- Abonent jest czasowo niedostępny lub znajduje się poza zasięgiem… - Głos automatycznej sekretarki wymawiał każde słowo powoli i wyraźnie, co niezwykle zirytowało Ludwiga. Francis nie odbierał. Ze złością wcisnął telefon do kieszeni kurtki i przyspieszył kroku, czując nieznośny ból w oczodołach.
Musiał ostrzec Francisa.
Jeszcze tego samego dnia rano zdecydował się powiedzieć szefostwu o Gilbercie, choć doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że po ich ostatnim spotkaniu Francja zapewne zmienił kryjówkę jego brata. Niemcy długo gryzł się z tą decyzją, wiedział jednak, że nie ma wyjścia. Nie po tym, jak widział atak choroby Gilberta.
Wyzwoleni mu pomogą. Za cenę bycia personifikacją będzie żył.
Ludwig był niezachwianie pewny w swoim postanowieniu, dopóki tuż przed spotkaniem z szefem nie otrzymał telefonu od Francji.
- Japonia i Chiny zniknęli – powiedział Francis po krótkim powitaniu. – Zostali zaatakowani przez Wyzwolonych.
- Skąd wiesz, że to oni zaatakowali?
- Mam swoje źródła.
Niemcy poczuł rosnącą złość. Dlaczego Francis tak bardzo chce go przekonać, by zmienił zdanie? Sam przecież doskonale wie, w jakim stanie jest Gilbert.
- To niczego nie zmienia – odparł opryskliwie. – Znam swoje obowiązki.
W słuchawce na chwilę zapadła cisza.
- Więc zdradzisz go? – zapytał w końcu Francis.
Ludwig zacisnął dłoń na komórce.
- Nie – odpowiedział. – Ja mu pomogę.
- Nie w ten sposób. Posłuchaj, możemy znaleźć inne rozwiązanie. Mam znajomości…
Niemcy dotknął skroni. Pulsujący ból rozsadzał mu czaszkę.
- Nie. – odpowiedział. Nim się rozłączył, dodał jeszcze. - Nie pozwolę, żeby zniknął.
Przymknął oczy, by choć na chwilę pozbyć się bólu głowy, a potem wszedł do gabinetu szefa.
Nie pozwoli Gilbertowi zniknąć.
Wtedy zdał sobie sprawę, że użył już tych słów podczas ostatniej rozmowy z Feliciano. O czym wtedy rozmawiali? Ludwig zmarszczył brwi, wyobrażając sobie płaczliwy głos Włoch w słuchawce telefonu.
„Niemcy, możesz do mnie przyjść?", pytał, choć doskonale wiedział, że odkąd zachorował, nie wolno mu było się z nikim spotykać.
„Niemcy, nie chcę być sam. Boję się", mówił, chociaż nie miał się czego bać. Jego rząd zrobi wszystko, by mu pomóc.
„A jeśli mnie zabiorą? Pomóż mi!", prosił, choć przecież nic takiego mu nie groziło.
„Nie chcę zniknąć, Niemcy", niemal błagał jak wtedy, gdy śnił, że wszyscy go opuszczają, chociaż to był tylko sen.
Tylko że teraz nikt z nich nie śnił.
- Nie pozwolę, żebyś zniknął – powiedział półgłosem Ludwig. Szef uniósł głowę znad papierów, które podpisywał.
- Słucham?
Niemcy potrząsnął głową i szybko przeprosił. Zapytał o kilka rządowych spraw, żeby znowu się skupić, ale przed oczami wciąż miał twarz Gilberta i ledwie skrywany strach w jego oczach. Czy jest inny sposób, by mu pomóc?
„A jeśli mnie zabiorą?". Głos Feliciano brzęczał mu w uszach, pokrywając się z głosem Gilberta. Co Ludwig wtedy odpowiedział? Ach, tak.
„Nie martw się. Nie dopuszczę do tego".
- Czy jest jeszcze coś, o czym chciałbyś mnie poinformować? – Szef spojrzał na niego pytająco. Ludwig uciekł spojrzeniem w bok i zacisnął dłonie w pięści.
- Nie – odpowiedział. – Nie mam już nic do powiedzenia.
- Rozumiem. Za to ja muszę ci o czymś powiedzieć. – Szef zrobił krótką pauzę, próbując przyciągnąć uwagę Ludwiga. – Właściwie to tajna informacja, ale myślę, że powinieneś o tym wiedzieć. Namierzyliśmy Prusy.
Niemcy gwałtownie wciągnął powietrze, podczas gdy szef, patrząc na niego ze współczuciem, pokrótce wyjaśnił sposób, w jaki przejmą Gilberta, któremu od razu udzielą niezbędnej pomocy. Wtedy Ludwig zrozumiał, że szef kłamie.
„Domyślili się, że coś wiem i chcą mnie wykorzystać, by znaleźć Gilberta", pomyślał. Zaraz jednak naszło go złe przeczucie. „A co jeśli śledzili mnie już wcześniej i naprawdę podejrzewają, gdzie się ukrywa? Może chcą tylko się upewnić. Chyba że szukają czegoś na mnie…".
Pospiesznie opuścił gabinet szefa, zapamiętując jego niepewną minę i rozbiegane spojrzenie. Gdy tylko wyszedł z rządowego budynku, zauważył podążających za nim dwóch mężczyzn. Był pewien, że kręcili się przy nim już od chwili, gdy pojawił się u szefa.
„Czyli jednak mnie obserwują", pomyślał Ludwig i zaklął pod nosem. Nie mógł spotkać się z Francisem i pomóc mu w ukryciu brata, bo tym samym wszyscy by wpadli. Na dodatek Francja jak na złość nie odbierał od niego telefonów. Przecież Ludwig musi go jakoś ostrzec. Co powinien zrobić?
Posłał krzywe spojrzenie w kierunku dwóch idących za nim typków i wsiadł do jednej ze stojących przy chodniku taksówek, każąc się wieźć na lotnisko.
„Chcecie mieć powód, by za mną iść?" pomyślał obserwując, jak śledzący go mężczyźni również wsiadają do taksówki i ruszają za nim. „To ja wam taki dam".
Gdy dwie godziny później siedział w samolocie do Rzymu, doskonale zdając sobie sprawę z tego, że za wtargnięcie na teren kwarantanny mogą go aresztować, czuł dziwne zadowolenie.
Nie pozwoli tym draniom znaleźć brata.
- Mój plan jest taki: wchodzimy, zabieramy Arthura, wychodzimy.
Alfred spojrzał zadowolony na Francisa i Antonia. Spacerowali we trójkę po jednej z promenad na Lazurowym Wybrzeżu, pełnym rozwrzeszczanych turystów. Kilkanaście metrów za nimi, czujnie obserwując przewalające się szerokim chodnikiem tłumy, kręcił się Kuba, niezbyt zadowolony z pomysłu spotkania w takim miejscu. Choć Francja zapewniał, że jest tu całkowicie bezpiecznie i dzięki wszechobecnym ludziom nie będą zwracać na siebie uwagi, to Kuba wciąż czuł się nieswojo.
- To wszystko? A może podasz jakieś szczegóły? – zapytał Francis, nieznacznie unosząc brwi. Czasami zastanawiał się, czy Ameryka naprawdę jest taki głupi, czy tylko udaje.
- Wymyślimy coś na bieżąco.
- Mnie ten plan się podoba – wtrącił Hiszpania, posyłając szeroki uśmiech do mijanej grupki dziewcząt. – Jest prosty i konkretny.
Francja westchnął zrezygnowany. Następny bystrzak.
- Wiesz chociaż, gdzie jest miejsce, w którym przetrzymują Arthura? Bo przecież nie w biurowcu Wyzwolonych – zwrócił się jeszcze do Alfreda, którego pełna samozadowolenia mina nagle zrzedła.
- O tym nie pomyślałem.
- Tego się obawiałem.
- Myślałem, że może Matthew będzie coś wiedział – zaczął tłumaczyć Ameryka, ignorując pytające spojrzenie swoich towarzyszy. Nie chciał po raz kolejny tłumaczyć, kim jest Matt. Nagle zdał sobie sprawę, że w końcu zaczął myśleć o nim jak o swoim bracie i nie wydawało mu się to nienaturalne. – Kubie powiedział, że jedyne, czego nie pamięta to miejsca, gdzie go przetrzymywali. Sądziłem, że może sobie przypomni. Teraz jest zamknięty w areszcie, ale gdyby udało nam się z nim skontaktować…
- Nie mamy na to czasu – przerwał mu Francja. – Arthur potrzebuje naszej pomocy natychmiast. Cholera, ktoś musi coś wiedzieć…
Antonio nieznacznie zwolnił kroku.
- Francis… - zaczął niepewnie. – Chyba wiem, kto może nam pomóc.
Wieczór nadszedł szybko, skrywając w półmroku bryłę budynku konferencyjnego. Ciemna i pusta o tej porze budowla budziła niepokój, ale wciąż była niemalże do bólu znana zebranym na ulicy państwom.
- Jesteś pewny, że to tutaj? – zapytał Alfred, podnosząc głowę, by przyjrzeć się ciemnym oknom.
- Odpowiadam po raz kolejny: tak, jestem pewny – Gilbert posłał Ameryce zniecierpliwione spojrzenie. Potem machnął ręką w kierunku stojącej nieopodal ławki. – Kiedy się obudziłem, siedziałem dokładnie tam.
- To niewiele nam mówi – westchnął Kuba. Popatrzył na Gilberta, wciąż nie mogąc uwierzyć w to, że ktoś taki jak Matthew, kto zdołał uciec z laboratorium Wyzwolonych, właśnie przed nim stoi. – Może pamiętasz coś jeszcze? Jakieś obrazy, skojarzenia, coś charakterystycznego, co mogło ci się rzucić w oczy?
Prusy myślał przez chwilę, palcami dotykając skroni. Francis i Antonio wymienili niespokojne spojrzenia.
- Nie, nic takiego nie pamiętam – odpowiedział w końcu. Zmarszczył czoło. – Tylko takie wrażenie, że niedobrze jest tu być.
Kuba machnął na Turcję, który przerwał jakąś zajadłą rozmowę z Grecją. Po chwili Sadiq i Heracles, wciąż się kłócąc, ruszyli chodnikiem, by obejść budynek konferencyjny i znaleźć jakieś podejrzanie wyglądające miejsca.
- To powinno być gdzieś niedaleko – odezwał się Francja, rozglądając się wokół w poszukiwaniu czegokolwiek, co mogłoby stanowić wygodną kryjówkę. – W końcu Feliks wyniósł cię nieprzytomnego z samego ośrodka, by zostawić cię w miejscu, w którym ktoś mógłby ci pomóc. Wątpię, by był w stanie targać cię z bardzo daleka.
Gilbert wydął wargi, ale nie odpowiedział. Alfred z westchnieniem usiadł na ławce i wbił spojrzenie w budynek konferencyjny. Kuba przez chwile go obserwował, po czym zwrócił się do Francisa.
- Jeśli znajdziemy to miejsce, będziemy musieli się rozdzielić. W tak dużej grupie za bardzo zwracamy na siebie uwagę. Ja, Sadiq i Heracles będziemy was wspierać z zewnątrz i czekać z transportem. Zajmiemy się też Gilbertem, podczas gdy wy…
- Chwila, moment – przerwał mu Prusy. – Ja też z nimi idę.
Posłał Kubie wyzywające spojrzenie. Ten w odpowiedzi zmrużył groźnie oczy.
- To nie jest najlepszy pomysł, Gilbert – powiedział, wypowiadając każde słowo z naciskiem.
- Niby dlaczego? Przydam się im.
- Jesteś poszukiwany – odezwał się Hiszpania, ale bez większego przekonania, jakby z góry wiedział, jaką odpowiedź usłyszy. – Nie możesz tak po prostu pchać się w ich łapy.
- A on to co? – Gilbert wskazał kciukiem na Alfreda. – Zwiał z aresztu, ale wolno mu brać w tym udział.
- On ma dać się złapać – wtrącił się Kuba. – Potrzebujemy kogoś, kto zinfiltruje Wyzwolonych, a to jest dobry moment. Odwróci uwagę od was, gdy będziecie uciekać z Arthurem. Gdyby nie to, w ogóle nie zgodziłbym się na tę akcję. Ale z tobą to zupełnie inna sprawa.
Prusy sarknął rozzłoszczony.
- To bez znaczenia. I tak z nimi idę.
Kuba założył ręce na piersi, przyjmując bojową postawę.
- Nie zgadzam się - warknął.
- Mam to gdzieś. – Naraz spojrzał na Francję. – Francis, umawialiśmy się, prawda?
Francja na chwilę przymknął oczy i wziął głęboki oddech, po czym odpowiedział.
- Gilbert idzie z nami. – Nim Kuba zdążył zaprotestować, dodał. – To był warunek, pod jakim zgodził się opowiedzieć nam, co pamięta, i pokazać miejsce, w którym znalazł się po ucieczce od Wyzwolonych.
- Pokazał nam cholerną ławkę! – uniósł się Kuba, tracąc cierpliwość. Tkwili w martwym punkcie, czas uciekał, a ci samolubni idioci w nosie mieli ryzyko, na jakie narażali nie tylko siebie.
- Pokazałem, co pamiętam – zastrzegł Gilbert. Wbił spojrzenie we Francję, który odpowiedział tym samym, i powiedział z naciskiem. – Umowa to umowa.
- Ty bezczelny…
- Wiem! – rozległo się za nimi, Kuba jednak nie wypuścił z dłoni t-shirta Prus, który w złości pochwycił. Cała grupka odwróciła się w kierunku ławki, z której właśnie zerwał się Ameryka.
- Co wiesz? – zapytał Antonio. Alfred ruszył w stronę budynku konferencyjnego.
- Wiem, gdzie trzymają Arthura – odpowiedział, nie zwalniając kroku.
- Niby skąd? – warknął Kuba, puszczając Gilberta, który groźnie łypiąc wygładził zmięty materiał t-shirta.
Alfred na chwilę przystanął, wgapiając się w chodnik.
- Nie wiem, skąd – powiedział powoli. – Po prostu… wiem.
Odwrócił się, by spojrzeć na przyjaciół, licząc na zrozumienie. Jednak z ich twarzy wyczytał nieufność.
- Rozumiesz, że to nie pomaga oczyścić cię z zarzutów? – zapytał Francis. Stojący obok niego Kuba zmrużył oczy i założył na piersi ręce.
- Może jak tam trafimy, to uda nam się wyjaśnić tę sprawę? – rzucił Gilbert i ruszył w stronę Ameryki. Nie odwracając się, dodał jeszcze. – Zaszliśmy tak daleko. Co nam szkodzi zaryzykować?
Pierwszy ruszył Kuba. Rozglądając się nerwowo dookoła, mruczał do siebie.
- Nie podoba mi się to. Zupełnie mi się nie podoba.
Minęli cichy budynek konferencyjny i jeszcze kilka biurowców, stojących przy tej samej ulicy. Później Ameryka zaczął kluczyć bocznymi uliczkami, przechodzić przez podwórka i bramy kamienic tak, że niektórzy w ich małej grupce stracili orientację. Kilkakrotnie pomylili drogę i musieli zawracać. W końcu zniecierpliwiony Kuba nie wytrzymał.
- Długo jeszcze będziemy iść? Przeszliśmy już chyba ze trzy kilometry! To nie mogło być tak daleko!
- Taką drogę pamiętam – wycedził Alfred przez zaciśnięte zęby. Sam zaczynał tracić pewność, czy wie, dokąd idzie. Zupełnie nie pomagał mu fakt, że nie miał pojęcia, skąd może pochodzić ta wiedza.
W końcu stanęli przed niepozornym, kilkupiętrowym budynkiem, oznaczonym jedynie numerem domu, z szerokim wjazdem na podwórko, zastawionym szlabanem.
- Jesteś pewien, że to tutaj? – odezwał się Gilbert, przyglądając się oknom. Tylko w dwóch paliło się światło. – Nie wygląda zbyt reprezentatywnie.
- Z niczym ci się nie kojarzy? – zapytał go Antonio. Powieki Prus drgnęły, ale pokręcił przecząco głową.
- Nie – odpowiedział. – Nic mi to nie przypomina.
- Najlepiej będzie, jeśli wejdziemy od tyłu – powiedział Alfred, patrząc na okna i drzwi frontowe. – Mają ochronę. Dwóch ludzi, może trzech na wejściu.
- Skontaktuję się z Sadiqem i Heraclesem – poinformował Kuba. – Będziemy czekać ulicę dalej, w jednej z tych bram, które mijaliśmy. Załatwcie to szybko i nie róbcie żadnych głupot. Alfred ma za zadanie odwrócić ich uwagę, a wy w tym czasie wyjdziecie na zewnątrz z Arthurem. Gdyby zrobiło się gorąco – sięgnął do torby, którą niósł na ramieniu, i podał ją Francisowi – macie tu broń.
Francja zajrzał do środka i zdumiony uniósł brwi.
- Tylko dwa pistolety? – zapytał.
- Nie mogę dać wam więcej. W broń zaopatrywał nas Szwajcaria, w zamian za opiekę nad Liechtenstein. Ale po ostatnich wydarzeniach zostaliśmy odcięci od tego źródła, więc musicie poradzić sobie z tym, co macie. Nie marnujcie kul.
Przez chwilę patrzył na zebranych przed nim towarzyszy. Czuł, że złe przeczucie go nie opuszcza.
- Powodzenia – rzucił, nim zniknęli za szlabanem.
Oczy strażnika uciekły w głąb czaszki, a z jego ust wydobyło się krótkie stęknięcie, gdy uderzony w kark osunął się na ziemię. Gilbert pochylił się nad ciałem w poszukiwaniu broni, ale znalazł tylko paralizator.
- Lepsze to, niż nic – mruknął, wstając i otrzepując dłonie. Zauważył pełne podziwu spojrzenie Alfreda i poczuł, jak jego twarz wykrzywia pełen zadowolenia uśmiech.
- Teraz rozumiem, dlaczego nazywają was Bad Friends Trio – powiedział Ameryka, świecąc latarką po wąskim korytarzu, w którym leżały dwa ciała nieprzytomnych ochroniarzy. Trzecie leżało u stóp Gilberta, który prężył się dumny z siebie.
- Dzięki, Gil – odezwał się Francis, dźwigając się z podłogi. Gdy wraz z Antoniem zajmowali się krępowaniem pozostałych dwóch mężczyzn, właśnie wtedy zaatakował trzeci strażnik. Gdyby nie szybka reakcja Prus, Francja dostałby paralizatorem. – W końcu na coś się przydałeś.
- Spieprzaj. Następnym razem ci nie pomogę.
- Żaden z nich nie miał broni, a w dyżurce znaleźliśmy klucze – odezwał się Antonio. – Czy to nie dziwne?
- Mamy po prostu szczęście – odpowiedział Alfred i ruszył w głąb korytarza. Choć tego nie rozumiał, cieszył się, że wie dokładnie, dokąd powinni teraz iść. – Musimy zejść na dół. Arthur musi być w podziemiach.
- Przeraża mnie, że jesteś tego taki pewny – mruknął Francis, ale posłusznie ruszył za Ameryką, który już wezwał windę.
- Towarowa? – zapytał Gilbert.
- Tylko ta zjeżdża na najniższy poziom. Osobowe jadą na górę.
Trio wymieniło zaniepokojone spojrzenia, ale żaden z nich się nie odezwał.
Gdy dotarli na dół, Alfred po raz pierwszy się zawahał.
- Gdzie teraz? – zapytał Antonio.
- To laboratorium – odpowiedział Alfred, niepewnie rozglądając się po korytarzu, od którego odbiegały liczne odnogi. – To bardzo rozległy kompleks. Wiem, że Arthur jest gdzieś tutaj, ale gdzie…
- Po prostu musimy wszystko sprawdzić – wzruszył ramionami Gilbert i ruszył do najbliższych drzwi, które otworzył z rozmachem. W środku znajdował się magazyn. – Tu go nie ma, lecimy dalej. Antonio, chodź ze mną. Wy dwaj idźcie w drugą stronę, tak będzie szybciej. Wy macie klucze, więc jeśli coś znajdziemy, to Antonio po was przyjdzie.
W korytarzu rozległo się trzaskanie drzwiami i niósł się odgłos pospiesznych kroków. Część pomieszczeń była zamknięta, ale przez szyby w drzwiach mogli zajrzeć do środka, by odkryć kolejne pomieszczenia medyczne i olbrzymie laboratoria pełne najróżniejszych aparatur. Gdy Hiszpania i Prusy dotarli do następnego skrzydła, większość pomieszczeń stanowiły sale operacyjne, wyposażone w najnowocześniejszy sprzęt. Antonio wzdrygnął się na ten widok.
- Też tak myślę – mruknął Gilbert, z ponurą miną zaglądając przez szybę do kolejnej sali.
- Powinniśmy się pospieszyć. Nie podoba mi się to.
- Cykor cię obleciał? – Prusy uśmiechnął się krzywo, choć wcale nie było mu do śmiechu. To miejsce budziło w nim ogromny niepokój. Instynkt kazał mu uciekać, a dziwne uczucie dyskomfortu przyprawiało go o nieznośny ból głowy. Nerwowo potarł skroń.
„Nie mogę teraz odlecieć. Nie teraz".
- Martwię się o Romano – odpowiedział Hiszpania, który nie zauważył gestu Prus.
- A co on ma z tym wspólnego?
Antonio westchnął.
- Jest bardzo przybity chorobą Feliciano, rząd obarczył go dodatkowymi obowiązkami, a jeszcze ja musiałem mu wspomnieć o całej tej akcji…
Gilbert zatrzymał się w pół kroku.
- Powiedziałeś mu o tym, że ratujemy Arthura? – Zdał sobie sprawę, że unosi głos, dalej mówił więc szeptem. – Zgłupiałeś kompletnie?
- Wiem, nie powinienem był. Ale on szuka wszelkich sposobów na to, by móc wyleczyć chorobę swojego brata. Obiecałem mu, że się tym zajmę.
- I naraziłeś tym samym całą akcję! – sarknął Prusy, czując tępe pulsowanie w czaszce. „Jakby fakt, że ja tu jestem, nie był wystarczająco ryzykowny", przebiegło mu przez myśl.
- Nie rozumiesz – Hiszpania potrząsnął głową. – Musiałem go powstrzymać, żeby nie zrobił czegoś głupiego i nie pchał się w łapy Wyzwolonych. Tylko tak mogłem to zrobić!
Gilbert przez chwilę milczał, trawiąc jego słowa.
- Mam nadzieję, że Romano będzie trzymał dziób na kłódkę – powiedział w końcu. – W przeciwnym razie cię zabiję. O ile sam przeżyję.
- Jestem pewien, że nic nikomu nie powie.
Szeroki, niemal szpitalny korytarz zdawał się nie mieć końca.
- Nie wydaje ci się dziwne, że w tak ważnym ośrodku badawczym było tylko trzech strażników? – zapytał Antonio. – Idzie nam zbyt łatwo…
- Przesadzasz – zbagatelizował Gilbert i stłumił jęk. Nagłe łupnięcie w skroniach spadło jak grom. Usilnie starał się je zignorować, gdy wtem ostre światło jarzeniówek zalało korytarz.
- Na waszym miejscu nie byłbym tego taki pewny – odezwał się obcy głos z drugiego końca korytarza. Gilbert zdołał zobaczyć jedynie grupę uzbrojonych mężczyzn, nim Antonio nie pociągnął go za ramię w drugą stronę.
- Mamy ich ścigać, panie Jones? – odezwał się dowódca grupy do ubranego w jasny garnitur człowieka. Ten uśmiechnął się lekko.
- Spokojnie – odpowiedział. – Nie uda im się uciec.
Położył rękę na ramieniu stojącego przy nim niewysokiego mężczyzny, który tępo gapił się w podłogę.
- Prawda, panie Lovino Vargas? – zapytał, choć nie oczekiwał odpowiedzi.
Kolejna salka okazała się pusta, jeśli nie liczyć stojących w niej prostych mebli i szpitalnego łóżka. Alfred był jednak pewny, że są blisko. Nie tyle wynikało to z jego tajemniczej wiedzy, ile z własnego przeczucia.
- Alfred, powiedz szczerze – przerwał ciężkie milczenie Francis. – Skąd znasz to miejsce? Byłeś tu kiedyś?
Ameryka się zawahał.
- Nie wiem – odparł w końcu. – Nawet jeśli byłem, to tego nie pamiętam. Myślę, że może Matt będzie coś na ten temat wiedzieć…
- Kim jest Matt? Ciągle powtarzasz to imię, a ja… Za każdym razem mam wrażenie, że nie jest mi obce.
Alfred posłał Francisowi zaskoczone spojrzenie. Już otwierał usta, by odpowiedzieć, gdy nagle Francja, zaglądający właśnie przez szybę do kolejnego pokoju, cicho zawołał.
- To tutaj! Dawaj szybko klucze!
Obaj wpadli do niewielkiej salki, niczym nieróżniącej się tych, które widzieli już wcześniej. Jednak tutaj na łóżku leżał rozespany Arthur, w szpitalnej koszuli i z gniazdem rozczochranych włosów na głowie. Jego oczy rozszerzyły się ze zdziwienia, gdy zobaczył niespodziewanych gości.
- Co wy tu, do jasnej cholery, robicie? Zwłaszcza ty, nie powinieneś być teraz w aresz… – zdołał z siebie wyrzucić, nim Ameryka zgniótł go w morderczym uścisku.
- Jak to co? – odpowiedział Francis, również zbliżając się do łóżka. Na jego twarzy malowała się ulga. – Ratujemy cię.
- A ktoś was… Puszczaj mnie, idioto! – Arthur rąbnął Alfreda pięścią w ramię. Gdy zdołał się od niego uwolnić, spojrzał z nienawiścią na obydwu zadowolonych mężczyzn. – Nie przypominam sobie, żebym was prosił o ratunek. Wynoście się stąd.
- Co ty gadasz? – zapytał Ameryka, niezrażony groźną postawą Kirklanda. – Specjalnie po ciebie przyszliśmy, ja, Francis, Antonio z Gilbertem… Jest nawet Kuba i…
- Nie obchodzi mnie to – przerwał mu Arthur. – Wynoście się, póki możecie. Sam chciałem tutaj trafić.
- To może wyjaśnisz, dlaczego tego chciałeś? – zapytał Francis. Jego spojrzenie spoważniało, zaniepokojone tym, co widział. – Pójdziemy sobie, tylko podaj nam powód.
- Nie wasza sprawa.
- Za to ja powiem, dlaczego po ciebie przyszliśmy – rzucił Alfred, unosząc podbródek. – Bo przyjaciół się nie zostawia.
Arthur nie wytrzymał jego intensywnego spojrzenia i uciekł wzrokiem w bok. Zacisnął palce na kocu.
- Idźcie już – powiedział cicho. – Niepotrzebnie przyszliście.
Francis, tknięty nagłym przeczuciem, zrobił krok w jego stronę.
- Arthur, czy ty… - nie dokończył.
- Tak – odpowiedział mu Kirkland. – Już po wszystkim. Nie jestem już państwem.
Przez długą chwilę w niewielkiej salce panowała cisza. Ciężka, dzwoniąca w uszach cisza. Francis opadł ciężko na stojące opodal krzesło.
- To niemożliwe – odezwał się w końcu Alfred, zdecydowanie potrząsając głową. – Przecież nas poznajesz, prawda? Wyzwoleni mówili na spotkaniu, że usuwają pamięć, a ty wciąż nas pamiętasz…
- Poprosiłem, by zrobili to na końcu – powiedział Arthur. – Chciałem jak najdłużej pamiętać…
Alfred przez chwilę trawił jego słowa. Potem zdecydował.
- Dobra, zabieramy cię – rzucił, podchodząc do Arthura i pociągając go za ramię, by wywlec go z łóżka. – Znajdziemy sposób, żeby to naprawić.
- Ale…
- Francis, możesz mi pomóc? Mamy mało czasu, a musimy jeszcze znaleźć chłopaków.
- Puszczaj mnie.
- Nie mamy dla niego ubrań, więc ta koszula musi na razie wystarczyć. Może nie zmarznie.
- Czy ty mnie w ogóle słuchasz, do ciężkiej cholery?!
- Nie – odpowiedział szczerze Alfred. – Mówiłeś coś?
- Lepiej bądź grzeczny i go słuchaj – wtrącił się Francis. – Jest teraz od ciebie silniejszy…
Nagle do salki wpadł zdyszany Antonio.
- Szybko! Musimy uciekać! – wychrypiał. – To zasadzka! Wyzwoleni…
Alfred zacisnął palce na ramieniu Arthura i nie zważając na jego protesty pociągnął go do drzwi. Francja tymczasem sięgnął do zarzuconej na ramię torby i wyciągnął broń. Jeden pistolet rzucił Alfredowi, po czym wszyscy ruszyli biegiem.
- Gdzie była ta cholerna winda?! – krzyknął Antonio. Gdzieś zza załomu korytarza dało się słyszeć tupot nadchodzących Wyzwolonych.
- Są już przy windach! Szybko, musimy się dostać na schody! – zawołał Alfred i gwałtownie skręcił w boczny korytarz. Nie miał pojęcia, dlaczego wybrał akurat ten, ale miał nadzieję, że tym razem jego znajomość budynku nie zawiedzie. Szarpnął znajomo wyglądające drzwi.
Trzech czarno odzianych mężczyzn, pilnujących wejścia na schody, wymierzyło do niego.
- Uważaj! – usłyszał Alfred, nim silne pchnięcie sprawiło, że poleciał do przodu.
„Ciekawe, czy teraz będzie bolało bardziej", pomyślał Arthur, stając na miejscu Alfreda. Zamknął oczy w oczekiwaniu na strzał i falę porażającego bólu.
- Nie strzelać! – padło od schodów. – To cenny obiekt medyczny! Nie strzelać!
- Padnij! – ryknął Antonio i oplatając ramieniem szyję Arthura, powalił go na ziemię. Francis strzelił kilkakrotnie w stronę napastników, korzystając z zamieszania, jakie sprawiło niespodziewane wystawienie się Arthura.
- Za nami idzie ich więcej! – wydyszał Gilbert. Na jego czoło wystąpiły krople potu, a ręce, które opierał na kolanach drżały. Zauważył przerażone spojrzenie Francji. – Pamiętaj o umowie, Francis. Jeśli nie dam rady stąd wyjść, to… Wiesz, co masz zrobić, prawda?
Próbował zrobić krok w jego stronę, gdy nagle potknął się i upadł.
- Gilbert! – wrzasnął Antonio. Francis zaklął i spojrzał na Alfreda, który kiwnął głową. Chwycił pewniej broń i spojrzał w stronę zbierającego się z podłogi Arthura.
- Wszystko będzie dobrze – powiedział. – Na pewno ci pomożemy.
- I-idiota! – krzyknął za nim Kirkland, gdy ten pobiegł z powrotem w kierunku, z którego przybyli.
- Antonio! Pomóż Gilbertowi! – zawołał Francis, który chwycił Arthura za ramię i pociągnął na klatkę schodową. Za nim, dźwigając Prusy na plecach, szedł Hiszpania.
Alfred odwróci ich uwagę. Na pewno uda im się uciec.
Ameryka zaklął, gdy zdał sobie sprawę, że korytarz, którym biegł, kończy się ślepo. Wiedział, że Wyzwoleni podążają za nim, ale byli dosyć daleko. A może w końcu ich zgubił?
Zawrócił i pobiegł z powrotem, gdy nagle usłyszał niespieszne kroki. W panice szarpnął pierwsze lepsze drzwi i ukrył się w środku. Szybko przebiegł wzrokiem po niewielkim pomieszczeniu, oświetlonym przez kilka ekranów monitoringu, i przycupnął pod lekko uchylonymi drzwiami, starając się podsłuchać rozmowę dwóch Wyzwolonych.
- Dlaczego akurat my musimy go znaleźć? Łażenie po tych wszystkich korytarzach to żadna zabawa – mówił jeden.
- Spokojnie, nie musimy się spieszyć – odpowiedział powoli drugi, przeciągając głoski. - Szefowi aż tak na nim nie zależy. Kiedy już wyłapiemy pozostałych, to sam wylezie.
Alfred zamarł. Nie zależy im na nim? Oparł głowę o ścianę przy drzwiach, usilnie starając się zrozumieć, o co w tym wszystkim chodzi. Dlaczego go nie ścigają?
Wtedy jego wzrok padł na jeden z ekranów monitoringu, nagrywający obraz z ulicy, na której szarpało się kilka ciemnych postaci. Oczy Alfreda rozszerzyły się z przerażenia, gdy wśród nich zauważył jedną w barwnych krótkich spodenkach, założonych pomimo chłodu.
Kuba, Turcja i Grecja zostali pojmani.
Jak do tego doszło? Jak ta akcja przeciwko Wyzwolonym mogła obrócić się przeciwko nim samym i stać się zasadzką? Alfred zagryzł wargi, po raz pierwszy nie wiedząc zupełnie, dokąd ma iść.
To się nie może tak skończyć, nie pozwoli na to. Przecież obiecał Arthurowi, że mu pomoże. Uratuje ich wszystkich.
Wtedy Alfred krzyknął. Głośno, wściekle, jak ranione zwierzę. Wypadł na korytarz i wystrzelił do idących kilkanaście metrów przed nim mężczyzn. Obaj upadli z krzykiem na podłogę. Przeskoczył nad nimi i ruszył biegiem na schody.
Uratuje ich. Pozbędzie się każdego, kto stanie mu na drodze.
Usłyszał krzyk, padło kilka strzałów. Czy strzelał Francis? Jeśli tak, to właśnie skończył mu się naboje.
Był pewien, że za następnym zakrętem ich zobaczy. Słyszał już czyjeś głosy.
- To ty… - mówił Francis. W jego głosie dało się słyszeć bezbrzeżne zdumienie.
- Znasz go? – pytał Arthur. Ktoś odpowiedział śmiechem.
- Nazywam się Jones – powiedział miękki, aksamitny głos. – Jestem dyrektorem Stowarzyszenia Wyzwolonych. Miło mi państwa poznać.
Alfred miał wrażenie, że się zachłystuje. Nie zwolnił jednak kroku, poprawił jedynie ułożenie broni w dłoni.
A więc w końcu się ujawnił. Człowiek, który za tym wszystkim stoi, jest teraz tutaj i daje Alfredowi niepowtarzalną szansę, by raz na zawsze się go pozbyć. A on jej nie zmarnuje. Wypadł zza rogu i strzelił.
Nie usłyszał krzyku. Być może dlatego, że sam zaczął krzyczeć.
Zaskoczony dyrektor Wyzwolonych jeszcze przez chwilę trzymał przed sobą Arthura, przykładając mu broń do skroni. Kirkland, nagle pobladły, westchnął cicho, nim wolno osunął się na podłogę. Kałuża krwi powiększała się niewiarygodnie szybko, choć wszystko inne wokół zdawało się zwalniać.
Arthur spojrzał na stojącego w korytarzu Alfreda, z którego bezwładnej ręki wypadła broń. Krzyk wciąż wibrował w powietrzu, gdy Kirkland odezwał się słabnącym głosem.
- To wciąż boli tak samo…
Smukły budynek wieżowca zalśnił w wynurzającym się zza chmur słońcu, oślepiając mężczyznę stojącego na chodniku po drugiej stronie ulicy. Ten zmrużył oczy, jednak nie przestawał wpatrywać w jedno z pięter biurowca, zupełnie jakby czekał, aż ktoś pojawi się oknie. Jednak panoramiczne szyby tylko odbijały światło.
Właśnie w tym budynku miało swoje biura Stowarzyszenie Wyzwolonych. Szklana tablica wisząca tuż przy wejściu głosiła ten fakt zupełnie otwarcie, zapraszająco. Jakby Wyzwoleni chcieli przekonać wszystkich, że są równie godni zaufania, co mieszczące się w budynku biura podróży, firmy telekomunikacyjne i zakłady ubezpieczeniowe.
Stojący przed budynkiem mężczyzna spuścił wzrok na trzymaną w ręku kopertę. Intensywnie błękitna pieczęć z logo Wyzwolonych raziła w oczy prawie jak słońce odbite od szyb wieżowca. W kopercie znajdowała się wielostronicowa umowa o współpracy.
Mężczyzna wsunął dokumenty pod pachę i poprawił szalik, ukrywając twarz przed przenikliwie zimnym wiatrem. Na chwilę przymknął oczy, czując znajome ciepło materiału na skórze, tak podobne do ciepła dłoni siostry. Potem zrobił krok naprzód, ruszając w stronę wejścia do budynku.
Z pomocą Wyzwolonych dowie się, kto jest odpowiedzialny za tę dziwną chorobę, która wyniszcza personifikacje. Już wkrótce odkryje, kto tak naprawdę zabił jego siostrę.
A potem sam go zabije.
