Notka od Autorki: Przekleństwa, przekleństwa. Lojalnie uprzedzam.


Harry'emu zajęło piętnaście minut zanim zdołał wtaszczyć swój szkolny kufer po schodach, a potem przeciągnąć go prawie przez cały korytarz, aż w końcu wszedł do pokoju, z trudem łapiąc oddech i z westchnieniem ulgi ułożył skrzynię w nogach łóżka. Schodził na dół jeszcze dwukrotnie, po klatkę Hedwigi i prezenty, w gruncie rzeczy nie mogąc się doczekać jedynie tego, aby przeczytać listy, które pochwycił zaraz po tym, jak wyszedł Snape, chowając je pospiesznie do tylnej kieszeni dżinsów.

Teraz, siedząc na łóżku, wpatrywał się w stosik kopert z mieszanymi uczuciami.

Słońce już dawno zaszło, pozostawiając po sobie jedynie mgliste wspomnienie daleko na horyzoncie i czerń wczesnej nocy zaczęła wkradać się przez zamknięte okno do niewielkiego pokoju. Harry znalazł na gzymsie kominka nową paczkę zapałek i zapalił kilka świec, przez chwilę wpatrując się w mrugający, pomarańczowo złoty płomyk. Westchnął przeciągle i sięgnął po listy. Było ich łącznie czternaście. Po cztery od Rona i Hermiony, trzy od Syriusza, dwa od Hagrida i jeden od bliźniaków.

Listy od jego przyjaciół były podobne. W pierwszych, które wysłali zaraz po zakończeniu roku, informowali Harry'ego o swoich planach na wakacje, sytuacji w domu i kategorycznie zabraniali mu zamartwiać się lub obwiniać wydarzeniami mającymi miejsce podczas ostatniego zadania Turnieju Trójmagicznego. Kolejne były pytaniami, dlaczego nie odpisuje i co się z nim dzieje, czy powinni kogoś zawiadomić i niech, na litość Merlina, da im jakiś znak, że wszystko z nim w porządku! Z ostatniej wiadomości Hermiony dowiedział się też, że to ona poinformowała Dumbledore'a, o jego (jak podejrzewała) nieciekawej sytuacji w domu, gdyż odwiedziła Little Whinging w dniu urodzin Harry'ego, a jego krewni usiłowali wmówić jej, że nie mają pojęcia, gdzie Harry przebywa.

Jak przez mgłę chłopiec przypomniał sobie dzień, kiedy (leżąc półprzytomny w swoim pokoju na Privet Drive) usłyszał stłumione wrzaski wuja Vernona i jeszcze jeden, całkiem znajomy głos, usiłujący przekrzyczeć tyradę rosłego mężczyzny. Teraz Harry z całą mocą uświadomił sobie, że należał on do jego przyjaciółki. Poczuł, jak przyjemne ciepło rozlewa się po jego sercu, kojąc i spychając gdzieś na dno uczucie przygnębienia i frustracji.

Nie zapomnieli o nim. Troszczyli się o niego.

W niemal identycznym tonie były listy od Hagrida i Syriusza. Obaj opowiadali mu o tym, co robią tego lata, ale kategorycznie nie mogli napisać nic wprost, bo to bardzo ważne, ściśle tajne i niewyobrażalnie poufne informacje. Ale Syriusz obiecał, że jak tylko się spotkają, to wszystko mu opowie, bo przecież Harry nie ma już pięciu lat i jeśli Dumbledore sądzi, że może trzymać go z daleka od walki, to już Syriusz postara się o to, żeby zmienił zdanie! Harry, jak dla niego, mógł już, od razu i z marszu wstąpić w szeregi aurorów, stanąć u jego boku i wybijać śmierciożerców.

Harry uśmiechnął się, kręcąc głową.

Bliźniaki z kolei dziękowali mu w sposób nad wyraz wylewny, ale brzmiący całkiem szczerze, za zaufanie i zainwestowanie w Magiczne Dowcipy Weasleyów. Obiecywali też przesłać w najbliższym czasie próbki i prototypy nowych wynalazków, a póki co musiał zadowolić się tym, co wysłali mu jako urodzinowy prezent.

Harry starannie złożył wszystkie listy, spiął je gumką i schował na samo dno kufra. Przez chwilę wpatrywał się w błyszczącą rączkę Błyskawicy, ale stłumił jęk rozpaczy, zatrzasnął wieko i zaczął rozpakowywać paczki.

Zaczytywał się właśnie w prezencie od Hermiony, kiedy do pokoju wparował Snape. Zmrużył oczy, kiedy jego wzrok spoczął na stercie kolorowych papierów walających się po podłodze i z hukiem zatrzasnął drzwi.

- Potter – warknął, a Harry mimowolnie wzdrygnął się. Wstał i stanął po przeciwległej stronie pokoju, jak najdalej od Snape'a.

- Nie życzę sobie, abyś mój dom traktował w ten sam sposób, co tą, pożałowania godną ruderę, w której mieszkają Weasleyowie – syknął, wykrzywiając drwiąco blade wargi.

Harry zacisnął szczękę, czując, jak na szyi niebezpiecznie pulsuje mu żyła.

- Niech pan nie obraża Weasleyów – mruknął, starając się za wszelką cenę nie dać sprowokować temu dupkowi. Snape postąpił kilka kroków w przód, aż był na tyle blisko, że Harry nie mógł dłużej go ignorować. Podniósł głowę i spojrzał w dwa czarne, puste tunele.

- Ja mogę robić, co mi się żywnie podoba, Potter. A ty masz słuchać i potakiwać, jeżeli tego od ciebie wymagam. Czy to jasne? – zapytał jedwabistym głosem, nachylając się nad Harrym tak nisko, że mógł bez trudu policzyć rzęsy Mistrza Eliksirów.

Słysząc słowa Snape'a, na jedną, krótką chwilę w umyśle Harry'ego rozpętała się burza; dziki, niekiełznany gniew zawładnął nim bez reszty, wzniecając płomień tak wielki, że niemal się nim zachłysnął. Nie trwał on jednak długo, aż koniec końców pozostało po nim tylko spopielone echo, ciężko zalegające na dnie jego świadomości.

Odwrócił wzrok i wzruszył jedynie ramionami, cofając się i przeklinając w duchu za okazaną słabość. Usłyszał prychnięcie, przepełnione tryumfem i zadowoleniem, nie śmiał jednak podnieść oczu; nie chciał spojrzeć na twarz Snape'a, zapewne wykrzywioną w grymasie wyższości.

- Jesteś tchórzem, Potter. – Doszło do uszu Harry'ego. – Zupełnie jak twój ociec.

Kolejna prowokacja. Kolejny przebłysk furii w zielonych oczach, trzęsące się dłonie, rozwarte usta, czekające tylko na to, aż ich właściciel wykorzysta je celem wypowiedzenia jakiegoś przekleństwa, znów drgnięcie nogi, jakby zamierzał zrobić krok w przód z zamiarem rzucenia się na niego i…

Nic.

Zgasło, niemal widział, jak ten ogień wypala się, a z chłopaka uchodzi całe powietrze i znów wzrusza ramionami, znów cofa się o kilka centymetrów, znów nie patrzy na niego, znów zagryza dolną wargę.

Zaklął w myślach i zacisnął szczękę. Co się z tobą, do cholery, dzieje, Potter?!

Nieco gwałtowniej, niż to było konieczne, wyszarpał z kieszeni kilka fiolek eliksirów i z hukiem odstawił je na sekretarzyk, dziękując w duchu, że nie szczędził pieniędzy na grubsze i lepszej jakości szkło.

- Wypij to przed snem. Wszystko – rozkazał chłodnym, nieznoszącym sprzeciwu tonem, obrzucił chłopaka wściekłym spojrzeniem i wyszedł, zatrzaskując za sobą drzwi.

Harry opadł ciężko na łóżko i trzęsącą się dłonią przeczesał kruczoczarne włosy.

- Palant – mruknął pod nosem, wbijając zielone oczy w połyskujące drewno.


Severus wpadł do swojego gabinetu i od razu skierował swe kroku ku niewielkiemu barkowi z zamiarem przygotowania sobie mocnego drinka. Przechylił szklaneczkę i pociągnął spory łyk, już po chwili czując, jak bursztynowy płyn pali go przyjemnie w gardle, a jego mięśnie rozluźniają się nieco. Rozmasował wolną dłonią obolały kark i usiadł za biurkiem, wbijając spojrzenie w puste palenisko.

Nie miał pojęcia, co siedziało w głowie Pottera. Ewidentnie smarkacz nie zachowywał się tak, jak Severus tego po nim oczekiwał, a to ciągłe wzruszanie ramionami i ignorowanie jego obelg zaczynało działać mu na nerwy! Owszem, było kilka sytuacji, w których chłopak zachował się bezczelnie, ale nigdy nie dał ponieść się emocjom, ani razu nie dał się sprowokować, nie reagował tak gwałtownie, jak miał to w zwyczaju. A on, do cholery ciężkiej, był przecież Mistrzem Oklumencji i z marszu dostrzegał zmiany, jakie zaszły w Potterze! Mógł to wyczytać z tych jego przeklętych, zielonych oczu!

Oczywiście, Severus mógłby przyjąć, że chłopak po prostu dorasta, ale myśl ta była tak niedorzeczna, że momentalnie wyrzucił ją z głowy. Szczeniak dopiero co skończył piętnaście lat i z założenia był to wiek, w którym nastolatki, zamiast dorastać, cofali się w rozwoju, a ich temperament z trudem można było ujarzmić. Nie, żeby Mistrz Eliksirów miał z tym kiedykolwiek problem, ale spodziewał się, że z Potterem nie pójdzie mu tak łatwo. Znając dzieciaka na tyle, na ile można było poznać swego ucznia przez cztery lata nauczania go i wiedząc, że chłopak ma ewidentne problemy z opanowywaniem siebie i swoich emocji, mógł z góry zakładać, że przez cały miesiąc będą toczyć ze sobą nieustanną walkę, począwszy już od pierwszego wieczora, kiedy to w szczeniaku powinien wciąż buzować całkiem uzasadniony gniew i irytacja na położenie, w jakim się znalazł.

Severus absolutnie nie oczekiwał takiej bierności z jego strony i cichego zaakceptowania faktu, że resztę wakacji spędzi ze znienawidzonym nauczycielem.

Snape dopił resztę drinka z solennym postanowieniem, że każdego dnia będzie testował wytrzymałość Pottera, aż w końcu ten złamie się i zacznie okazywać zdrowe, idiotyczne zachowanie, jak na piętnastolatka przystało, kiedy poczuł palący ból w lewym przedramieniu. Z jego bladych warg wyrwało się głośne, siarczyste przekleństwo, wstał z impetem i pognał do swojej pracowni.


Harry przez chwilę wpatrywał się w buteleczki, które przyniósł Snape i westchnął z irytacją. Sięgnął po pierwszą, odkorkował ją i przełknął jej zawartość, krztusząc się i dławiąc, przy czym w głowie układał najbardziej obelżywe uwagi pod adresem Mistrza Eliksirów, jakie tylko był w stanie, zważywszy, że jego żołądek zostawał poddawany właśnie okrutnym torturom.

Wytarł wierzchem dłoni usta i skrzywił się niemiłosiernie.

- Czy ten dupek usiłuje mnie otruć? – warknął w głuchą przestrzeń i z jękiem rozpaczy chwycił kolejną fiolkę, wmawiając sobie usilnie, że to sok dyniowy.

Kiedy wypił już całe to ohydztwo, które przyniósł Snape, sięgnął do kufa, wyciągnął swoją pidżamę, przebrał się w nią i zagrzebał pod przyjemnie chłodną kołdrą. Zdjął okulary i rozmasowując nasadę nosa, zapatrzył się w dogasające ogarki świec.

Przed nim rozciągała się perspektywa spędzenia pierwszej nocy w domu Snape'a, będąc przy tym całkowicie tego świadom. Co było, krótko rzecz ujmując, przerażające z dwóch powodów. Po pierwsze, był to dom Snape'a, co już samo w sobie, jak Harry przypuszczał, zostanie zwieńczone jego nagłą i bolesną śmiercią, kiedy tylko na jaw wyjdzie powód numer dwa - a mianowicie fakt, że Harry miewał koszmary. Cóż, nie byle jakie koszmary. Harry wzdrygnął się na samą myśl i podciągnął kołdrę nieco wyżej, usilnie starając się wyprzeć z głowy napływające do niej obrazy. Zagryzł dolną wargę, zastanawiając się, czy kiedykolwiek zdoła mu się zagoić, i wcisnął policzek w poduszkę.

- Nie wolno ci zasnąć. Nie wolno ci zasnąć… Nie rozpamiętuj - powtarzał sobie po cichu, czując, jak bryła lodowatego strachu formułuje się w jego żołądku. Im bardziej starał się nie pamiętać, tym wyraźniejsze stawały się wspomnienia. Przed oczami stanęły mu wydarzenia z czerwca, wszechogarniający ból, chaos, przerażenie, rozpacz i z Privet Drive, te niedawne i te wcześniejsze, które zakopał pod stertą błahych rozmów i gestów i coś jeszcze, czego nie umiał uchwycić, co rozmywało się, gdy tylko usiłował po to sięgnąć, ale podążył za tym, targany chorą, oszalałą ciekawością, aż pogrążył się w niebycie i zapadł w sen, nim zdążył złapać tę myśl, to wspomnienie i spał niedręczony żadnym koszmarem.

Kolejny tydzień zlał się Harry'emu w jedną, szara plamę. Codzienność zdawała się wysysać z niego wszelką energię, dławić samopoczucie i nie potrafił nawet w pełni cieszyć się z faktu, że wszystkie noce przesypiał bez żadnych koszmarów. Co, jak domyślił się, było zasługą eliksirów, które przynosił mu Snape każdego wieczora.

Z nauczycielem praktycznie się nie widywał. Budził się rano, brał szybki prysznic, ubierał się, schodził na śniadanie, jadł w samotności (a właściwie tylko skubał w talerzu) i wracał do swojego pokoju, gdzie przez kila godzin czytał, odrabiał prace domowe, polerował swoją miotłę i usiłował odpisywać na listy swoich przyjaciół. Niestety, było to rzeczą trudną, ponieważ nie mógł wyżalić się i ponarzekać na sytuację, w której się znalazł, jeżeli nie chciał odczuć na własnej skórze gniewu Mistrza Eliksirów.

Skrzywił się brzydko na wspomnienie jednego z wieczorów, gdy usiadł przy sekretarzyku i już miał zamiar napisać długi list, w którym zawarłby całą swoją frustrację i gniew, kiedy do pokoju wparował Snape z miną tak wściekłą, że Harry zamarł z uniesionym w górze piórem. Plama atramentu wsiąkała w biały pergamin, kiedy nauczyciel z łoskotem odstawił fiolki i pochylił się nad nim, sycząc groźnie.

- Niech ci nawet nie przyjdzie do tego zakutego łba, Potter, aby pisnąć komukolwiek słówko, gdzie i z kim przebywasz. – Snape wyprostował się, odwrócił i na odchodnym, ze złośliwą satysfakcją, dodał:

- Chcę mieć wgląd do wszystkich twoich listów, które będziesz miał zamiar wysłać swoim przyjaciołom. I do wszystkich, które od nich otrzymasz. Upewnij się tylko wcześniej, że żaden z nich nie został zapchlony. – I wyszedł, pozostawiając Harry'ego z uczuciem palącej nienawiści w sercu.

Odłożył właśnie Smoki świata, które skończył czytać i przeciągnął się. Jak każdego dnia, zaraz zejdzie na obiad, znów nic nie zje w samotności, wróci na górę, znów zabierze się za jakieś wyjątkowo nudne zadanie, byle tylko zająć czymś czas do kolacji (gdzie, jak zwykle, wypije tylko sok dyniowy i nadgryzie rogalika), a potem z niecierpliwością będzie wyczekiwał, aż Snape przyniesie mu codzienną dawkę leków i Harry będzie mógł w spokoju pogrążyć się w śnie. Nie przeszkadzały mu nawet te wszystkie jadowite słowa, którymi przy okazji zostawał obrzucany przez nauczyciela. Dla Harry'ego, który przez dwa miesiące był dręczony demonami przeszłości za każdym razem, kiedy zasypiał, była to tak cudowna nowość - nie śnić, że spanie stało się jego ulubionym elementem doby.

Zupełnie nie zwracał uwagi na otaczającą go rzeczywistość, chodząc jakby półprzytomny, pogrążony we własnych myślach, apatyczny i wyobcowany, nie zauważając pogody na zewnątrz, pary czarnych, zimnych oczu obserwujących go z cieni domu, skrzatów domowych, które usługiwały mu przy każdym posiłku, oraz sów, które potrafiły godzinami dobijać się do okna jego sypialni, przynosząc coraz to nowsze listy. Harry nie miał pojęcia, co dzieje się w świecie, jak społeczeństwo zareagowało na wieść, że Voldemort powrócił, czy powzięto jakieś środki bezpieczeństwa i co ministerstwo wobec tego okropnego faktu planuje.

Przetarł dłonią zmęczoną twarz i wstał. Przeciągnął się, zaścielił łóżko i wyszedł, bezszelestnie przemierzając korytarz, starając się nawet nie patrzeć na zamknięte drzwi prowadzące do prywatnych komnat Snape'a. Wzdrygnął się mimowolnie, wchodząc do jadalni, kiedy przed jego oczami stanął obraz Mistrza Eliksirów w pasiastej pidżamie wuja Vernona, uniósł wzrok i zamarł. Przy długim, dębowym stole siedział Snape, nalewając właśnie do kryształowego kieliszka niewielką ilość czerwonego wina. Nie zaszczycając Harry'ego nawet spojrzeniem, zabrał się do nakładania na porcelanowy talerz tłuczonych ziemniaków.

Harry, wciąż stojąc w miejscu, jakby przyrósł do podłogi, z nieco idiotycznym wyrazem twarzy wpatrywał się w swojego nauczyciela, zawzięcie mrugając powiekami.

- Potter. – Usłyszał warknięcie i drgnął. Snape wciąż nie patrzył na niego, więc Harry cicho przełknął ślinę i postąpił krok w przód.

- Długo masz zamiar stać tam jak osioł i gapić się na mnie? Z tego, co pamiętam, a pamięć mam doskonałą, musisz wiedzieć, widywałeś mnie już w czasie posiłków.

Harry zawahał się, skinął głową (gest ten był zupełnie niepotrzebny, Snape wciąż na niego nie patrzył) i niepewnym krokiem podszedł do krzesła, opadając na nie ciężko. Przed nim natychmiast zmaterializowało się nakrycie, ale Harry całkowicie stracił ochotę na jedzenie, nawet jeżeli to miało być tylko kilka kęsów pieczonego kurczaka dla zabicia własnego sumienia. Gapił się jedynie na pusty talerz i nerwowo zagryzał dolną wargę. Jak on, do stu diabłów, miał cokolwiek przełknąć, siedząc przy jednym stole ze Snape'em?! Już spożywanie posiłków w Wielkiej Sali było ciężkie, kiedy tylko uchwycił spojrzenie Mistrza Eliksirów! Ten facet całkowicie wyprowadzał go z równowagi! Nie, żeby teraz odczuwał wielkie pragnienie zatopienia zębów w czymkolwiek, wszak od kilku dni w ogóle przestał zwracać uwagę na to, co i w jakiej ilości je.

Harry, nie wiedząc zupełnie, co ma zrobić z dłońmi, zacisnął je na swoich kolanach i z uporem wbijał wzrok w białą porcelanę, jakby była najciekawszą rzeczą na świecie.

- Potter! – Usłyszał ponownie, tak głośno, że aż podskoczył i zdezorientowany spojrzał na Snape'a.

- Czy jest jakiś powód, dla którego nie raczysz nawet udawać, że jesz? – warknął w jego stronę, mrużąc ze złością powieki.

- Nie, profesorze – mruknął w odpowiedzi, rumieniąc się przy tym okropnie.

- Więc wyjaśnij mi, bo czegoś, zdaje się, nie rozumiem. Dlaczego nie jesz?

- Nie jestem głodny, proszę pana.

- Nie jesteś głodny… - powtórzył Snape powoli, a Harry przełknął ślinę. – To ciekawe. – Pstryknął palcami i zaraz obok niego pojawił się skrzat domowy z nisko spuszczoną głową.

- Pan Snape wzywał Wstrętka, sir? – zapiszczał, a Harry mimowolnie się skrzywił.

- Powiedz mi – wysyczał Snape, wciąż nie odrywając wzroku od Harry'ego – co dziś na śniadanie jadł Potter?

Wstrętek szybko zerknął na chłopca, a jego uszy widocznie oklapły.

- Panicz Potter zjadł tylko pół grzanki z dżemem truskawkowym i wypił szklankę soku dyniowego, sir.

- Doprawdy? To może wczoraj na kolację, Wstrętku? Co jadł panicz Potter? I na obiad? I na śniadanie dwa dni temu? – Harry mimowolnie skurczył się w sobie i jeszcze mocniej przygryzł dolną wargę, aż poczuł w ustach metaliczny posmak krwi.

Jak w otchłań patrzył w czarne, nieprzejednane oczy Snape'a, nie mogąc oderwać wzroku, kiedy Wstrętek piszczał coraz to wyższym głosikiem, kuląc swoje wychudzone ramionka.

- Panicz Potter tak właściwie to niewiele je, sir. Panicz Potter ani razu, przez cały tydzień, nie zjadł choćby jednego, sir, pełnego posiłku. Wstrętek pytał wielokrotnie panicza Pottera, czy miałby na coś specjalnego ochotę, bo Kuchcik jest załamany, sir, że paniczowi Potterowi nie smakuje i myśli, już do niczego się nie nadaje, sir! Przytrzaskuje sobie codziennie palce piecykiem, kiedy tylko Wstrętek odnosi do kuchni pełne talerze panicza Pottera, sir! – powiedział to tak szybko, na jednym wydechu, że Harry z trudem go zrozumiał. A im dłużej mówił, tym bledszy się stawał, zarówno Harry jak i Wstrętek, którego wielkie, wyłupiaste oczy zaszkliły się i teraz zdawały się niemal wyskakiwać z orbit.

- Więc… - zaczął Snape takim tonem, że i Harry, i skrzat, skurczyli się w sobie. – Zechcesz mi wyjaśnić, Potter, dlaczego uważasz, że jesteś ponad wszystko i śmiesz gardzić moim jedzeniem? – syknął głosem tak jadowitym, jakiego Harry jeszcze nigdy nie słyszał. Pokręcił przecząco głową i zerknął błagalnie na Wstrętka.

- Ja wcale nie gardzę pańskim jedzeniem – odpowiedział, siląc się na normalny ton, choć głos mu drżał.

- Więc może chcesz mi powiedzieć, że nie smakuje ci jedzenie, które przygotowuje dla ciebie Kuchcik? Raczyłeś się pewnie wykwintniejszymi daniami, Potter?

- Ja wcale…

- A może – przerwał mu Snape, wstając od stołu, obchodząc go i stając tuż przed Harrym, patrząc na niego z góry oczami wypełnionymi po brzegi furią – założyłeś, że jeżeli przez kilka dni nie będziesz jadł, to przy następnej wizycie dyrektora uraczysz go łzawą historyjką o tym, że cię tu nie karmię? – Głos Snape'a stawał się niebezpiecznie głośny. Harry kątem oka zauważył, że Wstrętek wycofuje się pod ścianę, a jego długie, chude palce zaciskają się na brzegu szmatki, którą nosił przewiązaną wokół bioder.

Harry gwałtownie pokręcił głową.

- Ja wcale nie…

- A może – ryknął Snape tak głośno, że Harry był pewien, iż ogłuchł i nauczyciel złapał go za ramię, podciągając do góry. Harry zachwiał się i przygryzł wargę tak mocno, że niemal usłyszał dźwięk pękającej skóry, a ciecz wytrysnęła mu na język – myślałeś, że eliksiry, które ci podaję, w zupełności wystarczą, aby zaspokoić twój głód, a przy okazji całkowicie wyniszczą twój organizm i uzależnią?!

Harry nie słuchał. Szum w uszach był tak głośny, że niemal zwalił go z nóg, powodując potworny, otępiający ból głowy. Miejsce, w którym palce Snape'a zaciskały się na jego ramieniu paliło żywym ogniem, aż chłopiec zachłysnął się, mając wrażenie, że krew wrze w jego żyłach, a ostatnie tygodnie zlały się w wielki, trawiący wszystko płomień, który targał jego trzewiami z taką siłą, że niemal nie mógł ustać na nogach.

- Puść mnie – wyszeptał. Oczy miał zamknięte, usta lekko rozchylone, teraz czerwone i lśniące od krwi, która spływała mu po brodzie. Cały drżał od powstrzymywanego ataku furii, który rwał się na zewnątrz, wrzeszczał w nim i dławił oddech.

Bardziej wyczuł, niż zobaczył, że Snape znieruchomiał, ale wciąż nie puszczał jego ramienia.

Już dłużej nie wytrzymam.

- Puść. Mnie. Natychmiast.

- Potter, ostrzegam cię!

- Puść…

- Co ty, sobie…

- PUŚĆ MNIE, KURWA, W TEJ CHWILI! – Jego wrzask był ogłuszający. Poczuł palący ból w zdartym gardle, ale to było nic, tak cholernie wielkie nic w porównaniu z uczuciem agonii, która buzowała tuż pod jego skórą, w miejscu, gdzie jeszcze chwilę temu zaciskała się dłoń Snape'a. To było nic w porównaniu z cierpieniem, które pojawiło się wraz z obrazami, teraz wirującymi szaleńczo w jego głowie, aż wczepił we włosy palce, zgiął się w pół i miał wrażenie, że zaraz obróci się w proch, jeżeli ten drwiący, jeżeli ten szyderczy, nienawistny śmiech nie przestanie się wydzierać w jego czaszce, aż w końcu nie mógł tego znieść, aż w końcu zabrakło mu powietrza w płucach i pomyślał, że zaraz się udusi, więc wbił paznokcie w swoje gardło i twarz, drapiąc i ryjąc nimi w spoconej skórze, zupełnie nie zważając na krzyki Snape'a, który szarpał nim, siłą próbując oderwać jego dłonie od pokaleczonej już tkanki, ale to nie pomagało, to pogarszało tylko sprawę, bo ten dotyk był jak punkt zapalny na jego ciele, jakby całe zostało nasączone benzyną, a Snape, zostawiając na Harrym swoje ręce, podpalał je raz za razem, raz za razem, znów i wciąż i ciągle, od nowa, na nowo, każdą jego komórkę, każdy nerw, każdy atom.

- NIE DOTYKAJ MNIE, TY SUKINSYNU! – I wraz z brakiem tego dotyku wszystko ucichło, odeszło, rozpłynęło się we mgle, ustało tak nagle, że Harry zachwiał się i upadł na kolana, drżąc tak gwałtownie, że zawirowało mu przed oczami.

Miał wrażenie, że jego mózg zrobiony jest z waty, że za chwilę rozpadnie się na milion kawałków, więc oparł dłonie o lśniącą, drewnianą podłogę i zobaczył, jak na jej powierzchni pojawiają się plamy krwi i wody. Nie, nie wody. Jego łez i potu, które zalewały mu powieki, zapadnięte policzki i kilka z nich zawisło na jego pokaleczonych ustach.

Spiął się cały, aż stęknął z bólu, kiedy naprężył każdy mięsień, czując na plecach ciężki materiał, a po chwili jakaś niewidzialna siła uniosła go w powietrze, gęste i przesycone zapachem jego przerażenia, a potem już nic nie widział, szybując przez puste pokoje.

- Nigdy więcej mnie nie dotykaj – wychrypiał obcym, cichym głosem, który zlał się z dźwiękiem kroków Snape'a.