Piekielnie Dobry Lokaj
Cz. 9.
Harry miał dylemat. Kochał się wczoraj z Severusem, który nota bene jeszcze spał po drugiej stronie łóżka, i z Sebastianem. Chociaż tak naprawdę, to Severus był na lokaju, nie on, ale i tak miał teraz mieszane uczucia. Niby mu to nie przeszkadzało, sam to przecież powiedział i w pewnym sensie Sebastian w ten sposób odebrał dług kontraktu, ale...
Nadal pozostawało to „ale".
— Za głośno myślisz, Potter. — Cichy pomruk od strony mistrza eliksirów zabrzmiał niczym warknięcie dzikiego zwierza.
Harry zerwał się szybko, rozglądając za swoimi rzeczami.
— Uspokój się, Harry. — Severus uniósł się do siadu i poklepał miejsce obok siebie.
Według zegara spali jakieś cztery godziny i mężczyzna myślał coraz intensywniej o zbliżającym się ataku. W ogóle nie powinien spać, ale wrażenia i ostatnie przeżycia zrobiły swoje.
— Usiądź, proszę — ponowił prośbę, tym razem nie tylko manualnie. — Musimy porozmawiać.
— Nie cierpię tego wyrażenia — burknął ten, ale usiadł. — Zawsze wtedy coś ode mnie ktoś chce.
Severus prychnął. Nie musiał nawet pytać o kim mówi Harry.
— Też bym chciał, ale raczej nie to leży w moich intencjach. Po pierwsze chciałbym wiedzieć, gdzie jest Sebastian? Chyba nie odszedł?
— Raczej nie. Dostał pierwszą cześć kontraktu. Musi jeszcze dopełnić drugą. Przepraszam za niego. Nie powinien robić tego w ten sposób. Powinienem mu zabronić, albo coś w tym rodzaju. W pewnym sensie zostałeś zmuszony...
— Harry... Przestań. Byłeś w szoku i rozumiem. Musiałeś odreagować, zgodziłem się na ten sposób. Skoro jednocześnie załatwiliśmy sprawę z jednym kontraktem, to nie widzę żadnego problemu. Przestań się tym zamartwiać. — Przyciągnął go do siebie i przytulił. — Było całkiem ciekawie — szepnął. — Teraz jednak musimy zając się czymś o wiele ważniejszym.
— Mówisz o barierze i śmierciożercach?
— Tak. Sebastian ci powiedział?
— Tak, tydzień temu, gdy ich zauważył.
Severus, gdyby nie wyuczone opanowanie, wzniósłby oczy ku niebu.
— Chrońcie nas przed Gryfonami.
— Dlaczego? — zdziwił się Harry.
— Wiesz, co mogło się przez ten tydzień zdarzyć?
— Nie, a skoro dyrektor miał wszystko na oku...
— A gdyby się pomylił? Źle coś policzył, skalkulował? Chciałbyś być odpowiedzialny za śmierć takiej liczby dzieci?
Harry spojrzał na niego jakby go nie rozumiał.
— Sebastian wszystkiego pilnował. Atak na Hogwart równa się atakowi na mnie.
Severus wstał i zaczął się ubierać.
— Tak mu ufasz? A wziąłeś pod uwagę, że on chroni jedynie ciebie? Reszta go nie interesuje. Nic go z nimi nie łączy. Żaden kontrakt. Teraz wybacz, ale muszę iść. Jeśli atak faktycznie nastąpi jutro, to muszę zrobić parę rzeczy.
Sebastian stał po środku pokoju wspólnego Węży. Początkowo nikt nawet nie zwrócił na niego uwagi. Wszyscy zajęci byli swoimi sprawami.
— Czego chcesz? — Malfoy właśnie opuszczał swój pokój i natychmiast go zauważył. — Potter cię przysłał? Sam się bał tu przyjść?
Sebastian uniósł brew i najspokojniej w świecie wyjął zegarek z kieszonki fraku i sprawdził godzinę. Przez cały ten czas nikt nawet nie drgnął. Każdy obserwował Malfoya.
— Wynoś się stąd! — zażądał Draco, wyciągając różdżkę. — Wyjdź, albo ci pomogę!
Gdy Sebastian się poruszył, kilka osób aż podskoczyło. A on tylko zbliżył się do chłopaka, stając tuż przy samym czubku jego różdżki. Nim ktokolwiek zdołał coś zauważyć, lokaj i Ślizgon zniknęli, a w tej ciszy na podłogę upadła różdżka Malfoya.
— Hej! Co ty sobie myślisz? — Głos Draco drżał.
Stał na dachu wieży astronomicznej i tylko dłoń lokaja na jego szacie powstrzymywała go przed upadkiem w dół. Daleki dół.
— Zagrażasz mojemu panu. Polecił cię zabić — rzekł chłodno Sebastian, a jego oczy zalśniły na chwilę czerwienią.
— Nie zrobisz tego. Inaczej Potter i ty pójdziecie do więzienia.
— Nas już tu wtedy dawno nie będzie. Poza ty, w ferworze walki wszystko można ukryć.
— Jakiej walki? Nie mam nawet różdżki. — Chłopak nie próbował nawet drgnąć.
Sebastian odwrócił go w stronę widocznego w oddali krańca Zakazanego Lasu.
— Patrz.
— Na co?
— Patrz — nakazał mu powtórnie.
Po dłużących się strasznie minutach Draco zauważył. Gdyby nie wiedział gdzie ma patrzeć, to nawet nie zwróciłby na to zjawisko uwagi. Delikatne mignięcie po barierze szkoły było prawie niezauważalne. Coś jak krótkie wyładowanie i koniec.
— Co to było?
— Twój ojciec. Tworzy przejście by zaatakować zamek.
— Po co mi to mówisz?
— Bo on zginie. I to ja go zabiję — powiedział spokojnie Sebastian i puścił chłopaka.
Jego krzyk urwał się prawie natychmiast. Sebastian spojrzał w dół, a następnie strzepnął z fraka płatki, zaczynającego padać śniegu. Wrócił do zamku, nie przejmując się więcej Ślizgonem.
W drodze do lochów natknął się na szarą kotkę, która natychmiast zaczęła łasić się do jego nogi.
— Nie teraz, moja pani. Nadchodzą.
I znikł, a Minerwa wróciła do ludzkiej postaci i udała się w stronę gabinetu dyrektora. Sebastian pojawił się w chwili, gdy Severus kończył się ubierać, a Harry dopiero zaczynał. Lokaj wrócił do swoich zwykłych obowiązków. Połozył na brzegu łóżka przyniesione rzeczy i zaczął ubierać panicza. Zapiął koszulę Harry'ego, pomógł założyć kamizelkę, także ją zapinając. Na koniec podał mu szatę.
— Za ile będą? — spytał cicho Harry, siedząc na skraju łóżka, gdy Sebastian wiązał mu buty.
Severus zamarł w miejscu.
— Za trzy godziny, ale to górna granica.
— Mówiłeś, że mamy dobę — wtrącił się Snape.
— Mówiłem, ale teraz jest tam dużo więcej zamaskowanych ludzi i łączą swoje siły.
Snape szybko skierował się w stronę drzwi.
— Dyrektor już wie. Nakazuje właśnie ukryć uczniów.
Mistrz eliksirów wypadł za drzwi.
— Co teraz, Sebastianie? Czy on tu jest?
— Tak. Nawet gdybym go nie widział, to czuję jego część duszy. Małą, ale nadal tam jest.
— Czyli wszystko już przygotowałeś?
— Tak, mój panie.
Gdy Harry dotarł do Wielkiego Holu, ten już był wypełniony uczniami. Część nadal stała na schodach. Dyrektor stał w drzwiach do Wielkiej Sali i rzucił na siebie czar nagłaśniający, by wszyscy go słyszeli.
— Moi drodzy, proszę wszystkich o spokój. Udacie się zaraz do podziemi szkoły, gdzie będziecie bezpieczni. Nic wam tam nie grozi.
Z bocznej sali dobiegł hałas i na korytarz wyszli aurorzy, ustawiając się na znak jednego z nich przy wyjściu i powodując, że młodsze dzieci zaczęły piszczeć zlęknione.
— Sybillo, ty prowadzisz. — Dyrektor wskazał kobiecie wejście do lochów. — Pani Sprout, proszę uaktywnić zaklęcia, gdy wszyscy już wejdą.
Profesor zielarstwa stanęła przy wejściu do korytarzy lochów i ponaglała uczniów. Hermiona i Ron wyłamali się z szyku i podbiegli do Harry'ego.
— Co się dzieje, Harry? Czy to jakieś ćwiczenia?
— Nie, Hermiono. On tu jest. Idźcie już. — Harry pchnął lekko dziewczynę w stronę nauczycielki.
— A ty? — dopytywał się Ron, łapiąc go za ramię. — Chodź z nami.
— Dobrze wiesz, że nie mogę. Idźcie. Tam będziecie bezpieczni.
Sprout pomogła mu w tym zadaniu, ciągnąc ostatnią dwójkę Gryfonów w mroki lochów
Wszystko wydawało się dziać bardzo szybko, ale to było jedynie złudzenie. Sprowadzenie takiej ilości uczniów zajęło prawie godzinę.
W stronę stojącego pod ścianą Harry'ego cały czas rzucane były zaciekawione spojrzenia. Nie reagował na nie. Nie było sensu. Na razie.
Wreszcie hol opustoszał z uczniów i poza Harrym, oficjalnie nadal uważanym za dziecko, byli tu wyłącznie dorośli. Aurorzy wskazywali go sobie przez jakiś czas palcami, ale szybko dowiedzieli się kim jest, gdy chłopak odwrócił się w ich stronę i uniósł grzywkę. To spowodowało kolejne plotki i ukradkowe spojrzenia.
— Wyjdźmy stąd — rozkazał cicho i ruszył w stronę drzwi.
— A ty dokąd, Potter? — Pytanie, i to dosyć głośne, Snape'a odwróciło uwagę wszystkich.
— Wychodzę — oparł krótko zapytany.
— Oszalałeś?
Harry zatrzymał się przed kordonem aurorów i odwrócił do nauczycieli przy drzwiach Wielkiej Sali, a wśród nich mistrza eliksirów. Potter wyciągnął rękę w stronę lokaja i ten ją ujął.
— Chcesz mnie powstrzymać, Severusie?
Jego zniknięcie wywołało lekki szok, ale chyba jeszcze większy imię Snape'a na jego ustach.
— Czy on właśnie się deportował na terenie szkoły? Severusie, od kiedy pan Potter mówi ci po imieniu? — McGonagall próbowała zwrócić na siebie jego uwagę.
— Czy to, do cholery, teraz ważne? — wrzasnął. — On tam poszedł sam! Czego tak stoicie? Musimy za nim iść!
— Severusie, spokojnie. — Dumbledore położył mu dłoń na ramieniu. — Chodźmy zatem za Harrym.
Snape zrzucił rękę ze swego barku i pierwszy dopadł drzwi wyjściowych. Na zewnątrz nic nie zapowiadało zbliżającej się bitwy. Słońce delikatnie prześwitywało przez chmury, które zrzucały pojedyncze płatki śniegu.
Severus od razu zobaczył Harry'ego. Kilka kroków przed nim stał Sebastian, obrócony twarzą w stronę bramy Hogwartu. W tej samej chwili niebo nad nimi rozbłysło intensywnie, a zaraz potem zalśnił na nim Mroczny Znak.
Hogwart został zaatakowany.
Aurorzy zgromadzili się po obu stronach Pottera. Nie mogli podejść bliżej, bo Harry'ego otaczała bariera nie przepuszczająca nikogo.
— Harry! Co ty wyprawiasz? — zawołał Severus, uderzając pięścią w pole wokół chłopaka.
Nic go nie interesowało teraz zdziwienie całego grona pedagogicznego na jego zachowanie.
— Nic, Severusie. Czekam na Voldemorta. Zwyczajnie czekam — odparł Gryfon, nie ruszając się z miejsca.
W oddali zobaczyć już można było zbliżających się śmierciożerców. Czarny pas ciągnął się szeroką linią, ale nie tak dużą jaką obawiał się początkowo Severus. Czyżby niektórzy śmierciożercy sprzeciwili się wezwaniu tak jak on.
Oni czekali. Nie atakowali zbliżających się. Trwali tylko na stanowisku po bokach Złotego Chłopca. Po jednej ze stron stał Albus Dumbledore z nauczycielami i przekazywał polecenia McGonagall oraz czarnoskóremu aurorowi.
Snape prawie go nie słuchał. Obserwował na przemian Harry'ego z Sebastianem i zbliżających się śmierciożerców. Ci zatrzymali się kilka metrów od zagradzającym im drogę aurorów. Voldemort stał na przedzie i lustrował przeciwników. Gdy jego wzrok natrafił na Harry'ego Pottera zasyczał coś, a po obu stronach wszyscy zadrżeli na ten dźwięk. Harry odpowiedział. Jego wężomowa nie powodowała takich efektów, jak ta używana przez Czarnego Pana. Była delikatniejsza i nie sprawiała, że słuchający jej chciał natychmiast uciekać. Odpowiedź chyba nie spodobała się Tomowi, bo krzycząc coś w języku węży, uniósł różdżkę.
— Crucio!
Na drodze zaklęcia skierowanego w Gryfona, stanął Sebastian, odbijając je ruchem dłoni jak piłeczkę.
— Skoro się mnie nie boisz, to zapraszam bliżej. Sebastian nie zamierza się powstrzymywać, wręcz przeciwnie – zaprasza. — Ironia w głosie Pottera była wyraźnie wyczuwalna.
Każdy mógł dostrzec aurę kontraktu w jego oku, która krótkimi falami obmywała ciało chłopaka. Jednak Czarny Pan nie zwracał na nią najmniejszej uwagi, tak jakby w ogóle jej nie dostrzegał.
Voldemort dał się sprowokować. Nie sam. Krzycząc coś głośno nakazał atakować. Śmierciożercom nie trzeba było dwa razy powtarzać. Powietrze zostało przeszyte zaklęciami. Syk śniegu łączył się z jego skrzypieniem, gdy aurorzy odskakiwali przed ognistymi czarami. Ani Voldemort, ani Złoty Chłopiec nie poruszyli się z miejsca. Nikt nie atakował Harry'ego, ale kilku zwolenników Czarnego Pana próbowało usunąć z drogi Sebastiana. A ten się nie powstrzymywał. W kilka minut śnieg wokół niego zabarwił się czystą czerwienią, a martwe ciała ścieliły się u jego stóp.
Severus także nie stał bezczynnie. Przy wezwanych posiłkach aurorów przeciwnicy nadal mieli przewagę liczebną i nawet posiadając po swojej stronie demona otrzymywali dotkliwe straty. W pewnej chwili zauważył, że Harry drgnął jakby chciał wyjść z bariery, która go chroniła, widząc Bellatriks Lestrange, ale powstrzymał się w ostatniej chwili. Powiedział coś do lokaja, niestety z powodu panującego hałasu Severusowi nie udało się dosłyszeć słów. Domyślił się co, widząc jak Sebastian przesuwa się odrobinę, by stanąć za kobietą. To, co demon zrobił, powstrzymało na krótki moment wszystkich w jego pobliżu. Zamarli przerażeni.
Zatrzymał się za Bellą, niezauważony przez nią, gdy ona rzucała zaklęcie torturujące na jednego z pokonanych aurorów i położył dłoń na jej plecach. Jej wrzask trwał tak długo, aż Sebastian nie wyrwał do końca całego kręgosłupa od łopatek po krzyż. Potem po prostu go puścił. Nadal żyła, ale była bezwładna jak marionetka, której podcięto linki. Krew otaczała jej zwiotczałe ciało kałużą. Teraz żadne zaklęcie, czy mikstura lecząca nie byłaby w stanie jej wyleczyć.
Wokół lokaja zrobiło się pusto. Nikt nie odważył się zaatakować kogoś kto potrafił gołą dłonią wyrwać komuś kręgosłup na żywca. Nawet stronnicy woleli oddalić się, by przypadkiem nie pomylił się w osądzie i nie zabił jednego z nich. Czerwone, błyszczące piekielnym wręcz ogniem, oczy jeszcze bardziej utwierdzały ich w tym przekonaniu.
To małe, ale jakże pokazowe, zamieszanie wykorzystał Voldemort, zbliżając się do Pottera. Jednak jak na tak potężnego czarnoksiężnika nie wziął kilku ważnych szczegółów pod uwagę.
Po pierwsze chłopak nie spuszczał go z oczu nawet na moment.
Po drugie Harry nie był taki bezbronny na jakiego wyglądał.
Po trzecie... To miało się tak odbyć i był przygotowany.
Bariera nie zatrzymała Toma w żaden sposób. Ten już pewny swojego zwycięstwa stanął przed chłopakiem, który wydawał się mu się teraz przerażonym dzieciakiem ze spuszczoną do ziemi głową.
— I co, Harry Potterze? Nadal chcesz być Wybrańcem? Nikt już cię nie obroni i nie odda za ciebie życia.
— Nie musi. Nie widzę takiej potrzeby, Tom. — Harry uniósł głowę i Voldemort zdał sobie sprawę, że coś chyba jest nie tak z jego planem.
Bachor Potterów powinien się bać. Błagać o litość i życie. Nie powinien stać dumny i pewny zwycięstwa. W jego oczach zamiast przerażenia było szyderstwo. Chciał się cofnąć, ale nie mógł oderwać nóg od podłoża. W ogóle nie miał żadnej możliwości ruchu.
— To już koniec, Tom. Nic więcej nie zrobisz — rzucił Harry, a jego oko z zapisanym w nim kontraktem zaczęło pulsować światłem.
Syczenie śniegu i unosząca się w górę para odsłoniła magiczny krąg na ziemi, w którego centrum stał Gryfon.
— Tu jest koniec twojej nieśmiertelności.
Potter poniósł ręce do góry i magia zadziałała.
Sebastian powoli zbliżył się do migoczącej wokół tej dwójki kopuły. Jego uśmiech, niby delikatny, odstraszał każdego z jego drogi. Zresztą teraz prawie nikt nie zwracał na niego uwagi. Obie strony zamarły, zapatrzone w to, co działo się w środku bariery.
Nad Potterem zaczęła unosić się dziwna, słaba energia, niewiele większa od pięści dziecka. Jej blask powodował jednak, że Voldemort zaczął krzyczeć. Jego ciało ściemniało i rozpadało się kawałek po kawałku w proch. Wszystko działo się powoli, zabijając Toma po trochu. Od stóp, aż po twarz. Krzyk wreszcie się urwał, a u stóp Pottera utworzyła się kupka popiołu. Jednak przed nim unosiła się druga energia, podobna do tej nad nim.
— Sebastianie... — szepnął cicho Harry, odwracając się do lokaja — ... oto twoja przyrzeczona dusza.
Sebastian wszedł w krąg, który nadal nie przestawał lśnić. Ściągnął, czerwoną od krwi Lestrange, rękawiczkę z dłoni, ukazując na niej kontrakt i ujął nią najpierw jedną energię, wchłaniając ją, a następnie drugą.
— Umowa została dopełniona — rzekł, klękając na jedno kolano przed chłopakiem.
— Zostajesz zwolniony ze służby, Sebastianie. Jesteś wolny. — Harry przyłożył dłoń do oka i fioletowy pentagram wydostał się z niego za tym dotknięciem, unosząc się teraz nad Sebastianem.
Potter wycofał się poza krąg, unosząc różdżkę. Czarny kłąb dymu wzniósł się dookoła lokaja i nagle wszystko zniknęło. Nie było kręgu, demona ani dymu.
Zapadła cisza.
— Aresztować wszystkich śmierciożerców! — krzyknął czarnoskóry auror, wybudzając wszystkich z letargu.
Harry odetchnął. Jego koszmar się skończył. Nie było Czarnego Pana, który szantażował Anglię. Mógł teraz odetchnąć spokojnie. Nie zwracał uwagi na chaos dookoła siebie. Zrobił swoje.
— Upadłeś na głowę, Potter! — Wrzask tuż koło niego mógł oznaczać tylko jedno.
— Nie musisz krzyczeć, Severusie.
Odwrócił się w jego stronę i natychmiast został otoczony przez ramiona Snape'a. Był zdziwiony tym zachowaniem i chwilę trwało zanim przypomniał sobie, że przecież sam to zaczął. Wtulił się w to schronienie, pozwalając sobie na westchnienie ulgi.
— Skończyło się, Severusie.
— Tak, to już koniec.
W koło nich biegali aurorzy wyłapują śmierciożerców, którzy nie mogli aportować się na terenach błoni Hogwartu nawet po uszkodzeniu bariery. Tylko profesorowie i dyrektor nie przyłączyli się do poczynań stróżów prawa. Kilku z nich zostało odesłanych do szkoły, by wypuścić uczniów z podziemi i rozesłać do dormitorii.
— Severusie? — McGonagall pierwsza przełamała ciszę w tym małym zgromadzeniu. — Czy ty i pan Potter...?
Harry odsunął się od profesora, który już zaczynał się unosić, by coś powiedzieć. Wyciągnął małe zawiniątko z kieszeni i podał go zdziwionej profesorce.
— Sebastian prosił, by to pani przekazać. A tak przy okazji, to można kupić w każdym mugolskim sklepie zoologicznym. A teraz państwo wybaczą, muszę się kimś zająć. Severusie, mógłbyś mi towarzyszyć?
Pociągnął go za rękaw i skierował się w stronę zamku.
— Dokąd idziemy?
— Na wieżę astronomiczną. Muszę posprzątać po Sebastianie.
— Co takiego zrobił?
— Zabił Malfoya.
Severus chwycił go za ramię i odwrócił w swoją stronę.
— Co zrobił?
— Zabił Malfoya. Nie rozumiesz po ludzku? No, dobra. Chodźmy.
Pchnął drzwi i wszedł do Wielkiego Holu, kierując się następnie w stronę schodów. Hałas od strony lochów mógł oznaczać tylko jedno. Uczniowie zostali uwolnieni.
— Harry! — Na samym początku, wyłaniającej się z ciemności pierwszej grupki, była Hermiona, biegnąc z Ronem w ich stronę. — Co się dzieje? Czy...?
— Spokojnie. Wygraliśmy. Wszyscy są bezpieczni.
— Nie ma Sam-Wiesz-Kogo? — upewniał się Ron, odsuwając się z drogi reszty uczniów.
— Pewnie go teraz zamiatają do pudełka, tyle tylko z niego zostało.
Hermiona popatrzyła dziwnie na Snape'a, a zaraz potem na przyjaciela.
— Wszystko w porządku, Harry?
— Tak. Wszystko poszło zgodnie z planem — odparł nadzwyczaj spokojnie.
— To ty miałeś jakiś plan, Potter? Wyglądało jakbyś improwizował. Ślizgoni planują, nie Gryfoni.
— Myślę, że cię jeszcze nie raz zaskoczę, Severusie.
Dwa głębokie wdechy przypomniały Harry'emu o pewnej sprawie.
— Czy ty właśnie...? — Ron otwierał usta jak ryba wyjęta ze swego naturalnego środowiska.
— Tak. Dla nas to nic nowego.
Severus obserwował oszołomionych przyjaciół Pottera i uśmiechnął się perfidnie pod nosem. Skoro już idą na całość...
— Harry? — Objął go ramieniem, przyciągając bliżej. — Chyba mieliśmy dokądś iść.
Ron cofnął się do tyłu, opierając o ścianę i cicho szeptał w kółko.
— Nie, to nie prawda. Nie, to nie prawda...
Hermiona zarumieniła się i przewróciła oczami na zachowanie Weasleya
— Zaczekamy na ciebie w pokoju wspólnym. Chyba wszyscy będą mieć pytania do ciebie. Zwłaszcza on. — Wskazała na zaskoczonego nowymi wiadomościami rudzielca.
Harry kiwnął głową i wraz ze Snapem podjęli wędrówkę w stronę wieży.
— Czego mam się spodziewać? Czy potraktował go jak Lestrange?
— Nie. Zemsta na tej kobiecie to moje życzenie. Za to co zrobiła Syriuszowi.
Snape rozumiał chłopaka, ale nadal nie otrzymał odpowiedzi na swoje pytanie.
— To co...?
— Zobaczysz, cierpliwości — przerwał mu i pchnął drzwi na zewnętrzny taras wieży.
Severus zatrzymał się w progu, nie wiedząc co zrobić.
Malfoy żył. To było aż nazbyt wyraźne. Jednak zachowywał się dziwnie. Siedział we wnęce, którą zwykle zajmowały polujące nocą sowy i na ich widok skulił się jeszcze bardziej. Pomimo przebywania na świeżym powietrzu od Malfoya czuć było dosyć specyficzny zapach.
Severus prychnął, starając się ukryć rozbawienie.
— I to jest twoje zastraszenie przeciwnika?
— Działa. Nie widać? — Harry napawał się złośliwie tym małym zwycięstwem nad Ślizgonem.
Severus opanował się w końcu i rzucił na Draco zaklęcie czyszczące.
— Uciekaj! — nakazał i Ślizgon rzucił tylko ostre spojrzenie w stronę Pottera i znikł na schodach. — Zmuszenie przeciwnika do popuszczenia wcale nie jest chwalebne. To wręcz dziecinne. Wracam do siebie, choć pewnie i tak nie będę mógł iść spać, bo dyrektor wezwie mnie przez ciebie na herbatę.
— Chcę odejść, Severusie.
Ciche słowa i odwrócenie do niego plecami bardzo nie spodobały się Snape'owi.
— Słucham?
— Wracam do domu. Do mojej rezydencji.
— Do czego? Ty nie masz... — umilkł nagle. — Chcesz powiedzieć, że nadal posiadasz dom Phantomhive'a?
— Tak. Chcę zobaczyć co z nim po tylu latach.
— A co z twoją nauką?
— Wystarczy mi to co umiem. I tak przekracza ona standardowy program szkoły. Poza tym mam zamiar teraz odpocząć. Według mnie należy mi się.
— Rozumiem.
I Severus naprawdę rozumiał. Doświadczenia jakie miał na swoich barkach chłopak mogłoby starczyć na kilku dorosłych. A teraz, po pokonaniu Czarnego Pana, stanie się najbardziej poszukiwaną osobą w całej Anglii.
Harry odwrócił się do niego i podszedł, biorąc jego dłoń swoje.
— Severusie, nie chcę niczego przekreślać. Jeśli tylko chcesz żebym został...
— Zostań! — wyrwał się Snape, zanim ten zdążył dokończyć.
Uśmiech na twarzy chłopaka wystarczył mu za wszystko. Przyciągnął go do siebie.
— Do końca roku szkolnego, a potem znikniemy.
— Dobrze — zgodził się Harry. — Ale śpię u ciebie.
— Chcesz doprowadzić McGonagall do zawału?
— Myślę, że Sebastian już zajął się profesorką i dał jej coś stokroć ciekawszego niż zainteresowanie gdzie śpię.
— To małe zawiniątko, które jej dałeś? Co to było?
— Kocimiętka. Koty od tego głupieją.
Koniec.
