Gdy drzwi zamknęły się za Varriciek Hawke osunęła się na fotel.
- Powinnaś zainwestować w obstawę.
Uniosła wzrok na maga siedzącego naprzeciwko niej. W zupełnej ciszy, która zapanowała po wyjściu jej przyjaciół niemal zapomniała o nim.
- Varric mógłby znaleźć paru zaufanych ludzi.
- Nie potrzebuję dodatkowej obstawy, wystarczy że… - wystarczy, że mam ciebie, chciała powiedzieć ale w porę się zmiarkowała. Marcus przypatrywał się jej ze swojego miejsca, jego złote oczy połyskiwały zagadkowo, elektryzująco.
- Nie chodzi mi o ciebie, ale dwóch krasnoludów i elfka to nie najlepsza ochrona dla twojej matki.
Uśmiechnęła się słabo. Szkoda, że sama o tym wcześniej nie myślała.
- Czasem zapominam… - zaczęła niepewnie. Poczucie winy nadal pulsowało w jej duszy tępym bólem. – To była zawsze moja rola, chronić rodzinę… - w jej głosie pobrzmiewał żal. Od kiedy matka odzyskała swoje dziedzictwo, naciskała tak bardzo by Mari porzuciła rolę wojowniczki, strażniczki rodziny, że ta zaczęła odsuwać się, uciekać. Nie dało się chronić rodziny będąc daleko od niej.
Na swojej dłoni poczuła ciepłe muśnięcie. Palce Avicusa przesunęły się po gładkiej skórze, kojąc, łagodząc. Była tak zamyślona, tak rozbita, że nim się spostrzegła łzy zaczęły spływać po jej policzkach. Marcus podniósł się ze swojego miejsca, przykląkł przy niej ofiarując swoją sympatię. Ich palce splotły się, i ach, co to była za ulga pozwolić sobie na chwilę słabości, oprzeć się na kimś, rozkleić się. Nim się spostrzegła chlipała uczepiona desperacko jego ramion.
- Nie jesteś sama – jego ciepły oddech połechtał jej ucho i nagle zdała sobie sprawę, że jego sprężyste, ciepłe ciało jest tak blisko niej. Nieco zawstydzona odsunęła się, otarła twarz wierzchem dłoni, dopiero teraz dostrzegła krew na palcach. Spojrzała po sobie ze zdziwienie, potem na Avicusa. Jego kaftan był postrzępiony na ramieniu, czerwona plama krwi była ledwie widoczna na ciemnym materiale.
- Myślałem, że Anders cię opatrzył?
Marcus jakby się trochę zmieszał.
- Nie… nie lubię jego magii… - wyznał po chwili.
- Pokaż mi to natychmiast – zażądała i nim zdołał jej odpowiedzieć albo się odsunąć zaczęła odpinać guziki jego marynarki.
…
To było mocno surrealistyczne. On klęczący przed Hawke, jej zapłakana twarz tak blisko niego, zwinne palce ściągające z niego ubranie z determinacją. Pusty dom wokół nich, cisza przerywana syczeniem ognia w kominku. Magini mruknęła z niezadowoleniem. Spojrzał po sobie, cała koszula na ramieniu była poszarpana i przesiąknięta krwią.
- Marcus, dlaczego nic nie powiedziałeś – w jej głosie była nutka gniewu i cała masa niepokoju. Prawdę mówiąc rana wcale nie była taka głęboka, na jaką wyglądała. Niemal jej nie odczuwał. Nowe ciało zaprzęgło najwyraźniej magię do łagodzenia bólu, proces zasklepiania już się zaczął. Coś, co według Andersa było całkiem naturalną reakcją u magów. Hawke powoli oderwała zaschnięte strzępy koszuli od rany. To nic nie dało, jej palce sięgnęły guzików. Dech uwiązł mu w gardle, gdy musnęła nagiej skóry. Stwórco, czuł, że wszystko w nim płonie.
Złożyła dłoń na jego ramieniu, poczuł delikatne mrowienie i nieprzyjemne uczucie gorąca, które dotąd odczuwał zastąpił przyjemny chłód.
- Tak lepiej? - Uniosła do niego twarz. Płomienie z kominka odbijały się w jej wilgotnych oczach. Zdołał jedynie pokiwać głową, bał się odezwać, bo jego myśli biegły dzikie i swawolne. Była tak blisko, że wystarczyło przychylić się i sięgnąć ust.
Nastrój prysł, gdy od progu usłyszeli zaniepokojony głos.
- Hawke? Isabela właśnie mi powiedzia…
Marcus przechylił się w bok, tak że mógł obserwować swojego sobowtóra. Siwowłosy wojownik stał w drzwiach. Wyraz czystej furii powoli wykwitał na jego twarzy, gdy przenosił wzrok z Hawke na niego. Wcześniej nie mógł dostrzec magam, bo zasłaniał go fotel. Teraz jednak widział, jego oczom zapewne nie umknął fakt, że towarzysz Hawke był w do połowy rozpiętej koszuli.
Mari zapewne również dostrzegła gniew malujący się na twarzy elfa. Wstała szybko ze swojego miejsca, jakby przyłapana na gorącym uczynku, zmieszana, zawstydzona.
- Mama jest bardzo słaba ale Anders powiedział, że będzie dobrze…
Wojownik zdobył się jedynie na skinienie głowy, ale widać było, że trząsł się i to wcale nie z obawy o zdrowie lady Amell. Jeszcze raz rzucił magowi nienawistne spojrzenie obrócił się i wymaszerował przez drzwi.
Marii stała przez moment w bezruchu, potem rzuciła przepraszające spojrzenie towarzyszowi i wybiegła za elfem.
Fenris opadł na fotel, był zmęczony i wcale nie chodziło o jego ciało. Z zewnątrz dobiegły go podniesione głosy. Hawke i elf kłócili się. Po chwili trzasnęły drzwi. Hawke wpadła do holu, rzuciła mu zdawkowe przeprosiny i zniknęła na górze, w pokoju matki.
W ciszy Fenris zapadał w błędne koło niewesołych myśli. Doskonale zdawał sobie sprawę, co czuł ten drugi Fenris, ale mimo to nie mógł wybaczyć mu jego zachowania.
Gołym okiem widział, że Marii nadal coś do niego czuła. To była jedna wspólna noc ale oboje nie mogli o niej zapomnieć. W pewnym sensie cieszyło go to. Przez te wszystkie lata wmawiał sobie, że Hawke zapomniała, pogrzebała to uczucie i gryzł się tym, ponieważ on dopiero po niewczasie odkrył, że ją kocha. Tymczasem w tej rzeczywistości, w której był teraz, w świecie, gdzie stał z boku i obserwował wszystko oczami Marcusa Avicusa spawy wydawały się dramatycznie zmieniać. Jego obecność podsycała gniew w elfickim wojowniku, sprawiała, że pogrążał się głębiej w nienawiści i ranił Marii. Były dni, gdy po prostu miał ochotę potrząsnąć elfem i wygarnąć mu wszystko. Były momenty, gdy powstrzymywał się by nie stłuc go na kwaśne jabłko. Zaskakująco w tym pragnieniu nie był osamotniony, zarówno Varric, Avelina nawet Anders czasem mieli miny, jakby chcieli zrobić to samo.
…
- Oczywiście, że tak… - wielkie, niebieskie oczy wpatrzone w niego. Dziwne, ciepłe uczucie rozpływające się po jego ciele.
- Lili… - jego ramiona rozwarte, wpadła w nie z impetem, przywierając całym ciałem. Słodki zapach, złote refleksy w jej włosach.
- Wyjdę za ciebie…
Szarość, niewyraźna i rozmazana. Obcy, ponury pejzaż, zamazane linie, wyblakłe kolory. Pustak.
- Wiesz, nie mogę patrzeć jak się męczysz. – Głos dobiegający, gdzieś zza niego. Obrócił się, przed nim stał demon noszący twarz Marii. Poznał to od razu, była pewna niedoskonałość w jej obrazie, coś nieprawdziwego, jakaś różnica w jej spojrzeniu, sposobie, w jaki się uśmiechała.
- Nie jesteś Marii. – Spiął się gotów do odparcia ataku, który nie nadszedł.
- Ty nie jesteś Marcus – odparował demon.
- Nic ci nie da noszenie jej twarzy – warknął, nie chciał by ta podła istota brukała obraz Hawke.
Demon uśmiechnął się do niego.
- Wedle życzenia – jego kształt rozmył się, zaskakująco nie przybrał jednak żadnej innej formy, spodziewał się demona pożądania ale to, z czymś takim się jeszcze nie spotkał.
- Mógłbyś ją uczynić szczęśliwą – głos wibrował z nieokreślonego kształtu.
- Nie, to nie jest moim celem – wyrwało mu się zanim ugryzł się w język.
- Nie? Widzisz jak on ja rani i doprowadza cię to do furii – On? Demon miał zapewne na myśli tego drugiego Fenrisa.
- On ją kocha. – Wiedział to, bo przecież ten drugi Fenris był nim.
- Owszem, tylko widzisz on o tym nie wie. On… - ciągnął demon – Ten inny nigdy jej nie stracił, nie wie co to za ból, nie rozumie…
Oto sedno problemu. Zmagał się z tym pytaniem od dawna.
- Ale ty to rozumiesz… ty widzisz więcej, mógłbyś uczynić ją szczęśliwą, dać jej to, na co zasłużyła… - słowa demona trafiały wprost do uśpionych pragnień w jego sercu. – Co stoi ci na przeszkodzie? Teraz jesteś człowiekiem, pozbyłeś się twego piętna niewolnika, jesteś zamożny… możesz dać jej życie, na jakie zasługuje…
- To życie byłoby kłamstwem – wyszeptał niepewnie. On sam był kłamstwem.
- Spraw żeby było prawdą… - zachęcał demon.
- Idź precz. – Powiedział to ale z niezdecydowaniem.
- Moja rada na odchodnym…
- Nie potrzebuję…
- Bądź blisko, będziesz jej potrzebny…
…
- Mesere – cichy głos Orany obudził go. Poruszył się rozprostowując nogi. Zasnął w fotelu, w holu rezydencji Amellów.
- Mesere… - elfka była wystraszona, widział troskę na jej pociągłej twarzy. Kobieta odsunęła się od niego, nadal traktowała go z ostrożną podejrzliwością. Nic dziwnego, dla niej był tevinterskim magiem.
- Mesere? Lady Amell… panienka Mari prosi na górę, coś jest nie w porządku…
Mimo protestujących mięśni podniósł się szybko z miejsca.
Komnata Leandry idealnie odzwierciedlała jej charakter. Meble, piękne w swej prostocie, miękkie dywany, aksamitne story, pluszowy fotel przy kominki i kwiaty na stoliku.
Jasny błysk wypełnił pomieszczenie, gdy Marii rzuciła zaklęcie uzdrawiające. W wielkim łożu o czterech kolumienkach Leandra wyglądała, jak mała dziewczynka. Była papierowo blada, na skórze szyi nadal widać było czerwoną pręgę, ślad po nożu, durze zielone oczy patrzały z uporem w sufit. Jej oddech był urywany i świszczący.
- Marcus? – Głos Marii drżał. Czarodziejka wzięła dłoń chorej, badała przez chwilę jej puls.
- Co się dzieje? – Zapytał, choć widział, że dzieje się coś niedobrego.
- Dostała gorączki, majaczy… - posłałam po Andersa… muszę iść po więcej lyrium, zostań z nią, proszę – dopiero przy ostatnim słowie spojrzała na niego i serce mu się ścisnęło, gdy dostrzegł strach w jej oczach. – Mam je w schowku na dole… zaraz jestem z powrotem… tylko nie pozwól jej wstać… raz już chciała… - potokiem słów próbowała najwyraźniej zadławić strach. Przytaknął jej, stanął obok posłania.
Patrząc na Leandre najbardziej na świecie żałował, że nie umie użyć daru, który posiadało jego ciało. Magia, to prawda, że używał jej. Wtedy na wybrzeżu uleczył ranę na twarzy Hawke, ale było to coś, co działo się poza jego świadomością. Nie panował nad tym, i teraz nie umiał pomóc Leandrze. Powiedział sobie, że to nic, zaraz przyjdzie Anders i ją uratuje, jak robi to codziennie w swojej klinice, z ludźmi, którzy są już jedną nogą w grobie. Z pewnością matka Marii nie…
Chłodna dłoń, uchwyciła go za palce. Zaskoczony spojrzał na lady Amell. Kobieta zwróciła na niego oczy.
- Zostaniesz z nią?
Jej słaby głos, chropowaty i ledwie zrozumiały wstrząsnął nim równie mocno, co jej kolejne słowa.
- Opiekuj się moją Mari.
Miał ochotę potrząsnąć nią, żeby obudziła się z tego dziwnego letargu.
- Zaraz przyjdzie Anders i Marii też tu jest…
Kobieta odwróciła od niego twarz, ignorując go całkowicie, jej wzrok podążył znanym torem ku sufitowi. Usta lekko zadrgały, jakby w lekki uśmiechu…
- Nie wiem, co się dzieje, ma gorączkę, jeszcze parę godzin temu spała spokojnie… - dobiegł go z korytarza głos Hawke.
- Infekcja? – tym razem głos Andersa.
…
Dwa dni i po wszystkim – myślał Fenris wysuwając się ukradkiem z Zakonu. Świątynia była wypełniona po brzegi ludźmi. Elita Kirkwall pojawiła się licznie, chcąc pożegnać Leandrę Amell, a może bardziej poplotkować o jej niespodziewanym zgonie.
Dwa dni, tyle wystarczyło by zakażenie krwi zabrało Hawke ostatniego z członków jej rodziny. Z miejsc jakie zajmował, z tyłu bocznej nawy Fenris ledwie ją dostrzegał. Obok stał naburmuszony Carver i Gamlen, najwidoczniej zdążył wytrzeźwieć. No i oczywiście ten cholerny mag też tam był. Warował u jej boku, jak pies. Fenris zmiął w ustach przekleństwo. Wysunął się z cienia, jaki rzucał wieże Zakonu wprost w blade zimowe słońce. Oprócz gniewu kotłowało się w nim poczucie winy. Gdyby nie głupia sprzeczka miałby odwagę być teraz z Marii, wspierać ją. Ale nie, oczywiście jego popędliwość, jak zwykle wzięła górę. Wszystko przez tego przeklętego maga. Wybuch. Znalazł ich oboje w rezydencji Amellów, i po prostu wybuchł. Padło wiele gorzkich słów.
- Nie masz prawa złościć się na mnie, to z kim spędzam czas to nie twój interes! – wycedziła!
- I pozwól, że przypomnę ci, że sam z tego prawa zrezygnowałeś – dodała odwracając się do niego plecami.
Najgorsze z tego wszystkiego było to, że ona miała rację, sam wszystko zniszczył. Ale nie dlatego, że mu nie zależało, że nic do niej nie czuł, że była tylko przelotną przygodą. Wprost przeciwnie. Hawke była najważniejsza, a on… on po prostu nie mógł jej nic dać, nawet siebie, bo puku żył Danarius Fenris nie należał w pełni do siebie. Odszedł tamtej nocy, pogodził się z tym, miał nadzieję, że Marii z czasem zapomni, znajdzie kogoś innego, wartościowego. Będzie szczęśliwa i może kiedyś mu wybaczy. Nie spodziewał się, że to będzie takie trudne, być blisko, patrzeć i nie móc nic zrobić. Może trzeba było opuścić Kirkwall…
Elf przeczesał dłonią poplątane włosy, z jego ust wydobył się sfrustrowany jęk.
Marcus Avicus nie był jej wart, nie po to odsunął się by taka tevinterska szumowina zagarnęła ją dla siebie. Czemy Marii tego nie widziała?
- Hej, elfie! – Pokrzykiwania Varrica wyrwały go z zamyślenia.
- Co znowu – nie silił się nawet na spokojniejszy ton.
- Ehm… ciężko cię dogonić – sapnął Varric.
- Nie mam czasu, czego chcesz?
- Och, uwielbiam, gdy jesteś taki konkretny.
Fenris obrzucił krasnoluda ponurym wzrokiem.
- Sebastian prosił żebyśmy zajrzeli do pewnej zbłąkanej owieczki.
Na irytację wyraźnie malującą się na twarzy elfa Varrik westchnął ciężko.
- Chodzi o zamachowca z łukiem.
To od razu zmieniło nastawienie Fenrisa.
- Hawke wie?
- Ma na głowie inne sprawy.
