Rozdział 9 „Hawke i Fenris"

To już prawie miesiąc odkąd nie widział się z Hawke i naprawdę miał dość. Avelina nie raz proponowała mu prace, przyjmował te oferty. Była jednak spora różnica. Praca dla Aveliny, była pracą. Ciężką, mozolną, kończącą się sińcami i marnym wynagrodzeniem. Kiedy wyruszał w miasto z Hawke, to też kończyło się to sińcami, ale nie była to praca. Była to przygoda. Pełna wrzawy, zwrotów akcji i bohaterskich czynów. Ile to już ludzi uratował, ile istnień ocalił. Przez trzy lata swojej ucieczki nigdy mu się nie zdarzyło komuś pomóc, a potem wpadł niechcący na szaloną apostatkę i się zaczęło. Uwalnianie niewolników z rąk oprawców, poszukiwania zaginionych ludzi, walka z opętańcami, piratami, magami krwi. Ostatnio nawet uratowali miasto przed trujący gazem wytworzonym przez szaloną elfkę. O oczyszczeniu kopalni ze smoków, nawet nie wspominając. Kiedy siedział samotnie w swojej posiadłości, myśląc o minionych wydarzeniach, miał często wrażenie, że to tylko iluzja jego zagubionej psychiki. Potem zjawiała się Hawke, mówiła że jest robota i znowu ratowali mieszkańców Kirkwall z opresji. Następnie opatrzenie ran, porządny posiłek i parę partyjek kapryśnego losu w apartamentach Varricka. Kiedy zdążył tak to polubić? Tak przywyknąć do tej mieszanki przygód i towarzyszy. No może po za magami. Jednak Hawke była magiem. Zawsze nim będzie.

Podszedł do stołu na którym leżała podarowana przez nią książka. Zniszczona, poobijana i pogryziona. Uczyła go czytać. Nie spodziewał się. Co ją naszło by go uczyć. Jak tylko nie mógł odczytać jakiejś litery książka lądowała rozpłaszczona na ścianie w przeciwległym pokoju, a on sam klął głośno. Hawke chodziła po tą książkę 5, 10, 20 razy a potem powiedziała, że ma plan. Po 20 minutach wróciła, ze swoim mabarii i to on szczęśliwy biegał po tą książkę. Chodź ogar był delikatny, grzbiet i okładka nosiły ślady jego zębów.

-To jest P nie R- Powtarzała.

-Przecież wiem! Po prostu mi się mylą! Są podobne!- Wściekał się po raz kolejny.

-Musisz skojarzyć. O już wiem! Musisz sobie zapamiętać, P ma Pojedynczą nóżkę, R Rusza nóżkami dwoma- Uśmiechnęła się do niego figlarnie.

-Hawke chyba kpisz. Czy ja ci wyglądam na dziecko?

-W tej chwili tak i to na takie bardzo kapryśne. No to czytamy dalej. Tylko pamiętaj, P ma Pojedynczą nóżkę, R Rusza nóżkami dwoma…

Uśmiechnął się do tego wspomnienia. „Niewierze, że to zapamiętałem." Nauczyła go czytać i pisać. Klął na nią, rzucał tą książką, a nawet zdarzyło mu się „rozbłysnąć". Hawke to po prostu ignorowała. Nie próbowała uspokajać. Czekała, aż gniew z niego ujdzie i kontynuowali naukę jak by nigdy nic. Pamiętał, że na początku ich znajomości niemal się go bała, traktowała bardzo ostrożnie. Po Głębokich Ścieżkach jak by nagle ta nieufność, ostrożność gdzieś znikła. Wyglądało to tak, jak by powiedziała sobie, że „Fenris jest jej przyjacielem, więc nigdy nie mógł by zrobić jej krzywdy" i właśnie tak zaczęła się zachowywać. Całkowita ufność. Czym na to zasłużył? Miał czasem wyrzuty sumienia, że mówi wszystko to co najgorzej o magach przy niej. Nigdy nie zaprzeczała. Nigdy nic nie mówiła, ale wzrok miała jak zbity pies. Dlaczego nie zaprzeczała? Dlaczego się z nim nie wykłócała, jak robił to chociażby Anders. Nawet Izabella podkreślała, że się nie zgadza z jego opiniami, chodź nie była magiem. Hawke zawsze milczała. Na początku myślał, że może zgadza się z jego słowami, ale szybko doszedł do wniosku, że to nie to. Chciał ją o to spytać.

Dzięki niej miał wsparcie, prace i towarzystwo. Przychodził czasem do świątyni. Panował tam przyjemny spokój. Świece, posąg Andrasty i templariusze. Żadnych magów. A jeśli trafił na Sebastiana, ten zapraszał go na herbatę do świątynnych ogrodów. Co prawda książę potrafił być nieco meczący w przypisywaniu wszystkich dobrych rzeczy na tym świecie interwencjom Stwórcy, ale polubił go. Ze wszystkich znajomych, to jego uważał za najbardziej godnego zaufania. Mógł z nim porozmawiać, nie obawiając się, że ta rozmowa wyjdzie po za nich dwóch. Kto by pomyślał, że on, były niewolnik, zaprzyjaźni się z księciem.

Kiedy matka Hawke zginęła, dosłownie poćwiartowana przez szalonego maga, chciał ją pocieszyć. Tylko co miał powiedzieć? Że to wina magii? Przecież Hawke była magiem. Dlaczego musiała być magiem?! Nie mogła by być wojowniczką, jak Avelina? Wszystko było by w tedy takie proste. Mógłby zawsze tak żyć, walcząc z nią ramie w ramie, broniąc tych którzy doznawali krzywd. Miesiąc temu Leandra dosłownie umarła na rękach swej córki. Bał się w tedy. Czy Hawke sięgnie do magii krwi? Czy zaprzeda się demonom by ożywić matkę? Ona jednak tylko płakała, a gdy już skończyła, wstała trzymając rodzicielkę na rękach. Udała się z nią nad wybrzeże. Skoncentrowała manę i ciało Leandry zaczęło płonąć. Płonęło tak długo, dopóki nie pozostał sam pył, który rozwiał wiatr. Był w tedy z nią, stał u jej boku, ale co miał powiedzieć. Czy można coś powiedzieć? Mógł tylko winić magie i magów. To by nie pomogło Hawke. Od tego czasu jej nie widział. Chodził do świątyni, modlił się. Żeby tylko pozostała sobą, dobrym człowiekiem, by nie pozwoliła się złamać. By nie stała się plugawcem. Modlił się za nią, tylko czy to pomagało? Kiedy opowiedział Hawke jak się uwolnił od Danariusa, jak zabił Wojowników Mgły, powiedział mu w tedy coś takiego… „Wolności nie da się wymodlić lub wyprosić. Zdobywa się ją, tak jak każdą wartość, złotem lub krwią*" On wolność opłacił krwią, nie tylko swoją. Hawke majątek pozwalał na względną ochronne przed templariuszami.

Każdego dnia martwił się coraz bardziej. W końcu zebrał się w sobie. Nie mógł polegać przecież tylko na modlitwach. Przemyślał dokładnie co powiedzieć, chodź może lepiej nic nie mówić? Poszedł jednak do jej domu. Znalazł ją w ogrodzie. Siedziała oparta o pień wierzby.

-Nie wiem co powiedzieć, ale jestem tu.

Spojrzała na niego zmęczony wzrokiem. Była blada, schudła wyraźnie. Jej jaskrawe oczy jak by przygasły.

-Izabella chciała mnie wyciągnąć na picie, ale lepiej żebym się nie upijała. Wiesz jestem magiem- Uśmiechnęła się słabo – A Anders przez pół dnia opowiadał mi kawały o templariuszach. Niektóre z nich były naprawdę, naprawdę słabe. Tak więc, nie musisz nic mówić.

Podszedł, a chwile później usiadł obok niej opierając się o drzewo.

-Wiesz, czasem myślę… że lepiej by było, jak bym zniknęła z tego świata. Ojciec, Bethany, matka…. Carver właśnie uzależniający się od lyrium. Jak bym przynosiła same nieszczęścia.- Westchnęła cicho, wodząc wzrokiem gdzieś w dal.

-Kiedy byłam mała obserwowałam jak wieczorem ojciec zapala dłonią świece dla matki. Zawsze jej się to podobało. Wiesz, to było takie romantyczne. Pewnego dnia jednak się spóźniał, a było już ciemno, więc chciałam jej pomóc i sama zapaliłam tą świece. Popatrzyła na mnie, a potem padła na kolana i płakała z rozpaczy. Płakała tak całą noc.

-Przecież wyszła za apostatę, nie mogło przeszkadzać jej to, że jesteś magiem.- Fenris nie patrzył na nią. Bał się, że powie coś nie tak, a kobieta zupełnie się załamie.

-Mój ojciec był apostatą, ale był też dorosłym, umiejącym sobie radzić mężczyzną. A ja byłam małym, bezbronnym dzieckiem, jej dzieckiem, do końca życia skazanym na uciekanie przed templariuszami i demonami. Opłakiwała mój los. Wiesz, że oficjalnie nie mogę wziąć ślubu? Któraś z kolei Boska wprowadziła poprawkę i z „…równe w obliczu Stwórcy wszystkie rasy, zawierać mogą związki małżeńskie" zrobiło się -…równe w obliczu Stwórcy wszystkie rasy zawierać mogą związki małżeńskie, wyjątek stanowią magowie, którzy nie mogą być postrzegani jako równi innym". Jedno zdanie zrobiło ze mnie „nie osobę". Więc czym jestem? Zwierzęciem, rośliną… minerałem?! Odmawiają mi prawa do miłości, bo potrafię zapalić świeczkę dłonią?! Moja matka tak się tym przejmowała. Ojciec na ślubie po prostu nie wspomniał kapłance, że jest magiem, a matka dowiedziała się o tym prawie dużo później. Dla niej ślub był czymś bardzo ważnym. Była romantyczką. Chciała mnie widzieć szczęśliwą. Przepłakała przez to nie jedną noc. Nad problemem, który jeszcze nie zaistniał, a którego już nie doczeka.

Jakie to dziwne
tak bolało
nie chciało się żyć
a teraz takie nieważne
niemądre
jak nic.**

Czy tak powstawały wszystkie jej piosenki? Wydzierały się z nich tylko smutek i żal. Siedzieli tak w ciszy, może godzinę, może trzy. Nic nie mówił, no bo co miał powiedzieć. Przecież nie mógł przyznać jej racji. Według niego to było słuszne, że magowie nie powinni mieć rodzin i płodzić dzieci. Że lepiej by było gdyby zniknęli z tego świata. A jak już są na tym świecie, że pozamykani powinni być w wieżach, pod nadzorem ale… Gdyby templariusze przyszli teraz po Hawke, nie pozwolił by im jej zabrać. Dobrze o tym wiedział. Nawet w przypadku jego poglądów, od reguły był wyjątek.

Gdy zaczęło robić się na dworze chłodno, odprowadził ją do wnętrza domu, a sam skierował się do wyjścia.

-Hawke, dlaczego za każdym razem jak powiem coś na temat tego, jaka magia potrafi być zła i wypaczona, ty nigdy temu nie zaprzeczasz? Tylko milczysz?

-Z tego samego powodu z którego dzisiaj ty milczałeś- Ich spojrzenia się spotkały – Współczuje ci, twego bólu i cierpienia.


Po tej rozmowie Hawke postanowiła wyjechać na jakiś czas. Podobno zmiana otoczenia dobrze robi w takich chwilach. Zatrzymała się u jakiejś świeżo poznanej kuzynki, która sama ją niedawno odwiedziła. Hawke wróciła dopiero po dwóch miesiącach. Wyglądała dobrze. Znów oczy jej lśniły, a usta były skore do uśmiechu. Udało jej się przeżyć żałobę. Fenris dziękował za to Stwórcy. Nie on jeden zresztą.


-Hawke, właściwie jak ty masz na imię. Zawsze mówimy Hawke, czasem Lizi, ale przecież Lizi to nie jest imię. To przezwisko? Jakiś skrót?- Dopytywała Izabella, gdy wracali z wypadku na Rozdarty Grzbiet. Varrick w sumie też zaczął się przysłuchiwać rozmowie, kiedy zrozumiał, że sam nie wie dokładnie jak brzmi pełne imię jego przyjaciółki.

-Eee to skrót od imienia. W Wolnych Marchiach wymawia się to Lizi, w Fereldenie i Orlais mówią znowu Eli.

-Czekaj czekaj Hawke, chcesz mi powiedzieć, że masz na imię ELŻBIETA?- Varrick nie wytrzymał.

-Tu wymawia się to Elizabeth- Przypomniała ocierając sobie pot z czoła ręką i przy okazji zostawiając na nim brudną od ziemi smugę – Matka chciała żeby pierworodna miała imię wzbudzające szacunek w wyższych sferach.

-No to jej się udało. Elizabeth! A ja myślałem, że to Avelina ma pecha!- Śmiał się Varrick. Umorusana ziemią, spocona i zmęczona, wysoka kobieta nie wyglądała na Elżbietę. To była zdecydowanie Hawke.

-Wcale mnie nie dziwi, że cię ono śmieszy. W końcu jest dobrane do „wyższych sfer"- Poszturchała go wesoło po ramieniu.

-Hej no wiesz… O rzesz!- Tuż przed krasnoludem wylądowała strzała.

-Wy tam! Odsuńcie się od skradzionej własności!- Krzyknął mężczyzna przewodzący uzbrojonej grupie. Wyglądał na zdecydowanego walczyć o swoje skradzione mienie.

-Izabella!- Hawke popatrzyła na nią z wyrzutem.

-Nie no słowo, że nie znam gościa, nic od niego „nie pożyczałam"! – Zaprzeczyła gwałtownie piratka.

-To łowcy. Chodzi im o mnie- Fenris już wyciągnął miecz.

„Ooo cudownie" Przeszło tylko przez myśl Lizi. Oprychy miały łuki i ustawili się wyżej od nich. Z tego punktu nie mieli szans.

-Fenris nie jest niczyją własnością! – Po za wygrażaniem im pięściami, nie była wstanie wiele więcej zrobić. Chwyciła Fenrisa za rękę i dała nura za skały. W jej ślady poszli Varrick i piratka.

-Hawke co ty wyprawiasz!?- Zaczął protestować. Chciał dopaść własnych prześladowców, a nie uciekać.

-Nie wychylaj się! Powystrzelają nas jak kaczki z tamtej pozycji. W ogóle po co im łuki?! Myślałam, że twój pan chce cię odzyskać żywcem.

-Jeśli przestrzelą mi nogi, to daleko im nie ucieknę.

-Też prawda, Varrick, możesz im posłać jakiś ładny deszczyk strzał? One nie muszą trafić. Niech odwrócą uwagę. Tylko się nie wychylaj.

-Jasna sprawa panno Elizabeth- Potwierdził przystępując do akcji. Zajęci osłanianiem się przed bełtami Varricka, łowcy nie byli wstanie atakować. Ta chwila pozwoliła posłać Hawke w ich stronę ognistą kule. Jej specjalność. Zaklęcie dosłownie wybuchło między nimi odrzucając ich z umocnionej pozycji. Teraz mogli stanąć naprzeciw siebie. Łuki poszły w zapomnienie. To była brutalna walka w zwarciu. Nic co poeta mógłby opiewać w pieśniach. Fenris potrafił być wyjątkowo bezwzględny. Hawke nie pochwalała tego. Zabijanie człowieka błagającego o litość, nie leżało w jej naturze. Tak samo jak odczuwanie gniewu.

-Hadriana! Byłem głupcem sądząc, że jestem wolny. Nigdy mi na to nie pozwolą! – Fenris chodził w tę i z powrotem dysząc z wściekłości.

-To ktoś kogo znasz?- Dopytywała maginii lecząc ranę na czole Varricka. To była tylko przecięta skóra. Coś z czym mogła sobie bez problemu poradzić.

-Twoja była?-Podsunęła od razu Izabella wycierając ostrza z krwi.

-To podopieczna mojego byłego pana. Doskonale ją pamiętam. By mu się przypodobać, sprzedała by własne dzieci!- Fenris wrzał. Wiedział gdzie najprawdopodobniej ukryła się wiedźma. Hawke nie była jednak pewna czy powinni iść sami. W końcu, ku ogromnemu niezadowoleniu Fenrisa, Lizi zdecydowała sie wrócić do miasta po Aveline. W końcu niewolnictwo było tu zakazane, więc pani kapitan mogła podjąć akcje, nawet będąc aktualnie na służbie. Maginii najchętniej wzięła by jeszcze Andersa. Jego umiejętność leczenia była nie zastąpiona, Fenris był jednak w takim stanie, że nie zaryzykowała takiego składu. Mogli by rzucić się sobie do gardeł jeszcze przed dotarciem do kryjówki Hadriany. Świecący elf i świecący mag. W takim starciu nie obyło by się bez trupa. W dodatku pewnie Lizi próbowała by ich rozdzielić, więc całkiem możliwe, że to ona była by tym trupem. Skład Avelina, Izabella, Varick, Fenris, Luii musiał wystarczyć.

Kryjówką okazała się jedna z rozbudowanych jaskiń. Już na samym początku o mało nie wpadli w pułapkę z zatrutych strzał i tylko dzięki refleksowi Aveliny, która osłoniła ich tarczą, obyło się bez ofiar. Zaraz po tym Hawke wdepnęła w pułapkę i dosłownie stanęła w płomieniach od stup do głów. Przez parę strasznych sekund wszyscy myśleli, że już po niej. Siła ognia była na szczęście tak słaba, że czarodziejkę osłonił amulet Popiołów. Cała dymiła i krztusiła się, a twarz i ubranie miała brudne niczym od sadzy, ale nic jej nie było.

-Hawke to przydatny przedmiot. Posłuchaj mnie bardzo uważnie. Nigdy, ale to nigdy, za żadne skarby go nie zdejmuj- Izabella podała jej bukłak z wodą.

-Jak na przedmiot o takiej sile, wygląda bardzo niepozornie-Dodała Avelina.

-Jeśli cię to ciekawi, to jak go wsadzić w ogień, to drewno przybiera ładny złotawy odcień, a blaszka robi się krwisto purpurowa- Hawke odkaszlnęła jeszcze raz - Nie sądzicie, że prościej było by zmurować po prostu wejście. Niech ta cała Hadriana męczy się z tym wszystkim potem.

-Na pewno jest inne wyjście. Po za tym nie uwierzę, że nie żyje, dopóki nie zobaczę jej trupa. Idziemy dalej- Stwierdził stanowczo elf. Konieczność uważania na kolejne pułapki i walka nieco go uspokoiły.

Ponieważ zaszli już tak daleko, a Fenris nie zamierzał rezygnować, brnęli dalej w głąb nieprzystępnych korytarzy. Trafili na sale dosłownie wypełnioną trupami. W większości elfów. Ledwo ich zabito, ciała jeszcze nie zaczęły śmierdzieć.

-Co tu się stało? Przecież nie byli nawet uzbrojeni- Hawke przyjrzała się ciałom. Proste ubrania, żadnej zbroi, broni. Nie widziała sensu w ich śmierci.

-Naprawdę nie wiesz? To przyjrzyj się dobrze. To magia krwi. Złożono ich w ofierze by pozyskać moc! Ty też skończysz jako morderca, jak dalej będziesz jej używać- Fuknął z prawdziwą złością elf. Był wściekły. Ta rzeź była zupełnie niepotrzebna. Wiele z ofiar nie miało nawet dwudziestu lat.

-Nigdy bym czegoś takiego nie zrobiła! Nie zabijam bezbronnych w przeciwieństwie do c… co to było!?- Skierowała kostur na ostatni stół. Coś się tam poruszyło. Na początku myślała, że to Cień, ale one były za głupie by się czaić. Atakowały od razu. Wszyscy się przygotowali, Varrick wycelował kusze. Stali w napięciu.

-Wyłaź, bo wysadzę cały ten kont w powietrze!- Kostur Hawke zalśnił od mocy.

-Proszę, proszę nie zabijaj mnie!- Z pod stołu wypełzła elfka. Naiwność miała wypisaną na twarzy, ale Hawke odłożyła kostur dopiero kiedy Fenris potwierdził, że to nie Hadriana.

-Nic ci nie zrobimy. Powiedz co tu się stało?- Hawke starała się mówić łagodnie.

-Zabili wszystkich! Zabili mojego tatkę. Spuścili z niego krew! Chciała go oskórować, ale bała się, że nie zdąży, ale chciała!- Elfka była przerażona, więc bardziej piszczała niż mówiła.

-Oskórować? Zedrzeć skórę? Na Stwórcę, po co?! – Lizi nie wierzyła w to co słyszy.

-Magia krwi karmi się nie tylko krwią, ale i cierpieniem. Gdyby zadała mu dotkliwy ból, a dopiero potem poderżnęła gardło, zyskała by więcej energii- Wyjaśnił Fenris.

-Magister powiedziała, że potrzebuje mocy, bo ktoś przyjdzie ją zabić. Bardzo się staraliśmy, robiliśmy wszystko co kazała. Uwielbiała zupę tatki. Nic nie rozumiem!- Otarła dłońmi zapłakaną twarz.

-Potrzebowała mocy, więc zabiła tych którzy byli pod ręką, swoją służbę- Wymamrotał Fenris spuszczając głowę. Poczuł się winny temu wszystkiemu. Czy jego wolność była warta tylu niewinnych istnień. W tym momencie nie był o tym przekonany.

-Proszę nie róbcie jej krzywdy. Będzie bardzo zła jeśli ją zranicie- Elfka była gotowa paść na kolana i błagać o to wierząc, że postępuje słusznie. Mimo że Hadriana przed chwilą zabiła jej ojca. Hawke ciężko było na to patrzeć. „Co za zniewolenie, nie tyle ciała, co duszy i umysłu."

-Musi ci być bardzo ciężko- Lizi bała się podejść by nie przerazić jeszcze bardziej elfki.

-Wszystko było w porządku, aż do dzisiaj!-

-Nie było. Po prostu nie znałaś niczego lepszego- Fenris nawet nie śmiał na nią spojrzeć. Z każdą chwilą czuł się coraz bardziej winny temu co się tu stało.

-Jesteś teraz moim panem?-

-NIE!- To trochę otrzeźwiło elfa.

-Umiem sprzątać i gotować. Co ja teraz pocznę?

-Jeśli udasz się do Kirkwall będę mogła ci pomóc- Zapewniła Hawke – Zapytaj o dom Amellów. Ludzie wskażą ci drogę. Drzwi otworzy ci krasnolud. Powiedz, że proszę by się tobą zaopiekował, puki sama nie wrócę.

-Och naprawdę, naprawdę dziękuje!- Z wyrazem bezgranicznej ulgi elfka wybiegła z zakrwawionego pomieszczenia. Hawke miała nadzieje, że dotrze bezpiecznie do miasta.

-Nie wiedziałem, że chciałaś mieć własnego niewolnika- Warknął Fenris

-Niewolnicy bywają przydatni. Nawet ty od czasu do czasu jesteś użyteczny- Odpowiedziała spokojnie. Spojrzał na nią pełen furii. Napotkał spojrzenie jednak nie mniej wkurzone od jego własnego.

-Posłuchaj Fenris, jeszcze raz, ale to RAZ! Porównasz mnie do Hadriany, Danariusa albo innego pana niewolników, a obiecuje, że pośle cię dwa metry w górę i sześć w dal! Zrozumiałeś!?- Elf dawno nie widział jej takiej wściekłej. Chyba nigdy. Hawke na każdym kroku musiała znosić jego niepochlebne opinie na temat magów, ale to już było stanowczo za dużo. Jak on mógłby w ogóle pomyśleć, że mogła by składać ludzi w ofierze, albo zrobiła by coś złego tej biednej dziewczynie.

-Właśnie straciła ojca i cały świat, który zna. Popracuje trochę u mnie, będzie robić to co przedtem, sprzątać i gotować wiedźmie tyle, że za pieniądze, a jak już się trochę otrząśnie, to może wybierze inną drogę życiową. Z wolnością jest jak ze wszystkim innym, trzeba się jej nauczyć!

-To… to dobre rozwiązanie,… moje przeprosiny- Fenris nie odważył się jej spojrzeć w twarz.

-No ja myślę! Chodźmy po Hadriane i wynośmy się z tego miejsca. Od tego strachu i rozpaczy wiszących w powietrzu robię się drażliwa- Nim dotarli do Hadriany napotkali kolejne trupy. Sama czarownica ukryła się w komnacie i dobrze przygotowała do walki. Miała w okuł siebie zgraje najemników. Varrick już myślał, że pożegna się z życiem, kiedy dwóch mężczyzn zaplątało go w sieci, jak jakąś wierzgającą rybę. Nie mógł użyć Bianki. Oberwał pałką w głowę, ale cios był za słaby, by go ogłuszyć. Na pomoc przyszła piratka, rozcinając sieci, i ciała napastników. To było ciężkie starcie. Wygrali je chyba tylko dzięki temu, iż Hadriana spodziewała się, że Fenris będzie sam, a jej pomagierzy byli wyposażeni głównie w broń, która miała ogłuszyć i pochwycić zbiega. Wygrali jednak. Kolejny raz dokonali niemożliwego. Varrick opiewać będzie to zwycięstwo w swych opowieściach, zakończenie jednak nie bardzo się mu podobało. Fenris zabił Hadriane. Czy był to czyn słuszny, według Varricka tak. Miał jednak pewną skazę.

-Dałeś jej słowo!- Hawke nie mogła uwierzyć w to co zobaczyła.

-Tylko tyle była warta ta umowa - Elf ze złością splunął na podłogę.

-Hawke może to nie najlepszy moment na konstruktywną krytykę- Varrick siedział na ziemi, było mu niedobrze od tego ciosu w głowę. Izabella przykładała mu chłodne ostrze do czoła.

-To może być pułapka. Danarius mógł ją wysłać z tą historyjką o siostrze. Nawet gdybym chciał ją znaleźć to dalej było by to samobójstwo. Jeśli Danarius o niej wie, to kto wie co jej zrobił. Przyjrzyj się temu wszystkiemu. Mag zawsze znajdzie jakiś powód, usprawiedliwienie dla tych ofiar. Wszystko czego dotyka magia ulega deprawacji i zepsuciu! Znasz jakiś wyjątek!?- Fenris był pewny swego gdy wypowiadał te słowa, ale gdy napotkał wzroku Hawke i zobaczył jej zaciśnięte ze złości pięści połyskujące maną, nie był już taki przekonany.

-Ja… musze iść- Elf opuścił korytarze. Żadne z nich go nie zatrzymywało. Dziewczyny odeskortowały krasnoluda do Andersa. Varrick rzygał dalej niż widział, a to oznaczało wstrząs mózgu. Jego rodzaj był raczej grubokościsty, ale Hawke nie ryzykowała by zdrowia przyjaciela.


Wróciła do willi. Elfka miała na imię Orana. Hawke oprowadziła ją po domu, nieco porozmawiały. Przydzieliła jej pokój. Jak na pierwszy dzień nie było źle, po za jednym.

-Naprawdę boje się pani psa.

-Luiiego? A to dlaczego?

-Jest wielki, ma ostre zęby. W domu nie było psów.

-To mabari. One rozumieją wszystko co mówisz. Nie zrobił by ci krzywdy.

-Straszy mnie. Szczeka i pokazuje ludzkie kości.

-Ludzkie kości?- Hawke spojrzała w kąt pokoju.

-To gicz wieprzowa. Jego przysmak. Przyniósł ci to bo chciał się podzielić… przyniósł ci też kości z kurczaka, nogę od stołu i swój koc… chyba się w tobie zakochał- Tylko się zaśmiała.

-Słucham?

-Nie dosłownie. Po prostu pragnie się tobą opiekować i chce by niczego ci nie zabrakło. A szczeka z radości. Chodź, pokaże ci jak go głaskać, żeby mu było miło. Zobaczysz, jest całkiem milutki w dotyku.

-Troszkę śmierdzi – Chwile to trwało nim wystraszona Orana jako tako oswoiła się z bojowym ogarem. Hawke jeszcze wieczorem poszła do Varricka upewnić się, że krasnolud przypadkiem nie umiera. Na szczęście miał się całkiem dobrze, po za gigantycznym guzem na czole. Nie wyglądało to tak źle. Po powrocie do posiadłości zastała w salonie Fenrisa rozmawiającego z Oraną. Elfka ukłoniła się i skierowała do swojego pokoju.

-Przyszedłeś sprawdzić czy ją brutalnie wykorzystuje, albo nie podrzynam właśnie gardła?- Była na niego zła. Fenris nie patrzył jej w oczy. Uciekał wzrokiem na boki, a to oznaczało że czuł się winny.

-Myślałem o tym co się stało z Hadrianą. Wyładowałem na tobie swój gniew. Nie zasłużyłaś sobie na to. Byłem… nie byłem sobą. Przepraszam- Elf wydawał się jak najbardziej szczery.

-Kiedy byłem jeszcze niewolnikiem, Hadriana nie dawała mi żyć. Drwiła ze mnie, odmawiała mi posiłków, nie pozwalała spać. Doskonale wiedziała, że jej pozycja oznacza, że nie mogę nic jej za to zrobić. Sama myśl, że mogła by mi się teraz wymknąć… Nie mogłem na to pozwolić. Chciałem, ale nie mogłem.

-To ważniejsze od twojej obietnicy?

-Nie jest łatwo odkryć, że ma się o wiele mniej szlachetne zasady, niż się sądziło. Ta nienawiść… Myślałem, że się jej pozbyłem. Ale ona zawsze jest o krok za mną. Poczuć ją znowu, wiedzieć że to oni mi ją zaszczepili… To było zbyt wiele. Ale nie przyszedłem tu, żeby jeszcze bardziej cię obciążać.

-Ale na tym się zwykle kończy. Znowu obarczasz winą wszystkich magów, łącznie zemną.

-Bo magia was wypacza! Plami wszystko czego dotknie. Spójrz jakie przez nią życie musiałaś prowadzić. Ukrywać się po kątach! Bronić się przed demonami w twoich snach do końca życia. Przypomnij sobie co stało się z twoją matką- To było o tych parę słów za dużo.

-Jak śmiesz!- Hawke puściły nerwy, magia wylała się z niej jak z przerwanej tamy. Nie rzuciła jednak żadnego zaklęcia tylko dała elfowi w twarz, a ten od naładowanego magią dotyku, rozjaśnił się gwałtownie. Jak w tedy gdy Hadriana się nad nim znęcała. Mana nie raz przechodziła przez jego ciało, rozpalając znaki z lyrium, aż do bólu, jak by chciały przeżreć się do kości. Pchnął ją gwałtownie na ścianę. Był szybszy. Silniejszy. W ostatniej chwili powstrzymał się przed zadaniem ciosu prosto w serce. Hawke nie miała by szans. Nie z takiej pozycji. Nie była się w tym momencie wstanie bronić. Nie mogła by zablokować ciosu, ani posłać czaru, nie miała na to dość czasu. Nie miała kostura. Zabił by ją. Wiedział, że gdyby się nie powstrzymał, Hawke właśnie by zginęła. Leżała by na posadzce własnego domu wykrwawiając się. Osoba która go zawsze broniła, trzymała jego stronę. Dzięki której nie był sam. Nigdy by sobie nie wybaczył. Przyszedł ją przecież przeprosić. Bał się podnieść głowę i spojrzeć jej w oczy.

-Hawke ja…- Puścił jej ramiona. Poczuł dotyk jej dłoni na swojej twarzy. W sumie był gotowy na kare. Zasłużył. Pierwszy raz przeszło mu coś takiego przez myśl. Wszystko jedno czy porazi go prądem, czy sprawi mu ból ogniem, czy wykorzysta przeciw niemu lyrium zatopione w jego skórze. Niech zrobi co ma zrobić, byle by nie stracił jej przyjaźni. Nie stracił jej.

Poczuł jej usta na swoich własnych. Ciepłe, słodkie. Musiała się pochylić by muc go pocałować. W tym co robili jednak potem, ta różnica wzrostu w ogóle mu nie przeszkadzała.


Fenris chodził po swojej posiadłości w te i z powrotem. Dywanik przed kominkiem nosił wyraźne ślady tego maratonu. Nie mógł uwierzyć w to co się stało. Zabił Hadriane, o mało nie zabił Hawke. Przespał się z Hawke, wspomnienia wróciły, potem zniknęły, a potem zostawił Hawke w pościeli. „Jestem debilem! Najprawdziwszym z prawdziwych. Jak to możliwe, że to się dzieje naprawdę!?" Gdy złość uleciała, pozostał smutek. Oparł się o kominek. Hawke, była taka ciepła, ponętna, gotowa. Nie broniła mu niczego. Nie mogło by być lepiej. Mógłby w ogóle nie opuszczać jej uścisku. Potem jak głupiec się przestraszył. Wspomnień, które pojawiły się zaledwie na chwile. Jak mógł ją tak zostawić. W tedy sądził, że tego nie zniesie. Tej niepewności, ale teraz uważał, że był to straszliwy błąd. Że przecież by mu pomogła, jak zawsze. Świadomość zmarnowania szansy na szczęście, była okropna. Gdyby Hawke nie była magiem, ale dziś nie była to żadna wymówka. Dziś byli kobietą i mężczyzną, a on jak mężczyzna zdecydowanie się nie zachował. Rozpamiętywał w myślach chwile rozstania.

„Chciałem być szczęśliwy, chodź przez chwile. Wybacz mi"

„I byłeś? Byłeś szczęśliwy?"

„…Tak"

„Ja też, więc nie ma czego wybaczać"

Wiedział, że nie był dla czarodziejki po prostu jednorazową przygodą. Nigdy mu tego nie powiedziała, ale widział to w jej oczach. Nie były więc to dla niej łatwe słowa. Spojrzał na stół, na którym leżała podarowana przez czarodziejkę książka.

-Hawke, czy ty naprawdę to powiedziałaś? Bez gniewu, bez pretensji? Zwykle kobiety w takich chwilach płaczą, albo się wściekają, wiesz? Założę się, że jutro przyjdziesz tu jak by nigdy nic i powiesz że jest robota.- Uśmiechnął się tylko gorzko do tej książki. Dziś był największym głupcem w całym Thedas.


* Andrzej Urbańczyk
** ks. Jan Twardowski