Rozdział 9
Straty
Lestrade znów został dłużej w pracy. Ledwo zdążył odejść kawałek od budynku Scotland Yardu, kiedy usłyszał dziwny huk, a chwilę później odebrał telefon z meldunkiem o wybuchu. Gregory zmęczonym głosem spytał o adres i z niedowierzaniem usłyszał własny. To był jego dom! Inspektor mało nie upuścił telefonu, wkładając go szybko do kieszeni, i pobiegł w stronę domu, nie czekając na służbowy samochód.
Budynek był niemal w całkowitej ruinie. Rodzina, mieszkająca piętro wyżej, wyjechała za miasto, więc Lestrade niepokoił się tylko o przypadkowych przechodniów, którzy mogliby ucierpieć. Gdyby Gregory wyszedł z pracy o czasie, nie byłoby go już wśród żywych. Stał i patrzał na dopalające się szczątki i unoszący się nad nimi popiół. Dokoła zebrał się już niewielki tłum, niebawem nadjedzie straż pożarna i pewnie jeszcze ambulans. Głos syren odzywał się echem w głowie Grega, zagłuszając wszystko inne.
Zaczęło padać.
Już po tym, kiedy zagaszono ostatecznie ogień, sprawdzono miejsce wypadku. Inspektor już z góry wiedział, że wszystko wytłumaczą wyciekiem gazu. I bez trudu domyślił się czyja to sprawka.
*
- Moi ludzie znajdą cię choćby pod ziemią! – Głos tego człowieka był wysoki i momentami przechodził niemalże w pisk. W celi było ciemnawo, lecz dostatecznie jasno, by widzieć rozmówcę.
- Doskonale, panie Grey, pańskie groźby zostaną rozpatrzone na rozprawie w najbliższy piątek – odparł spokojnie Lestrade, uważnie rejestrując złowrogi wzrok, jakim tamten człowiek usiłował go spopielić żywcem.
- Wiesz chociaż, kim jestem? – ciągnął mężczyzna wciąż na wysokich tonach. Był niewielkiego wzrostu, dość mocno zbudowany lecz zbyt ładna twarz nie pozwalała określić jego wyglądu jako męski.
- Oczywiście, panie Grey. Jest pan emigrantem z Emiratów Arabskich, właścicielem kilku dużych supermarketów... – Inspektor demonstracyjnie wyliczał to na palcach - ...oraz oskarżonym o morderstwo dokonane z zimną krwią. – Lestrade skrzywił się. – Nie było panu żal własnej córki?
- Zdradziła mnie! – zaskowytał zabójca.
- Panna Grey chciała jedynie normalnego prywatnego życia – odparł Gregory ciężkim tonem.
- Jej życie należało do mnie! – Zdawało się, że mężczyzna wpadł w trans. Zaczął kołysać się na krześle. - Powinna była spełnić swój obowiązek! - Zaśmiał się wstrętnie, a jego oczy błysnęły drapieżnie.
- Zabierzcie tego obłąkańca - powiedział Lestrade z niesmakiem i krata odsunęła się, wpuszczając dwóch ludzi, którzy zabrali wrzeszczącego w ataku histerii więźnia i odprowadzili go. - Tu nawet dożywocia będzie mało.
Z głębokości korytarza słychać tylko piskliwe krzyki:
- Oni cię znajdą! I zabiją! Zabiją!
Gregory wyszedł z pokoju przesłuchań i zdjął płaszcz z wieszaka. Od strony stołu z kamerami wideo rozległ się zaniepokojony głos młodego stażysty:
- I co pan teraz zrobi, inspektorze?
Lestrade zapiął płaszcz i zwrócił się w stronę drzwi, powiedziawszy zamiast pożegnania:
- Szukać wspólników.
Gregory wciąż stał niedaleko miejsca, gdzie kiedyś był jego dom i rozmyślał. Nie spodziewał się, że najemni zabójcy zadziałają tak szybko. Rozprawa miała odbyć się dopiero następnego dnia. Nie wiedział nawet, ilu ludzi stara się pozbawić go życia. Do listy nierozwiązanych spraw dołączyła jeszcze głupia potrzeba zadbania o własne bezpieczeństwo. Wspaniale. Tylko tego mu brakowało do pełnego szczęścia. Ach, tak... Przyjemnym bonusem było także to, że nie miał gdzie mieszkać. Dobrze przynajmniej, że wszystkie oszczędności miał na koncie, a dom był ubezpieczony. Inspektor już chciał udać się do banku, a następnie na poszukiwanie najbliższego hotelu, gdy do ruin jego mieszkania podjechał znajomy czarny samochód. Drzwi auta otwarły się zapraszająco. Lestrade chciał go zignorować, lecz jego telefon dał sygnał przychodzącego esemesa.
„Niech się pan nie wygłupia, inspektorze. Proszę wsiadać. MH"
Gregory zmęczonym krokiem podszedł do samochodu i wsiadł, zamykając za sobą drzwi. Antheę znał z opowiadań Johna, więc tylko przywitał się i nie tracił czasu na pytania dokąd jadą. Odwróciwszy się do okna, patrzał na krople ściekające po szybie i wspominał pierwsze spotkanie z Mycroftem. Inspektor uśmiechnął się, opierając czoło o chłodne szkło, i przymknął oczy, starając się nie zasnąć po drodze.
Po upływie piętnastu minut podjechali do hotelu w wysokościowcu. Anthea zakomunikowała, że Gregory już jest oczekiwany. Odźwierny podbiegł do limuzyny, otwierając parasol, po czym przeprowadził gościa do drzwi. Lestrade'a zaprowadzono do skromnego stolika na uboczu, o ile taki w ogóle był w tej luksusowej sali.
Mycroft siedział plecami do niego, jak zawsze idealnie wyprostowany. Lecz coś w jego pozie sugerowało napięcie, jakby się denerwował. Gregory omal nie roześmiał się głośno do swoich myśli i usiadł naprzeciwko. Holmes pozdrowił go skinieniem głowy oraz uprzejmym uśmiechem i był, zdaje się, przyjemnie zdumiony na widok wyciągniętej ręki inspektora. Uścisk wyszedł lekko niezgrabny, lecz i tak było lepiej, niż za pierwszym razem.
Kelner przyniósł herbatę. Lestrade wyglądał na człowieka zmęczonego do ostatecznych granic i nie skrywał tego, lecz z jakiegoś powodu uśmiechał się nazbyt radośnie, jak na człowieka, który właśnie stracił mieszkanie i wiele cennych rzeczy. Ogarnęła go niezrozumiała wesołość, jakby właśnie to zdarzenie wytrąciło go z rutyny, w której zagrzebał się z głową, próbując nie myśleć o ostatnich wypadkach. Mycroft obserwował go uważnie i wreszcie zdecydował się przerwać milczenie:
- Gregory, rozumie pan, że pańskie życie jest zagrożone?
Lestrade skinął krótko głową.
- Nie mogę zostawić pana bez należytej ochrony – ciągnął Mycroft, a inspektor uniósł jedną brew, napinając uwagę. Holmes wyglądał na zdenerwowanego, lecz jego oczy podejrzanie błyszczały. – Niestety, obecnie nie dysponuję wystarczającą liczbą ludzi, by użyć któregoś dla celów osobistych, dlatego będzie musiał pan zamieszkać u mnie.
Lestrade zakrztusił się herbatą i oszołomiony spojrzał na swego rozmówcę.
- Przepraszam, co? Mycroft, jestem inspektorem policji i nie mogę...
- To nie podlega dyskusji – przerwał mu Mycroft stanowczym tonem, ucinając wszelkie protesty. – Niech pan nie zmusza mnie, żebym przeszedł do gróźb.
- Dobrze. – Gregory zrobił zadowoloną minę i uśmiechnął się chytrze, jakby reakcja Holmesa była czymś, czego oczekiwał. – Ale pod jednym warunkiem! - Mycroft zerknął na niego nieufnie, po raz pierwszy nie wiedząc, czego się spodziewać. – Przejdźmy na „ty". Męczy mnie ta oficjalność. Tym bardziej, że mamy razem zamieszkać.
Przez głowę inspektora przemknęła głupia myśl, że Holmes starszy może ma maleńkie mieszkanko z jednym tylko łóżkiem, które będą musieli dzielić. Jednak szybko odegnał ją, karcąc się za brak taktu i durną naiwność.
- Zgoda – odparł Mycroft z ulgą i wezwał kelnera, prosząc o rachunek.
- A przy okazji, gdzie mieszkasz? – Inspektor przechylił lekko głowę, czekając na odpowiedź.
Holmes wkładał już płaszcz.
- Niebawem zobaczysz – odrzekł tajemniczo. Teraz była jego kolej, by uśmiechnąć się chytrze, mierząc spojrzeniem swego nowego współlokatora. – Ale teraz musimy gdzieś pojechać.
Zaciekawiony Lestrade pospieszył za Mycroftem. Jego zmęczenie ulotniło się bez śladu.
