Przedział czasowy tej części: maj 1941
Lying in that Sound, Tonight - część 9
- Twoja twarz jest szczuplejsza niż wcześniej – powiedział ambasador któregoś dnia, a był to jasny poranek pierwszego maja. Po wyniszczających bombardowaniach, które miały miejsce w poprzednim miesiącu, Winant ciężko pracował, żeby zapewnić Brytyjczykom jakąś ulgę i stale współpracował z dwoma stolicami, by coś zrobić. Ale wszystko szło powoli. Stany Zjednoczone nie brały poważnie pilnych potrzeb, o których mówił Winant, a prezydent, co było dla niego normalne, tygodniami nie odpowiadał na listy i depesze. Winant wyglądał, jakby dochodził do granicy wytrzymałości. Często wydawał się być nieszczęśliwy i zaniedbany; odsuwał się od dokumentów i zaciskał pięści we włosach.
Tygodnie, które minęły od wizyty w Bristolu, były wykańczające. Alfred pomagał ambasadorowi, jak tylko mógł, a nowa praca ciągle do nich napływała. Alfred sam próbował pisać do prezydenta telegramy i listy, ponieważ Winant sądził, że ten mógłby odpowiedzieć szybciej ojczyźnie niż jemu, jednak korespondencja w dalszym ciągu była wymuszona.
Alfred był zajęty. Wszyscy byli zajęci. Alfred widział Anglię tylko kilka razy, przelotnie, gdy akurat nie biegał gorączkowo między Winantem, Churchillem, Harrimanem, parlamentem i resztą, a i wtedy były to tylko szybkie skinienia głową, sztywne rozmowy o pogodzie albo chaosie ludzkiego życia. Alfred nie chciał zastanawiać się nad tym, czy tęskni za Anglią, czy nie.
Na słowa ambasadora dotknął dłonią swojego policzka.
- Naprawdę? – zapytał z zaskoczeniem.
Winant skinął głową, a jego spojrzenie było niemal przepraszające – tak jakby był odpowiedzialny za głód Alfreda, kiedy sam również głodował.
- Wiem, że nie możesz jeść tyle, ile w domu, ale…
- Nie szkodzi – powiedział Alfred. – To nie oddziałuje na państwo. Z ekonomią nic się nie dzieje. To tylko moje ciało reaguje.
Winant mocniej zmarszczył brwi, a Alfred uśmiechnął się szeroko i lekceważąco machnął dłonią.
- Nic mi nie jest, ambasadorze – powtórzył.
Winant wyglądał gorzej niż on. Teraz, gdy Alfred przyjrzał się jego twarzy, ambasador wydawał się dużo starszy niż był naprawdę. Miał zapadnięte oczy i był wychudzony, z trudem stał prosto. A jednak, mimo wszystko, nie poddawał się. Alfred poczuł przypływ przywiązania, gdy pomyślał o swoim ambasadorze. Nie po raz pierwszy zdał sobie sprawę, że był dumny z tego, iż go zna.
Szybko okazało się, że początek pięknej wiosny przerodził się w najgorszy okres dla Anglii. Alfred widział zmiany zachodzące w ludziach, w urzędnikach, w samym Winancie.
Dostrzegał tak wiele. Coraz więcej statków było zatapianych i racje żywnościowe robiły się jeszcze bardziej drakońskie. Ostatnie tygodnie nie były łatwe. Kiedy już pierwszy pogodny dzień zakończył się bombardowaniem o zachodzie słońca, wiosna przynosiła coraz więcej chaosu.
Alfred nie zauważył jednak, że traci na wadze, choć wyglądało na to, że tak było. Już od dawna nie patrzył na siebie w lustrze i przebywał w Anglii już wystarczająco długo, by wszystko zdawało mu się naturalne, tak jakby od zawsze był taki szczupły. Ale kiedy znowu pomyślał o tych paru razach, gdy widział tutaj Anglię, przypominał sobie jego zapadnięte policzki, głębokie cienie pod jego oczami, to, jak spokojnie się trzymał – dostojny mimo swojej złamanej ręki.
Wrócił myślami do jego oczu, wtedy, w Bristolu. To spojrzenie wciąż go prześladowało.
Potrząsnął głową.
Wstał i zaczął chodzić po pokoju. Wiedział, że ambasador mu się przygląda, ale nie przeszkadzało mu to. Czuł się lepiej, gdy wiedział, iż Winant go pilnuje – jeden z jego własnych ludzi w morzu cudzoziemców na obcym lądzie. To była izolacja – Alfred tęsknił do swoich własnych obywateli, do własnej ziemi. Pragnął zrozumieć, czemu kazano mu tu przyjechać i, ponad wszystko, czemu nie zostawiono go w spokoju.
- Chyba wszyscy ostatnio byli głodni – powiedział cicho. Skrzywił się i odwrócił plecami do ambasadora, wyjrzał na plac, który wciąż był zniszczony przez bombardowania z zeszłego miesiąca.
- Raczej tak – zgodził się Winant. Alfred skinął głową.
- To… wpływa na ludzi.
- Owszem – znów potwierdził ambasador.
Alfred westchnął, wypuszczając powietrze przez zęby, i odwrócił się do Winanta. Ręce oparł o parapet i odchylił się do tyłu, spojrzenie miał skierowane na ambasadora. Ich oczy się spotkały i przez chwilę żaden nic nie mówił – Winant czekał, aż Alfred się odezwie.
Alfred oblizał usta, usiłując zebrać słowa… i rozpaczliwie chcąc zapalić.
- Naprawdę nic się nie da zrobić? – zapytał i poczuł, jak serce drga mu w piersi, kiedy wreszcie wypowiedział te słowa. – Dla nich? Dla kogokolwiek? Ich morale… To widać. Przecież nikt nie może tego wytrzymywać przez aż tyle czasu.
- Ten powiew świeżości zniknął – powiedział ambasador. – Powiew stawiania oporu. Brak jedzenia też ma z tym coś wspólnego.
- Tak – odparł Alfred, przeklinając się za to, jak nieszczęśliwie zabrzmiał.
- Ci ludzie są silni, ale nie wytrzymają wszystkiego. – Winant przeciął pokój i oparł się o tę samą ścianę, co Alfred, a dłoń położył na jego ramieniu. Zacisnął ją w geście pocieszenia. Serce Alfreda wciąż waliło o jego klatkę piersiową. – Jesteś chyba bardzo o to zatroskany, Alfredzie.
Kraj gwałtownie, nim zdążył się powstrzymać lub o tym pomyśleć, skinął głową.
- Tylko ktoś bez serca by nie był.
Opuścił głowę. Kątem oka widział cień uśmiechu, który pojawił się na twarzy ambasadora.
- Wygląda na to, że trochę dorosłeś, odkąd tu przybyłeś.
- Chyba tak – mruknął Alfred.
- Wydaje mi się, że nie „nienawidzisz" Anglii tak bardzo, jak wcześniej myślałeś. – Ambasador przerwał na moment, podkreślając swoje słowa. Alfred nic nie wtrącił, tak jak miał w zwyczaju, gdy nie chciał go wysłuchać; często wykorzystywał powolny sposób mówienia Winanta, ale teraz milczał. – A może nie „nienawidzisz" pana Kirklanda tak bardzo, jak myślałeś?
Alfred zesztywniał, ale nie odezwał się.
Ambasador nie naciskał, jedynie mocniej ścisnął i puścił jego ramię. Wyprostował się, uśmiechając się do Alfreda, i niespodziewanie uniósł dłoń, by pogłaskać go po włosach – niewielki, ledwo zauważalny gest, niezręczny, ale wciąż miły. Alfred podniósł głowę i ze zdumieniem spojrzał na Winanta, lecz ten tylko uśmiechnął się jeszcze raz i wrócił do biurka.
Alfred na niego patrzył.
- Nie wiem – powiedział w końcu. – Czy go nienawidzę, czy nie… Nie wiem. Ja…
Przerwał, zadrżał lekko. Nagle zrobiło mu się za zimno.
Ambasador skinął głową.
- To odpowiedź sama w sobie.
- Co? – zapytał Alfred. Nie rozumiał, jak jego niezdecydowanie, jedyna rzecz, która wypełniała jego umysł, mogło być odpowiedzią.
- Ponieważ – rzekł powoli Winant, przesuwając papiery na biurku i nie patrząc na Alfreda – nie możesz powiedzieć też „nienawidzę go".
Alfred na chwilę wstrzymał oddech.
Odsunął się od okna, żeby usiąść na kanapie. Spuścił głowę i złożył dłonie, zagubił się w myślach, by złożyć jakieś spójne zdanie. Winant, jak zawsze, był cierpliwy.
- Ja… – powiedział Alfred po długiej pauzie. – Nie. Nie nienawidzę go.
Poczuł się tak, jakby z jego ramion zniknął jakiś ciężar, jakby wreszcie coś do niego dotarło – i jednocześnie wydawało się to tak do bólu oczywiste, gdy już to przyznał. Było tam, czekało przez cały ten czas… I w końcu do niego doszło.
Alfred zmarszczył brwi. Nie był pewien, co zrobić z tym fantem – czy poglądy jego ludzi o Anglii się zmieniły? Wiedział, że to nie mogło stać się od tak – był świadomy rozdarcia swoich obywateli co do tej sprawy. A przynajmniej był dwa miesiące temu… Teraz mogło być inaczej.
- Wiem o tym – odparł mu Winant, przerywając ciąg jego myśli.
Alfred spojrzał na ambasadora; ten uśmiechał się. Alfred patrzył na niego szeroko otwartymi oczami i czuł się dziwnie pusty i przeźroczysty pod wzrokiem Winanta.
Ale miał wrażenie, że zrozumiał przynajmniej tę maleńką rzecz.
Skinął głową.
Dwa dni później Alfred wrócił do ambasady z przydziałem jedzenia – racje były teraz straszliwie niewielkie, myślał, przypominając sobie o jednej uncji sera, która była bezpiecznie schowana w mieszkaniu Winanta – i odkrył, że w całej ambasadzie panował zgiełk. Przystanął, mrugając ze zdziwieniem, a pracownicy go do siebie przywołali.
Poszedł do nich i jednocześnie rozglądał się za Winantem. Gdy go znalazł, ten pochylał się nad biurkiem i wściekle coś pisał.
- Ambasadorze? – zapytał Alfred, wymijając pomocniczkę Winanta, która akurat wychodziła z pokoju. Naród podszedł do ambasadora. – Co się dzieje?
- To pan premier – odpowiedział Winant, na powitanie kiwając Alfredowi głową i wracając do pisania. – On… Cóż, ponownie zatelegrafował do prezydenta. Mamy nadzieję, że prezydent albo wyśle mu jakąś odpowiedź, albo skontaktuje się z nim osobiście.
- Co powiedział Churchill? – spytał Alfred, gdy podchodził do biurka.
Winant poruszył się, podniósł z biurka kartkę i zaczął czytać.
- Panie prezydencie, jestem pewien, że nie zrozumie mnie pan źle, jeżeli przekażę panu dokładnie to, co zaprząta moje myśli. Jedyną decydującą o wszystkim przeciwwagą, jaką mogę dostrzec… jest to, że Stany Zjednoczone stanęłyby w naszych szeregach jako walcząca potęga.
Ambasador, dosyć delikatnie, odłożył kartkę na swoje biurko. Spojrzał na Alfreda.
- Czy prezydent szybko odpowie? – spytał Alfred i poczuł, jak jego własny puls przyspiesza.
- Mam nadzieję – odparł Winant, marszcząc brwi. – Premier nie… błagał od zeszłego czerwca. Porzucił teraz wszystkie pozory. Nie potrzebuje już okrętów czy wsparcia, potrzebuje sojusznika.
Alfred niemal zadrżał, całe jego ciało napięło się niczym struna. Opuścił oczy i spojrzał na papiery porozrzucane po całym biurku.
- Prezydent ogólnie odpowiada powoli – powiedział ostrożnie.
- Owszem – przytaknął się Winant. – Miejmy nadzieję, że tym razem zrozumie pilność, którą staramy się mu ukazać przez cały czas.
Alfred w milczeniu kiwnął głową.
Wyszedł z ambasady i skierował się do mieszkania, w którym przebywał, gdy nie pracował z Winantem do późna. Zatopił się w kanapie i zapatrzył w podłogę. Pomieszczenie było zakurzone – pyłowi udało dostać się do środka mimo ogromnych starań Alfreda, by zakryć okna tam, gdzie szkło popękało w poprzednim miesiącu. W pokoju było zimno.
Alfred jednak zatracił się w myślach. Wrócił umysłem do Roosevelta – zastanawiał się, czy ten wysłucha usilnych próśb Churchilla. Ale Alfred najbardziej obawiał się, że wiadomość rozpłynie się w znieczulicy Waszyngtonu – niczym zagubiona w morzu wiadomość w butelce.
- Albo zostanie zatopiona przez Gneisenau czy Scharnhorst – mruknął głośno i gorzko Alfred.
Osunął się lekko, łokcie oparł o kolana, a brodę położył na złożonych dłoniach. Wpatrywał się w pustkę, myśli wirowały mu z prędkością paru mil na minutę. To wszystko przypominało wyścig z czasem. Jeśli prezydent zamierzał przystąpić do wojny, to teraz był odpowiedni moment, ostatnia szansa, zanim byłoby za późno, nim wsparcie nadeszłoby poniewczasie i nie mogłoby już wspomóc powoli słabnących ludzi.
I w tej chwili doszło do niego, że rozmyślał o wojnie, jakby była czymś naturalnym.
Pokręcił głową.
- Nie będzie chciał, żeby mówiło mu się, co ma robić – powiedział Alfred, myślami wracając do prezydenta.
Zignorował grzmienie własnego serca. Siedział w pokoju, pozostawiony samotnie ze swoimi rozważaniami.
Prezydent odpowiedział po tygodniu.
Alfred nie wiedział, co dokładnie, ale domyślił się, że nie było to nic dobrego, gdy przyglądał się, jak jakiś Brytyjczyk z przejęciem mówi coś do Winanta. Alfred stał za framugą drzwi, tak, żeby nikt go nie zobaczył, i obserwował wszystko. Nie chciał wdawać się w dyskusje z jednym z ludźmi Churchilla.
- Czemu on wciąż tak się upiera przy bierności i niechęci? To, czego potrzebujemy i to, czego potrzebują też jego ludzie, to jakieś śmielsze działania!
- Rozumiem pana niepokój – odparł Winant napiętym głosem, przeglądając dokumenty. – Obawiam się jednak, że nie mogę udawać, iż w pełni pojmuję rozumowanie prezydenta. Zrobię przez Atlantyk co tylko w mojej mocy, by przekonać go, że sytuacja jest krytyczna.
Ich rozmowa trwała dalej, a Alfred doszedł do tego, że prezydent, jak zwykle, nie podzielał chęci natychmiastowego działania premiera. Alfred miał więc rację – odpowiedź jego szefa nie była taka, jaką chciałby otrzymać Churchill. Naród bał się jednak, bo wiedział, że to mógł być przypadek.
Pracownik premiera wyszedł parę minut później i Alfred wsunął się do biura Winanta. Ambasador uniósł na niego wzrok, uśmiechnął się do niego lekko i skinął głową, a potem z powrotem opuścił oczy na swoje papiery i, jeśli było to konieczne, dopisywał coś do nich i odkładał je na odpowiednie miejsca.
- Prezydent odpowiedział? – zapytał Alfred bez żadnych wstępów. Ambasador skinął głową.
- Owszem.
- I nie przystąpi do wojny? – spytał Alfred, nie wiedząc, co czuł w związku z ewentualną odpowiedzią – ewentualną odpowiedzią, którą i tak już znał.
Ambasador pokręcił głową.
- Zapewnia premiera, iż „wsparcie Amerykanów przybędzie niebawem, tak, jak obiecał".
W głosie Winanta było zmęczenie, ledwo słyszalna desperacja. Alfred wyjrzał przez okno, rozmyślając o tych wszystkich Brytyjczykach, którzy upadali, a jednak wciąż, mimo wszystko, walczyli. Pomyślał o Anglii, ale przestał szybko, nim zdążył zagłębić się w rozważania o nim.
Z trudem przełknął ślinę, gdy nagle poczuł, że ciężko mu oddychać. Miał wrażenie, że jego usta są wypchane watą i przez kilka chwil stał przed ambasadorem oniemiały, nie mogąc zebrać słów. Zastanawiał się słabo, czy tak właśnie czuł się czasami Winant, kiedy próbował coś powiedzieć.
- Anglia wie? – zapytał Alfred. Winant zmarszczył brwi.
- Nie wiem. Podobno przez cały dzień był w domu i starał się go posprzątać. Nalegał, mimo że premier chciał, by trzymać go pod stałym nadzorem. Z jego ramieniem i ranami…
Winant zamilkł i powoli pokręcił głową. Wyglądał na zatroskanego, a Alfred rozumiał dlaczego.
Ponownie zwrócił wzrok na okno; bujał w obłokach.
- Hej – rzucił po długiej chwili.
- O co chodzi, Alfredzie? – spytał ambasador. Alfred na niego nie spojrzał, ale zmarszczył brwi.
- Zawsze mnie pytasz, czy nienawidzę Anglii albo czy sądzę, że upadnie…
Winant nic nie powiedział. Czekał.
Alfred znów ciężko przełknął ślinę, niepewny. Kilka razy odkaszlnął i poczuł ciepło wypływające na policzki w przeciągającej się ciszy.
- A co z tobą? Co ty myślisz? – udało mu się wreszcie zapytać.
Ambasador przez długi moment milczał, lecz w końcu cicho powiedział:
- Kocham ten kraj.
Alfred zarumienił się, a wzdłuż jego kręgosłupa przemknął dreszcz. Winant mówił dalej.
- I wierzę, że będzie stać do samego końca… I że wygra. Ale wierzę również, że rozpaczliwie potrzebuje pomocy, by uniknąć losu reszty Europy.
To była agonia.
Tak właśnie Alfred się czuł, co mgliście sobie uświadomił. Agonia. Konflikt – drgający ruch, który szarpał i przyciągał jego myśli. Nie wiedział na pewno, co działo się w domu, bo docierające do niego wieści były nieliczne, lecz mógł to sobie wyobrazić, jeśli poruszenie w jego wnętrznościach przypominało poruszenie dręczące jego ludzi. Wciągnął powietrze i opadł na kanapę w swoim mieszkaniu, z ponuro zmarszczonymi brwiami wyjrzał przez okno w kierunku ambasady.
Udręka.
Powiedział sobie, że nie powinien się tym przejmować – jego stała już mantra – ale, w rzeczywistości, brak odpowiedzi od prezydenta zbił go z tropu. Całkowicie.
A jeszcze gorsza była świadomość, że przez te dwa miesiące, podczas których był oddzielony od swoich ludzi i domu, coś mogło się tam zmienić. Zwykł myśleć tak samo jak jego szef, zgodny z osądami swoich ludzi, z ich wahaniem w sprawie wojny za Atlantykiem również. Ale teraz, gdy znajdował się za tym Atlantykiem, nie wiedział już, co myślą wszyscy w domu…
Czuł się odizolowany, a wzburzenie w jego wnętrzu nie pomagało w żaden sposób. Winant i prezydent kazali mu tu przyjechać, by zrozumiał sytuację, ale on podejrzewał, że raczej po to, żeby…
Wpłynąć na opinię publiczną.
Alfred otworzył oczy i natychmiast je zamknął; jęknął. Zarówno Winant jak i Roosevelt chcieli zobaczyć, czy jego pobyt tu może jakoś oddziaływać na opinię ludzi, on sam w sumie również. Ale jeśli właśnie tego pragnął prezydent, to czemu po prostu nie wypowie wojny?
- Kongres wciąż pewnie działa w żółwim tempie – mruknął Alfred, przyciskając rękę do oczu i wzdychając. Poruszył się, by ułożyć się wygodniej na kanapie. – Albo ludzie po prostu naprawdę nie chcą wojny.
Ale nie mógł być tego pewien. Tak wielu z jego obywateli gardziło Brytyjczykami, a jednak tak wielu chciało pomóc. Ale, ogólnie rzecz biorąc, Alfred pamiętał apatię, przekonanie, że całe to zniszczenie i wojna to niewyraźna, odległa sprawa, a nie coś bezpośredniego.
Skrzywił się, kiedy pomyślał o nocach bombardowań, których był świadkiem. Przeraziła go myśl, że jego właśni ludzie by przez to przechodzili.
- Sytuacja, jest, co oczywiste, krytyczna – mruknął Alfred. – Co mam więc zrobić? Co czują moi ludzie? Jak mam reprezentować ich, skoro nie wiem nawet, co sam czuję?
Z westchnieniem przekręcił się na bok. Miał być przedstawicielem swojego narodu, ale jak mógł to zrobić? Czy jego myśli były myślami jego obywateli? Czy mógł przyjąć, iż to szarpanie i rwanie, ta niepewność, odzwierciedlała się w jego ludziach?
- To – szepnął Alfred w kierunku podłogi, a jego powieki robiły się coraz cięższe – dokładnie dlatego nie chciałem przełamać swojej izolacji.
Alfred nie był pewien, jak długo spał, wiedział za to, że obudziło go wycie syren.
Usiadł gwałtownie, szeroko otwartymi oczami patrzył na ciemniejący świat. Syreny krzyczały przeraźliwie, a gdy Alfred bardziej się wsłuchał, rozpoznał odleglejszy odgłos: znajomy, okropnie znajomy szum silników i trzask bomb spadających na ziemię.
Zanim mógł to przemyśleć, już był na nogach. Założył kurtkę i buty i wypadł z mieszkania, zbiegając po schodach i wychodząc na ulicę. Niebo płonęło czerwienią, a gorący wiatr mknął ku południu miasta. Alfred biegł – biegł, dopóki jego płuca się nie skurczyły, kluczył ulicami, gnał tak szybko, jak tylko mógł, zanim bomby dotarłyby tam, gdzie się znajdował.
Nie mógł jednak wyprzedzić niemieckich bombowców. Leciały nad jego głową, a pożary zaczynały ogarniać miasto. Alfred słyszał nad sobą krzyk bomb i przez kilka niebezpiecznych chwil myślał, że jedna z nich spadała prosto na uliczki i budynki, przy których był… Ale nie. Bomby wybuchały wokół niego, gruz obsypywał wszystko, budynki pochłaniał ogień i dym, beton marszczył się jak palony papier.
Alfred widział tylko ludzi, który spieszyli do podziemnych schronów, i normalnie przystanąłby, żeby im pomóc – ale nie mógł się zatrzymać. Musiał biec dalej… Obiecał. Obiecał, że go znajdzie, kiedy bomby spadną ponownie. Dotrzyma słowa.
Ledwo oddychał, gdy dotarł do znajomego domu – sapał zadyszany, trochę się pocił. Ale nie zatrzymał się. Bez pukania wpadł do środka, akurat by zobaczyć, jak Anglia chwieje się na nogach i upada – najpierw złamaną ręką – na ścianę, jak kawałek się po niej osuwa; on również ciężko dyszał i pocił się. Nie wydał z siebie dźwięku. Był cicho przez cały czas.
- Anglio! – krzyknął Alfred, gdy do niego podbiegał.
Ten uniósł wzrok, a oczy rozszerzyły mu się, kiedy zauważył, że Alfred idzie w jego kierunku. Wzdrygnął się, a Alfred dostrzegł otwierające się rany na jego rękach i to, jak jego skóra odchodziła i jak drżał, tak, jakby płonął – pożary. Alfred widział je za wybitymi oknami domu Anglii.
- Idioto – powiedział Anglia przez zaciśnięte zęby. – Co ty, do diaska, tu robisz?
- Obiecałem, prawda? – zapytał Alfred, wyciągając ręce i delikatnie chwytając Anglię, świadomy tego, jak tamten wzdrygał się za każdym razem, gdy słyszał spadającą bombę. – Już jestem. Nie jesteś sam.
Oczy Anglii zamigotały i ten spojrzał na Alfreda tak, jakby chciał coś powiedzieć, ale jego kolana ugięły się i potknął się odrobinę, gdy usiłował pozbyć się dotyku Alfreda.
- Kretyn – powiedział głosem jadowitym i napiętym od bólu. – Co ty sobie myślisz, biegać tak jak kompletny… całkowicie głupi… Co ty…
Przerwał, gdy przebiegł przez niego niezwykle silny dreszcz, i opadł na jedno kolano. Odtrącił jednak dłoń Alfreda, gdy ten ukląkł obok niego, by pomóc mu wstać. Podniósł się sam, wykorzystując ścianę jako oparcie, i spojrzał na młodszy kraj z ogniem, o jaki Alfred, w takiej sytuacji, nawet by go nie podejrzewał.
- Biegać tak w środku nalotu, odbiło ci? Kurwa mać – zaklął Anglia. Osunął się na ścianę w akcie nonszalancji, który jednak zdradził ból w kącikach jego oczu, w jego zaciśniętej szczęce i w nachyleniu ramion. To był całkowicie odmienne od widoku po nalocie – bycie świadkiem bomb rozprzestrzeniających się na jego skórze i w spojrzeniu… było czymś zupełnie innym.
- Obiecałem – rzekł Alfred, lekko marszcząc brwi. – Nie łamię obietnic.
Anglia prychnął.
- Idź do schronu, chłopcze. Pod ziemię – powiedział, tym razem delikatniej; zamknął oczy. – Nie rób takich głupich rzeczy podczas wojny.
Machnął dłonią, jakby go odprawiał, ale Alfred nawet nie drgnął. Anglia westchnął, otworzył oczy i spojrzał na Alfreda z wyuczoną neutralnością, nawet jeśli Alfred wciąż widział ból zwijający się w jego wzroku, skręcający się i przeszywający trzewia. Wszystko w nim zdradzało, że chce krzyczeć, lecz tego nie robił. Dalej był silny. Wpatrywał się prosto w oczy Alfreda. Młodszy naród zauważył poparzenia pełzające po karku Anglii; skóra tam się marszczyła.
- Nie pójdę – powiedział stanowczo Alfred. – Nie zostawię cię.
Cień wymuszonego uśmiechu pojawił się w kącikach ust Anglii, ale zniknął szybko, a wyraz twarzy wyspiarskiej nacji pociemniał.
- Matole. Nie chcę cię tutaj. Znikaj.
- No to szkoda – odparł Alfred. – Już podjąłem decyzję. Nie zmienię zdania przez ciebie.
Anglia wyglądał, jakby miał zamiar powiedzieć coś jeszcze, ale na zewnątrz bomby krzyczały i wybuchały, syreny zawodziły, budynki się zawalały. Na zewnątrz wszystko rozpadało się w drobny mak…
Anglia też się przewrócił. Upadł na kolana i wbrew sobie cicho krzyknął. Alfred dostrzegł, że jego twarz zaczerwieniła się ze wstydu – wstydu, że upadł tak przed Alfredem, że nie dał rady ustać. Alfred również opadł na kolana; wyciągnął ręce i dotknął ramion Anglii, trzymając go tak mocno, jak się odważył.
- Nie pójdę – powtórzył. – Już dobrze. Nic się nie dzieje, wszystko będzie w porządku, Anglio.
Anglia nie odpowiedział, jedynie w dalszym ciągu drżał. Pochylił głowę, włosy zasłoniły mu twarz, zwinął się w sobie. Alfred obserwował, jak poparzenia tańczą na jego skórze, jak widmowe pożary lizały każdy kawałek jego ciała. Anglia wbił zęby w swoją dolną wargę, by stłumić krzyki bólu, mimo że gdyby był sam, na pewno by krzyczał. Alfred chciał złapać go mocniej, ale bał się, że go zrani. Anglia wyciągnął trzęsącą się rękę i zacisnął ją na ramieniu Alfreda – jego dłoń była ciepła, paląca, a uścisk silny. Paznokcie wbiły się w kurtkę Alfreda. Anglia zacisnął zęby, zmarszczył brwi. Tłumił swoje krzyki.
Alfred usiadł, podniósł ręce, by złapać Anglię za policzki oraz zmusić go, żeby podniósł twarz i ich oczy mogły się spotkać. Mocno trzymał jego twarz i patrzył prosto na niego.
- Możesz przez to przejść – krzyknął. – Tylko na mnie patrz. Nie odwracaj ode mnie wzroku. Nie myśl o tym, dobra? Wszystko będzie dobrze… Nie zostawię cię.
W oczach Anglii coś się pojawiło, a on sam patrzył na Alfreda z zszokowanym wyrazem twarzy. Otworzył usta, jak gdyby miał zamiar coś powiedzieć, ale wtedy urywanie wypuścił powietrze i cicho krzyknął z bólu. Przesunął się, cały drżał.
- Możesz przez to przejść – powtórzył Alfred. – Czy nie jesteś Imperium Brytyjskim? Czy nie jesteś… Czy nie możesz zrobić tego, na co masz ochotę i przeżyć? Przetrwasz to, staruszku. W cholerę z twoimi niskimi moralami… Wiem, że możesz przez to przejść. Jesteś zbyt zawzięty i uparty, żeby pozwolić temu zakończyć się tak łatwo.
Anglia zadrżał, syknął z bólu, spiął się. Całe jego ciało się trzęsło. Świat wokół niego dźwięczał – syreny, bomby, pociski, krzyki. Tylko to, nic więcej. Wszystko się rozpadało, wszystko było niszczone – a jednak wszystko się trzymało.
- Pieprzyć każdego, kto mówi, że nie przetrwasz. Bo wiesz, że to nieprawda. W głębi duszy wiesz, że to wygrasz. Wiesz, że nie upadniesz. Musisz w to uwierzyć… Wierzysz w to przecież!
Anglia wyglądał, jakby chciał coś powiedzieć, wyglądał, jakby rozpaczliwie chciał coś z siebie wydusić, ale pot zebrał mu się na czole, oczy rozszerzyły się z cierpienia i nie mógł znaleźć słów, by się odezwać. Alfred zatem trzymał go mocno, przytrzymywał go przy ziemi, starał się odwrócić jego uwagę od bólu, który rozrywał jego ciało, od poparzeń i krwi tańczącej na ramionach.
- Moje ubranie się poplamiło – rzekł w końcu tamten słabo, spoglądając na podwinięte rękawy swojej koszuli.
Alfred jednak zmusił go, by na powrót spojrzał na niego.
- Do cholery z ubraniami, znajdziesz sobie nowe.
Oczy Anglii się zwęziły. Jego głos był napięty, ciężki; mężczyzna mówił mimo bólu.
- Racjonuje się teraz ubrania. Nie mogę po prostu „znaleźć sobie nowych", gdy tylko mam ochotę.
- To dam ci coś z moich, więc się zamknij.
- Pierdol się – rzucił Anglia.
Coś zapaliło się w klatce piersiowej Alfreda.
- Tak, zezłość się na mnie, dokładnie tego potrzebujesz. Powiedz mi o każdym cholerstwie, które zrobiłem źle, dobrze?
- Co…
- Powiedz mi, co spieprzyłem – powiedział Alfred. – Zrób to. Skup się na tym.
Może gdyby to zrobił, nie koncentrowałby się aż tak na bólu… I to nie tak, że Alfred na to nie zasłużył. Obawiał się jednak wszystkich tych rzeczy, które Anglia może powiedzieć, bał się krytyki. Bał się gniewu. Bał się odprawienia. Bał się odstawienia w kąt.
Drugi kraj spojrzał na niego krytycznie; ramiona mu drżały. Ale potem polizał wargi i, patrząc prosto w oczy Alfreda, rzekł bez wstępów:
- Nigdy nie prasujesz ubrań przed spotkaniem z premierem.
- To naprawdę wszystko, co masz do powiedzenia? – zapytał Alfred po chwili.
- To niewiarygodnie niegrzeczne – odparł Anglia. Wyglądał nawet, jakby miał się zaśmiać…
Ale syreny już krzyczały przeraźliwie, a bomby spadały w pobliżu. Fundamenty zadrżały pod ich siłą, a Alfred usłyszał, jak Anglia krzyczy słabo; starszy kraj osunął się, czoło oparł na ramieniu Alfreda. Ten próbował go podnieść, ale Anglia nie poruszył się. Spiął się, zwinął w sobie, a krew przesiąkała przez jego białą koszulę, plamiła ją, niszczyła. Ale ta koszula już i tak była zniszczona… Musiała być. Cała była w dziurach, które Anglia starannie zaszywał białą nicią, kiedy materiał był bardziej kremowy. Były tam łaty, plamy, a kołnierz już dawno stracił sztywność. Teraz była też krew… Tyle krwi.
- Hej! – krzyknął Alfred, ale Anglia nie odpowiedział.
Alfred chciał nim potrząsnąć, podciągnąć go… Ale jego rany, jego rany…
- Hej! – wykrzyknął Alfred ponownie, próbując podnieść Anglię. Ten, zamiast tego, uniósł słabą dłoń i z zaskakującą siłą zacisnął ją na ramieniu Alfreda.
Alfred chciał go ochronić – chciał mu pomóc. Chciał zrobić, co tylko był w stanie, by mu pomóc. Nie mógł nic zrobić z bombami, nie mógł nic zrobić z bólem… Czuł się tak bezsilny. Ale to nie znaczyło, że po prostu cofnie się i to zostawi, nie znaczyło, że będzie udawać, że ma serce z kamienia. Nie, nie ochronić. Anglia wyszydziłby samą sugestię ochrony. To nie była obrona, której ten kraj potrzebował.
Chciał mu pomóc…
- No dalej, dalej – powiedział Alfred – powiedział, nie błagał – i owinął ręce wokół pasa Anglii, powoli, bardzo powoli podnosząc go na nogi. Starszy kraj osunął się na Alfreda, a ten trzymał go mocno, uważając tylko na rany. – Gdzie cię zabrać?
Anglia wypuścił powietrze i próbował zebrać się w sobie. Wyprostował się, ze zmarszczonymi brwiami spojrzał na Alfreda. Skinął głową w kierunku łazienki na końcu korytarza; drzwi do niej były uchylone.
- Nie chcę ich zakrwawić – powiedział, przesuwając stopą po dywanie. – To antyki.
Alfred niemal się zaśmiał, ale powstrzymał się i zaprowadził Anglię do łazienki.
W pomieszczeniu było niesamowicie cicho. Alfred puścił Anglię, a ten powoli przykucnął na podłodze. Ponuro wpatrywał się w swoją zniszczoną krwią koszulę, przez chwilę pobawił się guzikami. Potrząsnął głową i opuścił ją.
Wyglądał, jakby spał.
Alfred przyklęknął przy nim.
Anglia otworzył oczy i spojrzał na niego.
- Nie bądź taki zdruzgotany, chłopcze.
Alfred skrzywił się i uniósł dłoń, by dotknąć swojego policzka, niepewny, jak teraz musi wyglądać jego twarz. Skrzywił się jeszcze bardziej. Westchnął; wydech i wdech.
- Jak mogę ci pomóc? – zapytał Alfred zadziwiająco łagodnym tonem. Coś napęczniało mu w piersi.
- Ach – powiedział Anglia, oczy zamknął. Wypuścił powietrze i osunął się jeszcze trochę. Przechylił głowę. – Pomóc mi? W tej chwili idź do schronu.
- Nie – odparł Alfred, nie dając zbić się z tropu. – Zostaję tutaj.
Anglia zmarszczył brwi.
- Nie chcę, żebyś mnie widział w takim stanie, chłopcze.
- Mam to gdzieś… To nie zmieni tego, co czu… – Ugryzł się w język i przełknął ślinę. – Nie przyszedłem, żeby się z ciebie naśmiewać. Jestem tu, bo… – zamilkł, wahając się przez moment… A potem zdecydował, że nie przejmuje się tym, co odpowie mu na to Anglia. – Bo nie chcę, żebyś był sam.
Odpowiedź nadeszła natychmiast:
- Przyzwyczaiłem się do bycia samym w takich sytuacjach.
- Mam to gdzieś – powtórzył Alfred. – To, że się do tego przyzwyczaiłeś, nie znaczy, że tak powinno być.
- Świetnie – Anglia westchnął. – Nieznośny kretyn.
- Co tylko zechcesz. – Alfred przesunął się tak, że teraz siedzieli obok siebie. – To i tak nie potrwa już długo, prawda? Dobrze się czujesz?
- Jakbym był rozdzierany na dwie części – odpowiedział mu Anglia, jak zawsze dostojnie i spokojnie.
- Och – mruknął cicho Alfred. – Twój rany… Czy mam je…?
- Będzie lepiej, jeśli poczekamy na sygnał, że się skończyło – rzekł starszy kraj, ledwo otwierając usta.
- Och – westchnął ponownie Alfred.
Wyczuł ruch i odwrócił oczy, a Anglia pochylił się do niego i zaczął mu się przypatrywać. Podniósł niezłamaną rękę i wsunął dłoń we włosy Alfreda, odgarnął je. Krytycznie wpatrywał mu się w oczy, jakby czegoś szukając. Obserwował go, zarysowywał spojrzeniem linie jego twarzy, a młodszy kraj pod tak intensywną kontrolą czuł się całkowicie nieswojo, tak, jak gdyby był zupełnie pozbawiony jakiejś ochrony.
- O co chodzi…?
Ale nie otrzymał odpowiedzi, bo doszedł do niego gwizd spadającej bomby; ta uderzyła w swój cel, który nie był oddalony nawet o milę. Później było ich więcej. Samoloty szumiały im nad głowami, a Alfred patrzył na to wszystko na twarzy drugiego mężczyzny, widział, jak stężała, napięła się i potem zapłonęła bólem.
Anglia przewrócił się na podłogę, krzyknął, a Alfred natychmiast do niego dopadł.
- Arthurze…
Słowa zatrzymały się w jego gardle, ale nawet już o nich nie myślach, bo sam też był na ziemi i starał się uchwycić uwagę Arthura, próbował tak go złapać, by go nie zranić i nie mógł przestać…
Przycisnął policzek do zimnej podłogi i patrzył na Arthura, usiłując zwrócić na siebie jego uwagę. Wyciągnął dłoń i dotknął jego twarzy – Arthur się wzdrygnął, jednak Alfred nie cofnął ręki. Starał się złapać jego wzrok.
- Spójrz na mnie! – wykrzyknął, a Arthur pewnie uniósł na niego szeroko otwarte, wypełnione przerażeniem oczy. Przesunął się, a jego ciało zwinęło się, zadrżało i napięło. – Nie odwracaj ode mnie spojrzenia – powiedział Alfred i ponownie chwycił Arthura za policzki, mocno trzymając jego twarz. Uniósł ją. – Przejdziesz przez to, tak? Wierzę w ciebie, mnóstwo osób w ciebie wierzy. Jesteś za bardzo upartym staruszkiem, żeby po prostu zgasnąć jak mała, żałosna świeczka, prawda?
- Pieprz. Się – syknął Arthur przez zaciśnięte zęby; twarz miał skrzywioną z bólu, brwi zmarszczone, a jego oczy były zamglone cierpieniem. Z rany na jego skroni (to tylko płytkie cięcie, ale jednak wciąż tam było) sączyła się strużka krwi. Arthur kilka razy zamrugał. Wyglądał, jakby przez moment go zamroczyło, lecz nie odwrócił wzroku.
- Jasne, oczywiście – odparł Alfred, ale nie mógł nic poradzić na to, że się uśmiechnął. – Wiesz, że mam rację. Udowodnisz tym wszystkim narwańcom, że się mylą? Czy po prostu przewrócisz się i przyznasz do porażki? To nie jest ten kraj, który znam. A znam go, prawda?
- Pieprz się – odpowiedział Arthur, szczękę miał zaciśniętą.
- Dokładnie, właśnie to im powiesz – potwierdził Alfred, a jego uśmiech zrobił się szerszy. Wplótł palce we włosy Arthura i wytrwale utrzymywał jego głowę w pozycji pionowej, nie zważając na to, że wszystko wokół nich roztrzaskiwało się i wybuchało, że odłamki bomb i pył spadały z nieba poprzez dym i szum silników. – Możesz to wygrać – powiedział, a kiedy tylko słowa opuściły jego usta, wiedział, że to prawda, że wierzył w Arthura i to było wszystko, co mógł zrobić, gdy jego rząd się ślimaczył, a jego ludzie niczym strusie chowali głowy w piasek. – Możesz wygrać, Arthurze. Wygrasz. I wiem, że masz już dość słuchania tego, więc powiem ci ze szczegółami, jak to zrobisz.
Arthur nie odpowiedział, bo trząsł się, z bólu mocno zaciskał oczy i zęby. Wyciągnął dłoń i mocno chwycił ramię Alfreda, który poczuł jego paznokcie nawet przez swoją koszulę i kurtkę.
- Powinienem o tym wiedzieć, prawda? Że jesteś upartą cholerą i nie poddasz się, dopóki nie utną ci nóg albo dopóki nie wygrasz. Więc któregoś dnia pojedziesz do Francji i wykręcisz Niemcom jaja. I pewnie bez zająknięcia coś wtedy powiesz i będziesz strasznie elegancki, czy jakie słowo tam sobie chcesz, a Francja zemdleje. Co o tym sądzisz?
Zastanawiał się, czy Arthur zaśmiałby się, gdyby mógł. Był zbyt zajęty zaciskaniem szczęki i trzymaniem ręki Alfreda, ale w jego oczach znów coś zamigotało i uchwycił spojrzenie młodszego kraju.
Alfred nie śmiał odwrócić wzroku.
- Jesteś silny, Arthurze – powiedział cicho, tak cicho, że tylko dzięki temu, iż byli tak blisko siebie sprawiło, dało się usłyszeć jego słowa przez krzyk bomb dochodzący z zewnątrz. – Jesteś silny i możesz to wytrzymasz, kiedy każdy inny człowiek przewróciłby się i płakał. Ale spójrz na siebie, do samego końca jesteś tym upartym staruszkiem. Stawiasz temu wszystkiemu czoła sam i ciągle się trzymasz. Tak, to naturalne, że się tym już zmęczyłeś i masz tego dość. Ale wciąż się nie poddajesz.
Arthur lekko pokręcił głową i wzmocnił swój uścisk na ręce Alfreda. Oczy miał szeroko otwarte – zawzięte, lecz pełne strachu. Zamigotały nieznacznie.
- Nie odwracaj ode mnie wzroku – przypomniał mu Alfred, a spojrzenie Arthura do niego wróciło. Uśmiech Alfreda zmniejszył się, ale nie zniknął. Chłopak po chwili się opanował i, z całą doniosłością, jaką mógł zebrać, rzekł: – Jesteś najodważniejszą osobą, jaką znam. Bez wątpienia.
I właśnie podczas takich nocy Alfred zdobywał się na to, by przyznać się, nawet jeśli tylko przed sobą, że nie był pewien, czy byłby na tyle odważny, by codziennie znosić bombardowania – nie, kiedy widział, jak Arthur zwija się z bólu, jak wykrzywia twarz i zaciska zęby. Wiedział, że był silny, wiedział, że był dzielny, lecz to, że samemu miałby się temu przeciwstawiać, było dla niego zbyt przerażające. Alfred nie był jeszcze gotowy na takie myśli… I pewnie to właśnie ten strach głęboko zakorzeniony w jego ludziach powstrzymywał go od zaangażowania się.
Bomba wrzasnęła zbyt blisko i Alfred usłyszał huk wybijanych okien i walącej się ściany. Arthur podskoczył, źrenice miał rozszerzone, a Alfred czuł, że jego własne serce mknie szybciej niż pożary.
- Zostanę z tobą całą noc, dobra? – powiedział. Tak naprawdę nie pytał, już podjął decyzję. Spojrzał na Arthura z całą determinacją, na jaką było go stać, pokazując mu – a przynajmniej miał nadzieję, że mu to pokazuje – że, nieważne co, nie porzuci go.
Arthur delikatnie skinął głowę i coś pojawiło się w jego oczach. Lekko otworzył usta, mocniej ścisnął ramię Alfreda. Jego ciało drżało od siły bomb i pożarów, lecz on przez cały czas patrzył na Alfreda.
Jego oddech był płytki, twarz napięta, ale nie odwrócił wzroku od Alfreda przez resztę nocy – a Alfred nie odważył się odwracać spojrzenia od niego.
Arthurowi rano się nie polepszyło. Był rozpalony, przez cały czas zakrwawiał bandaże, które Alfred rozpaczliwie próbował zawiązać wokół jego ran (wystarczająco mocno, by pomóc, ale nie na tyle, by sprawić ból).
Powietrze było gęste od dymu, a ulice zasłane były gruzem i pociskami. Było tam pełno wszystkiego; płatki popiołu i węgla lekko niczym śnieg opadały na zniszczone ulice miasta.
- Jak się czujesz? – spytał Alfred, wyglądając przez okno.
Arthur gdzieś za nim westchnął cicho i ze zmęczeniem.
- Pożary ciągle płoną.
Alfred odwrócił się do niego. Brwi miał zmarszczone.
- Co?
Można było powiedzieć, że Arthur stał, chociaż podpierał się o ścianę, pozornie gotowy w każdej chwili zwinąć się w kłębek i upaść. Jego koszula była zabrudzona, jego ciało drżące… i chude. Głodował. Oczy miał zapadnięte, przestraszone i podkrążone. Jego twarz była wychudzona… Ale nie zachwiał się, gdy patrzył na Alfreda.
- Setki. Może tysiące. Pożary jeszcze nie zgasły – rzekł cicho.
- Robią ci się poparzenia? –Alfred ruszył do niego przez pokój, ale Arthur pokręcił głową.
- Najgorsze już minęło. – Opuścił wzrok na swoje ręce i spojrzał na oparzenia wijące się po jego skórze tak, jakby były samymi płomieniami. – Przyzwyczaiłem się do tego.
- To nie… – Alfred przerwał i pokręcił głową, a potem podszedł do Arthura. Ten westchnął, oparł się o ścianę i również potrząsnął głową.
On naprawdę się nie zmienił, powiedziało coś cicho w mózgu Alfreda. Był taki sam, jak zawsze. Był taki, jakim go pamiętał: silny, uparty, waleczny. Alfred przełknął ślinę. Arthur uniósł oczy, żeby na niego spojrzeć; twarz miał jak z kamienia i patrzył na Alfreda krytycznie, marszczył brwi. Młodszy kraj już miał coś powiedzieć, ale Arthur nagle podniósł dłoń i uderzył go w głowę.
- Ała! Ej!
- Nigdy więcej tu nie przychodź – warknął Arthur i odsunął się lekko, bo ruch sprawił mu ból. Rękę przycisnął do piersi, ale nie wydawał się aż tak podatny na zranienie, nie, kiedy wpatrywał się w Alfreda z taką intensywnością. – Biegać przez bomby i pożary… Jesteś kompletnym głupcem i jeżeli jeszcze raz zobaczę w środku nocy zobaczę cię na moim progu, wykopię cię na ulicę, żebyś zajął się sobą.
- Jeśli to zrobisz, to po prostu pomogę ludziom, którzy będą tego potrzebować – odpowiedział Alfred. – Tak jak ostatnio.
Arthur w jednej chwili zesztywniał i napuszył się, rozdarty. Alfred mógł to zobaczyć w jego oczach, ale moment minął.
- Kompletny głupiec. – Arthur warknął cicho do siebie i nie ciągnął tematu. Obszedł Alfreda i powoli, lekko utykając, ruszył na tyły domu, do sypialni. Alfred podążył za nim, lecz Arthur zatrzymał się i rzucił mu mordercze spojrzenie.
- Idę wziąć sobie nową koszulę. Jestem w stanie zrobić to sam. Muszę sprawdzić, jakie wyrządzono szkody i nie zamierzam wyglądać jak niechluj.
- Rany, rany, dobra – powiedział Alfred i poniósł dłonie w geście poddania się. Cofnął się o krok. – Ale krzycz, jeśli będziesz potrzebował pomocy.
- Zamilknij – mruknął Arthur i odszedł, a twarz miał zarumienioną. Alfred przewrócił oczami i podszedł do krzesła. Usiadł.
- Tylko on myślałby o sobie jako o niechluju, kiedy byłby cały we krwi. – Opuścił oczy na swoje ręce i westchnął. – Naprawdę się nie zmienił.
Spacerowali po mieście w milczeniu. Arthur nie mówił nic, gdy przemierzali ulice i oglądali zniszczone domy, ulice zapełnione pyłem i kawałkami betonu. Powietrze było gęste od dymu i niosło zapach zwęglonych budynków i niedających się opanować pożarów. Popiół opadał jak śnieg. Arthur kilka razy musiał się zatrzymać i oprzeć się o ścianę; oddychał wtedy z trudem, ale przez resztę czasu poruszał się dostojnie. Odrzucał pomoc Alfreda, którą ten oferował na początku; później przestał, bo nie chciał, żeby wyglądało na to, iż się martwi. Arthur, silny i uparty do samego końca, przez całą drogę utrzymywał pokerową twarz. Tak jak poprzedniej nocy, był na tyle spokojny, na ile tylko mógł i praktycznie nie wydawał się z siebie dźwięków.
Arthur przez całą drogę szedł wyprostowany, ubrany jedynie w swoją połataną i traktowaną z tak wielką troską kurtkę. Jego koszula była zabrudzona, ale nie była to ta z wczorajszej nocy, a Arthur i tak zasłonił ją okryciem.
Wyrządzone szkody były okropne. Prawie każdy mijany przez nich dom, włączając w to mieszkanie Arthura, był w jakiś sposób uszkodzony – część bardziej niż pozostałe. Niektóre były całkowicie zburzone. Świeży bezdomni poruszali się po ulicach, ich spojrzenia były inne niż wtedy, gdy bomby wróciły po raz pierwszy – Alfred pamiętał tamtą noc, kiedy byli majestatyczni i dumni, głowy mieli wysoko uniesione i żyli dalej. Teraz jednak ich twarze były przygnębione, a oni sami zbierali kawałki swoich domów – zbierali kawałki świadomości, iż byli teraz bezdomni.
Arthur nie odezwał się, kiedy mijali Queen's Hall, która teraz była całkowicie zrujnowana. Nie odezwał się, gdy patrzył, jak ogień szaleje po Muzeum Brytyjskim, niszcząc galerię i miliony książek. Nie odezwał się, gdy zobaczył szkody wyrządzone Pałacowi świętego Jakuba, opactwu westminsterskiemu,Big Benowi i parlamentowi. Przez cały czas nic nie mówił, po prostu szedł dalej. Głowę pochylał, a ramiona miał sztywne, kiedy przedzierał się przez gruz i zniszczone budynki.
Dym wciąż grubą warstwą unosił się na Londynem; wiatr mknął przez ulice, ruiny, pozostałości bombardowania. Popiół tańczył wokół ich stóp. Wiatr potargał włosy Arthura i, niewątpliwie, rozprzestrzeniał londyńskie pożary. Niósł zapach spalenizny.
Arthur nagle zatrzymał się, spojrzał w bok. Alfred czekał cierpliwie i wtedy nagle Arthur, z większą ilością energii, niż Alfred się spodziewał, szybkim krokiem przeciął ulicę i ruszył w kierunku zwęglonych szczątków budynku, który Alfred natychmiast rozpoznał. Zupełnie spalona, niewielka sala Izby Gmin była teraz jedynie górą gruzu.
Alfred niemal pospieszył, by odciągnąć od tego Arthura, ale wiedział, że na nic by się to nie zdało. Starszy kraj podszedł do rumowiska i zaczął poruszać się wśród ruin. Alfred podążył zanim i przeklął cicho pod nosem, kiedy prawie potknął się i skręcił kostkę.
Arthur w milczeniu stał wśród gruzów.
A potem odwrócił głowę i spojrzał na Alfreda.
- To już się stało.
- Co takiego? – spytał Alfred, mimo iż bał się odpowiedzi. Arthur przemówił teraz pierwszy raz, odkąd rano opuścili jego dom.
Głos wyspiarskiego narodu był napięty, a na niezmiennym wyrazie jego twarzy – wymuszona, niemal bolesna neutralność – coś zamigotało. Zmienił się, jakby jego maska miała odpaść kawałek po kawałku. Alfred dostrzegał pęknięcia, widział skowyt w ruchu jego brwi, drżenie przebiegające przez jego szczękę.
A wtedy Arthur przemówił cicho.
- Z moich ludzi w tej wojnie zginęło już więcej kobiet i dzieci niż żołnierzy.
Alfred nie odpowiedział od razu, jego źrenice rozszerzyły się. Coś zakołatało i zacisnęło mu się w piersi.
- Skąd możesz to…
Arthur odwrócił twarz i jeszcze raz rozejrzał się po tym, co kiedyś było pomieszczeniem. Zatopił się we wspomnieniach – patrzył tam, gdzie dawniej znajdował się sufit, a gdzie teraz ziała jedynie wielka dziura dająca widok na zadymione niebo. Płatki popiołu zaplątały się w jego włosy i już tam pozostały. Arthur omiótł wzrokiem nieistniejący sufit, zwęglone szczątki ścian. Przyjął to wszystko, stworzył nowe wspomnienia, które mogły ułożyć się obok starych.
I wtedy uklęknął i uniósł kawałek zburzonego budynku, kawałek gruzu. Trzymał go w dłoniach, mimo złamanej ręki, mimo tego, w jaki sposób jego ciało drżało pod ciężarem. Dalej tam klęczał. I Alfred zdał sobie sprawę, być może z opóźnieniem, że gdy Arthur wstał z częścią budynku w dłoni, jego ramiona się trzęsły. Alfred stał w szoku, nie mogąc się poruszyć, a Arthur nie starał się ukryć swoich łez tak, jak robił to w Bristolu. Stał tam i płakał – bez wstydu. Łzy płynęły mu po policzkach, torując sobie drogę przez pył i krew, które nadal oblepiały jego twarz (skrzywioną i coraz bardziej zarumienioną); dolna warga mu drżała. Nie był piękny, kiedy płakał, jego oblicze krzywiło się, a oczy robiły się opuchnięte i zaczerwienione. Ale nie przestawał i Alfred przyglądał się, jak Arthur składa delikatny pocałunek na kawałku gruzu, przez chwilę nie odrywając od niego ust i ostatni raz żegnając wszystkich tych, których stracił, mówiąc ostatnie słowo do świata, który go otaczał.
Alfred postąpił krok w jego stronę, a Arthur podniósł wzrok na niebo, a potem przeniósł spojrzenie na Alfreda. Nawet w takim momencie, młodszy naród nie mógł wymyślić niczego, co mógłby powiedzieć – nie mógł myśleć o tym, że miałby odrzucić lub obrazić tego człowieka, który krwawił i zanikał, szybko tonął, a jednak wciąż się żył.
Arthur pochylił głowę i odłożył kawałek gruzu z ogromną czułością i troską – jego dłoń przez chwilę pozostała na płaskiej powierzchni kamienia. I wtedy Arthur, wciąż płacząc, wyprostował się i przycisnął ręce do twarzy, jakby zawstydzenie i przyzwoitość wreszcie go dosięgnęły, jakby w końcu przypomniał sobie, że był przy nim Alfred. Nie przestał jednak szlochać.
Alfred nie zorientował się, że się porusza, dopóki nie potknął się o gruzy i – delikatnie – nie przyciągnął Arthura do siebie. Chwycił go i trzymał mocno, nie ważył się czegoś powiedzieć czy poruszyć. Po prostu trzymał go w ramionach – i jak wspaniale Arthur tam pasował. Alfred pochylił twarz i na krótką chwilę przycisnął policzek do boku głowy Arthura, poczuł ciepło jego ciała, a potem znów wyprostował się i spojrzał na Londyn.
- Cholera by to – szepnął Arthur po chwili. – Zawsze przed tobą płaczę.
- Nie szkodzi – odparł szybko Alfred. Szybko ściszył głos, gdy Arthur wzdrygnął się w jego ramionach. – To znaczy… Nie wykorzystam tego przeciwko tobie. Nie czyni cię to słabym, więc możesz to robić. Jeśli musisz płakać… to po prostu płacz. Bo to jest smutne i przerażające i… i ciężkie. Nie szkodzi.
Z łatwością mógł sięgnąć pamięcią do czasów, gdy uważał, że Arthur okazywałby słabość płacząc… ale teraz nie mógł go puścić. Trzymał go mocno i Arthur, powoli, uniósł swoje dłonie i złapał kurtkę Alfreda, wypłakując się na jego ramieniu.
- Ale nie myśl sobie, że będę to robić za każdym razem – dodał Alfred szybko.
- Oczywiście – mruknął Arthur w jego rękę, a głos miał słaby i drżący. Wciąż płakał, jego ramiona nadal się trzęsły.
Alfred poruszył się lekko i przycisnął do Arthura policzek; starał się go uspokoić – chciał, żeby ten był spokojny i nie przejmował się tym, że tego pragnie. Obejmował go wśród gruzów, pozwalał mu płakać tak długo, jak Arthur tylko potrzebował. Serce Alfreda grzmiało mu w piersi, jednak zignorował je i jedynie trzymał Arthura oraz myślał o nim.
- Spokojnie – powiedział do drżących ramion Arthura.
Arthur pokręcił głową i nie odpowiedział, wciąż cicho płacząc. Alfred nie rozluźnił uścisku i obserwował krajobraz, wpatrywał się zrównanym z ziemią częściom Londynu. Jego umysł był wypełniony tym wszystkim, wiedział, że to prawda, to wszystko, w co nie chciał wierzyć, i był świadomy tego, że nie może nic zrobić, by powstrzymać to, jak jego serce kołatało mu się w piersi, iż nie może powstrzymać tego, o czym wiedział, że jest prawdą…
Mocno wciągnął powietrze i wzmocnił swój uścisk. Arthur również tak zrobił – wziął drżący wdech i zacisnął pięści na kurtce Alfreda, trzymając go mocno i nie mając zamiaru puścić.
Stali tak przez długą chwilę, zbyt długą, by Alfred wiedział, ile minęło czasu. Ale nie przeszkadzało mu to – trzymałby Arthura dopóki ten by tego potrzebował. Arthur w końcu uspokoił się, jednak przez moment nie odsunął się od Alfreda. Młodszy kraj go nie odepchnął ani się nie poruszył. Arthur cofnął się, wzdychając głęboko, a jego oblicze znów nic nie pokazywało. Lecz coś zmieniło się w jego oczach.
Odwrócił wzrok od Alfreda. Zasmucony wypuścił powietrze. W wyrazie jego twarzy przez krótką chwilę pojawiła się rysa, jednak szybko zniknęła… I to był Arthur, którego Alfred tak dobrze znał. Spokojny, dostojny, uparty i olśniewający. Silny, pełny wytrzymałości, z oczami zmrużonymi z stanowczości i determinacji.
Nie upadnie.
Arthur spojrzał na swoją stolicę.
- Mam być latarnią – rzekł cicho. – Z każdym dniem przybywa tu coraz więcej ludzi z kontynentu, gdy uciekają ze swoich okupywanych domów. Traktują Londyn, mimo całego jego zniszczenia, jako promyk nadziei i wolności i ja… Nie wiem, jak długo jeszcze dam radę. Dla nich, dla moich ludzi… dla kogokolwiek. – Jego dłonie się trzęsły, ale nie miał zamiaru więcej płakać. – Nie wiem.
- Nie upadniesz – powiedział Alfred. – Wiem, że nie.
Arthur spojrzał na niego, marszcząc brwi.
- Wiesz?
- Tak – odparł Alfred bez wahania.
Arthur mruknął coś i z powrotem skierował swoją uwagę na Londyn, a przynajmniej na to, co mógł zobaczyć przez dym i popiół. Westchnął; długa fala powietrze przeszła między nim, a jego ludźmi. Wyjrzał na świat, a świat odwzajemnił spojrzenie.
- Ja nie do końca – mruknął.
Alfred nie odpowiedział, jedynie przesunął się tak, że stali obok siebie. Razem szli przez gruzy. Alfred miał trudności z oddychaniem – powiedział sobie, że to przez dym, który był w powietrzu.
- Gdyby coś poszło inaczej – rzekł cicho Arthur. – Gdyby jedna rzecz się zmieniła, prawdopodobnie wszystko potoczyłoby się inaczej. Może gdybym…
Potrząsnął głową.
Alfred zmarszczył brwi.
- Żałujesz czegoś? – zapytał i spojrzał na kalekie budynki naokoło, na odłamki bomb i ruiny wokół.
To tylko kwestia czasu, zanim…
- Ja? – spytał Arthur, a na jego twarzy pojawił się cień krzywego uśmiechu, cień czegoś, co nie do końca tam pasowało. – Nie. To byłoby nieprofesjonalne.
Kilka dni później Winant wraz z Alfredem udali się na spotkanie, na którym ambasador miał zaprezentować swoją mowę do English-Speaking Union Londynu. Odkąd Alfred ostatni razem widział Arthura, razem z ambasadorem uczestniczył w pogrzebach i ceremoniach, pomagał sprzątać ulice i wspierał ludzi, jak tylko mógł – tym, którzy stracili domy, gaz, elektryczność czy wodę. To wszystko wydawało się beznadziejne, ale Winant się nie poddawał, a Alfred, prawdopodobnie dzięki niemu, również tego nie zrobił.
Umysł młodego kraju odpłynął w kierunku Arthura, Anglii. Zaczął jednak na powrót słuchać, gdy Winant mówił o posągu swojego bohatera znajdującym się nieopodal parlamentu i opactwa westminsterskiego – o Abrahamie Lincolnie. Alfred uniósł głowę, spojrzał na ambasadora.
- Jako Amerykanin – mówił Winant – jestem dumny, że Lincoln był tam obecny jako przyjaciel i strażnik… i jako przypomnienie, że podczas jego wielkiej bitwy o wolność, też spokojnie czekał na wsparcie dla wartości, dla których żył i umarł. – Subtelne, jednak wciąż wyczuwalne porównanie Lincolna i Brytyjczyków sprawiło, że serce Alfreda przesunęło się w kierunku jego żołądka. Winant, po krótkiej chwili, omiótł wzrokiem tłum i powiedział: – Stoję murem za Brytyjczykami… i to jest pora, by moja ojczyzna również tak zrobiła.
I wtedy skierował oczy na Alfreda. Ten, zaskoczony, nie poruszył się, ale nie odwrócił oczu, nie cofnął się, nie uciekł…
- Staraliśmy się siebie przekonać, że nie jesteśmy stróżami naszych braci – ciągnął Winant spokojnie, lecz z determinacją. – Nie zdajemy sobie jednak sprawy, iż potrzebujemy naszych ich tak samo, jak oni potrzebują nas.
Alfredowi było za zimno, trząsł się, a serce waliło mu w piersi.
To tylko kwestia czasu, zanim…
Nie.
- Nasze zadanie jest teraz dużo trudniejsze, ponieważ nie zdołaliśmy wczoraj zrobić czegoś, co pragniemy zrobić dziś – zadeklarował Winant. – Opóźnienia tylko przedłużą wojnę i sprawią, że więcej ludzi zginie dla zwycięstwa. Przestańmy pytać się, czy koniecznie trzeba teraz robić więcej. Spytajmy się, co więcej możemy zrobić dzisiaj, aby jutro poświęcić mniej.
Nie, to nie było kwestią czasu. Upadek Arthura nie był kwestią czasu. Alfred musiał w niego wierzyć – to było wszystko, co mógł teraz zrobić i robił to. Jego kraj dostarczy wsparcie, jedzenie, okręty, pomoże w walce – Alfred da wszystko, co tylko może.
Bo Arthur nie upadnie. Gdyby zaszła taka konieczność, to Alfred za każdym razem stawiałby tego staruszka na nogi, jeśli przez to Arthurowi byłoby lepiej.
Nieważne, co się stało, Alfred się zmienił i był tego świadomy. Zmienił się. Oni go zmienili. I nie mógł już zawrócić.
Uncja – w tym wypadku około 30 gramów.
City of Westminster – druga obok City najważniejsza dzielnica centralnego Londynu i jedna z 32 gmin Wielkiego Londynu położona w jego centralnej części.
Opactwo westminsterskie to najważniejsza, obok katedry w Canterbury i katedry św. Pawła w londyńskim City, świątynia anglikańska. Opactwo począwszy od 1066 roku jest miejscem koronacji królów Anglii. Od XIII wieku opactwo to również miejsce pochówku królów i zasłużonych osób.
Gneisenaui Scharnhorst – niemieckie pancerniki z okresu II wojny światowej. Scharnhorst oraz Gneisenau operowały razem w pierwszym okresie II wojny światowej, wykonując szereg rajdów na Atlantyk w celu zatapiania brytyjskich transportowców. Obydwa okręty wzięły udział w operacji Weserübung, niemieckiej inwazji na Norwegię.
Queen's Hall – sala koncertowa położona na ulicy Langham Palace w Londynie; została otwarta w 1893 roku. Stała się głównym miejscem londyńskich koncertów, była znana jako „muzyczne centrum Imperium Brytyjskiego". Została zniszczona w 1941 roku w wyniku niemieckich bombardowań.
Pałac św. Jakuba - jeden z najstarszych pałaców w Londynie. Stanowi najstarszą część kompleksu budynków dworu królewskiego położonych w tej części miasta. Nadal jest używany przez rodzinę królewską i podległych jej urzędników, w związku z czym pozostaje niedostępny dla turystów.
Pałac Westminsterski –miejsce posiedzeń obu izb Parlamentu Zjednoczonego Królestwa (Izby Lordów i Izby Gmin).
Izba Gmin – izba niższa dwuizbowego parlamentu brytyjskiego.
English-Speaking Union (ESU)– międzynarodowa, charytatywna organizacja edukacyjna założona w 1918 roku przez dziennikarza Sir Evelyna Wrencha. English-Speaking Union ma na celu „zebrać razem na takich samych prawach ludzi różnych języków i kultur" przez rozwijanie umiejętności i pewności siebie w rozmowie, tak, by ludzie wykorzystywali swój potencjał. ESU organizuje debaty, wystąpienia publiczne i wymiany studentów, prowadzi konferencje i seminaria oraz oferuje stypendia, aby zachęcić do korzystania z języka angielskiego na całym świecie.
Notka: Tradycyjnie przepraszam za obsuwę . Rozdział niebetowany, za wszelkie błędy przepraszam i kajam się.
Naprawdę myślę, że to chyba mój ulubiony rozdział z całego ficka. Jest jakiś taki... No ;) I jeśli ktoś nie zauważył pewnej zmiany, to w tej chwili zawracać i czytać jeszcze raz!
