Weekend majowy, słońce więc jakoś tak lepiej się pisze. A że obowiązków teraz trochę mniej, więc mam okazję poświęcić się w stu procentach pisaniu. Przepraszam, że to tak długo trwało. Oto nowy kawałek, a następny ( rozdział oraz coś nowego) w drodze :P

Pozdrawiam!


Daniel poczuł przeraźliwy ból głowy. Archeolog przetarł oczy, powoli je otwierając. Unoszący się w powietrzu kurz i pył, utworzył chmurę ograniczającą pole widzenia, która także dusiła, przy każdym głębszym oddechu. Przymrużył oczy i zasłonił usta rękawem, tworząc prowizoryczną maskę, przez którą mógł swobodnie oddychać. Drugą ręką sięgnął po radio. Po kilku sekundach wreszcie wyczuł kształt krótkofalówki pod kurtką i wyciągnął ją. Na szczęście była cała. Uruchomił ją, jednakże usłyszał tylko zakłócenia, zupełnie jakby ktoś lub coś zagłuszało sygnał, a następnie radio wyłączyło się. Spróbował ponownie, lecz bez skutku. Radio nie włączyło się ponownie. Odrzuciwszy krótkofalówkę na bok, rozejrzał się dookoła, kurz i pył trochę opadł, więc widoczność się poprawiała. Zobaczył przed sobą zawalony strop oraz ścianę. Wziął głęboki oddech przez rękaw. Kurz, który przedostał się do krtani, podrażnił jego płuca, sprawiając, że archeolog zakaszlał. Daniel przełknął ślinę, próbując przynajmniej trochę nawilżyć wysuszone gardło, jednak mimo to nic nie polepszyło jego dyskomfortu.

„Muszę się stąd wydostać i to szybko. Cholera, gdyby tylko radio działało!"

Daniel odwrócił się, na szczęście znajdował się w takim położeniu, że zawalone kamienie utworzyły nad nim stabilną małą grotę. Mężczyzna musiał poszukać jednak innej drogi na zewnątrz, gdyż wyjście, które wcześniej się tutaj znajdowało, teraz było całkowicie zasypane. Daniel przeczołgał się na drugi koniec groty. Po kilku minutach, zorientował się, a raczej poczuł na własnej skórze, że z północnej części wieje. Daniel doczołgał się przez zwężenie, które utworzyło tunel, do ściany. Tam, jak się okazało, z małej szczeliny między kamieniami do groty wpływało świeże powietrze. Daniel odsunął dwie mniejsze skały, które barykadowały otwór i wystawił twarz w kierunku chłodnego podmuchu, biorąc głęboki oddech.

„No dobra, jeśli wiatr się tedy przedostaje, to światło także powinno chyba, że zapadł już zmrok. W takim razie Jack pewnie posłał po pomoc, jeśli żyje. Daniel skup się, musisz się wydostać! Musisz odsunąć te kamienie, zrobić przejście." Powiedział do siebie w myślach.

Doktor Jackson odsunął się od szczeliny i dokładnie zbadał zbitkę skalną, tworzącą ścianę przed nim. Znalazł dwa, przynajmniej tak mu się wydawało, słabe punkty, gdzie mogłoby by powstać przejście. Skały w tych miejscach były tak „ułożone", iż można by było usunąć je bez zagrożenia zawaleniem całości. Mężczyzna postanowił nie czekać ani chwili dłużej, wiedział zresztą, że im szybciej się wydostanie, tym lepiej. Poza tym bardziej przyda się na powierzchni, odkopując resztę towarzyszy, niż czekając na ratunek. Był pewien, że Cal'dria jest gdzieś tutaj, zapewne nieprzytomna, wymagająca natychmiastowej pomocy lekarskiej. Zaczął usuwać mniejsze skały, odrzucając je na bok, gdzie było więcej miejsca. Jego mięśnie napinały się pod ciężarem kamieni, małe kropelki potu zaczęły spływać z jego czoła, jednak archeolog ani na chwilę nie przerywał pracy. Chęć wydostania się oraz świadomość o uwięzionych przyjaciołach dodawała mu sił. Jedna skała po drugiej, mechanicznie, bez przerwy, aż w końcu ujrzał mały strumień światła przedostający się przez otwór, który sam stworzył.

Daniel odetchnął z ulgą, ocierając pot z czoła w rękaw swojej niezbyt czystej kurtki. Pył i brud przestał mu nagle przeszkadzać. Przełknął ślinę, nawilżając suche gardło, a następnie wziął głęboki oddech i wpatrując się w smugę światła, zaczął wołać o pomoc.

Jack podpierając swoją prawą stronę na długim kiju, znalezionym na skraju lasu, zbliżył się do miejsca, w którym wczoraj pracował. Przystanął przy gruzowisku. Teal'c wyruszył niecałe trzy godziny temu, w celu sprowadzenia pomocy z Ziemi. Mimo to, Jack martwił się o przyjaciela oraz o uwięzioną pod skałami resztę drużyny. Nie pomagał także fakt, że radioodbiorniki przestały działać, na skutek jakieś bliżej nieokreślonej siły zewnętrznej. Sama myśl o tym nasunęła mu obraz Carter.

Jego serce zabiło mocniej, a fala niepewności i obawy przeszła przez jego ciało. Nie miał pojęcia, co się z nią dzieje. Fakt, jeszcze kilka godzin temu był w stanie rozszarpać Sam za to, że spogląda na innego mężczyznę niż on. Był wściekły, mimo iż nie miał do niej jakiegokolwiek prawa. Nic nie mógł poradzić, że był zazdrosny, oczywiście zazdrość tą uzasadniał troską o misje. Co by się stało gdyby miejscowi odkryli ich kłamstwo? W najlepszym wypadku mogliby stracić cenny sojusz. A w najgorszym? Nawet nie chciał o tym myśleć. Teraz powinien skupić się na misji ratunkowej, a przede wszystkim jej koordynacji.

Mężczyzna zrobił głęboki wdech odwracając się w stronę obozowiska, wtedy usłyszał cichy dźwięk walących się kamieni. Rozejrzał się, jednak nigdzie nie było najmniejszego śladu zmian w ułożeniu głazów. Gruzy wyglądały dosłownie tak samo jak wczorajszego wieczoru. Nie minęło nawet kilka sekund, kiedy ponownie usłyszał ten sam dźwięk.

- Chyba mam paranoję.- powiedział Jack, robią kilka niezdarnych kroków na przód.- Ale na wszelki wypadek sprawdzę, co się dzieje.

Pułkownik odrzucił kij, po czym zaczął wchodzić na zawalone bloki skalne. Oczywiście robił to niezdarnie oraz bardzo powoli, bardziej wyglądało to na czołganie się po kamieniach niż wspinaczkę. Wiadomo, iż zawalona świątynia nie miała takich imponujących rozmiarów, jak wcześniej, ale dla rannego Jacka gruzowisko o wysokości metra było równoznaczne ze wspinaczką na Mount Everest. Mimo to się nie poddawał, miał nadzieję, że może to ktoś próbuje się przekopać. Może właśnie w tej chwili Daniel albo Carter są pod skałami, cali i nie oszukujmy się, że zdrowi, ale bez większych urazów. Walczą by wydostać się na powierzchnię.

O'Neill zacisnął zęby, kiedy wykonując kolejny ruch, jego chora stopa zahaczyła o wystający wierzchołek skały, która przedtem musiała być częścią kolumny podtrzymującej sufit. Jednak nie przerwał wspinaczki, zamiast tego narzucił sobie trochę szybsze tempo. Efekt nadszedł chwilę później, bowiem z nie zbyt dalekiej odległości usłyszał głos wołający o pomoc.

- Kto tam? Carter, Daniel? Halo, słyszycie mnie?- zawołał pułkownik, jednak odpowiedziała mu tylko głucha cisza. Mężczyzna przesunął się do przodu, a następnie zatrzymał, aby złapać oddech.

- Jack, to ty?- po dłuższej ciszy usłyszał cichy głos Daniela.

- Daniel, to ja. Jesteś cały? Gdzie Carter i reszta?- zawołał donośnym głosem przykładając ucho do malutkiej szczeliny, skąd dochodził głos przyjaciela.

Daniel poczuł ulgę, kiedy po jakimś czasie usłyszał głos O'Neilla. Mimo iż był już na skraju wyczerpania, teraz nabrał ponownie sił. Wiedział, że jeśli Jack i Teal'c są cali to pomoc nadejdzie bardzo szybko.

- Nie wiem, zostaliśmy rozdzieleni.- odpowiedział.- Sam i Multos wyszli po sprzęt, wtedy nas zasypało. Nie wiem, co się stało…

- Trzęsienie i te twoje starożytne głazy nie wytrzymały.- usłyszał w odpowiedzi. Mógł przysiądź, iż mimo sytuacji, w jakiej się znaleźli Jack wypowiedział to z tym swoim charakterystycznym uśmieszkiem na twarzy. Daniel uśmiechnął się przymykając powieki, kiedy ze skał posypał się piasek. Mężczyzna ponownie otworzył usta, jednak tym razem żadne słowo nie przeszło mu przez gardło. Spojrzał w smugę światła i zauważył, że kamienie zaczynają się o siebie ocierać, co powodowało tworzenie się pyłu. Archeolog zaczął się wycofywać do tyłu.

- Posłuchaj, trzymaj się, ok! Teal'c sprowadzi pomoc…

- Jack pośpieszcie się, strop nie wytrzyma za długo!

- Wyciągniemy was, nie martw się!

Daniel westchnął. Wierzył przyjacielowi, ale wiedział też, że jeśli się nie pośpieszą, to pomoc na nic się nie zda. Przełknął ślinę, to było jedyne możliwe wyjście, aby się nie odwodnić. Nie miał nic do picia, ani jedzenia, zapasy zostały w plecaku, a ostatnia manierkę wody, którą miał przy sobie dał Cal'drii. Był zmęczony i prawdopodobnie miał wstrząs mózgu, ale nie poddawał się. Miał silną wolę przetrwania, przecież był w SG-1. A oni zawsze wpadali w jakieś kłopoty.

- Znajdowałem się w gorszych opałach. Pomoc nadejdzie, już niedługo! Musze jakoś przetrwać do tego czasu.- pomyślał archeolog i spoglądnął w kierunku smugi światła. Teraz rozświetlała ona resztę ciemnego tunelu, w którym przed chwilą się znajdował. Wyraźnie mógł zauważyć kurz unoszący się w powietrzu oraz skały. Zamknął na chwilę oczy, po czym powoli je otworzył, gdy tylko usłyszał trzask. Tym razem nie zobaczył światła, ale jedynie walące się skały. Pył i kurz ponownie utworzyły uciążliwą chmurę, przez którą nie można było ani oddychać, ani nic zobaczyć. Daniel zaczął pośpiesznie wycofywać się do tyłu, jednak nie udało mu się znaleźć bezpiecznego schronienia przed kamieniami. Zanim zdążył to zrobić, uderzył się w głowę i stracił przytomność.


TBC tym razem o wiele wcześniej niż ostatnio...