Podekscytowanie, które odczuwałam na myśl o spotkaniu z Huncwotami, prysnęło niczym bańka mydlana. Jak zawsze, gdy byłam świadkiem wygłupów Freda i George'a, tak i teraz naszła mnie przemożna ochota wydarcia się na tych bezmyślnych, młodych ludzi. Chciałam spróbować przemówić im do rozumu. Przebieranie kotów w koronkowe majtki i rzucane łanobomb po hogwardzkich korytarzach to jedno, ale znęcanie się nad nielubianymi uczniami? Spojrzałam krytycznie na chłopców, jednak to nie ja wygłosiłam pouczającą reprymendę. Lily nie pozwalała nikomu dojść do słowa. Cała złość rudowłosej dziewczyny skupiała się Potterze i Blacku. Na resztę nie zwracała większej uwagi, choć jej pełen nienawiści wzrok dosięgnął wszystkich.

Korzystając z panującego chaosu, rozejrzałam się po zebranych. Peter wydawał się zafascynowany kłótnią, której był świadkiem, ale po jego szczurowatej twarzy przemknął też cień zirytowania, jakby miał pretensję do Evans za przerwanie niebywale interesującej i niesprawiedliwej konfrontacji ze Snapem. Remus przyglądał się przyjacielowi ze słabo ukrywanym niesmakiem. W obawie przed możliwym zarażeniem głupotą, odsunął się na bezpieczną odległość. Sam Lupin sprawiał wrażenie schorowanego, a przynajmniej bardzo zmęczonego. Blada twarz i podkrążone oczy przywodziły mi na myśl wykończonego dniem pracy, zniechęconego nauczyciela Obrony Przed Czarną Magią.

Syriusz był najbardziej opanowany i niewzruszony z całej grupy. Obracał różdżkę w dłoni, mozolnie zdejmując klątwy z leżącego na ziemi Ślizgona. Na jego ustach widniał figlarny uśmiech, powieki miał w połowie przymknięte. Usatysfakcjonowana mina oznaczała, że najwyraźniej krzyki Lily i przekleństwa Severusa stanowiły muzykę dla jego uszu. Od razu przypomniałam sobie, dlaczego wujek Harry'ego wielokrotnie stawał się celem mojej krytyki. Jego lekkomyślność i beztroski styl bycia czasami bardzo mnie drażniły. Na dłuższą metę zachowanie Blacka było wręcz nie do wytrzymania.

James żywo gestykulował rękami, próbując wytłumaczyć się przed ukochaną. Posługiwał się argumentami mówiącymi o tym, że ich potencjalna ofiara nie odniosła żadnych obrażeń, ale panna Evans pozostała nieugięta. Ręce skrzyżowała na klatce piersiowej, uniosła brodę, wyprostowała się i z obojętnością śledziła ruchy warg Pottera. Z całej jej postawy emanowała olbrzymia zaciętość. Zielone oczy dziewczyny lśniły pod wpływem czegoś, czego nie potrafiłam w tamtej chwili poprawnie nazwać. Nieopisanego, nieznanego mi uczucia.

Tymczasem irytacja samego zainteresowanego sięgała zenitu. Z trudem podniósł się z ziemi, obrzucając każdego z nas lodowatym spojrzeniem. Na moment jego wzrok zatrzymał się na pannie Evans, czarne oczy stały się nagle nieco większe, przez ułamek sekundy przypominając otwartą księgę bogatą w gamę różnorodnych emocji. Kiedy jednak zerknął na mnie, nie potrafiłam wyczytać niczego konkretnego z jego twarzy. Coś z pogranicza zdegustowania i wielkiej niechęci przemknęło po obliczu Ślizgona, jednak szybko zostało przykryte perfekcyjną maską nieczułości. Chłopak poprawił szatę i ruszył w stronę mieniących się w słońcu murów zamku.

Oddalającą się sylwetkę zasłonił mi Syriusz. Obdarzył mnie życzliwym uśmiechem, zachęcająco wyciągając dłoń przed siebie. Zignorowałam ten gest. Zamiast tego wzięłam głęboki oddech i błyskawicznie przygotowałam w myślach surowo brzmiącą formułkę wypowiedzi. Zanim jednak otworzyłam usta, Draco otoczył mnie ramieniem i przyciągnął do siebie. Zamarłam, a pewny siebie Black skrzywił się nieznacznie, ze zdziwieniem unosząc brwi.

-Takie zachowanie podchodzi pod znęcanie nad bezbronnym uczniem, co nazwać możemy już zbrodnią - ogłosił wszem i wobec poważnym tonem Malfoy. - Dodatkowo świadkami są pracownicy Ministerstwa. Wystarczy sowa do Ministra, a ciąg dalszy waszej nauki i dostatnie życie po ukończeniu szkoły staną pod znakiem zapytania. Chyba że obiecacie poprawę, my zapomnimy o tym, co widzieliśmy, i wszyscy razem udamy się na kremowe piwo. Madame Rosmerta zapewne z wielką chęcią ugości paru spragnionych matołów. Tak, szczególnie o tobie mówię, Potter.

Jego nazwisko niemalże wypluł z obrzydzeniem, tak jak zawsze, gdy wymawiał je w stosunku do Harry'ego. Dotąd wkurzona Lily parsknęła szczerym, niepohamowanym śmiechem. Remus przyłożył dłoń do ust i wlepił wzrok w ziemię. Ciało młodego chłopaka drżało powstrzymywane przed dołączeniem do radosnego uniesienia panny Evans. Twarz Petera wykrzywił szok, James westchnął i ruszył w stronę pubu. Pociągnął za rękę rudowłosą dziewczynę, która nie miała siły mu się wyrywać. Pettigrew i Remus dołączyli do specyficznie prezentującej się pary. Tylko Syriusz wydawał się niezbyt przekonany. Zmierzył mnie i Dracona posępnym spojrzeniem.

-Gustujecie w modzie mugoli? Jakoś nigdy wcześniej nie widziałem takich idealnie dopasowanych i jednocześnie eleganckich ubrań. Świetnie wyglądasz, Miona. - Zwrócił wzrok na Malfoya, który odruchowo przysunął moje ciało bliżej siebie. - Masz szczęście, facet.

Draco uśmiechnął się uroczo. Nigdy nie odczuwałam tak wielkiej żądzy mordu, jak w tamtym momencie.

-Tak, Hermiona jest cudowna - odparł z udawanym podziwem.

A potem, aby podkreślić znaczenie swoich fałszywych słów, pocałował mnie w policzek i nie wypuszczał z ramion przez resztę naszego mozolnego spaceru do pubu pod Trzema Miotłami.


Około dwie godziny trwało irytujące, grające na moich nerwach przedstawienie. Humor poprawiała mi jedynie widoczna niechęć Syriusza do Draco. Oczywiście była odwzajemniona. Za każdym razem, gdy spojrzenia tych dwóch panów spotykały się ze sobą, atmosfera stawała się niezwykle napięta. Black udawał zaintrygowanego, częstował przeciwnika aluzjami na temat jego pochodzenia oraz arystokratycznej natury. Malfoy idealnie dopasował się do roli zakochanego w wariatce dojrzałego mężczyzny, a na wszystkie pytania odpowiadał z uśmiechem i wyższością.

Kiedy w końcu dotarłam do mieszkania, poczułam się jak w domu. Oczywiście nie zobaczyłam żadnej bliskiej mi twarzy, ale cisza, która powitała mnie po przekroczeniu drzwi, uspokoiła burzę myśli i wyciszyła bardziej niebezpieczną część mojej osoby. Ze znużeniem opadłam na miękką kanapę. Przymknęłam oczy, rozkoszując się chwilowym spokojem. Miałam ochotę zasnąć, a potem obudzić się... no właśnie, gdzie?

Tymczasem Malfoy krzątał się po kuchni. Słyszałam jego niewyraźne pomruki. Owoc starań mężczyzny dotarł do moich nozdrzy. Cudowny aromat kawy rozniósł się po całym pomieszczeniu. Uchyliłam powieki i dostrzegłam stojące na stoliku dwa kubki oraz małą miseczkę. Odważyłam się wypić łyk. Gorący, gorzki płyn poparzył mi trochę język, ale również skutecznie ogrzał i wprowadził w błogi stan. Wsypałam łyżeczkę cukru, pomieszałam, po czym ujęłam palcami soczystą truskawkę i ugryzłam połowę. Była przepyszna.

Draco przyglądał mi się z uśmiechem. Siedział na fotelu, nonszalancko przypalając papierosa. Z jednej strony próbował mnie udobruchać smakowitą przekąską, z drugiej zirytować smrodem tytoniu i obłokiem dymu unoszącym się nad naszymi głowami. Nie potrafiłam zrozumieć jego zachowania. Miał specyficznie podejście do wielu spraw, zaskakiwał i jednocześnie działał bardzo przewidywalnie. Starał się, ale wciąż pozostawał taki, jak zawsze. On nie był Ronem, którego znałam lepiej niż samą siebie. Malfoy pozostawał jedną wielką tajemnicą niemożliwą do odkrycia.

-Ten Black to ścierwo gorsze od Pottera - podsumował nagle, obracając w dłoni niedopałek papierosa. - Uhh, jaki wzrok, Granger, chcesz mnie nim zabić? Przecież mówię prawdę. Patrzył na ciebie jak na ulubiony cukierek. Tak się nie zachowuje miły wujaszek w stosunku do przyjaciółki chrześniaka.

To była prawda, musiałam uważać. Nie mogłam ingerować w przeszłość, zmieniać tego, co już się wydarzyło. Jeżeli rozkochałabym w sobie Syriusza, odchodząc i wymazując mu moje istnienie z pamięci, pozostawiłabym w jego sercu pustkę. Wizyta w czasach Huncwotów trwała krótko, a ja już łamałam zasady i działałam wbrew rozsądkowi. Oczywiście nigdy w życiu nie przyznałabym się do tego Malfoyowi. Mogłam jedynie wyobrażać sobie, jak zgrabnie podsumowuje dwie Hermiony - dawną, inteligentną, przewrażliwioną na punkcie ogółu przepisów oraz teraźniejszą, zagubioną, niepewną własnej przyszłości.

-Nie musiałeś od razu udawać mojego chłopaka - warknęłam, pojąwszy nagłą złość, która towarzyszyła mi podczas wizyty w pubie pod Trzema Miotłami i teraz wróciła ze zdwojoną siłą. - Mógłbyś przestać się nade mną znęcać psychicznie? Od kiedy to niby martwisz się o to, że jakiś dziecinny Gryfon się we mnie zakocha? Co przez ciebie przemawia? Zazdrość? Hipokryzja? Chęć denerwowania wszystkich dookoła? Zdecyduj się, Malfoy. Raz jesteś wrednym dupkiem, innym razem martwisz się o mnie, jesteś gotów wcielić się w rolę bliskiej mi osoby. Przychodzi ci to z taką łatwością. Zapomniałeś już o tych wszystkich latach, kiedy byłam dla ciebie po prostu szlamą?

Ochłonąwszy trochę, uzmysłowiłam sobie, że przebyłam dzielącą nas odległość i pochyliłam się nad wyraźnie zdziwionym Draconem. Mężczyzna patrzył mi prosto w oczy, przez ten czas nawet nie drgnął. W jego stalowoniebieskich tęczówkach pojawił się dziwny błysk, który zawsze mnie intrygował, a wydatne usta zacisnęły się w prostą linię. Wyraz szoku zniknął, ustępując miejsca perfekcyjnej masce. Lepszej nawet od tych tworzonych przez Severusa. Nagły spokój Malfoya mnie zdezorientował.

Dostrzegłam ostre rysy twarzy oraz pozostałości po delikatnych piegach z młodości ledwie widoczne na bladej skórze. Miętowy oddech połaskotał moje policzki, gdy Ślizgon przysunął się bliżej i wyszeptał mi wprost do rozchylonych warg:

-Odkąd Bellatrix torturowała cię w moim domu, nigdy więcej nie pomyślałem o tobie jak o nic niewartej szlamie. Ludzie się zmieniają, Granger. Jeżeli masz zamiar cały czas obwiniać mnie o błędy młodości, nigdy nie dojdziemy do porozumienia.

Z trudem zrobiłam krok do tyłu. Draco minął mnie bezszelestnie. Po chwili usłyszałam dźwięk zamykających się drzwi. Rozejrzałam się po pustym pomieszczeniu. Byłam sama, tak jak chciałam, a jednak czułam się gorzej niż beznadziejnie.

Gratulacje, Hermiono. Dotarłaś na kolejny poziom absurdu.


Jedwabny kocyk szczelnie przykrywał moje ciało spoczywające na kanapie. W rękach trzymałam książkę, lecz pomimo interesującej treści i niebanalnego stylu autora, nie potrafiłam się skupić. Co chwilę zerkałam na okna, za którymi widziałam odznaczające się na błękitno-czerwonym niebie ostre zakończenia wieżyczek Hogwartu. Zachód słońca prezentował się przepiękne, ale wywoływał u mnie niepokój. Malfoya nie było już od kilku godzin.

Nie powinnam o nim myśleć, a tym bardziej odczuwać wyrzutów sumienia. Powiedziałam mu prawdę. Nie potrafiłam zrozumieć jego zachowania, nie mogłam tak po prostu zapomnieć o paskudnych słowach, obrzydzeniu widzianym w oczach młodego Ślizgona. Jako dorosły mężczyzna wykazywał się większą dozą szacunku, bywał uroczy. Byłam nawet pewna, że momentami kierowała nim troska, chociażby ubiegłej nocy, gdy specjalnie poczekał, aż dojdę do siebie, i zaniósł mnie do łóżka. Jednak jeszcze kilka lat temu był moim wrogiem, wstrętnym hipokrytą. Nie mogłam mu odpuścić tylko dlatego, że zaczął się minimalnie starać. Lily miała rację. Po co wybaczać, skoro owe przebaczenie nie przyniesie żadnych implikacji? Draco był tym, kim był. Nigdy nie zmieni się wystarczająco, abym mogła traktować go na równi z najbliższymi mi osobami.

Mimo moich zapewnień i prób wyciszenia własnego sumienia, poczucie winy rozsadzało mnie od środka, powodując mętlik w głowie. Malfoy nazwał przeszłość błędami młodości. Żałował, próbował się zmienić. Szło mu nieudolnie, w wielu sprawach sobie nie radził, ale się starał. Chciał naprawić popełnione błędy, zerwać z wizerunkiem narcystycznej tchórzofretki, poplecznika Voldemorta, śmierciożercy. Czy naprawdę mogłam go obwiniać za to, że został wychowany przez wrogów mugoli, a potem włączony w politykę ojca?

Nie zawsze kierowała nim obłuda. Próbował uśmiercić Dumbledore'a, aby uchronić rodziców przed śmiercią z rąk Czarnego Pana. Z tego samego powodu udał się do lat siedemdziesiątych. Był gotów zrobić wszystko, byleby ocalić najbliższe mu osoby. Mogłabym się również założyć, że gdy udawał mojego chłopaka, nie kierowała nim jedynie chęć działania na złość pierwszemu lepszemu Gryfonowi. Nie chciał niszczyć przyszłości, a przecież ten aspekt go nie dotyczył. Ewentualna więź pomiędzy mną a Blackiem mogła wpłynąć na naszą dwójkę, ale nie na niego. Tak samo wyrażał sprzeciw wobec mojej przyjaźni z Huncwotami, choć tylko ja powinnam wyczuwać zagrożenie.

Draco może nie był dobry, ale na pewno w wielu kwestiach niewinny. W tamtej chwili to ja wychodziłam na tą złą.

Zerwałam się z kanapy, niechcący wywracając pusty kubek ze stolika. Klęknęłam przy rozsypanym szkle.

-Reparo.

Drgnęłam, niepewnie podnosząc głowę. Malfoy stał nieruchomo ze wzrokiem wbitym w podłogę. Podniosłam naprawione naczynie, jednak pozostałam na podłodze. Mężczyzna dołączył do mnie, zgarniając po drodze sakiewkę. Wyjął z niej średniej wielkości kamienną misę, wypełnioną świetlistą, biało-srebrną substancją, i postawił ją na fotelu. Wiedziałam, co zamierza zrobić, a jednak gdy dotknął końcem różdżki miejsca powyżej skroni, po moim ciele przemknęła fala strachu. Zobaczyłam cieniutką niteczkę, która po chwili opadła do wnętrza myślodsiewni. Znałam ten magiczny przedmiot jedynie z książek i opowieści Harry'ego, a teraz znajdował się naprzeciwko mojej twarzy, czekając, aż skorzystam z jego właściwości.

-Skąd ją masz? - spytałam głupio, odwlekając w czasie moment zanurzenia głowy w myślach blondyna.

-Należy do ojca. Gdy opuszczałem dom, postanowiłem wziąć ze sobą parę przydatnych i cennych drobiazgów. To dobry sposób na poznanie siebie nawzajem. Oczywiście, jeżeli chcesz. Nie mogę cię do niczego zmusić. Te wspomnienia nie są przyjemne.

Wzięłam głęboki oddech. Ostatni raz spojrzałam w stalowoniebieskie tęczówki Draco i przeniosłam się do pewnego pochmurnego dnia, pełnego bezsilności, krzyku i okrucieństwa.

Wyprostowany, pewny siebie Lucjusz Malfoy szedł wzdłuż długiego, mrocznego holu. Jego stopy dotykały wspaniałego dywanu, który przykrywał kamienną posadzkę. Nie zwracał uwagi na liczne portrety zdobiące ściany. Syn śmierciożercy, na oko szesnastoletni, posłusznie dorównywał kroku ojcu. W oczach blondyna czaił się strach, ale sylwetka nie zdradzała męczącego go niepokoju. Oboje zatrzymali się przed masywnymi drewnianymi drzwiami. Gdy starszy mężczyzna pchnął je, Draco zaczerpnął powietrza. Wkroczyli do środka.

Tak jak się spodziewałam, ujrzałam wysokiego człowieka bez włosów, brwi i rzęs. Miał na sobie długą, czarną szatę. Zajmował czołowe miejsce na wysokim, ozdobionym podobiznami węża fotelu. Oprócz niego zauważyłam też kilku popleczników Czarnego Pana, którzy siedzieli pod ścianami. Środek salonu był pusty. Z tego powodu przeszedł mnie dreszcz, ponieważ domyślałam się, na co wszyscy czekają.

-Lucjuszu, Draco - przemówił chłodnym tonem Voldemort do klęczących sprzymierzeńców. - Usiądźcie.

Obaj posłusznie dostosowali się do rozkazu. Kiedy to zrobili, Riddle niedbale machnął różdżką. Do pomieszczenia weszło dwóch śmierciożerców przetrzymujących wyczerpaną, pokiereszowaną kobietę. Popchnęli ją na posadzkę tuż przed najważniejszym gościem. Na ustach Toma pojawiło się coś, co zapewne miało być uśmiechem.

-Przyjaciele! - zaczął. - Tym razem nasze spotkanie pragnę rozpocząć od przedstawienia wam młodej zdrajczyni krwi, którą rankiem Bellatrix spotkała na Nokturnie. - Mimochodem spojrzałam na uśmiechającą się czarnowłosą kobietę. - Malia Rowle*, kuzynka Thorfinna Rowle. Niestety, członek twojej rodziny nie mógł nam dzisiaj towarzyszyć, ale zapewne byłby bardzo zawiedziony, gdyby dowiedział się o tym, że jego ukochana kuzynka zasłynęła ostatnimi czasy z dwulicowości. W przyzwoitych porach pojawiasz się w towarzystwie prawdziwych czystokrwistych, z pogardą wypowiadasz się o osobach pozamagicznych, tymczasem według moich źródeł łączą cię bliższe stosunki z Nimphadorą Tonks. Czyż to nie twoja bliska koleżanka? Zdrajczyni krwi nie lepsza od ciebie?

Kobieta szeptała gorączkowo panie, nie, proszę, to pomyłka, ale było już za późno. Jej ciałem wstrząsnął ból, gdy została potraktowana Cruciatusem. Przeraźliwy wrzask poniósł się echem po kamiennych ścianach. Po chwili zrozumiałam, że ja również krzyczę. Chciałam jej pomóc, ale nie mogłam. Bezradnie zwróciłam wzrok na Dracona, który siedział nieruchomo, wpatrzony w wijącą się po podłodze postać. Powieki mu zadrżały, a po chwili opadły, zakrywając wzburzony błękit jego oczu.

Tortury nie trwały długo, choć obawiałam się, że to dopiero początek. Malia, jako że jej krew była czysta, nie została zabita. Zamiast tego śmierciożercy wtrącili ją do lochu. Voldemort postanowił poczekać na Rowle'a, tymczasem wyprosił wszystkich z pomieszczenia. Pozostali jedynie Lucjusz i jego skamieniały syn.

-Pewnie wiesz, dlaczego cię tu dziś wezwałem, Draco - powiedział cicho Riddle. - Twoje zadanie jest bardzo ważne. Nie chcesz zawieść swojego pana, prawda? Nie chcesz, abyście ty i twoi rodzice zostali potraktowani niczym zdrajcy krwi. Nikt z nas tego nie chce, ale konsekwencje twoich czynów mogą być bolesne.

Voldemort opuścił salon. Lucjusz położył łokcie na oparciach fotela i ukrył twarz w dłoniach. Młodszy blondyn zerwał się na nogi, bez słowa minął zamyślonego ojca i skierował się do wyjścia. Kiedy znajdował się tyłem do ojca, w jego oczach zalśniły łzy.

Poczułam zaciskającą się na mojej dłoni rękę. Po chwili znalazłam się w ramionach Dracona. Znów siedziałam na podłodze w małym mieszkaniu w Hogsmeade. Malfoy przypatrywał mi się z niewzruszonym wyrazem twarzy. Ja z trudem oddychałam, serce boleśnie obijało mi się o żebra. Mężczyzna zgarnął z mojego czoła kosmyk włosów.

-Życie jest niesprawiedliwe - szepnął.

Przetarłam dłonią mokry policzek. Podniosłam się i podeszłam do okna. Otworzyłam je, wpuszczając do środka rześkie, chłodne powietrze.

-To nie był pierwszy ani ostatni raz, prawda? - spytałam po chwili.

Odpowiedział mi delikatnym skinieniem głowy. Spojrzałam na lśniący pomiędzy chmurami okrągły księżyc. Pełnia. Remus.


Zgodnie z obietnicą, po przerwie wróciłam z najdłuższym jak dotychczas rozdziałem. Podobał mi się, co zdarza się naprawdę rzadko. Mam nadzieję, że i wam przypadnie do gustu.

*Malia Rowle - postać wymyślona przeze mnie na potrzeby opowiadania.

Rozdział betowała Catherine Davis.