Rozdział 9

Severus nienawidził zostawiać Harry'ego na cały dzień. Nawet jeśli nie był sam, tylko z Weasleyami, to nadal czuł się okropnie, zwłaszcza po wczorajszej klęsce i oczywistej obawie Harry'ego, że zostanie opuszczony. Nie mógł winić dziecka ze względu na to co przeszedł przez te sześć lat po tym, jak jego matka i James zginęli. Ale Severus mówił prawdę o tym, że musiał pracować w Hogwarcie lub gdzieś indziej. Tutaj przynajmniej — lub w Norze — Harry miał więcej rzeczy do robienia i inne dzieci do zabawy niż na Spinner's End.

Po tym, jak zjadł z Harrym śniadanie w ich komnatach i po przybyciu klanu Weasley'ów, Severus ruszył do swojej klasy, aby upewnić się, że był gotowy na swoje pierwsze spotkanie z pięciorocznymi Krukonami i Puchonami. Właśnie skończył wystawiać maleńkie słoiczki smoczej krwi na dzisiejszą lekcję, gdy uczniowie pojawili się. W milczeniu zajęli swoje miejsca i umieścili swoje kotły na miejscu.

Dobrze. Najwyraźniej jego reputacja — jako profesora, którego nie można lekceważyć — szerzyła się szybko. Zrobił kilka kroków na przodzie klasy i zaczął obserwować jak klasa zdająca w tym roku SUM-y zaczyna się przygotowywać do zajęć. W ciągu ostatnich dni stwierdził, że radzenie sobie z klasą Krukonów i Puchonów było o wiele łatwiejsze niż prowadzenie innych, zwłaszcza z powodu tego, że Krukoni chcieli zrobić wszystko, co w ich mocy, przy każdym zadaniu, a Puchoni nigdy nawet nie śnili o tym, by sabotować jakąkolwiek pracę któregoś z swoich kolegów.

Połączona klasa Gryffonów i Ślizgonów… cóż. To był całkowicie inny kocioł szczuroszczeta. Byłby bardziej niż wdzięczny, gdyby udało mu się doprowadzić ich do zakończenia szkoły bez wysadzenia ich przez eksplozje kociołków. Musiał je oglądać niczym jastrząb.

Ta klasa była wystarczająco zaawansowana — i na tyle dobrze wyszkolona — że musiał tylko przechadzać się po pokoju, a nie być przy małych nicponiach przez cały czas. Od czasu do czasu mógł pomyśleć o innych rzeczach, takich jak ostatnie etapy przegotowania eliksiru dla tego drania Filcha — i o tym, jak zdobyć aprobatę Albusa, jeśli ten okropny człowiek zaprotestowałby przeciwko wzięciu go — lub o swoim synu i o tym, jak przebiega mu dzień z otaczającym go tabunem Weasley'ów.

Przypuszczał, że dowie się po obiedzie.

OoO

Pani Weasley wyszła z dziećmi na zewnątrz i ruszyła zboczem wzgórza znajdującego się tuż za schodami prowadzącymi do frontowego wejścia. Harry postawił Melasę na ziemię, gdy tylko dotarli do schodów. Kotka zeszła ze wzgórza, ale trzymała się blisko Harry'ego. Patrzył, jak się bawiła, turlając się po trawie i skacząc na zbłąkane liście, podczas gdy Ron wciąż mówił do niego, przeważnie o quidditchu. Harry tak naprawdę nic nie wiedział o tym sporcie, poza tym, co usłyszał z rozmów innych albo z tego, co ojciec mu przeczytał, więc nie mógł brać aktywnego udziału w dyskusji. Ale to było w porządku. Nie miał nic przeciwko temu by być cicho. Był do tego przyzwyczajony. Naprawdę.

To, do czego nie był przyzwyczajony — i prawdopodobnie nigdy nie będzie — to ludzie skradający się za nim, chwytający i podrzucający go w powietrze.

Zdarzyło się to, gdy byli w połowie wzgórza. Oddech Harry'ego uwiązł mu w klatce piersiowej. Zwinął swoje ciało w kulkę, z głową schowaną między ramionami, nawet jeśli wzniósł się jedynie na kilkadziesiąt centymetrów, a następnie opadał. Spodziewał się, że uderzy mocno w ziemię, tak jak miałoby to miejsce gdyby to Dziudziaczek go podrzucił, ale Harry został zaskoczony złapaniem przez silne, chude ramiona i rozbrzmiewającym chłopięcym śmiechem. Wypuścił gwałtownie oddech, gdy go puszczono, na oślep próbując odejść dalej, wykonując gwałtowne ruchy, wymachując nogami i rękami, aż ukrył się za małą skałą.

— Oi, Harry! Co jest?

— George, jesteś palantem! — krzyknął Ron. — Nie musiałeś go podrzucać!

— Chłopcy! — zawołała pani Weasley, odwracając się w samą porę, by zobaczyć, jak Melasa pobiegła, by stanąć przed Harrym, by bronić go przed każdym, kto zamierzał go skrzywdzić. — Co się tutaj dzieje?

Ron wskazał na kucającego, pół ukrytego chłopca.

— Mamo, George podrzucił Harry'ego w górę i go przestraszył.

Nieprawda!

Z cichym westchnięciem, pani Weasley spojrzała z surową miną na wymienionego chłopca, zbliżając się do warczącego koguhara i chowającego się chłopca. Uklęknęła przed nimi, ale nie próbowała ich dotknąć.

— Harry, kochanie, wszystko jest dobrze. George nie chciał cię przerazić.

Krew szumiała Harry'emu w uszach, gdy wpatrywał się w kobietę, nie słysząc jej słów, ale ton jej głosu był dziwnie kojący. Jego oddech zmienił się w sapanie. Pociły mu się dłonie. Owinął mocno ręce wokół siebie, aby powstrzymać je przed drżeniem. Nie przestraszył się. Oczywiście, że nie.

Ale nagle chciał mieć przy sobie ojca. Nie mógł jednak tego powiedzieć. Ojciec był zajęty. Był ze swoimi uczniami, a Harry mu przeszkadzał, więc musiał iść z panią Weasley. Nie mógł też być z Nelli, ponieważ był zbyt wielkim problemem.

Wszyscy się w niego wpatrywali. Nawet ta dziewczynka, Ginny. Pochylił głowę, chcąc ukrywać się na zawsze.

— Przepraszam — wyszeptał. — Przepraszam, pani Weasley.

— Och, Harry. Kochanie, nie ma za co przepraszać. — Jej wyraz twarzy był miły i otwarty. Wyciągnęła rękę w jego stronę, by mógł ją chwycić, jeśli chciał. — Chodź. Zejdźmy do końca. Przyniosłam kilka gier dla ciebie i innych.

Harry przygryzł wargę i spojrzał na pozostałe dzieci, ale nie ruszył się, by wziąć kobietę za rękę.

George przesunął dłonią po swoich szokująco rudych włosach i czubkiem buta zaczął kopać w trawę.

— Hej, Harry. Przepraszam, że się podkradłem do ciebie. Myślałem, że ci się spodoba. Ronnikins lubił być podrzucany w górę w ten sposób.

— Nie nazywaj mnie tak! — wrzasnął Ron, zaciskając pięści przy bokach. Potem odwrócił się do Harry'ego. — Są po prostu głupi — powiedział cicho.

— Nie, nie są głupi — powiedział Harry i sięgnął po Melasę, która skoczyła mu w ramiona i wtuliła głowę w jego policzek. Trzymając ją, wziął głęboki, znacznie wolniejszy oddech. — Byłem zaskoczony.

— Och, kochanie. Nikt nie oczekuje, że zostanie potraktowany w ten sposób — powiedziała pani Weasley. Zmarszczyła brwi. — Ale moje bliźniaki są mistrzami robienia tego, co nieoczekiwane.

Fred przytaknął.

— To jest coś w czym…

—… jesteśmy najlepsi — zakończył George. — Ale naprawdę przepraszam.

— W porządku — powiedział Harry. Wzruszył ramionami i wstał, czując się zażenowany. Był takim głupkiem, powinien wiedzieć, że pani Weasley nie pozwoliłaby by się zranił. — Czy możemy teraz iść?

— Oczywiście, skarbie.

Pani Weasley również wstała, ale uważnie ich obserwowała, kiedy szli dalej do dość otwartego, płaskiego obszaru w pobliżu chaty Hagrida, ale na tyle blisko od Zakazanego Lasu, że stanowił on lekką pokusę. Harry wiedział, że nie wolno mu do niego wchodzić. Właśnie dla tego był Zakazany.

— Tu będzie dobrze — powiedziała pani Weasley.

Wyciągnęła małą torebkę z jednej z kieszeni i położyła ją na ziemi, po czym stuknęła w nią różdżką. Torba rosła, rosła i rosła, aż w ciągu kilu sekund była prawie tak duża jak Harry.

Gapił się w nią w niedowierzaniu, a Ron uśmiechnął się.

— Nigdy wcześniej nie wiedziałeś, jak coś się zwiększa? — Harry potrząsnął głową, a Ron kontynuował: — Mama ją zaczarowała. Może wpakować do niej więcej niż Świąteczny Dziadek w swój worek.

Harry uśmiechnął się do niego niepewnie. Nie słyszał o Świątecznym Dziadku, ale podejrzewał, że Ron miał na myśli Świętego Mikołaja, który zawsze przynosił prezenty dla Dziudziaczka, ale nic dla Harry'ego, ponieważ dziwacy i źli chłopcy nic nie dostawali na Święta.

Tymczasem, pani Weasley zaczęła wydobywać różne rzeczy z wielkiej torby i układać je wokół siebie.

— Ginny, kochanie, czy mogę prosić, byś to złapała? — zapytała, wskazując coś ze sprężynami i kołami, z którego wydobywało się coś w rodzaju gwizdania i oddalało się od niej.

— Tak, mamo — odpowiedziała cicho Ginny. Była równie cicha jak Harry, z czego ten był zadowolony. Dziewczynka pobiegła po to i odłożyła na miejsce. — Zostań — skarciła, potrząsając palcem, a Harry zachichotał, zakrywając usta dłonią. Ginny spojrzała na niego i uśmiechnęła się nieśmiało. — To Funderbus. Zawsze ucieka.

Niezależnie od tego, czy Harry otrzymałby odpowiedź czy nie, to i tak nie spytałby czym był Funderbus, ponieważ nie miał prawa zadawać pytań.

— Mamo… — zawołał Fred śpiewnym głosem, który był niemalże jękiem —… czy możemy…

—… się teraz pobawić? Przyniosłaś nasze…

—…miotły i resztę.

Pani Weasley uśmiechnęła się, ale wyglądała na lekko zmęczoną, jakby słyszała to przez cały czas.

— Najpierw nauka, chłopcy, a później zabawa. Wiecie o tym.

— Ach, mamo…. — zaczął George, ale pani Weasley podniosła dłoń, uciszając go zanim zaczął narzekać. Kobieta nawet nie krzyczała na niego za marudzenie. Harry był zdumiony.

— Teraz, Harry, wiem, że to dla ciebie coś nowego, więc może staniesz koło mnie — powiedziała pani Weasley i wskazała na miejsce obok siebie. — Inni staną w środku w kręgu. — Kiedy to mówiła bliźniacy, Ron i Ginny zajęli miejsce w środku koła stworzonego przez obiekty, z których niektóre wydawały ciche odgłosy, a inne miały poruszające się części.

Harry kiwnął i postawił ponownie Melasę na ziemi, ale ta podążała za nim, gdy zajął miejsce w kręgu obok pani Weasley.

— Doskonale, kochanie. — Czekała, podnosząc z dezaprobatą brwi, gdy bliźniacy kilkakrotnie zmienili między sobą miejsca, zanim się uspokoili, potem uśmiechnęła się do Harry'ego. — Będę zadawać pytanie lub opowiem o jakimś problemie, a wy spróbujecie udzielić na nie odpowiedzi lub znaleźć rozwiązanie. W celu pomocy możecie korzystać z każdego przedmiotu w kręgu. Każdy z was wymyśli swoją własną odpowiedź…. wiem, kochani, to nie dotyczy Freda i George… Jest mało prawdopodobne, aby dwoje różnych ludzi udzieliły takiej samej odpowiedzi. Zrozumiałeś wszystko, Harry?

Harry nie miał absolutnie żadnego pojęcia co miała na myśli, z wyjątkiem tego, że miał odpowiadać na pytania. Brzmiało to prawie jak szkoła. Cóż, prawdopodobnie mógłby to zrobić, gdyby miał wystarczającą wiedzę, by móc udzielać odpowiedzi. Tak, jak mówił wuj Vernon, był leniwy i głupi, ale skinął głową, że rozumie.

— W porządku — powiedziała pani Weasley. — Proszę, wymieńcie mi cztery rodzaje roślin, które są używane w eliksirach. Jeśli macie siedem lub więcej lat, chcę żebyś również mi je opisali, a jeśli macie powyżej dziewięciu lat… — dodała patrząc na bliźniaków -… chcę, żebyście mi powiedzieli, gdzie można je znaleźć i jak je zebrać, by uzyskać ich najwyższą jakość. – Uśmiechnęła się. – Gotowi? Start!

Cała gromadka dzieci Weasley rzuciła się do przedmiotów ich otaczających i nagle nastała kakofonia dźwięków: gwizdanie, zgrzyt obracających się kół zębatych, zgrzyt metalu i drewna ocierającego się o siebie. Pojawiły się światła i jarzące się obrazy roślin i drzew oraz wszelkiego rodzaju rzeczy nad przedmiotami i wokół dzieci.

Harry wpatrywał się w to, nie mając pojęcia co robić. Wsunął dolną wargę między zęby i ugryzł ją dość mocno, zanim niepewnym krokiem skierował się do brzegu koła. Znajdował się tam spory obiekt przypominający pluszowego zwierzaka z głową słonia, nie licząc tego, że miał róg jak nosorożec oraz łapy tygrysa. Miał na brzuchu kilka klapek, które wydawały się ruchome. Dziwne.

Kucając przed tą rzeczą, Harry ukradkowo sprawdził, co inni robili. Każdy z bliźniaków trzymał wiele… rzeczy zrobionych z materiału i szturchali się nawzajem ramionami. Ginny siedziała ze swoim przedmiotem, który wyglądał jak hulajnoga z wieloma dodatkowymi kołami po swoich bokach, stukając w koła swoim wskazującym palcem, jakby ten był różdżką. Ron pochylał się nad Funderbusem, szturchając go i najwyraźniej również z tym rozmawiając.

Biorąc powolny wdech, Harry podniósł jedną z klapek na brzuchu słonia. Na rozmytej powierzchni pojawił się malutki obraz drzewa, jakby to był ekran telewizora, ale potem zaczął on rosnąć, rosnąć, aż było ciemno. Zimny podmuch wiatru musnął jego policzek niczym delikatny oddech. Odwrócił się i otworzył usta, wpatrując się w otaczający go widok. Znajdował się w środku gęstego lasu, z wysokimi drzewami, z których najwyższe niemalże zasłaniały swoimi koronami niebo. Ziemia pod jego stopami była gąbczasta i pokryta sosnowymi igłami i liśćmi, a dawno zwalone drzewo leżało w pobliżu.

Gdzie był Hogwart?

Niespodziewany głos zaskoczył go i sprawił, że podskoczył.

— Co chcesz wiedzieć? — powiedział.

Rozglądał się dookoła, aż nie zobaczył, kto to powiedział. Jego spojrzenie spoczęło na większej wersji słonio-tygrysa, który siedział przykucnięty i wpatrywał się w niego. Stwór przechylił głowę na bok — i jeśli Harry poprawnie odczytał jego pokazanie zębów — uśmiechał się.

— Um. — Harry przełknął ślinę i objął się ramionami. Czy to coś powie mu, jakie są odpowiedzi na pytania pani Weasley? Czy spróbuje go zjeść? — Um, mam wiedzieć, jakie rośliny używa się w eliksirach, proszę pana.

— Achhh — powiedział stwór, chociaż jego usta poruszały się tylko trochę. — To jedno z łatwych. Ile?

— Ech… cztery?

— Bardzo dobrze — stwierdził słonio-tygrys. Wstał i podszedł do Harry'ego. Siedmiolatek cofnął się o krok. Stwór znów się uśmiechnął w ten dziwny sposób. Jego trąba uniosła się, kołysząc lekko, gdy mówił: — Nie bój się, dziecko. Jestem tutaj, aby ci pomóc, tak samo jak pomogłem wielu dzieciom przed tobą.

Harry ponownie przełknął ciężko i skinął głową, chociaż tak naprawdę mu nie ufał. Był większy niż Dziudziaczek!

— Dobrze.

— Spójrz — powiedział słonio-tygrys i przeniósł się bliżej pobliskiego krzewu. Roślina była nieco wyższa od Harry'ego, z drobnymi białymi kwiatami i bardzo długimi liśćmi. Harry mógł dostrzec maleńkie purpurowo-czarne małe owoce schowane pod liśćmi. — To jest drzewo diabła. Widzisz sękaty pień i jak się pnie?

Harry pochylił się i powiedział delikatnie:

— Tak, proszę pana.

— To dlatego nazywa się drzewem diabła albo czasami maczugą Herkulesa. Możesz go dotknąć, dziecko. Śmiało, ale uważaj na palce. Pień również jest pokryty kolcami. Możesz ugotować jego młode liście i zjeść jak szpinak. Czy lubisz szpinak, dziecko?

Harry przytaknął.

— Tak, proszę pana.

— Czy wiesz do jakich mikstur możesz ją użyć?

Harry potrząsnął głową.

— Nie, proszę pana — powiedział, wiedząc, że był porażką. Jego ojciec znałby odpowiedź na to. Ojciec wiedział wszystko o miksturach.

— Nic nie szkodzi, dziecko — stwierdził słonio-tygrys, nie krzycząc na Harry'ego za bycie głupim, więc chłopiec rozluźnił się trochę. Stworzenie pochyliło się nad rośliną, skubiąc niektóre liście. Wciąż je żując, powiedział do Harry'ego: — Rozdrobniona kora może być użyta w eliksirach redukujących gorączkę, a jagody po wysuszeniu w miksturach przeciwbólowych. Nie chcesz ich jeść na surowo. Będziesz miał po nich ból brzucha.

— Dziękuję, proszę pana — powiedział Harry, próbując jak najlepiej zapamiętać wszystkie podane informacje.

Stwór zachichotał cicho.

— Nie jestem „panem" — powiedział. — Możesz nazywać mniej „Jabłka"

Harry nie mógł powstrzymać śmiechu.

— Jabłka?

Słonio-tygryso-nosorożec westchnął.

— Tak, Jabłka. Nieszczęśliwie dla mnie, Molly Weasley nazwała mnie tak, gdy miała zaledwie cztery lata, a jej dzieci odmawiają nazywać mnie inaczej.

— Mogę… nazywać się inaczej — zaproponował nieśmiało Harry. — Jeśli chcesz.

Z łagodnym uśmiechem, Jabłka pokręcił głową.

— W porządku, dziecko. Przyzwyczaiłem się do tego.

— Jestem Harry. Możesz mnie tak nazywać.

— W takim razie, Harry. — Jabłka pochylił lekko głowę, niemal kłaniając się, a Harry poczuł, że się zarumienił. — Czy potrzebujesz więcej informacji, czy to wystarczy?

— To wszystko, ale jeszcze zostały trzy rośliny — mruknął Harry.

— Bardzo dobrze. Znajdźmy więc kolejną.

— Tak, proszę… to znaczy, Jabłka.

— Dziękuję, Harry. Teraz wzdłuż tego drzewa, zobaczysz europejski wiciokrzew, znany również jako pomorski…

OoO

Słońce stało wyżej na widnokręgu, a dzieci pani Weasley siedziały na swoich miejscach, rozmawiając i czekając na niego, gdy Harry w końcu odwrócił się w ich stronę z pluszowym Jabłkami na swoich kolanach. Melasa skoczyła mu na nogi i podrapał ją za uszami, tak jak lubiła. Jabłka powiedział Harry'emu, że był w rzeczywistości Baku. Starożytną istotą z japońskiego folkloru, która według tradycji zjadał koszmary. Harry żałował, że nie może zabrać tego stworzenia do swojego łóżka, by mogło zjeść jego nocne mary.

— Witaj z powrotem, Harry. Czy skończyłeś, kochanie? — zapytała pani Weasley.

— Tak, proszę pani — odpowiedział. Spojrzał na pozostałe dzieci. — Przepraszam. Nie chciałem, by trwało to tak długo.

Pani Weasley uśmiechnęła się łagodnie.

— Nie masz za co. Czasami zajmuje to trochę czasu, by skorzystać z przedmiotów, ale zawsze możesz mieć go tyle, ile potrzebujesz. Czy dobrze ci się rozmawiało z Jabłkami?

Harry kiwnął głową.

— Tak, proszę pani. — Nie powiedział jej, że Baku wolałby być inaczej nazywany, ponieważ wiedział, że byłoby to niegrzeczne. — Jest miły.

Jej uśmiech stał się szerszy.

— To prawda. — Spojrzała na córkę. — Ginny, kochanie, dlaczego nie opowiesz nam o roślinach, o których się nauczyłaś.

— Tak, mamo. — Ginny zamknęła oczy, marszcząc przez chwilę czoło, zanim powiedziała: — Figi abisyńskie są używane w eliksirach kurczących, ślaz w eliksirze wielosokowym, a lawenda w mylącym eliksirze tak jak krwawnik kichawiec.

— Doskonale, Ginny. Dziękuję. — Dziewczynka zrobiła się jasnoczerwona na pochwałę od matki, a Harry uśmiechnął się do niej, zadowolony, że dobrze się sprawiła. — Harry? Czy możesz być następny?

Harry poczuł, jak ściska mu żołądek. Przygryzł dolną wargę i skinął głową. Przecież to nie było tak, jakby miał jakiś wybór. Ale teraz wszyscy się dowiedzą jak głupi był i że nie powinien razem z nimi chodzić na lekcje.

— Tak, proszę pani — powiedział ledwo szepcząc.

— Śmiało, kochanie.

Harry wpatrywał się w nią, nie mogąc nic sobie przypomnieć. Jego żołądek wywrócił się na drugą stronę i miał wrażenie, że zaraz zwróci śniadanie. Jego dłonie były spocone. Dlaczego nie pamiętał?

— Harry, — Ron szepnął obok niego — po prostu pomyśl o jednej roślinie, okej? To nic trudnego. Gdzie byłeś? Czy to były lasy? Czy widziałeś jakieś drzewa?

— Um, tak. To znaczy, krzew?

— Jak wyglądał?

Harry opisał Drzewo Diabła dla Rona, a zanim zdał sobie z tego sprawę, powiedział do czego używano jego owoców i kory oraz zapomniał o swoim wielkim zdenerwowaniu. Pomogło również, że na kolanach miał zarówno Jabłka jak i Melasę, co dawało mu coś do głaskania i bawienia się, gdy opisywał swoje znalezisko.

— Doskonale, kochanie! — krzyknęła pani Weasley, kiedy skończył opowiadać o swoich roślinach. — Wykonałeś wspaniałą pracę.

Harry czując, że jego twarz stała się czerwona, tak jak wcześniej u Ginny, pochylił głowę. Z pewnością pani Wesley wiedziała, że nie miał być chwalony? Że był głupi? Ojciec nie nazywał go głupim i uważał, a także powtarzał, że Harry był bardzo bystry i bardzo dobrze opanował pisanie i czytanie oraz matematykę. Ale ojcowie tak mówili, ponieważ byli ojcami.

Ale pani Weasley nie śmiała się z niego, ani nie cofnęła swoich sów, a żaden z pozostałych Weasley'ów również tego nie robił, więc Harry nic nie powiedział o tym, że nie powinna mówić mu takich rzeczy, tylko słuchał — ale z opuszczoną głową — jak Ron opowiadał o swoich roślinach, a potem, gdy Harry zaczął się do tego przyzwyczajać, nadeszła kolej bliźniaków. Posiadali więcej informacji o swoich znaleziskach, z kolorowym opisem śródziemnomorskiej wyspy, na której rósł posłonek rozesłany — używany do wspólnego śnienia. To był bardzo ładny opis, nawet pani Weasley tak powiedziała.

W końcu lekcja się skończyła, a pani Weasley pozwoliła im wstać i rozciągnąć nogi — szczególnie zachęcała bliźnięta, aby pobiegali i zużyli trochę energii — przez kilka minut przed następnymi zajęciami. Kiedy zawołała ich z powrotem, zadała pytanie o jedną z magicznych istot, dodając przy tym:

— Tym razem spróbujecie innego przedmiotu. Chcę, abyście z upływem czasu przyzwyczaili się do używania każdego z nich.

Harry wiedział, że te słowa były skierowane do niego zwłaszcza, że wciąż trzymał Jabłka i miał nadzieję, że na następnej lekcji znowu porozmawia z Baku, ale skinął głową.

— Ruszajcie!

Niechętnie odłożył Jabłka i poszedł wypróbować inny przedmiot. Ku jego zaskoczeniu, Funderbus był tak samo pomocny jak Baku i sprawił, że Harry śmiał się, słysząc jego opowiadanie o plemieniu niegrzecznych i psotnych chochlikach kornwalijskich.

Po raz kolejny, dzieci podzieliły się tym, czego się nauczyły, a Harry przestał się czuć tak głupi, jak wcześniej. Po zakończeniu tej lekcji, pani Weasley pozwoliła im zagrać w gargulki, lub jeśli chcieli w swivenhodge, która polegała na tym, że uczestnicy odbijali piłkę — używano wcześniej do tego nadmuchiwany pęcherz świni, dopóki nie uznano tego za krzywdzące dla Świń, jak mi powiedział Fred — tam i z powrotem nad żywopłotem — w ich przypadku, wyczarowanym przez panią Weasley w tym konkretnym celu — swoimi miotłami.

To była świetna zabawa.

Harry, Ginny i Fred byli w jednej drużynie, gdy w przeciwnej znajdowali się George i Ron. Gra trwała do zdobycia stu punktów. Harry starał się uważnie je śledzić, ale wydawało się, że nikt tak naprawdę ich nie liczy, więc po chwili porzucił to na rzecz cieszenia się wymachiwaniem miotłą i uderzaniem w piłkę, widoku jej przelatującej nad żywopłotem i prób dowiedzenia się, jak ona do niego wróci. Do czasu, gdy pani Weasley powiedziała, że muszą iść na obiad, wszyscy byli zgrzani i spoceni, chichocząc jak szaleni.

Ale pora obiadowa oznaczała, że Harry znów mógł zobaczyć swojego ojca, więc zebrał rozłożony sprzęt do zabawy i odbijał w nerwowym oczekiwaniu piłkę przy swoich nogach.

— Idziemy, kochani — powiedziała pani Weasley, kiedy wszystko trafiło do torby, a po skurczeniu, wróciło do jej kieszeni. — Wracamy do zamku. Wierzę, że dzisiaj jemy w kwaterach profesora Snape'a.

— Achhh, ale my…

— …chcieliśmy zjeść z Charliem, Mamo, i…

— …może ponabijać się z Percy'ego!

Pani Weasley pokręciła z czułością głową na słowa bliźniaków, gdy szli pod górkę.

— Innym razem, chłopcy. Idziemy.

Harry, pędząc do przodu — z Melasą tuż za sobą — niemalże jej nie słyszał.