11

Anne-Marie wyrzucała poszewkę kołdry, na której widniały w paru miejscach zbrązowiałe plamki krwi. Zamyśliła się, biorąc do ręki jedno z białych piórek zaplątanych w materiał.

– To chyba nie poduszka zamordowała kołdrę?

Wystraszyła się, nie słysząc nadchodzącego z tyłu Chrome'a. Oczekując na remont własnego, mieszkała w jego pokoju odkąd zwiadowca X-menów spadł przez dach do jej pokoju. Również od tego czasu nie mogła przestać myśleć o tamtym skrzydlatym blondynie, którego zdążyła poznać jedynie z imienia. Pozwoliła przytulić się Chrome'owi tylko ze względu na żal, który wyczuła w jego glosie.

– Allen – szepnęła. – Nie miałeś pilnować X-menki?

– Przejęła ją Amelia – odpowiedział niechętnie, po czym podjął na nowo – Ciągle jeszcze wspominasz tego szpiega? Dobrze wiesz, że on już nie istnieje.

– Nie istnieje… – powtórzyła Anne-Marie i milczała chwilę, zastanawiając się, jak ubrać w słowa to, co od dawna leżało jej na sercu. – …nawet, jeśli wcale by nie istniał – dopowiedziała bardzo cicho – wolę to w ten sposób.

– Co… co chcesz przez to powiedzieć? – oderwał się od niej i spojrzał na nią tak, że uciekła wzrokiem w bok.

Nie chciała widzieć wyrządzanego przez siebie bólu w oczach tego, którego wiele jej pozazdrościło, który zawsze o nią zabiegał, ale którego nigdy nie kochała. Chrome był dla niej tak dobry, że nie mogła uwolnić się od niego nie sprowadzając na siebie winy. Jednak kiedyś musiała spowodować tę przeznaczoną sobie cząstkę zła.

– Chcę zostać sama. – wyszeptała, zamykając oczy. Mimo to wiedziała, że jego twarz zdradzała teraz krzywdę wywołaną spełnieniem tego, co od dawna wisiało nad nim. Że uczucie, którego nie było na początku, nie pojawi się nigdy.

Anne-Marie otworzyła oczy dopiero, kiedy usłyszała naciskaną klamkę.

– Dobrze. Nie będę ci stać na drodze.

– Allen, zostań w garnizonie. Nie znikaj nigdzie na noc, jest późno.

– Nie idę się zabić, idę trenować – odwarknął boleśnie, znikając za drzwiami.

Anne-Marie miała nadzieję, że naprawdę pójdzie wyłącznie pływać, co robił zawodowo co drugi wieczór i nie przyjdzie mu do głowy nic głupiego. Znała jego nieco melodramatyczne skłonności. Jednak nie chciała już dłużej tkwić u jego boku z litości. Coś wewnątrz niej nareszcie odtajało.

W tym czasie w innym pokoju Psylocke zasyczała z bólu, kiedy ciepła mokra szmatka dotknęła obrysu jej rany.

– Nie kręcić się, bo znowu przywiążę do krzesła! – zagroziła Amelia zdecydowanym ruchem ustawiając pacjentkę we właściwej pozycji. Doświadczenie pielęgniarki wojskowej wyzbyło ją z reszty delikatności wobec stawiających opór podopiecznych. Osobiście nie miałaby nic przeciwko temu, żeby wetknąć delikwentce drewniany kołek w zęby i nie przejmować się jej bólem, ale tym razem ograniczała ją wyjątkowa sytuacja. – Nie robiłabym tego, gdyby nie kazał mi Cortez. Uparł się, żeby cię tam nie zostawiać, kiedy wysadzaliśmy Cerebro, mimo że ty tak poraziłaś Allena.

– Za to wy potraktowaliście mnie wtedy jak damę – odfuknęła jej na to Elizabeth.

– To już mnie nie obchodzi. Ja bym cię zostawiła – przyznała Amelia bezdusznie.

Bandaże wydawały się same znać swoją drogę w jej rękach i w zaledwie parę minut ramię Psylocke było oczyszczone i opatrzone. Jednak ze względu na trafienie w okolicy obojczyka opatrunek musiał zaczepiać się z drugiej strony szyi i pod ramieniem, żeby leżeć odpowiednio. X-menka nie zdążyła zaprotestować, a Amelia narzuciła na nią luźny wełniany sweter z długimi rękawami, ale niezbyt ciasnym dekoltem i przekrzywiła go, żeby jak najmniej materiału leżało na bolącym ramieniu. Sweter pachniał fiołkami.

– To twoje? – zapytała już z odrobinę lepszym nastawieniem. Ktoś, kto dobrze dobierał perfumy nie mógł zostać w jej oczach od razu skreślony.

– A myślałaś, że to któryś z facetów chodzi w różowym? Pewnie, że moje – na tę odpowiedź ze strony Amelii Psylocke zwątpiła, czy ma szansę na wywołanie u niej choć najmniejszego uśmiechu. A podobno to ona sama była marudą.

W tej chwili do pokoju wszedł Cortez. Tam w podziemiu Rezydencji Xaviera Psylocke poznała go natychmiast, niewielu długowłosych rudzielców z kucykiem mogła spotkać w podobnych okolicznościach. Kojarzył jej się raczej z fioletowo-czerwonym mundurem Magneto, a teraz był w codziennym ubraniu. Najbardziej jednak zapamiętała to, jakie niszczące uczucie wywoływała jego mutancka moc – zwiększała wrażenia i moce innych, jednak zazwyczaj kosztem znacznego przeładowania psychicznego. Nie było to dobre wspomnienie.

– No, rychło w czas, Romeo – powitała go Amelia, odstępując od swojej pacjentki. – Czekamy na ciebie tak jakby cały jeden dzień.

– Coś mi wypadło, musiałem się zająć pewną wyspą – odparł Fabian, najwidoczniej przyzwyczajony do jej sposobu bycia. Nie wydawał się nawet do końca ją widzieć, bo jakby zupełnie nie stała mu na drodze popatrzył prosto w oczy Psylocke. Ta zagłębiła się od razu w sweter przez dyskomfort. W kobiecym odruchu bezwarunkowym zwróciła uwagę, czy poprzednia ani aktualna pozycja nie demonstrowały nazbyt przykładnie jej walorów, ale tak nie było.

– Pewnie mam teraz wyjść – powiedziała Amelia z ironią graniczącą z obrzydzeniem, trzepocząc powiekami teatralnie.

– Wynocha – odpowiedział z rozbawieniem i wyprosił ją królewskim gestem.

– Kiedyś zabiję tego faceta – zrzędziła Amelia, idąca w stronę drzwi z wywróconymi oczami. Tuż przed wejściem na korytarz, zawołała jeszcze bez odwracania głowy – Hej, piękna! Właściwa odpowiedź brzmi: nie!

I zatrzasnęła drzwi. Psylocke chciała mieć to już za sobą, cokolwiek miało się wydarzyć. Ale została uprzedzona, że Fabian nie był do końca normalny. I rzeczywiście, zamiast coś powiedzieć albo zrobić, dosiadł się naprzeciwko niej i czekał. Aż zaczęła zauważać, że ma rękawice, że na czarnej koszuli ma coś wyszyte i że jego zarost ma ze dwa dni. W ramach skrzywienia zawodowego rozpoznała podświadomie marki wszystkich części ubrania; zawsze to zauważała, kiedy kogoś oceniała.

Jeśli to do niej miało należeć pierwsze słowo, nie chciała żeby to było coś w stylu klasycznego repertuaru oburzonej panienki w opałach, jak: „myślałeś, że ujdzie ci to na sucho" albo: „nie tak łatwo mnie złamać". Dłuższy czas nikt nic nie mówił. Psylocke miała ochotę zajrzeć w jego myśli, żeby poznać bezpośrednio jego intencje, z tym że w jej przypadku użycie mocy psychicznej powodowało pojawienie się na jej twarzy widma w postaci maski i było aż nadto ewidentne.

– Sama się porwałam – oświadczyła, nie mogąc dłużej patrzeć, jak tylko uśmiecha się spode łba i bębni palcami o swoje oparcie. I przemówił wreszcie:

– Jeśli jesteś porwana, tam są drzwi – wyjaśnił. Tak, rzeczywiście, jak to zwykle bywa w przypadku pokojów, i ten miał drzwi. Ale jakikolwiek pomysł wychodzenia nabrał sensu dopiero, kiedy Fabian dorzucił – Moi ludzie jednorazowo przepuszczą cię wolno, jeśli masz takie życzenie.

– W takim razie kiepsko formułujesz swoje zaproszenia, Cortez – westchnęła wzburzona, opuszczając bezradnie ramiona.

Doskonale wiedziała, że mu się podobała, bo podczas gdy w przypadku wszystkich osób uczestniczących w zamieszaniu na Asteroidzie M,1 na których używał swoich mocy, czy to w pomocy czy w ataku, ograniczał się do niezbędnego dotknięcia, na niej wymusił pocałunek. Nie żeby była wstydliwa, albo tym jakkolwiek dotknięta, ale taka głupota była teraz zupełnie nie adekwatna do innych, ważniejszych spraw na jej głowie.

– Nie wiem, co ty sobie wyobrażasz, ale mam nieco zmartwień. Przede wszystkim, co do cholery zrobiliście z Bestią? Jeśli przez ciebie nie żyje, to postaram się, żebyś policzył wszystkie gwiazdy. Nie mówiąc o tym, że zrujnowaliście wiekową rezydencję Profesora.

– Bestia to nie mój pomysł. Dlaczego się porwałaś. To Jeździec zadecydował, że go bierzemy. Podobno przyda się Apokalipsowi, do pomocy Sinisterowi. Wysadziliśmy tylko Cerebro. Tutaj go już nie ma. Po co miałabyś się porywać. Nie wiem, dokąd go wzięli.

– Czekaj… co? – przerwała mu Psylocke marszcząc nos; wydawało się że ma zamiar jeszcze jakiś czas tak mówić. Nie dość, że jego głos wahał się na pograniczu szaleńczości z chrypką, to jeszcze treść słów zaczynała się rozdwajać. Musiał albo robić to specjalnie, albo rzeczywiście być nienormalny. – Bestia, interesuje mnie Bestia. Jak to do pomocy Sinisterowi? To nie może być lepsze niż śmierć.

– Chyba jednak odrobinę lepsze – dorzucił Fabian lekkodusznie.

– Poza tym, MAM FACETA i wiem, że wiecie coś o nim. Że tu jest – podkreśliła wyjątkowo wyraźnie Elizabeth, świdrując wzrokiem oczy Corteza, żeby się upewnić, że komunikat dotarł do jego niezupełnie zrównoważonej centrali. – Dlatego teraz powiesz mi, gdzie go znajdę, albo będę musiała dowiedzieć się bez pozwolenia.

– Prawdopodobnie w południowej Afryce, jednak twoje zobowiązania wobec panicza Worthingtona zdążyły już ulec przedawnieniu. Tak bardzo nie jest mi przykro. To, czym był, już nie istnieje, odkąd wylądował na stole Sinistera.

– Co to ma znaczyć? – zapytała Psylocke odruchowo, chociaż już te słowa wystarczyły, żeby opadła bezsilnie na swoją kanapę. Wiedziała na podstawie dawnego doświadczenia X-menów, że nikt, kto dostał się w ręce tego naukowca nie pozostawał „niepoprawiony".

– Możesz się z nim skontaktować przez naszą sieć, jeśli to coś zmienia – Cortez wzruszył ramionami, chociaż ewidentnie wolał, żeby odpowiedź była przecząca.

– Zapomniał wszystkiego?

– Nie wydaje mi się, chociaż na pewno zmienił charakter.

Kobietę opuścił wszelki niepokój i gniew, które tymczasowo dawały jej siłę i rozluźniła mięśnie. Poczuła na nowo kłucie w ramieniu. Kiedy nie udawała twardej i opuściła jak teraz głowę z odrobiną smutku, wyglądała jeszcze piękniej niż zwykle, a długie proste włosy o lekko fioletowym odcieniu zakrywały częściowo jej twarz.

– Połącz mnie z nim – zażądała w końcu.


1) W razie, gdyby przeszłość Akolitów z tego opowiadania była niejasna – ogólnie było podobnie, jak w kreskówce/komiksie, z tym że jak widać te postacie przeżyły upadek Asteroidy dzięki mocom Chrome'a i Unuscione, zamiast samego tylko Magneto, a Cortez wrócił do grupy (co też było motywem w innych komiksach, jako że lubiano go z pięć razy w innych seriach wskrzeszać, żeby zaraz zabić, tak jak Jean Grey/Phoenix).