- Przepraszam, powtórz to proszę, bo chyba cię nie zrozumiałem. – wciągnęłam głośno powietrze przez usta, dając tym wyraz swojej frustracji. – Jakim cudem takie coś może być czymś złym?

- Bo ja nie powinnam nic czuć do śmiertelników! – wybuchłam, ledwie nad sobą panując. – Scott, to tak jakby diabeł nagle zaczął lubić praworządność! To wbrew mojej naturze!

Staliśmy w salonie w domu rodziców Carol, którzy siedzieli cicho jak myszy pod miotłą, pozwalając wyładować mi cały swój gniew na swoim zięciu. Poza nami w pokoju znajdowali się jeszcze Carol oraz Curtis, obecny głównodowodzący elfów w fabryce Świętego Mikołaja. Matka Natura, Ojciec Czas oraz pozostali nie mogli się tu na razie zjawić, ponieważ mogliby tym samym wydać Marze moje obecne miejsce pobytu.

- Uwierz mi, Eira, to wszystko nie jest wcale takie złe. – zapewniał mnie Scott. Ja jednak nie chciałam go słuchać. Miałam już bowiem na ten temat wyrobione solidne i nieprzejednane zdanie. – Miłość do śmiertelników to jedno z najwspanialszych uczuć, zapewniam cię.

- Owszem, Scott, dla ciebie to genialne uczucie, bo jesteś Świętym Mikołajem, ale ja jestem przecież Królową Śniegu! – niemalże wykrzyknęłam, z trudem nad sobą panując. Cała ta sytuacja była dla mnie wręcz surrealna. – Wszystkie istoty podobne do mnie są pozbawione uczuć do ludzi, Scott! Ja, Mara, moje świętej pamięci młodsze siostry, Jack Frost, wszyscy moi słudzy…jesteśmy istotami zimy, lodu i żywiołu śmierci i mroku, i tak powinno pozostać. Jak sądzisz, dlaczego mój pałac jest tak daleko od ludzkich siedzib? Bo nie chcę, aby pałętali się tam. Nie lubiłam ich wtedy, i nie powinnam lubić ich teraz! Widziałeś przecież, co stało się z Jackiem, gdy zdjęliście z niego jego wrodzone moce zimy. Stał się przesłodzony i bezbarwny. Nie mogę dopuścić, aby stało się to ponownie, tak samo jak i nie mogę dopuścić do tego, aby i mnie to spotkało.

- Nic takiego cię nie spotka, Eira. – uspokoiła mnie Carol, uśmiechając się do mnie delikatnie. – Znajdziemy sposób na przywrócenie ci mocy, i pozbawienie ich Mary. Scott po prostu zauważył słusznie, że skoro jesteś teraz człowiekiem, to może powinnaś trochę zakosztować tego życia, zamiast zapierać się rękami i nogami przed nim. Ono nie będzie wiecznie trwało. Wkrótce wrócisz do swojego królestwa, i być może zapomnisz o całym tym doświadczeniu. Według mnie jednak powinnaś zaryzykować, i dać temu chłopcu szansę.

- Dobrze wiecie, że w moim sercu może zamieszkać tylko jedna osoba. – zauważyłam słusznie. Wiedziałam, że to, co właśnie powiedziałam, jest prawdą. Jack był, i prawdopodobnie na zawsze pozostanie jedyną bliską mi osobą w moim życiu. Byliśmy bardzo dalekimi krewnymi, to fakt, i był teraz pod stałą obserwacją Mary, ale to nie oznaczało, że miałam go sobie odpuścić. Na dodatek wiedziałam, jak jedna z moich młodszych sióstr skończyła, gdy zakochała się w śmiertelniku – jej serce dosłownie stopniało, gdy owy śmiertelnik porzucił ją, bo bał się zaangażowania, a do tego nie chciał z nią spędzić wieczności na dalekiej północy. Dlatego też właśnie wolałam wybrać Jacka aniżeli kogokolwiek innego – kochałam go ponad życie, a do tego był jedyną istotą do mnie w pełni pasującą. Nie związałabym się przecież z jakimś żywiołakiem ognia czy czymś podobnym – jak nic bowiem spłonęłabym, zanim w ogóle zdążyłabym go lepiej poznać.

Łzy gniewu i bezsilności zamigotały w kącikach moich oczu, gdy z wściekłością skierowałam się do drzwi frontowych, i wybiegłam przez nie na dwór. Było już ciemno – jakby nie patrzeć, była już prawie północ. Wysokie lampy uliczne dawały nikłe światło, z racji że większość z nich była już stara i ledwie działająca.

Rozejrzałam się szybko, próbując znaleźć jakieś miejsce do ukrycia się przed resztą – jakiekolwiek, dosłownie jakiekolwiek.

Nie wiem, jakim cudem trafiłam na tą część ulicy, gdzie znajdował się dom rodziny Emmetta. Wiedziałam tylko to, że gdy tylko zaczęłam przechodzić przez ulicę w ich stronę, traf losu zechciał, że akurat Emmett również postanowił wyjść na mroźne, świeże powietrze.

- Och, cześć, Bella! – zawołał Emmett, uśmiechając się od ucha do ucha. Z trudem odwzajemniłam jego uśmiech, czując, że jeśli zaraz nie znajdę jakiejś sensownej samotni, to jak nic zwariuję.

To jednak, to stało się potem, przerosło moje wszelkie najśmielsze oczekiwania.

Zza zakrętu uliczki wyjechał z zawrotną prędkością sportowy samochód. Zdołałam tylko odwrócić się w jego stronę, i otworzyć szeroko oczy z przerażenia.

Gdzieś z oddali dobiegły mnie okrzyki przerażenia Emmetta, ale nie to było dla mnie teraz najważniejsze.

Byłam teraz śmiertelniczką. I biorąc pod uwagę szybkość tego samochodu, nie miałam żadnych szans na ucieczkę. Nie zdążę nawet krzyknąć.

Zaraz miałam zginąć.

W tej samej chwili, w której przód samochodu zderzył się ze mną, poczułam silny, palący ból w okolicach biodra. Zaraz potem przekoziołkowałam przez całą maskę, ponad samochodem, i upadłam tuż za nim, zderzając się ze zmarzniętym asfaltem.

W ostatnich chwilach świadomości zdołałam wypuścić z siebie kilka bolesnych wydechów, nie mogąc jednak zebrać w sobie wystarczająco dużo siły, aby wydobyć z siebie głos. Mogłam teraz tylko liczyć na to, że ktoś mi pomoże.

Gdzieś z daleka usłyszałam krzyki Emmetta wołającego o pomoc, i chyba dosłyszałam gdzieś głos Scotta.

A potem była już tylko ciemność.