Zastrzeżenie: Nie jest to moja praca, tylko tłumaczenie angielskiego oryginału należącego do ix3frogger. Prawa do sagi, bohaterów należą do Stephenie Meyer.


Przez całą drogę walczyłam ze sobą, z chęcią zawrócenia, udawało mi się jednak odpychać niechciane myśli i kontynuowałam podróż.

Muszę to zrobić – ciągle sobie powtarzałam… i z tą myślą znalazłam się u Cullen'ów.


Od autorki: Do tych wszystkich, którzy myśleli, że zupełnie zapomniałam o Alice w poprzednim rozdziale: nie martwcie się, tak nie jest; po prostu inaczej to rozpracowałam. Zobaczycie, gdy przeczytacie…


Rozdział 8: Pewność siebie

Zupełnie zapomniałam o Alice i jej umiejętności zerkania w przyszłość, więc kiedy wybiegła z drzwi wejściowych i rzuciła się na mnie, byłam kompletnie na to nieprzygotowana. Jak ja mogłam o tym nie pamiętać?

Nagle poczułam, jak milion emocji przeszywa moje ciało; najbardziej wyraźną z nich była wątpliwość. W jaki sposób mam stawić temu czoła, jak nawet nie potrafiłam zapamiętać daru Alice?

Zaczęłam panikować i w momencie, gdy miałam ochotę odwrócić się i stąd uciec, poczułam, jak zalewa mnie fala spokoju. Jasper.

Panika w mgnieniu oka ustąpiła, a jej miejsce zajęła pewność siebie. W duchu mu podziękowałam, kiedy wygrzebałam się z ramion Alice.

- Bella! Wiedziałam, że wrócisz! – powiedziała, wesoło podskakując w górę i w dół.

- Oczywiście, że wiedziałaś – odpowiedziałam, a ona wybuchła śmiechem.

Poczyniła krok do przodu i spróbowała ponownie mnie przytulić, jednak szybko cofnęłam się o krok; nie byłam jeszcze na to gotowa. Natychmiast pożałowałam mojej decyzji, kiedy ujrzałam jej twarz – wypełnioną bólem, zranioną.

- Alice, przepraszam… po prostu jeszcze nie jestem gotowa – próbowałam ją uspokoić.

Jej głowa od razu podniosła się, a jej twarz wypełniona była teraz szczęściem i podekscytowaniem.

- Ale będziesz, już niedługo! – powiedziała pewnym głosem.

Uspokoiła mnie tymi słowami, ponieważ wiedziałam, że była to prawda. Nigdy nie odważyłabym się zakładać przeciwko Alice. Pomimo, że byłam spokojna i pewna siebie, w dalszym ciągu mój umysł zalewany był falami wątpliwości. A co jeżeli Alice się myli? Co się stanie, jeśli się nie ułoży? Co ja im powiem? Jak ja to mam zrobić…!?

Panika – raz jeszcze – zaczęła we mnie wzbierać. Jasper jednak musiał to wyczuć, ponieważ pokierował w moją stronę kolejną falę spokoju. Byłam zadowolona, że on tu był; zdawałam sobie sprawę, że bez niego wycofałabym się w momencie, gdy ujrzałam ten dom.

Alice i ja cały czas tu stałyśmy – na przednim podwórku Cullen'ów – kiedy ona pociągnęła mnie za rękę i rzekła:

- Chodźmy się spotkać z resztą rodziny!

Pierwszą rzeczą, którą zauważyłam, kiedy weszłam przez główne drzwi, było to, że cały klan już tu się zgromadził – siedzieli na kanapach tuż obok telewizora. W mgnieniu oka rozpoznałam miejsce, w którym już wcześniej przebywałam; to tutaj leżałam przez prawię dobę, to tutaj siedziałam i przytulałam się do Edward'a.

Kiedy weszłyśmy, Edward podniósł się na równe nogi i już miał zamiar uściskać mnie w stylu Alice, gdy ujrzał niechęć w moich oczach i po prostu postanowił stanąć w miejscu.

Patrzyliśmy się na siebie przez nie wiem jak długi czas, póki w końcu nie zmusiłam siebie do odwrócenia wzroku. Stopniowo moje oczy skierowały się na resztę Cullen'ów. Zaczęłam przypominać sobie wszystko na ich temat: sposób, w jaki Carlisle i Esme mieli ze sobą złączone ręce, górująca figura Emmett'a, niezaprzeczalna uroda Rosalie, skupienie i troska w oczach Jasper'a...

Zobaczenie ich wszystkich sprawiło, że poczułam się znowu cała. Poczułam się tak, jakbym miała rodzinę; jakbym gdziekolwiek należała.

W momencie, gdy zamierzałam się odezwać – pomimo że nie miałam zielonego pojęcia, co powiedzieć – Carlisle zrobił to pierwszy, ratując mnie.

- Bello – powiedział błagalnym tonem.

- Tak, Carlisle…

- My- My-… - nigdy bym nie pomyślała, że będę świadkiem, jak Carlisle nie może znaleźć słów.

- Bella – powiedziała Esme, ratując męża – Jest nam tak przykro! Wiemy, że nigdy nam nie wybaczysz, ale proszę, abyś chociaż spróbowała zrozumieć! Myśleliśmy, że nie żyjesz, że cię zabito. Nigdy sobie nie wyobrażaliśmy nawet w naszych najśmielszych oczekiwaniach, że zostałaś przemieniona; że jesteś jedną z nas – jej oczy błagały, próbowały przekonać, żebym zrozumiała.

- Ale Esme, to wszystko nie zmienia faktu, że w pierwszej kolejności odeszliście. To nie zmienia tego, że jestem jedną z was. To nic nie zmienia – tego, że żyłam każdego dnia sama i w bólu, tego, że dzień w dzień od waszego odejścia myślałam o samobójstwie, nawet tego, że marzę o posiadaniu własnego życia. To nic nie zmienia – stwierdziłam z drżącym głosem.

Pewność siebie zniknęła, a moje ciało zaczęło się trząść; gotowe, by się załamać, upaść na kolana i ponownie łkać; ale w jakiś sposób udało mi się znaleźć siłę, by wstać i raz jeszcze przemówić.

- Esme… przepraszam, nie chciałam wypowiadać się w takiej złości. Po prostu… n-nie wiem… Czuję się tak, jakbym trzymała swoje emocje schowane przez tak długi czas, że teraz, kiedy się ujawniają, robią to ze zdwojoną siłą… - nie wiedziałam, czy w moich słowach ukryty jest jakikolwiek sens, ale wydawało mi się, że oni zrozumieli.

- Bello – powiedział Edward, a jego piękny głos uspokajał mnie – Nie przepraszaj, nie masz za co. Zasługujemy na to. Nie, zasługujemy na większą karę, niż aktualnie. Proszę Bello, nie czuj się źle, to nasza wina, nie, to wszystko moja wina!

- Edward! – zbeształa Alice, która dotychczas nie włączała się do rozmowy – Nawet nie waż się mówić, że to twoja wina! To nas wszystkich sprawka! My wszyscy postanowiliśmy, że Bella będzie bezpieczniejsza, gdy już dłużej nie będziemy w jej otoczeniu.

- Szkoda tylko, że ten plan się troszkę schrzanił… - powiedziałam do siebie.

Usłyszał to Edward – dzięki jego niezwykle ostremu, wampirzemu słuchowi – i z powrotem przykuł do mnie swoją uwagę, kompletnie zapominając o Alice – Wiem Bello. Oh, jak bardzo bym chciał, żeby to nie było prawdą, żeby cofnąć czas… Nawet nie potrafię wyrazić, jak bardzo tego pragnę. Czy chciałabyś kiedykolwiek jeszcze być częścią naszego życia? – w jego głosie słychać było zarówno nadzieję, jak i zrezygnowanie.

- Edward… - załkałam, ale szybko wznowiłam rozmowę – Bardzo bym chciała, naprawdę. Po prostu nie wiem, czy potrafię… nie wiem, czy będę w stanie kiedykolwiek ci zaufać. Kocham cię Edwardzie, zawsze kochałam, zawsze będę – ale ja… może… moglibyśmy po prostu dojść do celu małymi kroczkami? – kończąc zdanie zwróciłam się w stronę reszty rodziny, mając nadzieję, że zrozumieli, że to również i ich się tyczy.

- Oczywiście Bello – odpowiedzieli.

Poczułam się, jakby z moich barków spadł ogromny ciężar. W ciągu jednej krótkiej chwili się zrelaksowałam.

- Dziękuję – powiedziałam im.

- Bello, dla ciebie wszystko – powiedziała kochająca Esme.

- Yeah! Nasza Bella wróciła! – wykrzyknął podekscytowany Emmett, po czym przespacerował się do mnie i ujął w ogromnym, niedźwiedzim uścisku.

- Emmett, puść mnie! – próbowałam zabrzmieć poważnie, ale jedyne, co ze mnie wyszło, to śmiech, i znowu, znowu… w końcu nie wytrzymałam i na dobre się roześmiałam. Do tego momentu Emmett już dawno zdążył postawić mnie na ziemi, gapiąc się z nieodgadnionym wyrazem twarzy.

- Ja- tylko- ty- nie wiem! – próbowałam w przerwach mu wytłumaczyć.

Emmett zaczął się śmiać razem ze mną i w końcu dołączyli wszyscy Cullen'owie. Wszyscy bez wyjątku leżeliśmy na ziemi, trzymając się za boki, histerycznie się śmiejąc.

Po – jak wydawało nam się, godzinach – przestaliśmy się śmiać i po prostu siedzieliśmy na podłodze, nie odzywając się ani słowem.

To najzabawniejszy moment, jaki miałam w ciągu ostatnich dwudziestu lat… pomyślałam.

- Czuję się… dobrze – powiedziałam, tym razem na głos, a w moim głosie słyszalny był szok.

Edward postanowił się odezwać.

- Wiem – powiedział i z tym przybliżył się do mnie i wziął za rękę, złączając nasze palce.

Nie wiedziałam, jak się zachować. Powinnam go odepchnąć? Nie chciałam tego.

Wiedziałam, że potem tego pożałuję, ale w dalszym ciągu nie zabrałam ręki. Zamiast tego zwróciłam w jego kierunku głowę i zaśmiałam się do tych pięknych, topazowych oczu. Nie zamierzałam się ruszać. Nie ruszę się. Chciałam tak siedzieć już zawsze, trzymając go za rękę.

Byłam szczęśliwa. Po raz pierwszy w ciągu dwudziestu lat byłam szczęśliwa. Nie chciałam, by ten moment kiedykolwiek przeminął.


Od autorki: Ah, nowy rozdział! Słodko. Mam poczucie, jakby kolejne rozdziały stawały się coraz nudniejsze… Co myślicie? Komentujcie!


Od tłumaczki: Baardzo przyjemny rozdział do tłumaczenia :) świetnie się bawiłam. Dajcie znać, co o tym myślicie! :)