nie zabijaj.
Kurogane kiwnął głową w milczeniu. Zostawił rozbrojonego, rozczarowanego chłopaka siedzącego w krwawym błocie z opuszczoną głową i rozejrzał się dookoła.
Bitwa wygasała. Wygrali, ale nie bez poświęceń. Astav poił gdzieś na uboczu półprzytomnego Torstena eliksirami. Kurogane sam sięgnął po miksturę i wypił całą fiolkę. Czuł jak płytkie rany i zadrapania goją się.
Ardiel dyszał ciężko. Z głowy leciała mu krew, sklejając rozwiane włosy i nadając elfowi barbarzyńskiego, dzikiego wyglądu.
Przed nim, z dumnie uniesioną głową, stał Ulfryk Gromowładny. Nie stracił swojej buty nawet, jeśli jego prawa ręka zwisała bezwładnie wzdłuż boku, a rozorana skroń nie pozwalała dokładnie widzieć.
Spowijał ich gryzący dym; coś płonęło. Kurogane sięgnął po kolejny eliksir. Dawka alchemii uderzyła w jego mózg jak obuch i rozjaśniła myśli.
Dookoła leżało pełno ciał wojowników obu walczących stron. Ocalali cesarscy właśnie brali do niewoli ocalałych Gromowładnych. Ktoś szturchał leżącego bez ruchu Dovakhiina.
– Poddaj się – wydyszał Ardiel głosem zdartym od wydawania rozkazów. Kołczan na jego plecach był pusty. Usta miał pełne krwi, jakby właśnie wrócił z pogrzebowej uczty swoich pobratymców.
– Nie – odparł dumny Nord. – Ale jeśli taki ma być mój los, zabij.
– Nie do mnie należy twoje życie – wyszeptał elf z trudem. – Zabrać go do generała Tuliusa! – Zakrzyknął jeszcze ostatkiem sił.
Dwóch cesarskich, którzy czuli się na siłach, złapało Ulfryka za ramiona, pozbawiło broni i popchnęło w stronę Zamku Dour. Nord się nie wyrywał, patrząc na nich z wyższością.
Kurogane podszedł i przytrzymał za ramię elfa. Ardiel rzucił mu wdzięczne spojrzenie, drżącą dłonią sięgnął po eliksiry. Kurogane puścił dowódcę dopiero, gdy substancje zaczęły działać.
– Dzięki – mruknął Ardiel. Wyprostował się i odetchnął. – Wygraliśmy. Ale za jaką cenę…
Kurogane rozejrzał się ponownie, dopiero teraz widząc całokształt zniszczeń. Dobrze, że zabudowa Samotni była kamienna, pomyślał jeszcze, patrząc na płonące gdzieniegdzie ognie. Potem zdał sobie sprawę, że dymu jest zbyt dużo.
Obejrzał się i zamarł.
W pobliżu Błękitnego Pałacu unosił się gęsty, czarny dym. Kurogane nie widział miejsca, w którym było jego źródło, ale wiedział już czym było i ta wiedza go przerażała.
Ruszył tam biegiem.
Dumna Wieżyca.
Sklep alchemiczny wraz z pracownią pełną mikstur, składników i półproduktów, z magazynem, którego Fay nie miał czasu zabezpieczyć…
– Wyrwali drzwi od sklepu i podłożyli ogień bezpośrednio w pracowni – odezwał się do niego jeden z tutejszych strażników, powstrzymując go ręką, gdy Kurogane dobiegł do miejsca pożaru. Dumna Wieżyca strzelała płomieniami ponad swój dach. – Nie znam się na tym… ale tu niewiele będzie do ratowania.
Mieszkańcy wracali. Kurogane zdał sobie sprawę, że wśród biegających z wodą ludzi są już nie tylko żołnierze i strażnicy, ale i cywile. Stara Angelina stała z boku i tylko kręciła głową na ich wysiłki, jej małoletnia śliczna krewniaczka, Vivien, która zjawiła się prawie od razu, starała się jak mogła… Mag z Błękitnego Pałacu w ramię w ramię z Astavem próbowali ugasić pożar…
Kurogane zatrzymał się po kilkunastu minutach biegania z wiadrem, wiedząc już kto idzie w ich stronę. Mimo zamieszania i trzaskania ognia, okrzyków i szeptów rozpoznał szybkie kroki przechodzące w rozpaczliwy bieg.
Odwrócił się po to, by złapać Faya za ramiona i nie pozwolić, by wpadł między płomienie.
– Nie – wyszeptał czarodziej z rozpaczą, patrząc jak jego dom czernieje w ogniu. – Nie…
Kurogane odrzucił broń, która tylko mu zawadzała i zamknął Faya w swoich ramionach, czując jak czarodziej trzęsie się z powodu niekontrolowanego szlochu.
Nie znał słów, które mogłoby pomóc. Fay osunął się na kolana a Kurogane wraz za nim, nadal trzymając go w uścisku. Fay schował głowę w jego zbroi cuchnącej potem i krwią, nie będąc w stanie niczego powiedzieć.
Dumna Wieżyca dogasała… Kurogane podniósł głowę i spojrzał po ludziach, chcąc powiedzieć im, by spieprzali, by nie napawali się widokiem nieszczęścia… gdy zdał sobie sprawę, że ich oczy są pełne współczucia. Oni naprawdę lubili swojego alchemika.
Po cichu zbliżył się do nich Astav i położył dłoń na ramieniu skulonego Faya.
– Przykro mi, chłopie – szepnął Breton z żalem w głosie.
Kurogane posłał magowi bojowemu znaczące spojrzenie. Przekazał zszokowanego Faya pod jego opiekę i ruszył w stronę Zamku Dour. Daleko się nie oddalił, bo naprzeciw wyszedł mu Ardiel.
– Wiem – powiedział krótko elf.
Kurogane spojrzał za siebie.
– Czy… czy mogę zabrać go do koszar? On nie ma gdzie pójść – powiedział, patrząc w oczy dowódcy. – Wszystko, co miał, spłonęło.
Ardiel kiwnął głową.
– Pozwalam – powiedział cicho. – Rikke też się zgodzi. Fay uczynił tak dużo dla Legionu, że bylibyśmy skurwysynami, gdybyśmy nie pozwolili. Idź. Zabierz go i odpocznijcie. Niech zostanie tak długo jak trzeba. Dobrze walczyłeś – dodał jeszcze.
– To nie ja zabiłem legendę – mruknął Kurogane.
– Przeżył – odparł mu elf. Kurogane spojrzał na niego zdziwiony. – Najwidoczniej Smocze Dziecięta mają trochę inną definicję umierania. Spokojnie. Siedzi na razie w lochu. Myślę, że egzekucja osoby, która dopiero, co uratowała Skyrim trochę popsułaby nam wizerunek, ale mały pobyt w lochach nie zaszkodzi. Odpocznij. Następna zbiórka jutro rano.
Kurogane już szedł w stronę Dumnej Wieżycy, a raczej tego, co nią kiedyś było. Osmalone ściany zdradzały, że w środku nie ma czego szukać. Podszedł do Faya, bez słowa objął ramieniem i pociągnął za sobą. Fay poszedł za nim sztywnym, mechanicznym krokiem. Wilgotne oczy były puste.
Zaprowadził go do swojej małej klitki w koszarach i usadził na łóżku. Dopiero gdy okrył Faya skórami, ten na niego spojrzał.
– Zapomniałem o zaklęciach… – szepnął bezradnie.
Kurogane ukucnął obok niego i ujął jego ręce w swoje.
– To nie twoja wina – powiedział dobitnie.
Fay skulił się i nie odpowiedział. Kurogane patrzył na niego jeszcze przez chwilę, po czym zaczął zdejmować zbroje. Spodnie ubranie było przesączone krwią. Fay uniósł oczy i otworzył szerzej oczy, jakby dopiero teraz do niego dotarło, że Kurogane walczył.
– Nic mi nie jest – uspokoił go Cesarski. – Muszę się obmyć. Poczekaj na mnie.
Fay znów skinął głową. Położył się na łóżku i wpatrzył w ścianę. Kurogane cicho westchnął. Zabrał zbroję, broń i wyciągnął świeże ubrania ze skrzyni. Wyszedł, a na korytarzu spotkał wymęczonego Astava.
– Co z nim? – Breton spojrzał z niepokojem na drzwi.
– Jest w szoku – mruknął Kurogane. – Będziesz miał jakieś zapasowe szaty?
– Jasne. Za chwilę mu podrzucę parę kompletów – mag ciężko westchnął. – Zajmij się nim, dobrze? Jeśli kogokolwiek Fay do siebie dopuścił, jesteś nim ty – dodał jeszcze ciszej. – Zależy mi na nim, bo to mój szkolny kumpel, ale on nigdy nie zaufał nikomu tak jak tobie, widzę to…
Kurogane rzucił zamyślone spojrzenie na zamknięte drzwi swojej kwatery. Nie odpowiedział Astavowi i ruszył w kierunku łaźni. Część żołnierzy już świętowała w sali biesiadnej. Kurogane nie miał na to najmniejszej ochoty.
W tej chwili łaźnie były puste. W oparach gorącej wody unosił się jednak zapach potu i krwi, co oznaczało, że niektórzy już zdążyli doprowadzić się tu do porządku. Centralne miejsce zajmował wpuszczony w posadzkę zbiornik oraz duże palenisko, nad którym wisiał ciężki kocioł z wodą.
Zajmująca się łaźniami kobieta spojrzała na niego pobieżnie i westchnęła.
– Zostaw ubrania, upiorę. Dopiero co nalałam świeżej wody.
Zniknęła w innym pomieszczeniu, gdzie mieściła się pralnia. Czasem, jeśli ktoś mocno podpadał Ardielowi, zostawał tu rzucany za karę. Zwykle miało to miejsce, gdy ktoś już otrzymał karną, samotną wartę do świtu.
Wsunął się do gorącej wody i zamknął oczy, opierając się o nagrzane kamienie. Dopiero teraz odczuł zmęczenie. Doba na nogach, zakończona wyczerpującą bitwą… Pochylił głowę i ochlapał włosy wodą, a potem zaczął zmywać z siebie pozostałości wojny.
Najchętniej by został tu na długo, ale nie chciał zostawiać Faya samego. Z żalem opuścił łaźnie, przebierając się w świeże ubranie.
Gdy wrócił, okazało się, że Astav postarał się jak mógł; przyniósł nie tylko szaty – Kurogane nadal nie rozumiał, co takiego w nich było fajnego, że magowie je nosili praktycznie bez wyjątków – ale też metalową tacę z zabranym z sali biesiadnej obfitym posiłkiem.
Kurogane nie jadł nic od wczorajszego popołudnia, więc naprawdę był głodny, ale najpierw podsunął tacę Fayowi.
– Jedz – zachęcił go łagodnie.
Mag spojrzał na niego ponuro i dopiero po chwili z ciężkim westchnieniem podniósł się do siadu. Kurogane usiadł obok niego i trzymając tacę na kolanach, razem zjedli kawałki kurzej piersi, zatopione w jakimś sosie, dwie pajdy chleba i popili wodą. Fay jadł mechanicznie, będąc myślami daleko, a Kurogane wiedział nawet gdzie.
W zgliszczach własnego domu.
Patrząc na opuszczoną głowę czarodzieja, kurtynę włosów zakrywających oczy, na jego skulone bezradnie ramiona, Kurogane miał ochotę dorwać tych sukinsynów z pociągiem do ognia – o ile jeszcze żyli – i samemu wymierzyć im sprawiedliwość.
– Był tam Dovakhiin? – Zapytał cicho Fay i dopiero po chwili Kurogane zorientował się, że mówi o bitwie.
– Niestety – mruknął, odkładając tacę na pokrywę skrzyni. – Było… ciężko.
– Opowiedz.
– Nie da się z nim walczyć w pojedynkę i liczyć na wygraną – odparł Kurogane, przypominając sobie, jak leżał na ziemi, a nad nim norski bohater unosił broń. – Wystarczy parę słów, a on rzuca tobą we wszystkie strony, zieje ogniem jak smok… Mieliśmy przewagę liczebną i byliśmy lepiej wyszkoleni, ale niewiele brakowało.
– Zabiliście go? – Głos Faya był obojętny.
– Myślałem, że tak – Kurogane położył się na plecach. Oczy same mu się zamykały, chociaż nie chciał zasnąć. – Normalny człowiek po dostaniu strzałą i sztyletem w gardło pewnie by padł trupem… a według Ardiela siedzi w lochu.
– A Ulfryk?
– Zabrali go do Tuliusa – Kurogane westchnął. Zamknął oczy. – To nie jest człowiek, który się poddaje.
– Albo już nie żyje, albo czeka go egzekucja – dopowiedział Fay w zamyśleniu. Otaczająca go aura smutku sprawiała, że Kurogane chciał zrobić wszystko, by choć na ułamek sekundy Fay się uśmiechnął. – Śpij – szepnął mag. – Widzę, że ledwo trzymasz oczy otwarte.
Fay usiadł w nogach łóżka, opierając się o ścianę i patrzył na niego.
– Zostań tu – mruknął jeszcze Kurogane, a jego głos podszyty zmęczeniem zabrzmiał łagodniej niż się tego po sobie spodziewał.
