Harry nie przepadał za aurorami. Zdał sobie sprawę z tego dopiero w chwili, gdy dwóch obcych mężczyzn zajęło miejsce na jego kanapie i najwyraźniej uważali się za panów sytuacji. W jego własnym domu.
Hermiona wsunęła się na krzesło, które przyniósł z kuchni i oboje wpatrywali się w dwóch oficerów biura.
- Ta rozmowa jest poza protokołem – powiadomił ich pierwszy.
Harry poczułby się lepiej, gdyby się przedstawili.
- Co państwo robili w Ministerstwie tego dnia? – spytał mężczyzna.
- Przyszliśmy na rozprawę mojej przyjaciółki Hermiony – odparł Harry, ponieważ jeśli mieli przez to przechodzić, zamierzał wziąć tych dupków za siebie.
- I pani Granger-Weasley jest dla pana…
- Siostrą – stwierdził, zaplatając dłonie na piersi.
Auror wyglądał na zaskoczonego.
- Metaforyczną siostrą – uściślił Harry. – Jak zapewne wam wiadomo Hermiona rozwodzi się z jednym z aurorów, Ronem. Rano pojawiliśmy się w Ministerstwie, ponieważ miała odbyć się pierwsza rozprawa…
- A pan tam był w charakterze… - zaczął auror.
Harry miał ochotę dać mu w twarz.
- Świadka. Biorąc pod uwagę ostatnie kłamliwe artykuły w Proroku Codziennym uznałem, że zapewne zostanę prędzej czy później powołany jako strona – wyjaśnił spokojnie.
Hermiona zerknęła na niego niepewnie.
- Tak, oczywiście, ostatnie artykuły… - wtrącił drugi z aurorów.
Biorąc pod uwagę rumieniec na jego twarzy, zapewne mówił o jego wywiadzie przeprowadzonym z Lavender.
- Jestem gejem, a Hermiona nie jest moją kochanką. Uściślijmy sobie najpierw to. Potem chcę wiedzieć, co zrobiliście w kwestii wyśledzenia z jakich domów porwano skrzaty – dodał, zirytowany.
- I chcę wiedzieć kto przeniósł rozprawę, ponieważ to dziwny zbieg okoliczności. Sprawdziłam, że zmieniono też termin stawienia się Lucjusza Malfoya wraz z synem w sprawie ich majątku – ciągnęła Hermiona dalej. – Tych zbiegów okoliczności jest jak dla mnie za wiele. Powinniście…
- Pani Granger-Weasley, proszę zostawić to zawodowcom. Są państwo w pełni bezpieczni – wszedł jej w słowo auror.
- Jak się nazywasz? – spytała Hermiona wprost.
- Corner, Andy Corner – przedstawił się tamten. – Auror starszego stopnia…
- Starszy brat Michaela – weszła mu w słowo. – O ile mnie pamięć nie myli, Cornerowie przenieśli się, gdy tylko w Wielkiej Brytanii zrobiło się goręcej. Nie wiesz zatem z czym się mierzysz. Jeśli ponownie weszli do Ministerstwa to w Wielkiej Brytanii nie ma bezpiecznej przystani, bo wątpię, by gobliny były zainteresowane podzieleniem się środkami bezpieczeństwa stosowanymi w Grinogtcie. Radziłabym zatem, żebyś zrewidował swój pogląd w tej kwestii i zamiast tracić czas na sprawdzenie plotek o moim rzekomym romansie z wybawicielem czarodziejskiego świata, zaczął szukać faktycznych poszlak – powiedziała jednym tchem tonem tak lodowatym, że Harry poczuł się tak, jakby w pomieszczeniu nagle spadła temperatura.
Auror poruszył się niespokojnie.
- Nie jesteście tutaj obaj, aby nas przesłuchać. Wszystkie rozmowy się protokołuje. Nie zamierzam was straszyć, ale jeśli mój wciąż mąż wyśle jeszcze jednego ze swoich kolegów, aby sprawdzili czy nie znajdą czegoś na mnie, postaram się podzielić tymi wspomnieniami z sędzią, a może nawet Minister Magii – dodała Hermiona i Harry miał ochotę zaśmiać się, gdy zobaczył ich miny. – Powinniście być zaszczyceni faktem, że wpuściliśmy do domu dwójkę aurorów, którzy się nie wylegitymowali. Gdybym nie znała waszych twarzy, któż wie, co mogłoby się zdarzyć – zawiesiła sugestywnie głos.
- Czy pani nam grozi? – spytał Corner w szoku.
Hermiona uśmiechnęła się tak słodko, że Harry zaczął się zastanawiać czy aby na pewno nie ma najdziwniejszego snu w życiu.
- Och, to hormony – zaćwierkała. – Musi pan wybaczyć kobiecie. Ta ciąża kompletnie rozregulowuje. Nigdy nie wiem kiedy moja magia nie zacznie świrować. Musiało się wczoraj udzielić Harry'emu, skoro ogłuszył ponad trzydzieści osób, jeśli dobrze policzyłam – dodała.
Auror bardzo powoli przeniósł na niego wzrok, a potem pobladł wyraźnie.
- Skoro pani czuje się nie za dobrze, sądzę, że… - zaczął mężczyzna i urwał, wstając pospiesznie z kanapy.
Jego młodszy kolega poszedł w jego kroki.
- Pokażę wam drzwi – dorzucił Harry.

ooo

Harry otworzył w końcu wydanie Proroka Codziennego i musiał przyznać, że Lavender wykonała doskonałą robotę, nie próbując niczego kombinować z jego słowami. Stos gazet zajmował cały stół w kuchni i nagłówki krzyczały do niego z każdej strony. Jego wyznanie nie przeszło bez echa, ale zostało dostatecznie przyćmione przez atak w Ministerstwie. Porównywano go do zajścia sprzed paru lat. Wtedy też wielu śmierciożerców trafiło do Azkabanu. Lucjusz był jednym z nich, ale oddał się dobrowolnie, wiedząc, że prędzej czy później zostanie uwolniony i doceniony za swoją rzekomą lojalność. Już wtedy szpiegował ponad rok na ich rzecz.
Spodziewano się, że Azkaban zostanie zaatakowany w ciągu najbliższych dni, ale więzienie zostało odpowiednio zabezpieczone. To byłby poważny cios nie tylko dla ich systemu sprawiedliwości, ale również w Ministerstwo, które starało się dać poczucie bezpieczeństwa swoim obywatelom.
Hermiona pojawiła się w kuchni i bez słowa zabrała mu jedną z gazet, rzucając na nią przelotnie okiem. Jej płaszcz z trudem się dopinał.
- Dostałam wymówienie – poinformowała go cicho. – A oni twierdzą, że to przykrywka – dodała.
- Rozmawiałaś z Hesperem? – spytał ciekawie.
- Jest na jakiejś misji. Na razie jestem zakontraktowana wyłącznie do pomocy w Świętym Mungo – ciągnęła dalej. – Pozbawił mnie pracy – dodała z westchnieniem.
- Ron? – spytał niepewnie Harry.
- Artykuł, rozwód, Ron – wymieniła jednym tchem. – Czy to ważne? – spytała retorycznie. – Wizengamot przyspieszył swoje obrady. Spotykają się jutro…
- Ale mieli dopiero spotkać się za tydzień – zdziwił się Harry.
- Atak w Ministerstwie ich zaalarmował. To obrady nadzwyczajne – poinformowała go. – Pojawi się krótka notka w Wieczornym Proroku. Nie chcą rozgłosu – dodała.
Harry przygryzł wargę. Nie czuł się wciąż najlepiej. Jego magia wariowała, nie był jej na tyle pewny, aby mierzyć się z największymi czarodziejami w Wielkiej Brytanii. A nie mieli innego wyjścia. Zastanawiał się nawet nad tym czy nie powinien jeszcze raz, tym razem na spokojnie porozmawiać z Lucjuszem, ale najwyraźniej ich czas się kurczył.
Nie zdążył wiele dowiedzieć się o przepisach Wizengamotu. Hermiona wspominała o starej zasadzie, że każdy mógł w dowolnej chwili zażądać miejsca w radzie, ale wiedział jedynie tyle co powiedziała mu przyjaciółka. Nie znał historii powstania Wizengamotu ani nawet uprawnień jakie posiadali. Jakie wpływy mieli w Ministerstwie.
- Cholera – jęknął, wiedząc, że jutrzejszy dzień okaże się wielką katastrofą.
- Przygotuję twój garnitur – odparła z westchnieniem.

ooo

Lucjusz zakładał, że nie zobaczą się z Harrym zbyt szybko. Nie widział ani Pottera ani Granger podczas przesłuchania, a Draco jak zawsze twierdził z przekonaniem, że Gryfoni zaszyli się liżąc rany. Według niego Granger wciąż bardziej interesowała się skrzatami niż światem wokół, co zapewne bawiłoby go, gdyby nie wiedział dlaczego jego syn nagle tak wąsko torował swoją myśl. Spodziewał się po nim więcej i był przekonany, że się co do niego nie mylił. Draco miał umysł światły, ale temat tej dziewczyny wciąż wypływał i Lucjusz po prostu nie chciał podążać dalej tą drogą.
Rada zwołała nadzwyczajne spotkanie, więc poprawił swoją szatę, zastanawiając się czy w ogóle bezpiecznym było pojawianie się w Ministerstwie. Okna naprawiono niezwłocznie, ale fontanna miała już nigdy nie stanąć na parterze. Zbyt wiele niebezpieczeństw ze sobą niosła. Eksplodując raniła tak wiele osób, że zdecydowano, że nie jest bezpieczna. Kolejny pomnik został na dobre zniszczony przez głodnych uwagi wariatów.
Lucjusz usiadł na swoim miejscu, nie rozglądając się wokół. Wiedział, że szare twarze jego kolegów nie wróżą niczego dobrego. Ministerstwo musiało podjąć zdecydowane działania i bał się tego, że ci idioci zdecydują się na oddanie przewodnictwa Biuru Aurorów. Kingsley nie był gotowy stanąć przed żadną komisją, a to mogło oznaczać cofnięcie jego nominacji. Przy Weasleyu rosnącym w siłę skończyłoby się to katastrofą.
Całe życie uważał Artura Weasleya za słabego, ale mężczyzna przynajmniej był na tyle inteligentnym, aby wiedzieć, że agresja nie oznaczała dominacji. Pokaz siły nie zastępował szacunku.
- Rozpoczynamy dzisiejsze nadzwyczajne spotkanie w związku z atakiem w Ministerstwie – zaczął przewodniczący Swingwood.
Wiekowy już staruszek zdawał się zaaferowany. Jego dłonie trzęsły się, gdy przystawiał różdżkę do swojego gardła, aby nagłośnić swoje wystąpienie. Lucjusz jednak nie dawał się zwieść. Swingwood był jednym z tych, którzy z łatwością opanowaliby nie jednego młodzieniaszka rzucającego zaklęciami na prawo i lewo. Gdy uwolnili Wizengamot z okowów starości i marazmu, Swingood pozostał, wykazując się zaskakującą werwą.
- Przepraszam, że przerywam – powiedział ktoś nagle i Lucjusz zamarł, ponieważ znał doskonale ten głos.
- Co tu robisz chłopcze? – spytał Swingwood.
Przewodniczący najwyraźniej był mocno zaskoczony. Wszyscy odwrócili się w stronę niewielkich bocznych drzwi, a niektórzy nawet wstali. Lucjusz starał się nie dać po sobie niczego poznać, ale czekał z napięciem na rozwój wypadków. Nigdy nie sądził, aby Potter był aż tak głupim, aby faktycznie bez zaproszenia pojawić się na zebraniu Wizengamotu.
Te spotkanie nie były tajne, ale jednak nie pozwalano uczestniczyć w nich byle komu. Amelia bardzo rzadko zabierała głos, ponieważ zdecydowała się na rozdział obowiązków i jako pierwsza Minister Magii od setek lat, postanowiła odrzucić członkostwo w Wizengamocie, aby nie wpływać na ich decyzje.
- Uhm – zaczął Potter z tak sobie charakterystyczną elokwencją.
Chłopak przynajmniej był na tyle przytomny, aby przesunąć się na sam środek sali. Lucjusz nie mógł patrzeć na jego okropny garnitur. Mugolska moda nigdy go nie pociągała. Nie czuł też do niej obrzydzenia, ale stawanie przed Wizengamotem niosło z sobą pewne powinności. Najwyraźniej nie tylko on tak uważał, ponieważ kilka czarownic wyglądało na mocno zdegustowanych.
- Przyszedłem żądać miejsca w radzie – powiedział w końcu Potter i Lucjusz miał ochotę uderzyć się w czoło.
- Żądać? – powtórzył za nim wolno Swingwood, jakby nie wierzył w to co usłyszał.
Sala wypełniła się szeptem.
- Cisza! – mruknął Swingwood.
Potter wyglądał na zakłopotanego.
- Nie przyszedłem prosić o miejsce, ale żądam uznania moich roszczeń – powiedział chłopak i wziął głębszy wdech, jakby chciał dodać coś jeszcze.
Najwyraźniej się jednak rozmyślił.
- Powołujesz się na zasadę sprzed czterystu lat? – spytał ktoś na lewo od Lucjusza.
- Panie Potter, rozumiem, że wiele zrobiłeś dla czarodziejskiego społeczeństwa, jednak proponowaliśmy panu miejsce i propozycja została odrzucona – przypomniał Swingwood.
Potter nawet nie mrugnął.
- Nie chcę, abyście mi dawali coś. Jeżeli mogę, zdobędę to sam – odparł chłopak i nie było w jego głosie buty.
Zwykłe gryfońskie stwierdzenie faktu. Lucjusz po raz pierwszy zaczął się zastanawiać czy ten chłopak tak samo zwiódł Voldemorta zanim odebrał draniowi plan, który zajął szaleńcowi więcej nawet niż jedno życie.
Swingwood spoglądał na Pottera przed dłuższą chwilę.
- Dobrze – odpowiedział w końcu przewodniczący. – Czy znasz zasady?
- Mam udowodnić, że jestem godzien – stwierdził Harry, zaczął odpinać guziki marynarki i ktoś prychnął rozbawiony.
- Co robisz chłopcze? – spytał Swingwood, wychylając się ze swojego miejsca.
- Magię – odparł krótko Potter i Lucjusz sam miał ochotę się roześmiać, ale coś zaczęło wypełniać pomieszczenie.
Chłopak nie mógł użyć żadnego zaklęcia, bo nie poruszyła się jego różdżka, ale jednak coś unosiło się w powietrzu. Jeśli Potter w tak młodym wieku opanował magię bezróżdżkową, nie dziwił go wybuch sprzed dwóch dni. Harry musiał dopiero przyzwyczajać się do swojej mocy, co nie mogło być łatwe.
Chłopak nie szeptał zaklęć, a jednak magia zdawała się wirować w powietrzu i nawet Swingwood zdawał się zafascynowany. Stary czarodziej wyciągnął do góry swoją różdżkę, szepcząc coś i powietrze wypełniło się jasnymi plamami, które Lucjusz potrafił nazwać tylko żywym światłem. Część wyglądała jak zwykłe smugi i zdał sobie nagle sprawę, że to magia chłopaka. Dzięki Swingwoodowi nawet ci mniej podatni na moc, mogli dostrzec jak wiele jej zaczęło wypełniać przestrzeń.
Potter tymczasem stał na środku sali. Jeśli wzrok nie mylił Lucjusza, chłopak unosił bardzo powoli dłonie do góry, jakby w ten sposób generował ilość mocy, która z niego wychodziła. Jego dłonie były dopiero na początku wędrówki, a on już czuł się przybity do fotela.
- Jak? – wyrwało się Swingwoodowi, który chyba doszedł do tych samych wniosków co on.
Mieli ogromne szczęście, że Potter radził sobie z mocą. Byliby martwi, gdyby wyrwała się spod kontroli chłopaka. Pomieszczenie było może i duże, ale ograniczone. Nie potrafił się ruszyć i wątpił, aby udało mu się rzucić chociaż najprostszą tarczą.
Tymczasem Harry unosił dłonie coraz więcej, wypełniając salę światłem. Lucjusz nie rozumiał jak mogli to przeoczyć.
- Magia – odparł ponownie chłopak, jakby to było oczywiste.
Fakt, że cała trójka była tak tajemnicza po powrocie z ich wyprawy, nagle nabrał sensu. Potter musiał wejść w posiadanie pełni mocy, gdy tylko dorósł. A wtedy był poza kontrolą Dumbledore'a, poza Hogwartem wraz z dwójką przyjaciół, zamknięty w małym namiocie. Lucjusz był pewien, że ta magia nie miała nic wspólnego z mocą Voldemorta. Granger już zadziałałaby, aby się jej pozbyć. Ministerstwo byłoby poinformowane dla dobra samego Pottera. Ta magia pochodziła od niego, dlatego tak dobrze sobie z nią radził.
- Dość – powiedział Swingwood, opadając na krzesło.
Wszystko nagle znikło tak szybko jak się pojawiło i Lucjusz prawie poczuł rozczarowanie.
- Przepraszam – odparł niemal natychmiast Potter. – Nie zrobiłem nikomu krzywdy? – spytał nagle spanikowany.
Dłonie chłopaka luźno zwisały wzdłuż ciała. Bezużyteczna różdżka wciąż w jego ręce.
- Zobaczyliśmy dostatecznie wiele – oznajmił mu Swingwood głosem tak stanowczym, że Lucjusz nie miał wątpliwości, że czarodziej jest poruszony. – Rada musi ustalić jak odniesiemy się do pana żądania. Proszę nie oddalać się. Wydamy decyzję jeszcze dzisiaj – dodał przewodniczący.

ooo

Hermiona czekała na niego przed salą i dobrze, bo wyszedł tak roztrzęsiony, że musiała go uspokajać dobre parę minut zanim był w stanie powiedzieć cokolwiek.
- Nic z tego – poinformował ją.
Czuł się dokładnie tak samo jak wtedy, gdy przesłuchiwano go parę lat temu. Dumbledore wtedy nie opuścił go nawet przez chwilę. Potrafił sobie radzić z Wizengamotem i chociaż Harry widział, że wiele się zmieniło, rada nadal go przerażała.
- Harry – zaczęła Hermiona.
- Mogłem zrobić coś nie wiem… bardziej spektakularnego, ale bałem się, że moja magia, że ona nie zareaguje – wyjaśnił pospiesznie. – Więc starałem się kontrolować ją na każdym etapie i skutkiem tego nie chciało im się nawet czekać. Miałem jedną szansę i skrewiłem. Najwyraźniej ilość fartu skończyła mi się wraz z Voldemortem.
Hermiona przewróciła oczami, jakby nie wierzyła, że to powiedział.
- Wychodzimy i napijemy się herbaty – zakomenderowała, jakby kubek parującego napoju miał rozwiązać wszystkiego jego problemy.
Zero oszczędności i ciąża uderzyły w niego tak mocno jak jeszcze nigdy. I nie był sam. Hermiona też miała swoje problemy i bliźniaki w drodze. To dawało piątkę ludzi. Rodzinę, którą rozczarował tym, że nie potrafił niczego sensownego zrobić ze swoją magią.
- Pomyślą, że zwariowałem – stwierdził. – Widziałem Lucjusza i jego minę. Nie był pod wrażeniem.
- Malfoy nie jest tym, który decyduje – przypomniała mu.
- Ale jest jednym z nich, nie wiem zresztą… - zaczął się gubić.
Poczuł jak przyjaciółka zaczyna masować jego ramiona.
- Stres szkodzi dziecku – wyszeptała, zapewne zamierzając użyć tego argumentu, aby wymusić na nim opanowanie się.
Poskutkowało. Zrobił kilka większych wdechów.
- Czekałam, żeby ci powiedzieć. Mogłabym podjąć pracę w Żonglerze. Luna szuka też kogoś do rubryki sportowej – powiedziała. – Ale to miała być praca awaryjna – dodała.
Spojrzał na nią zaskoczony.
- Wiesz ile mam planów awaryjnych? – spytała retorycznie.
- Wiesz, że cię kocham, prawda? – odpowiedział.
Wciąż miał ochotę zapaść się pod ziemię, ale przynajmniej wiedział, że mają jakieś wyjście z sytuacji. Zastanawiał się też nad sprzedaniem domu, ale to były jedyne pamiątki, które miał po Syriuszu. Nie chciał się z nimi rozstawać.
Drzwi uchyliły się głucho, więc uśmiechnął się gorzko.
- Nie obradowali za długo – stwierdził, ale w zasadzie nie spodziewał się niczego innego.
Hermiona klepnęła go w plecy, zapewne chcąc dodać mu otuchy.

ooo

Swingwood spoglądał za oddalającym się Potterem w milczeniu. Gdy drzwi zamknęły się z głuchym trzaskiem, czarodziej wstał pospiesznie i rozejrzał się wokół.
- Czy ktoś wiedział? – spytał przewodniczący podniesionym głosem.
Szeptano i Lucjusz spodziewał się, że w końcu wszystkie oczy skierują się w jego stronę. Przyznanie do własnej niewiedzy nigdy nie wychodziło mu zbyt dobrze.
- Potter zawsze był potężny – odparł wymijająco.
- Miałeś go zwerbować – przypomniał mu Swingwood.
- Pottera nie da się przekupić, aby zrobił to co chcesz – uświadomił mu Lucjusz.
- Takich ludzi nam właśnie trzeba – stwierdził przewodniczący.
- Pottera nie można kontrolować. Nie przemówisz mu do rozsądku, podając długofalowe konsekwencje jego działania. Dla niego liczy się wyłącznie całkiem altruistyczne dobro niezależnie od ceny jaką zapłaci on czy ktokolwiek inny – poinformował ich Lucjusz. – Ustawy, za którymi zagłosuje, muszą być zgodne z jego sumieniem. Inaczej zawetuje każdą. Nie zdobędziecie jego głosu podczas kolacji czy wspólnego balu. Powołując się na to, że uczył się z waszymi dziećmi czy wnukami – dodał.
- Więc wnioskujesz przeciwko? – spytał Swingwood w szoku.
- Oczywiście, że nie. Starałem się, aby Potter stał się jednym z nas i wciąż uważam, że powinien. Jednak was ostrzegam – powiedział po prostu, a potem nagle zdał sobie sprawę, że podniósł się ze swojego krzesła.
Już dawno nie dał się tak ponieść emocjom. Potter jednak zawsze wzbudzał w ludziach wiele.
- Taka moc – powiedział ktoś z rozmarzeniem.
- W rękach poświęcającego się altruisty – wtrącił Lucjusz. – Potter jest też gejem – dodał.
Ktoś parsknął.
- Próbowałeś go wyswatać z synem? – spytała Gwineth Naborrow i przypomniał sobie z łatwością dlaczego nigdy za nią nie przepadał.
- Niechęć Pottera do Draco jest powszechnie znana. Potter, jeśli wyczuje, że próbujesz wepchnąć mu w łapska cokolwiek, zniszczy cię – poinformował ją Lucjusz.
To było wierutne kłamstwo. Chłopak nie potrafił sobie poradzić z własnym przyjacielem, a co dopiero z manipulacyjnymi politykami. Coś mówiło Lucjuszowi też, że Potter nie do końca zdawał sobie sprawę z własnej siły. Gdyby chciał, mógł dwa dni temu zakończyć potyczkę ze śmierciożercami w ciągu kilku chwil. Tymczasem czekał, aż magia w nim narośnie i po prostu wypłynie z naczynia, którym się stawał.
- Jak zatem głosujemy? – spytał ktoś.
- Czy głosowanie jest konieczne? – zainteresował się Swingwood.
Lucjusz w pełni rozumiał jego punkt widzenia. Potter był im konieczny od samego początku. Jako czyste poparcie był wart krocie, ale jako członek rady stawał się bezcennym. Lucjusz nie wiedział jak teraz określić wartość chłopaka. Z magią taką jak ta dawał radzie moc niewyobrażalną. Wizengamot nie zawsze tworzył własną pulę zaklęć, ale od kilku miesięcy przygotowywali się na każdą ewentualność. Z Potterem mogli zostać zaatakowani i przez wszystkich śmierciożerców pozostałych na wolności, a żaden nie ostałby się przy życiu.
Musiał przegapić rozmowę, bo kiedy spojrzał z powrotem na środek sali, chłopak stał tam lekko zdenerwowany.
- Wolą Wizengamotu jest przychylić się do twojej prośby – powiedział Swingwood, jakby robił Potterowi ogromną łaskę.
Od pięciuset lat z okładem nikt nie wywarł na radzie takiego wrażenia, aby wejść w jej szeregi z marszu. Chłopak zdawał się zaskoczony, a potem kolejna emocja przecięła jego twarz. I niedowierzanie pozostało tam przez ułamek sekundy, wyparte potem przez bezgraniczne szczęście.
- Rozumiem, że masz swoich iuniores? – spytał Swingwood.
Potter wpatrywał się w czarodzieja podejrzliwie.
- Miałem coś ze sobą przynieść? – zdziwił się chłopak.
Lucjusz miał ochotę uderzyć się w czoło.
- O ile miejsc w radzie się upominałeś? – spróbował Swingwood i coś jak niepewność pojawiło się we wzroku chłopaka.
Potter jednak zmarszczył się, jakby dopiero teraz do niego docierało o czym rozmawiają.
- O dwa – powiedział bardzo ostrożnie chłopak, jakby badał grunt.
Swingwood dałby mu i dziesięć.
- Kim zatem jest druga osoba? – spytał przewodniczący.
- Hermiona Granger-Weasley, niedługo Granger – powiedział Potter z pewnością w głosie.
Swingwood wyglądał przez krótką chwilę, jakby połknął cytrynę. Dziewczyna pochodziła z rodziny bez tradycji i mało tego – zamierzała się rozwieźć z czystokrwistym. To otrzymywało się, gdy dawało się Gryfonom wybór. Przewodniczący musiał dostać swoją własną nauczkę.
- Dobrze zatem – zgodził się Swingwood, chociaż przyszło mu to z trudem.