Dai Li, czegokolwiek ludzie by o nich nie mówili, dali jej wszystko, o czym do tej pory mogła tylko śnić. Gdyby ich podziemny szpitalik dało się jakoś wywietrzyć, byłby po prostu spełnieniem marzeń każdego uzdrowiciela. Może i to wszystko było trochę zbyt piękne, by mogło być prawdziwe, ale Nini nie miała zbytniego wyboru, jeżeli chciała zostać w mieście. Kiedy wkraczała do Ba Sing Se, widziała na horyzoncie nadchodzącą armię Narodu Ognia. Stąd nie dało się już nigdzie uciec przed wojną. Chyba tylko na pustynię.

Zresztą… Dai Li naprawdę potrzebowali medyka. Czuła się w obowiązku objąć tych żołnierzy opieką. Już pierwszego wieczora musiała się zająć chorym. A w szpitaliku czekał na nią nawet pacjent.

Mężczyzna miał na imię Li Yuan, lat około czterdziestu. Jego prawa noga kończyła się mniej więcej na wysokości kolana, rana po niezdarnie wykonanej amputacji nie chciała się goić. Czoło pacjenta pokrywała cienka warstwa potu. Mimo panującego w podziemiach chłodu policzki miał zarumienione i lekko rozgrzane gorączką. Człowiek, który zdecydował się wykonać wcześniejszy zabieg albo nie zdołał oczyścić rany dość dokładnie, albo po prostu nie uciął kończyny dość wysoko.

Mimo lekkiej gorączki Li Yuan zachowywał całkowitą przytomność umysłu, za co Nini była niezmiernie wdzięczna. Jej poprzednik nie zostawił żadnych notatek na temat swoich pacjentów; nie znalazła nawet śladu jakiegokolwiek dziennika przyjęć, którego wagę jej pierwsza nauczycielka uzdrawiania wbijała do głowy wszystkim swoim uczennicom.

– Każde ciało ma swoją historię – zwykła powtarzać. – Nie możesz pomóc choremu, jeżeli patrzysz tylko na teraźniejszość i zapominasz o przeszłości.

Najwyraźniej jednak w Królestwie Ziemi leczyło się inaczej niż na Północy. Na szczęście Li Yuan był w stanie sam jej powiedzieć, co mu dolega.

– Więc co dokładnie stało się z tą nogą? – zapytała.

Agent skrzywił się wyraźnie. Uniósł się lekko na rękach tak, aby widzieć i ją, i swoją zranioną nogę.

– Wiesz o wojnie, prawda?

Nini wzruszyła ramionami.

– To właśnie Naród Ognia zmusił mnie do podróży do Ba Sing Se – stwierdziła cierpko. – Ciężko jest nie wiedzieć o wojnie, przez którą trzeba przejść pół świata.

– No tak – Li Yuan zamyślił się na chwilę. – Ale tu nic ci nie grozi. W Ba Sing Se jesteś bezpieczna. A noga… w nogę trafił mnie mag ognia, kiedy byłem na zewnętrznych murach. Dużo naszych tam teraz pomaga.

– A potem? Jak cię leczono?

Agent zaśmiał się gorzko.

– Medyk zginął godzinę przed moim wypadkiem, kiedy opatrywał jakiegoś żołnierza. Od tego czasu nie mieliśmy tu nikogo kompetentnego. Agent Xuan próbował mnie opatrywać, ale ostatecznie skończyło się tak, jak widzisz. Ta cholerna piłka do kości pewnie gdzieś się tu jeszcze wala.

Walała się, oczywiście. Leżała wśród sterty narzędzi, których Nini nigdy nie użyłaby do leczenia ludzi. Wolała o niej nie myśleć; samo wspomnienie brunatnego, przerdzewiałego brzeszczotu przyprawiało ją o mdłości. Znacznie lepiej było zająć się leczeniem.

Jej stare nauczycielki byłyby zachwycone kranem, z którego leciała czysta woda. Nini też była pod wrażeniem. Wreszcie skończyły się godziny taszczenia pełnych wiader ze studni albo jeziora. W mgnieniu oka napełniła wodą dość sporą drewnianą miskę. Druga, pusta, czekała już w pogotowiu przy łóżku chorego.

Zimna woda rozbłysła i rozgrzała się pod wpływem jej magii i natychmiast przylgnęła do rany. Li Yuan jęknął cicho i znów położył głowę na poduszce. Wbił wzrok w sufit i zaczął głęboko, miarowo oddychać. Kikut musiał boleć bardziej niż mężczyzna chciał się przyznać. W ranę wdała się ropa.

– Może chciałbyś usłyszeć jakąś historię? – spytała tonem zarezerwowanym specjalnie dla pacjentów.

Woda nadal wgryzała się w powierzchnię rany, powoli walcząc z zakażeniem. Przez niebieskawy poblask Nini wyraźnie widziała, że płyn zabarwia się na brunatny kolor.

– O-o czym?

– Może o tym… o tym, jak Awatar Kyoshi przybyła na Biegun Północny, żeby poznać sztukę uzdrawiania?

– Może… – Li Yuan syknął z bólu. – Może być.

Opowiadanie w czasie zabiegów było czymś, co zawsze przychodziło jej z łatwością. Wychowała się słysząc legendy plemienne i potrafiła je powtórzyć, nie myśląc o treści. Mogła się skupić na pracy, a pacjent na jej słowach. Czasem udawało jej się odwrócić uwagę chorego od bólu. Na tym właśnie jej zależało. Uważała zioła otępiające za ostateczne rozwiązanie. Nie podobało jej się to, co robiły ze świadomością pacjentów.

– Ludzie mówią, że Kyoshi pojawiła się w naszym mieście jako młoda kobieta. Nie mogła być wtedy wiele starsza niż ja teraz. Opanowała już wtedy pozostałe trzy żywioły i poprosiła wodza, by pozwolił jej się uczyć w naszej społeczności. Oczywiście zgodził się. W końcu to był wielki zaszczyt, móc gościć Awatara. Kyoshi spędziła wiele miesięcy przyglądając się pracy uzdrowicielek i lecząc chorych. Podobno miała do tej sztuki niebywały talent.

Nini przyjrzała się ranie. Brzegi straciły swój żółto-brązowy odcień. Pozbyła się zanieczyszczonej wody, która z cichym pluskiem wpadła do pustego naczynia.

– Założę ci teraz opatrunek. Powiedz, jeżeli będzie za mocno cisnął.

Li Yuan znowu uniósł się lekko na łokciach. Bez cienia obrzydzenia obserwował, jak Nini owija kikut czystym bandażem.

– A co z Kyoshi? Nie nauczyła się magii wody?

– Przecież mówiłam, że okazała się prawdziwą mistrzynią w uzdrawianiu.

– Ale przecież… – zdziwił się – chyba Awatar potrafiła używać wody do walki, prawda? Sam słyszałem legendy o zamrożonych armiach i wielkich powodziach, i w ogóle… Że już o odłączeniu Wyspy Kyoshi od stałego lądu nie wspomnę.

Nini spojrzała na niego kątem oka, wciąż skupiając większość uwagi na opatrunku.

– U nas się tego nie nauczyła – odpowiedziała. – Kobiety z Północnego Plemienia Wody nie używają magii w ten sposób.

– Co? To największa bzdura, jaką w życiu słyszałem. Przecież to żadna różnica. Magia to magia.

– Jakoś nie widzę kobiet wśród Dai Li – odgryzła się bez przekonania.

– Nie mówię, że powinny tu być. Ale to idiotyzm, żeby dzielić magów w ten sposób. Mężczyznom przydałaby się elementarna zdolność leczenia, żeby nie musieli z każdym skaleczeniem lecieć do znachorek. A kobiety powinny przynajmniej umieć się bronić. Na wszelki wypadek. Albo naprawić igloo czy coś.

Puste łóżko na końcu sali nagle wydało się Nini niezwykle fascynujące.

– Kobiety w Północnym Plemieniu Wody nie muszą umieć się bronić – wyrecytowała. – Ani naprawiać domów. Mają od tego mężów, ojców i braci.

– A ciebie kto będzie bronił, królewno? Planujesz wyjść za mąż?

Szarpnęła za koniec bandaża i rozerwała go na pół, wzdłuż.

– Nic mi tu nie grozi – odpowiedziała, zawiązując jednocześnie końcówki. Uśmiechnęła się gorzko. – W Ba Sing Se nie ma wojny.

Li Yuan odpowiedział na jej uśmiech pozbawionym humoru grymasem. Nini zaczęła rozumieć, jak Liang musiał się czuć podczas ich rozmowy. Miała wrażenie, że teraz odczuwa dokładnie to samo.

– Jesteś głodny? – spytała, żeby zmienić temat. – Mogę coś przynieść z garkuchni…

– Nic nie chcę, królewno. Ale ty idź coś zjeść.

Nini nie dała sobie tego dwa razy powtarzać. Niemal natychmiast wyfrunęła za drzwi. Do garkuchni jednak nie poszła. Tuż za progiem czekał na nią agent – ten sam, który kiedyś pojawił się u niej ze zranioną ręką.

– Dowódca chce cię widzieć – burknął i natychmiast zostawił ją samą.

Popatrzyła za nim chwilę, gdy oddalał się korytarzem. Ramię trzymał nienaturalnie sztywno, ewidentnie nadal go bolało. Postanowiła przygotować na wszelki wypadek trochę więcej maści na otarcia. Miała przeczucie, że agent niedługo się u niej pojawi. Było jej strasznie głupio, że wtedy nie skończyła go leczyć. Ale ten drugi, ten o złym uśmiechu, tak bardzo przypominał jej...

Urwała tę myśl. Nie miała zamiaru się zadręczać. Zamiast tego podeszła do drzwi, za którymi – jak poinformował ją dzień wcześniej Liang – znajdował się gabinet dowódcy polowego Dai Li. Zapukała nieśmiało i usłyszawszy schrypnięte „Wejść!", weszła do najbardziej przytłaczającego miejsca, jakie widziała od bardzo dawna. Cały gabinet wyglądał tak, jakby dowódca już za życia wybudował sobie grobowiec. Otoczył się skałami jak generał w swojej fortecy i sprawiał wrażenie, jakby nie miał najmniejszego zamiaru się stamtąd ruszać.

Od pana Guotina oddzielało ją ogromne biurko z szarego kamienia, na którym obok sterty papierów stała nieduża miska z wodą.

– Pan mnie wzywał? – spytała, podchodząc do biurka.

Dowódca wyraźnie się skrzywił. Nagle Nini poczuła się odrobinę nieswojo. Nie mogła pozbyć się wrażenia, że zaniedbała jakiegoś istotnego rytuału, o którego istnieniu nikt jej nie uprzedził. Wszystkie emocje zeszły jednak na dalszy plan, kiedy mężczyzna zaczął kasłać. Czegoś tak okropnego Nini jeszcze nie słyszała, choć zajmowała się w życiu wieloma chorymi. Dowódca brzmiał, jakby za chwilę miał wypluć własne płuca.

Dojście do siebie po ataku zajęło mu chwilę. Nie odezwał się ani słowem, wskazał tylko na stojące na biurku naczynie. Nini nie musiała słyszeć polecenia, by wiedzieć, czego się od niej oczekuje. I bez tego z trudem powstrzymywała się od podejścia i natychmiastowego rozpoczęcia leczenia. Od razu zabrała się do pracy.

Instynkt podpowiadał jej, że akurat ten chory nie będzie chciał słuchać żadnych opowieści, więc nie odzywała się w czasie pracy. W miarę szybko też zlokalizowała przyczynę kaszlu. Coś dużego rozrastało się w okolicy gardła chorego jak huba na drzewie. Woda szeptała jej niewyraźnie o mackach, jakimi narośl zdawała się sięgać daleko w głąb zdrowego jeszcze ciała i przejmować kontrolę nad kolejnymi organami. Nini zaatakowała wściekle to paskudztwo, woda rozgrzała się lekko pod jej dłońmi i zaczęła wibrować silniej niż kiedykolwiek wcześniej. Zamknęła oczy i wzięła głęboki oddech. Pełna determinacji skupiła całą swoją energię na usunięciu choroby, ale narośl zaczęła walczyć.

Nie miała pojęcia, w którym momencie nogi się pod nią ugięły. Kiedy poczuła, że narośl w gardle chorego się cofa i otworzyła oczy, klęczała na podłodze zlana zimnym potem. Wokół niej woda z naczynia uformowała małą kałużę.

– Powinno być lepiej – starała się powiedzieć, ale z jej ust wydobył się tylko jakiś niezrozumiały bełkot.

Dowódca pomógł jej się podnieść i, obejmując ją ramieniem, podprowadził do drzwi.

– Jest lepiej – odpowiedział, chociaż nie miała pojęcia, jakim cudem ją zrozumiał.

Nini spróbowała zebrać się w sobie. Chciała brzmieć profesjonalnie i pewnie. Jak prawdziwy fachowiec.

– Jak się znów pogorszy, proszę powiedzieć. Powtórzymy zabieg.

Dowódca mruknął coś pod nosem na znak zgody.

– Agent Sang Ji mówi, że nie umiesz tkać wody – powiedział potem, jakby od niechcenia.

– Umiem – odpowiedziała.

Dowódca znowu się skrzywił. Wyraźnie jej odpowiedzi mu się nie podobały.

– Za mało. Sang Ji z tobą poćwiczy – poinformował. – A teraz spać! Zmęczona jesteś.

Nini próbowała protestować, ale w zasadzie nie miała już na to siły. Posłusznie dała się zaprowadzić do infirmerii i posadzić na jednym z wolnych łózek. Przed wyjściem dowódca obrócił się jeszcze w jej stronę, jakby sobie coś nagle przypomniał.

– Imię?

– Nini.

Mężczyzna skinął głową i nie mówiąc nic więcej, zamknął za sobą drzwi infirmerii.

Zanim zasnęła, zdołała jeszcze posłać krótką prośbę do Tui i La w intencji dowódcy. Wiedziała, co mu dolega, choć nie znała imienia choroby. Jej nauczycielki nie nazywały jej wcale, głównie ze strachu. Nie miała serca powiedzieć mężczyźnie, że nawet przy pomocy magii wody nie była w stanie mu pomóc. Guzów, które rozwijały się w jego ciele, nie dało się niczym powstrzymać i wkrótce, najdalej za kilka lat, choroba go zabije.

Magia nie wyleczy wszystkiego.


Rozpracowanie rozkładu dnia Guotina nie zajęło Xiaodanowi wiele czasu. Bez trudu udało mu się zlokalizować najdogodniejszy moment do zrealizowania pierwszej części planu. Wystarczyło tylko, że poczekał, aż dowódca pójdzie do garkuchni na obiad. Z reguły zajmowało mu to nie mniej niż godzinę. Xiaodan wcale się nie dziwił. Chyba tylko Donghai lubił stołówkowe żarcie. Wszyscy inni przeżuwali każdy kęs tak długo, że jedzenie całkiem traciło smak.

Kiedy tylko szef wyszedł, agent bezszelestnie wślizgnął się do jego gabinetu. Ścianę za biurkiem, do której szef zawsze siedział odwrócony plecami, prawie w całości pokrywały mniejsze i większe szufladki. Cała masa szufladek. Xiaodan zaczął je metodycznie otwierać. W środku znajdował przeważnie całe pliki starych raportów, zwiniętych w zwoje i opatrzonych datami. Dopiero w jednej z najniżej położonych znalazł to, czego szukał – dokumenty dotyczące ostatnich morderstw. Pospiesznie wyciągnął i rozwinął pierwszy z brzegu zwój, w którym ktoś drobnym maczkiem opisał ostatnie znalezione zwłoki. Xiaodan starał się zapamiętać jak najwięcej szczegółów. Sukienkę i makijaż, poderżnięte gardło i plamy krwi na jedwabiu. Wisiorek załączony do raportu.

– Aha! – mruknął. – Czyli ten wisior gdzieś tu leży.

Zaczął grzebać wśród zwojów, nie dbając zbytnio o to, czy się przemieszczą, czy też nie. I tak przetaczały się przy każdym otwarciu szuflady. Znalazł wisiorek na samym dnie, zawinięty w postrzępiony kawałek skóry. Ostrożnie obejrzał znalezisko pod światło. Nie bardzo się na tym znał, ale błyskotka wyglądała na dość drogą. Jak coś, za co każda z jego sióstr zrobiłaby wszystko. Nie pozostawało nic innego, jak dyskretnie obejść jubilerów z Górnym Pierścieniu. Na pewno prędzej czy później znajdzie sklep, w którym morderca kupił wisior! Niedbale wrzucił wcześniej wyjęty raport do szuflady, szybko ją zasunął i, wciąż podziwiając wisiorek, wyślizgnął się z gabinetu szefa.

I o mały włos nie zderzył się z Weiem.

Parszywy prymityw stał tuż przed progiem, z ręką wyciągniętą przed siebie, żeby zapukać do drzwi. Na widok Xiaodana zamrugał kilka razy i uniósł brwi w barbarzyńskiej parodii eleganckich gestów Wielkiego Sekretarza.

– A ty czego tu szukasz, Xiao? – spytał, splatając ręce na piersi.

Xiaodan zazgrzytał zębami.

– Byłem u szefa – warknął. – Ale go nie zastałem.

Wei mruknął coś tylko pod nosem i natychmiast zwrócił swoje złodziejskie gały na wisiorek, którego Xiaodan nie zdążył schować do kieszeni.

– A to co? – zadrwił. – Chyba nie dla szefa, co?

– Nie!

– To dobrze, Xiao – odpowiedział z niewinnym uśmieszkiem. – Bo by mu do oczu taki kolor nie pasował.

Xiaodan był absolutnie pewien, że przez tego dupka zetrze sobie całe szkliwo, tak często zgrzytał przy nim zębami. Postanowił sobie, że nie wda się z Weiem w żadną pyskówkę, więc prychnął tylko wściekle i schowawszy wisiorek do kieszeni, wyminął drugiego agenta.

Generalnie uważał, że to powiedzenie jest głupie, ale doszedł do wniosku, że nogi same poniosły go do infirmerii. Niedoleczona przez uzdrowicielkę ręka dawała mu się we znaki i był gotów zrobić wszystko, żeby odzyskać pełną sprawność.

W szpitaliku przywitała go cisza przerywana tylko cichym chrapaniem agenta Li Yuana. W pierwszej chwili nie zauważył znachorki, zwiniętej w kłębek na jednym z łóżek dla chorych. Spała głęboko. Kiedy podszedł bliżej, mógł usłyszeć jej miarowy oddech. Położył jej rękę na ramieniu i potrząsnął energicznie. Dziewczyna obudziła się z piskiem. Źrenice miała wielkie jak monety; widocznie się przestraszyła. I dobrze. To ją może oduczy spania na służbie.

– Ręka mi dokucza – poinformował na powitanie. – Zrób coś z tym!

Dziewczyna siedziała jeszcze chwilę w bezruchu, zanim całkiem się rozbudziła. Potem niezdarnie zeskoczyła na podłogę i, nie spuszczając go z oka ani na moment, powędrowała do kanciapy. Wróciła stamtąd z małym słoiczkiem.

– Smaruj tą maścią bolące miejsce – poinstruowała beznamiętnie. – Po kilku dniach powinno ci przejść.

O nic go nie zapytała, ani nie chciała obejrzeć ramienia. Xiaodan nie mógł się oprzeć wrażeniu, że jest spławiany. Nie podobało mu się to.

– A skąd ty niby wiesz, co mi dolega? – zapytał, wściekły. – Nawet nie spojrzałaś!

Znachorka wcisnęła mu do ręki swój słoiczek. Ze świstem wypuściła powietrze przez nos i uniosła drobne dłonie do skroni. Stała tak przez ułamek sekundy, z półprzymkniętymi oczami i rękami po obu stronach głowy.

– Już cię leczyłam – odpowiedziała powoli, podnosząc wzrok. – Wiem, co ci było i co może być nie tak.

– Albo chcesz się mnie pozbyć!

Parsknęła śmiechem.

– Oczywiście, że chcę – wycedziła przez zęby. – W życiu jeszcze nie byłam tak wykończona jak dzisiaj. Odsypiałam naprawdę męczącą sesję uzdrawiania, a ty mnie obudziłeś. Nie mam siły, żeby pomóc ci tkaniem i nie będę jej mieć pewnie jeszcze przez kilka dni. Może nawet aż do pełni. Dostałeś maść, która ci pomoże. A teraz sobie już idź!

Nie czekając nawet, aż Xiaodan sobie pójdzie, wgramoliła się z powrotem na łóżko i ułożyła się w dokładnie takiej samej pozycji, w jakiej ją zastał. Zanim zdążył zaprotestować, jej oddech znów się wyrównał. Zasnęła.

– A niech to szlag trafi! – syknął. – Czym ja sobie na to zasłużyłem?

W tym momencie agent Li Yuan chrapnął przeciągle, ewidentnie nabijając się z jego nieszczęścia nawet we śnie.


– A może przynieść ci coś słodkiego, Hwa Mei?

Hwa Mei nie chciała niczego słodkiego. Leżała tylko na koszmarnie niewygodnej, ale za to stylowej sofie i wpatrywała się nieobecnym wzrokiem w jakiś punkt trochę na lewo od głowy Sang Ji. Wyglądała na przemęczoną. Nie reagowała na próby nawiązania rozmowy, co jakiś czas tylko mruczała coś smętnie pod nosem. Odkąd tylko Huang Fu wbił sobie do głowy, że jego żona na pewno jest w ciąży, wziął u szefa wolne i poświęcał cały swój czas na dogadzanie jej. Jego starania najwidoczniej tylko pogorszyły sytuację, bo kobieta zdawała się być na skraju wyczerpania psychicznego. Sang Ji szczerze wątpił, czy tak przebiega ciąża.

Naprawdę musiał się z Huangiem zobaczyć. Zwłaszcza wobec ostatniej rewelacji, którą przyniósł mu Wei. Huang Fu jako jeden z nielicznych agentów mógł się pochwalić dyplomem uniwersyteckim, a specjalizował się w psychologii. Koszmarna sprawa maniaka, którego Wei ochrzcił Artystą, nadal stała w miejscu i Sang Ji w desperacji uznał za stosowne… zasięgnąć fachowej opinii.

– Możesz mi powiedzieć, gdzie jest twój mąż? – Sang Ji spróbował jeszcze raz zagadnąć gospodynię. – Mam do niego bardzo pilną sprawę.

Hwa Mei na chwilę zawiesiła swoje rozbiegane spojrzenie na jego twarzy. Konkretnie na nosie.

– Wyszedł po pomarańcze – oznajmiła zbolałym tonem.

Pomarańcze. Jesienią w Ba Sing Se. Kiedy miasto było otoczone przez wrogą armię. Sang Ji rozsiadł się na tyle wygodnie, na ile mógł w niepraktycznym, ale za to eleganckim fotelu. Wyglądało na to, że jeszcze sobie poczeka.

Na szczęście nie minęło nawet pięć minut, a Huang Fu dosłownie wbiegł do domu, wściekle trzaskając drzwiami. Przed sobą niósł kosz wyładowany pomarańczami. Na ten widok Hwa Mei podniosła się z sofy, zabrała dwa owoce z wierzchu i zniknęła gdzieś w głębi domu. Wymęczony Reedukator osunął się na porzucony przez żonę mebel.

– Pomarańczy jej się zachciało! – warknął. – Masz pojęcie, ile ja za ten kosz zapłaciłem?

Sang Ji nie miał pojęcia i wolał nie wiedzieć. Pewnie tyle, ile on sam płacił miesięcznie za mieszkanie. Owoce na pewno spędziły ostatnie kilka tygodni w jakiejś przechowalni – odkąd zaczęło się oblężenie żadne towary z zewnątrz nie docierały do miasta. Musiały być droższe niż złoto. Ale i tak zapytał, z grzeczności.

– Krocie, Sang Ji! – Huang zdawał się tylko na to czekać. – Krocie normalnie! I nawet głupiego dziękuję z tego nie mam. Ona w ogóle ma gdzieś to wszystko, co dla niej robię. Jeżeli tak się zachowują wszystkie ciężarne, to naprawdę nie rozumiem, czemu nie wszystkie matki są samotne…

Huang Fu w zamyśleniu sięgnął po jeden wyjątkowo dojrzały owoc i zaczął go niewprawnie obierać ze skóry. Słodkawy zapach pomarańczy rozniósł się po całym saloniku.

– Po co właściwie przylazłeś? – Kiedy nie było gości, Huang Fu nie silił się na grzeczność. – Myślałem, że jeszcze szukacie tego mordercy.

– Bo szukamy – Sang Ji też wziął sobie cytrusa, ale nie miał zamiaru go obierać. Potrzebował po prostu czegoś, czym mógłby zająć ręce. – Informacje, które mamy to jakiś bezsensowny zlepek dziwactw. Pomyślałem, że może ty coś z tego wyciągniesz.

Huang Fu w zamyśleniu przeżuł kawałek pomarańczy. Po brodzie spłynęła mu cienka strużka owocowego soku.

– Wal.

– W zasadzie wszystko już wiesz – Sang Ji zaczął przerzucać owoc z jednej ręki do drugiej. – Ktoś wynajduje w Niższym Pierścieniu młode dziewczyny i je zabija. Trafił się też jeden chłopiec. Wcześniej ofiary dostają biżuterię i inne błyskotki. Znajdujemy je zawsze w nocy, przebrane w drogie rzeczy. Mają poderżnięte gardła. Wei twierdzi, że prezenty to raczej tani szmelc ze Środkowego, a nie coś naprawdę drogiego.

– A skąd niby Wei się na tym zna?

Sang Ji przestał się bawić pomarańczą.

– Przeszedł się z ostatnim świecidełkiem po bazarze. Popytał przekupy.

– Coś jeszcze?

– Tylko jedna rzecz. Zaczął nam wokół tego węszyć jeden idiota…

Huang Fu roześmiał się gardłowo.

– Niech zgadnę… Xiao?

Sang Ji skinął głową. Właśnie ta rewelacja skłoniła go do poszukania pomocy. Nie mieli z Weiem czasu, żeby się idiotą zajmować.

– Xiao mogę się zająć, to żaden problem. – Reedukator uśmiechnął się wrednie. – Zajmę mu tyle czasu, że nie będzie miał siły wam przeszkadzać. Natomiast co do waszego czubka, to naprawdę nie wiem nic poza tym, że gość jest zdrowo stuknięty. Mam na to trochę za mało informacji. Może gdybym widział zwłoki, to bym coś więcej zauważył. Kiecki i błyskotki są może ciekawe i nowatorskie, ale w gruncie rzeczy po Ba Sing Se kręci się cała masa oprychów, którzy potrafią komuś fachowo poderżnąć gardło…

Huang Fu urwał nagle w pół zdania. Coś sobie najwyraźniej uświadomił.

– Poderżnięte gardło – wymamrotał.

Sang Ji aż pochylił się do przodu z przejęcia.

– Wpadłeś na coś? – spytał.

– Nie.

Odpowiedź padła na dobrą sprawę jeszcze zanim Sang Ji skończył formułować pytanie. Stanowczo za szybko, nawet jak na Huanga.

– Trudno. – Sang Ji miał nadzieję, że nie da po sobie nic poznać. – W każdym razie dzięki, że zajmiesz czymś Xiaodana. Lepiej, żeby nam się nie plątał pod nogami. A jeżeli coś jeszcze przyjdzie ci do głowy, daj znać.

Na odchodnym zgarnął jeszcze dwie pomarańcze. Rekrut wyglądał ostatnio jakoś nieswojo. Owoce na pewno mu nie zaszkodzą.